sobota, 22 kwietnia 2023

DOBRZE UŁOŻONY MŁODZIENIEC TEATR NOWY IM. KAZIMIERZA DEJMKA W ŁODZI

 

Kiedy ostatnio zadawaliście sobie pytanie, co to znaczy być kobietą, mężczyzną? Normatywnym, nienormatywnym? Człowiekiem innym niż wszyscy, osobą na przykład o tożsamości transpłciowej? Co to tak naprawdę znaczy? 

Jolanta Janiczak, odpowiedzialna za scenariusz i dramaturgię, i  Wiktor Rubin, odpowiedzialnym za reżyserię-tandem teatralnej publicystyki, walki o skompromitowanie stereotypów na scenie i rugowanie ich z życia, zrealizował oparty na faktach spektakl DOBRZE UŁOŻONY MŁODZIENIEC. Odważnie podjął temat życia osób transpłciowych, mających naturalne prawo do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, bez kamuflażu ukrywającego ich prawdziwą tożsamość płciową, bez lęku o wykluczenie, poniżenie, niezrozumienie. Tak, by mogły godnie żyć, pracować, rozwijać się.  

Twórcy wykorzystują przedwojenną historię łodzianina, Eugeniusza Steibarta, który przy urodzeniu oznaczony miał rodzaj żeński. Był osobą czującą, wiedzącą, przekonaną, że jest mężczyzną (nie identyfikował się z przypisaną mu płcią). Nosił strój męski, wykorzystał dokumenty kuzyna, pracował jako mężczyzna, co było szczególnie trudne. Spektakl ilustruje, co robił, jak sobie radził przed wojną, by się przystosować zarówno do świata, jak i być prawdziwym sobą. Chciał być akceptowany, pragnął czuć się szczęśliwy, kochany, oczekiwał szacunku, poważnego traktowania. Zwłaszcza że przyszło mu się  zmierzyć z wieloma wyzwaniami, problemami, nieprzyjemnymi sytuacjami. Potrzebna mu była życzliwa pomoc, psychologiczne wparcie.  Jednak doszło do próby samobójczej z powodu załamania nerwowego, które nastąpiło z powodu biedy, bezrobocia, bezdomności. Wtedy cała prawda wyszła na jaw. Odkryto, że to ciało kobiety w ubraniu mężczyzny. Po wyjściu ze szpitala Eugeniusz ożenił się z Czesławą Zaleśną (świetna Paulina Walendziak), wychowywał dziecko jako ojciec, funkcjonował w kochającej się rodzinie. Za posługiwanie się dowodem osobistym swego kuzyna i poświadczenia nieprawdy w styczniu 1939 roku został skazany na 8 miesięcy więzienia. W czasie wojny teściowa, Maria Zaleśna(Monika Buchowiec) dokonywała aborcji, zięć ją zadenuncjował; wyznawczyni klasycznej normatywności została aresztowana. Po wojnie rodzina przebywała w Centralnym Obozie Pracy dla Niemców w Potulicach za podpisanie przez Eugeniusza volkslisty. Dlaczego to zrobił i co ostatecznie później się stało, nie wiadomo. Na pewno nie była to rodzina bez skazy. Ale ten aspekt twórcy tylko bardzo delikatnie sygnalizują. 

Janiczak z Rubinem powierzają rolę Eugeniusza aktorowi amatorowi, Edmundowi Krempińskiemu, transpłciowemu mężczyźnie, artyście i performerowi, który doskonale radzi sobie na scenie. W momencie, gdy jego bohater, Eugeniusz, zdejmuje ubranie, by założyć rzeczy brata Oskara(Maciej Kobiela), przedstawia się całkowicie prawdziwym sobą. Kogo widzimy? Nagie, po tranzycji ciało, porozumiewa się z publicznością bezgłośnie, odkrywając światu rewir tożsamości płciowej wybitnie intymny, najbardziej osobisty, do bólu szczery. Oznajmiający, że liczy się człowiek. Kim jest naprawdę a nie jak jest postrzegany, czego pragnie a nie czego inni dla niego pragną, czy jest spełniony a nie czy spełnia nie swoje oczekiwania. Wszystko inne jest mniej istotne, jak to, co ma między nogami, o czym mówi córka Eugeniusza podkreślając, że jej ojciec jest dla niej bardzo dobry i ją kocha a ona jego. Żona też kocha go bezwarunkowo. Jest mu oddana, niekoniecznie wierna. Ale jest z nim, jest.

Janiczak z Rubinem konstruują spektakl społecznie zaangażowany, ważny, oparty na faktach a przy tym nowoczesny, interaktywny(zaprasza na scenę widzów). Upominają się o tolerancję, akceptację, empatię. Zapraszają do otwarcia się na osoby o tożsamości transpłciowej, wsłuchania się w to, co mają do powiedzenia. Poruszają problemy, które zazwyczaj się przemilcza, co jeszcze bardziej utrudnia ich rozwiązanie. Nie są w stanie podjąć wszystkich tematów, omówić wszystkich trudności ale swym spektaklem udowodniają, że nie jest im obojętny los osób marginalizowanych, ignorowanych, nierozumianych. Jednak nie epatują obscenicznością, nie wstrząsają widzem, nie wywierają na nim presji lecz spokojnie, rzeczowo, a nawet z poczuciem humoru opowiadają przedwojenną historię Eugeniusza Steinbarta, by wzbudzić zainteresowanie. Dowodzą, że problem istnieje od zawsze i nawet w ekstremalnych warunkach osoby o tożsamości transpłciowej podejmują ryzyko i mimo ostracyzmu, odrzucenia, szykan, starają się żyć normalnie, tak jak wszyscy: zgodnie ze sobą i na własnych warunkach. Szerzej pojmując problem, chodzi o możliwość każdego człowieka do życia zgodnego z prawdziwą tożsamością płciową bez względu na system społeczny, jego normy, zasady, środki prawnego przymusu w sytuacji bycia innym niż się wszystkim wydaje. Nienormatywność nadal sprawia problemy semantyczne, komunikacyjne, językowe. Nie wszyscy wiedzą, jak się do tej osoby należy zwracać, jak sobie radzić, by jej nie urazić, nie sprawić przykrości. Dyskutowanie, informowanie o niej nie jest proste i łatwe ale konieczne, bo mimo upływającego czasu nadal mają ogromne problemy z formalnym uregulowaniem swego statusu, ze społeczną akceptacją. Nadal brakuje szybkiej ścieżki medycznej, chirurgicznej korekty płci, która jest długa, bolesna, kosztowna. Zmiana danych w dokumentach musi być przeprowadzona sądownie. Wymaga cierpliwości, uporu, wyrzeczeń. Czasu. Trzeba wiele znieść, by móc w końcu być w pełni prawdziwym sobą. Czy ci, którzy są normatywni, potrafią z taką nieustępliwością, determinacją, bez względu na koszty, walczyć o siebie? Czy zaakceptują Syrena?


Widzowie jak uczniowie grzecznie podążają za wizją sceniczną twórców. Za ciekawie, lekko opowiedzianą historią na temat próbującego sobie radzić z konserwatywnym, zachowawczym, opresyjnym wobec nienormatywności społeczeństwem bohaterem, który na swój sposób żył jak czuł, jak chciał, w zgodzie ze swoją identyfikacją płciową. Dziś jest inaczej ale jednak w wielu obszarach, niestety, podobnie. Za mało jest ten temat znany, za mało rozumiany. Spektakl- zrealizowany w estetyce przez Janiczak i Rubina doskonale opanowanej, choć już nie zaskakuje ani wyborem tematu, ani formą, ani kompozycją- nie prowokuje a perswaduje, jest metodycznym wykładem, będącym wstępem do przemyśleń, początkiem działania dla zainteresowanych społeczną różnorodnością. Każdy człowiek jest inny, bo nie jest przez naturę, boga, ludzi stworzony na obraz i podobieństwo jednego wzorca. Harmonijne ludzkie współżycie wymaga wielkiej mądrości. Jeśli się jej w życiu, w świecie, w ludziach szuka, daje się sobie szansę na jej znalezienie, wypracowanie. Impulsem, wskazaniem, drogą do niej jest, między innymi, ten DOBRZE UŁOŻONY MŁODZIEŃIEC, ta dobrze ułożona sztuka. Uśmiechnięty Syren w biało-czerwonych barwach wita każdego chlebem i solą. Zaprasza do spotkania, poznania, zrozumienia. Skorzystajcie, jeśli możecie, jeśli tego chcecie. Powodzenia!

DOBRZE UŁOŻOY MŁODZIENIEC Jolanta Janiczak

reżyseria: Wiktor Rubin
dramaturgia: Jolanta Janiczak
scenografia: Łukasz Surowiec
kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Krzysztof Kaliski
video: Łukasz Surowiec
światło: Jacqueline Sobiszewski

obsada: Karolina Bednarek, Monika Buchowiec, Maciej Kobiela, Michał Kruk, Halszka Lehman, Paweł Kos, Paulina Walendziak, Edmund Krempiński (gościnnie)

fot.: Aneta Wawrzoła & Grzegorz Habryn





czwartek, 20 kwietnia 2023

MATKA TEATR NOWY im. TADEUSZA ŁOMNICKIEGO w POZNANIU

Jeszcze przed podniesieniem kurtyny ubrany w garnitur młody człowiek wygłasza skierowany do widzów filozoficzny odczyt o tajemnicy istnienia, nieskończoności. O konieczności rewolucji. By mogła być masowa, powszechna, skuteczna musi narodzić się jej potrzeba w każdym człowieku. Ma wypłynąć z wewnątrz serc i umysłów do zewnątrz a nie odwrotnie. Dopiero wtedy będzie autentyczna, wiarygodna, możliwa, pozbawiona przymusu, presji. Pokona konsumpcjonizm, zwycięży mechanizację, powstrzyma napierającą katastrofę ludzkości- upadek indywidualizmu, sztuki, religii, filozofii. Metafizyki.

Co się za tym kryje, dowiadujemy się w kolejnej scenie, która ma miejsce w pokoju domu rodzinnego młodego Panicza Leona, mieszkającego tu z Matką, Janiną Węgorzewską, i Służącą Dorotą. Dobrze wychowany, doskonale wykształcony, bez żony, dzieci, pracy nie zarabia jeszcze na życie. Będąc dorosłym nie jest samodzielny. Ale chce uratować świat, dać ludzkości nową ideę. Jednak całkowicie jest uzależniony od swojej rodzicielki. Ta najlepsze lata ma już za sobą a gorycz rozczarowania życiem (bez męża, syn nieudacznik, brak pozycji, samotność) zapija alkoholem. Pozbawiona złudzeń, sił, by walczyć, pełna pretensji do dorosłego syna popada w depresję, uzależnienie. W końcu płaci bez mrugnięcia za wygłoszony odczyt Leona, co jest dla niego na pozór tylko głęboko upokarzające, bo przywykł już do tego, że żyje jak pasożyt.

Ale dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, młody przejmuje inicjatywę i w akcie desperacji zaczyna samodzielne, dorosłe życie w podejrzanym, przestępczym półświatku. Zarabia krocie, znów jest na utrzymaniu kobiety, ma żonę prostytutkę i zajmuje się matką, która uzależnia się od narkotyków, wszelkich możliwych substancji psychodelicznych. Oboje żyją w skrajnie innym niż dotychczas świecie, który na pewno nie jest lepszy od starego ale pozwala uwolnić się od wszelkich trosk, mentalnie szaleć, robić wszystko. Umożliwia przeżycia trudne do opisania, które uwodzą, wciągają, fascynują, mamią. Matki i syna status sprawia, że żyją w bańce szalonej iluzji, poza realiami twardej rzeczywistości. Ślepa Matka umiera, znika, rozpływa się, przestaje istnieć i nikt tego nie zauważa. Nawet syn. I nie ma w tym ironii, drwiny, kpiny. Ona żyje poprzez niego, już w nim.

Klasyczny, tradycyjny świat proponuje utopię. Upupia młodych, degeneruje starych. Nowoczesny, pozbawiony ograniczeń, zasad, zobowiązań, na haju hedonizmu jest propozycją prowadzącą w nicość, donikąd. Do aborcji myśli, kastracji czucia. Ostatnia scena spektaklu jest wstrząsająca. To spotkanie Dziewczyny i Chłopaka, młodych bardzo ludzi, u progu życia. Wszystko ich łączy tylko nie miłość. Ich związek  był nieporozumieniem, przygodą, krótkotrwałym szaleństwem. Jednak ona jest w ciąży, on daje do zrozumienia, że dziecka nie chce. Dziewczyna bierze wszystko na siebie. Nie wiemy, co postanowi ale tym dzieckiem mógł być Leon a ona jego Matką. To dziecko mogłoby być Leona a jego Matką Zosia. Tym dzieckiem mógłby być każdy człowiek, a jego Matką świat, który ukształtuje go na współczesny swój obraz i podobieństwo. Co świat postanowi- dokona aborcji czy pozwoli wampirowi żyć wiecznie?

Reżyser Radek Stępień z dramaturgiem Konradem Hetlem rozbili spektakl na dwa przeciwstawne, z jednej strony wykluczające się, z drugiej dopełniające się światy, które kończą się katastrofą. Łączy je figura Matki, tej która decyduje, bierze odpowiedzialność i za to płaci całym swoim życiem i Leona, tego, który mógłby ją, siebie, ludzkość całą uratować, coś zmienić ale ponosi klęskę. Rozpędzona ogłupiającym postępem ludzkość galopuje na ścianę. Realizuje profetyczne przeczucie Witkacego, że czeka nas świat bez miłości, czułości, więzi. Rozszerzać się będzie pustka pochodząca z najskrytszego miejsca duszy, umysłu każdego człowieka, bo choć sam sobie gotuje los ma genotyp świata starego. a nowy ma tylko inną, bardziej skomplikowaną, mniej przejrzystą formę. Rewolucja, która by od niego pochodziła, niesie jeszcze większe spustoszenie, budzi grozę większą niż ekspansja rewolucji bolszewickiej, której Witkacy doświadczył na własnej skórze. Obraz wykreowany na scenie przenicowany jest lękiem, przeczuciem rozpadu, unicestwienia. Szaleństwem zagłady samozatracającego się świata. Czy Witkacy miał rację? Przyjrzyjcie się sobie, światu, oceńcie sami.

Zobaczcie spektakl choćby dla Antoniny Choroszy w roli Matki, jej aktorstwa, które jest interesujące. Fascynuje. Biegunowo zmienne, intensywne, skupione ilustruje huśtawkę nastrojów kobiety silnej i słabej, zdesperowanej i pewnej siebie, mającej nadzieję i pozbawionej złudzeń, świadomie osuwającej się w szaleństwo. Oślepłej z nieszczęścia. Pokonanej przez nadmiar niespełnienia.

Scenografia Pawła Paciorka oddaje charakter starego, rustykalnego świata i nowego, psychodelicznego. Kostiumy Aleksandry Harasimowicz adekwatnie indywidualizują bohaterów, ich status. Światło Aleksandra Prowalińskiego i video Natana Berkowicza ostro wizualizują nastrój i charakter scen. Ruch sceniczny Kingi Bobowskiej określa rytm i tempo czyli temperaturę zdarzeń. I mimo, że sztuka wystawiona jest na kameralnej scenie Teatru Nowego, podejmuje wielki temat relacji dzieci i ich matek, niechęci odcięcia pępowiny, wiecznej niedojrzałości mężczyzn, ich niezdolności uwolnienia się  od rodziców, dziedziczenia ich błędów. Trudności działania poza z góry określonym schematem. Wampiryzmu świata, kanibalizmu rodziny. Jak trudno jest żyć, niemożliwe być tylko sobą!


MATKA STANISŁAW IGNACY WITKIEWICZ

Reżyseria: RADEK STĘPIEŃ
Dramaturgia: KONRAD HETEL
Scenografia: PAWEŁ PACIOREK
Kostiumy: ALEKSANDRA HARASIMOWICZ
Światła: ALEKSANDR PROWALIŃSKI
Video: NATAN BERKOWICZ
Muzyka: MICHAŁ GÓRCZYŃSKI
Ruch sceniczny: KINGA BOBKOWSKA

Obsada:

Antonina Choroszy– Matka
Marta Herman – Dorota
Malina Goehs– Zosia
Edyta Łukaszewska– Lucyna Beer
Aleksander Machalica– Cielęciewicz
Tomasz Mycan– Leon
Dawid Ptak– Treff
Jan Romanowski – De Posk
Waldemar Szczepaniak – Plejtus

Premiera: 11 września 2020 | Scena Nowa

fot.: Monika Stolarska

GOTKI CZYTANIE W INSTYTUCIE TEATRALNYM W WARSZAWIE


Czytanie sztuki Artura Pałygi GOTKI w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej w Instytucie Teatralnym zaskoczyła ciekawą analizą życia wsi polskiej w okresie powojennym, w czasie transformacji i obecnym. Ujęciem tematu, doskonałym przygotowaniem, choć oczywiście to tylko work in progres, otworzyła dramat na wiele problemów, interpretacji. Była ważnym wydarzeniem dla samego autora, który przyznał w rozmowie po prezentacji sztuki, że brakuje mu w trakcie pisania zarówno czasu, jak i możliwości przyjrzenia się tekstowi dramatu w trybie roboczego scenicznego przygotowania. Czytanie w IT było doskonałą okazją, by skonfrontować jego oczekiwania z tym, jak brzmi w teatralnej rzeczywistości to, co ujął w sztuce. Zarówno autor, jak i widzowie nie byli rozczarowani. Wręcz przeciwnie, wszyscy czekają na gotowy spektakl w reżyserii Darii Kopiec w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Premiera spektaklu odbędzie się we wrześniu 2023r. Zapowiada się interesujący spektakl, bo spisana z obserwacji, wspomnień, doświadczeń autora dramatu historia pozwala zrozumieć również dzisiejszą kondycję wsi, polskiego społeczeństwa, nas samych. No cóż, prawie wszyscy pochodzimy ze wsi. 

Atrakcyjność opowiadania o wsi na przestrzeni wielu dekad polega w tym wypadku na tym, że snują je w okolicznościach mającej rychle nastąpić śmierci matki Stanisławy(Weronika Kowalska) trzy siostry. Kryśka (Beata Schimscheiner) przybyła z Włoch, gdzie od lat ciężko pracuje opiekując się starszymi osobami, najmłodsza, Majka (Katarzyna Tlałka), przyjechała wypasionym autem z niedalekiej miejscowości, gdzie żyje dostatnio z mężem. Lutka (Małgorzata Kochan) opiekowała się matką przez całe życie, bo została na ojcowiźnie uznając to za swoją powinność, poza tym nie wyobrażała sobie życia gdzie indziej. Mimo ciężkiej egzystencji na wsi, biedy, doświadczenia zawirowań politycznych, systemowych, zmian strukturalnych, ostrego bicia zarówno przez matkę, jak i ojca, jego alkoholizmu i śmierci w rowie, niedostatku pozostały pogodne, pełne wigoru, pomysłowości. Dojrzałe, po przejściach ciepło wspominają miniony czas. Bez goryczy, żalu, złych emocji, bo te jakby do cna wygasły. Oczywiście pretensje, przytyki, rozbieżności w pamięci wspomnień pozostały ale kobiety niosą w sobie naturalną zgodę na to, co było a ważne jest dla nich, co przyniesie los, jaki by nie był. Wiedzą, że trzeba się z nim pogodzić i iść dalej do przodu. Ta akceptacja trudnego dzieciństwa, dojrzewania, jednoczesnej nauki w wiejskiej szkole i pracy na roli jest uderzająca. Ich pokora ujmuje i każe się uczyć spojrzenia na przeszłość z przymrużeniem oka, z uśmiechem i prostą piosenką na ustach. Pozostać, jak ich matka, młodą, wesołą, zalotną osobą, nawet na łożu śmierci. Tak działa pamięć łagodząca złe wspomnienia. Tak działa siła wyrosła z konieczności przetrwania.

Mają też siostry swoje tajemnice. Nie wiemy dlaczego przez bardzo długi czas się ze sobą nie widziały, do siebie nie pisały, nie dzwoniły. Dlaczego nie miały takiej potrzeby, może powodem była ambicja, poczucie winy czy wieczny chłopski wstyd gdy się coś w życiu nie udało. Nie znamy przyczyn niepowodzeń ich dorosłych dzieci, z którymi też nie utrzymują kontaktu chociaż czują się za nie nadal odpowiedzialne i je wspierają. Nie rozpamiętują tego co złe, nieudane, bolesne, trudne. Nie traktują tego zbyt poważnie, bo taki jest los i już. Życie na wsi zawsze było trudne, miało smak goryczy, która z perspektywy czasu wzmacniała, utwardzała, pozwalała przetrwać. Matki zawsze biły, ojcowie tłukli i pili a bród, smród, ubóstwo i ciężka praca były normą. Innego życia nie było. Siostry to wszystko pamiętają, każda inaczej, ale przede wszystkim myślą o przyszłości. Mimo śmierci mamy. Trudno, tam gdzie zawsze żyli Słowianie, powstanie skansen Gotów. One, Słowianki, mogą być Gotkami. Aby tylko trzymając się razem zachować ziemię, pracować i przetrwać.

Małgorzata Bogajewska wyreżyserowała czytanie sztuki, które swoim roboczym kształtem ale bliskim sercu nastrojem, wstępną interpretacją przyciąga uwagę, budzi duże zainteresowanie. Trzy siostry z matką, mimo oczywistych różnic, wydają się monolitem, jednią, solą ziemi, tą siłą fatalną, która swoją determinacją, chłopskim uporem i niezachwianą niczym wolą przetrwania imponuje, zaraża, budzi respekt a nawet zazdrość. Daje nadzieję. Pomysł reżyserki, by matka była  z nich osobą najmłodszą, uroczą, delikatną jest wspaniały. Jakby nie miała 87 lat i wszystko nie było za nią a przed nią. Jakby była nieśmiertelną wsi niespożytą siłą. Mówiącą, że śmierć nie jest zła, człowiek w niej piękny, bytowanie na wsi życiodajne. To ona intonuje piosenkę ludową do muzyki wykonywanej na żywo przez Macieja Salusa (gitara), którą radośnie śpiewają z nią jej dzielne córki, trzy siostry jak jeden mąż, na koniec starego, a może, czujemy to mocno, na dobry początek nowego życia we wsi Męcz. Świadomie wspólnie zdecydowały o pozostaniu na niej. Ważne jest, że  mimo obaw, lęków, ryzyka, bez względu na to, co się zdarzy, odważnie będą próbowały rozkręcić turystyczny biznes. Bez kompleksów.  Bez zbędnych obciążeń, sentymentów. Jakby się na nowo narodziły.

Do zobaczenia więc w teatrze! Na gotowym spektaklu. Do zobaczenia!

 

GOTKI Artur Pałyga

reżyseria: Małgorzata Bogajewska
obsada: Beata Schimscheiner, Katarzyna Tlałka, Małgorzata Kochan, Weronika Kowalska
muzyka na żywo: Maciej Salus

Tekst powstał w ramach III edycji programu DRAMATOPISANIE, którego organizatorem jest Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, a środki na jego realizację pochodzą z budżetu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

fot. Rafał Latoszek

niedziela, 9 kwietnia 2023

FESTIWAL NOWE EPIFANIE: GOŚCIE WIECZERZY PAŃSKIEJ W NOWYM TEATRZE W WARSZAWIE


Spektakl jest o bezbrzeżnej, przejmującej lękiem pustce, wszechobecnej nicości, bezsensie życia i śmierci. Pustce powstałej wskutek braku miłości do ludzi, świata, zwątpienia w istnienie, moc sprawczą Boga, wyparcie go, unieważnienie. Pustce po stracie nadziei, bo jeśli się w ogóle miłość tu odczuwa, to jest ona niewystarczająca. Wszystko to doprowadza do braku wiary, wielkiej tęsknoty za nią. A czterema filarami tego stanu rzeczy, GOŚĆMI WIECZERZY PANSKIEJ są: Tomas Ericsson, Marta Lundberg, Jonas Persson i Algot Frövik.

Tomas zmuszony został przez rodziców do wybrania zawodu pastora, poznajemy go jako człowieka złamanego, zgorzkniałego, bezsilnego, mającego świadomość swej upadłej kondycji, osuwania się w szaleństwo. Mariusz Bonaszewski gra pastora wtłoczonego w nie swoją rolę, po utracie ukochanej żony niezdolnego nie tylko do miłości ale do okazywania jakichkolwiek uczuć. Jest tym, który czuje się odpowiedzialny za szerzące się zło, bo nie wie, nie umie, nie chce z nim walczyć. Poddaje mu się, ulega mu, otwiera innych na nie. Przyczynia się do tego, że tracą resztki wiary, nie znajdują powodu, by trzymać się życia, które równie jak śmierć wydaje się nie mieć jakiegokolwiek znaczenia, sensu, mocy.  Piękno świata, potrzeby ludzi nie wystarczą, by uzasadniać jego trwanie. Nie są powodem. Tomas jest zły, słaby, wiarołomny. Przez to bezduszny, okrutny, nieczuły. Już w pierwszej scenie jego ciało słania się, jego duch łamie-modlitwa z jemu podobnymi- nie może pomóc, nie przyniesie pocieszenia, ukojenia, nie wzmocni. Pastor z trudem się do niej zmusza. Odrzuca Boga, jak i wszystkich ludzi, którym jest potrzebny. Pusty nie znajduje dla nich drogi ratunku. Dla siebie również. 

Marta kocha Tomasa bezwarunkowo. Doznała cudu od Boga, w którego nigdy nie wierzyła. Desperacko trzyma się tego uczucia, które nazywa miłością. Beznadziejnie łudzi się, że wystarczy utrzymać związek gdy tylko jedno z dwojga kocha. Miłość to straceńcza. Miłość naiwna lecz jedyna. Bez godności, szacunku, złudzeń. Ale Marta szuka ciągle sposobu, by  nie tracić kontaktu z Tomasem, by dotrzeć do niego, coś w nim poruszyć, wskrzesić. Chce być wysłuchana. Chwyta się każdej okazji, pomysłu, by o pastora i o siebie, własną koncepcję wypełnienia pustki walczyć. Ma życie w sobie, nie boi się poniżenia, nie unika razów. Znosi je z pokorą. Ignoruje je. Ulega uczuciu do Tomasa, bo wierzy, że jest ważne, i za wszelką cenę chce je w sobie ocalić. Dlatego nie unosi się, nie prowokuje. Negocjuje, drąży, czeka i nieustannie próbuje. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik przedstawia nam Martę łagodną, pogodną, nieustępliwą. Jej okrutnie krzywdzona bohaterka nie rezygnuje. Słucha uważnie, w ciszy obserwuje. Przekonuje, rzeczowo tłumaczy, spokojnie wyjaśnia. Czeka na kolejny cud. 

Jonas ma dużą rodzinę ale większą od miłości ma moc depresja. Paniczny lęk i obsesja zagłady ludzkości doprowadza go do samobójczej śmierci. Włada nim całkowita bezsilność wobec wyzwań rzeczywistości, jej pułapek. Marek Kalita nie gra człowieka złamanego, zamkniętego w sobie, milczącego lecz silne przekonanego o swojej słuszności. Jego Jonas argumentuje, zagaduje strach, ignoruje cierpienie rodziny, piękno surowej natury. Ważny jest tylko jego ból, jego decyzja. Chołubiona w sobie pewność. Też infekuje swoją dezercją z życia, którego się bardzo boi. Jak Tomas.

Algot jest posłusznym, sumiennym kościelnym ale cierpienie podkopuje jego pewność siebie. Czytanie biblii mu pomaga, bo porównuje swoją udrękę spowodowaną chroniczną chorobą do cierpienia umierającego Chrystusa na krzyżu. Jego utratę wiary w Boga do swojej. Co w jego oczach go usprawiedliwia, wywyższa, na chwilę ratuje. Unieważnia ból ducha, niemoc ciała.  Chrystusowe wezwanie: "Boże mój, Boże czemuś mnie opuścił " interpretuje jako zaprzeczenie tego, co przez całe swoje życie Syn Boży głosił. Ale tylko dlatego, że nikt, nawet mu najbliżsi, nic z Jego nauk nie zrozumieli, niczego się nie nauczyli. Tak też jest i z ludzkością. Nie uczy się na błędach, nie wyciąga z porażek wniosków.  Nie podnosi się po klęsce, bo nie stosuje się do prostych, jasnych zasad. Wojciech Kalarus gra prostego człowieka doświadczonego chorobą, który intuicyjnie szuka wyjaśnienia swojego stanu ciała i ducha. Znajduje takie, które prowadzi go na manowce, bo daje tylko krótkotrwałą pociechę, chwilowe wytchnienie.

Bohaterowie zarzucają Bogu, że milczy. Toną w otchłani jego milczenia, swego nieistnienia. Przestrzeń sceny wypełnia pustka, bo wszystko umarło: wiara, nadzieja i ta najważniejsza, miłość. Jest jeszcze niepewność, cierpienie, tęsknota. Impotencja emocjonalna i intelektualna. Mimo widocznego postępu materialnego, ludzkość mentalnie się cofa. Zatraca. Osuwa się w demencję, degenerację, szaleństwo. Staje się wielkim, bezwartościowym, neurotyczne NIC, które galopuje, napędzane pychą i próżnością, w stronę unicestwienia na własne życzenie-bez godności, bez walki.  Duch jej więdnie. Gnuśnieje. Jest niewydolny. Umiera. 

Ingmar Bergman antycypował. W jego filmowym obrazie bohaterowie są przestraszeni, zamknięci w sobie, skupieni na rozpamiętywaniu swojej słabości, bólu, zagubienia. Martwota jest w nich i rozprzestrzenia się na otaczający świat. W spektaklu Tomasza Fryzła  pustka świata, który nie ma nic do zaoferowania ludziom, wnika w ich dusze i ciała a oni na to pozwalają. W finale oprócz wyczyszczonej z rzeczy i ludzi sceny uderza biel, jak nowe otwarcie, symboliczna tabula rasa. Co z tym stanem rzeczy zrobimy? Zagadamy czy przemilczymy a może się w niej, jak Tomas, Marta, Jonas, Algot, zatracimy, rozpłyniemy.


GOŚCIE WIECZERZY PAŃSKIEJ wg scenariusza filmu Ingmara Bergmana

Reżyseria: Tomasz Fryzeł
Dramaturgia: Piotr Froń
Scenografia: Anna Oramus
Kostiumy: Anna Oramus
Muzyka: Nikodem Dybiński
Reżyseria światła: Klaudyna Schubert
Adaptacja: Piotr Froń
Asystentka dramaturga Marianna Cieślak
Produkcja: Anna Skała

Obsada: Mariusz Bonaszewski, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Marek Kalita, Wojciech Kalarus

Spektakl powstał we współpracy z Festiwalem Nowe Epifanie jako efekt Laboratorium Nowych Epifanii










wtorek, 28 marca 2023

FESTIWAL NOWE EPIFANIE: INFERNO AKADEMIA SZTUK TEATRALNYCH W KRAKOWIE W TR WARSZAWA

Pierwsza scena spektaklu rozgrywa się w foyer TR Warszawa. Poznajemy Wergiliusza, artystę, poetę, filozofa, a co najważniejsze współczesnego młodego człowieka, który dokonuje autokreacji i ponosi w naszych oczach, jak sądzi, klęskę. Zaprasza nas na swoją wystawę, będzie przewodnikiem.  Gdy na nią wkraczamy, z mrocznej przestrzeni sceny wyłaniają się rozrzucone na scenie nieruchome ciała ludzkie, personifikacje, jak finał dopowie: wyrzutów sumienia, błędów, zaniechań, grzechów, które unoszą się na powierzchni życia w otchłani zła. Na dachu hotelu siedzi dziewczyna z komórką. To Dante, która niecierpliwie wydzwania do kolejnych znajomych prosząc na wiele sposobów o zwrot swojej bluzy. Rozjarzony neon informuje, że to HELL kondycji współczesnych młodych ludzi. Z czasem ciała poruszają się, zmieniają pozycję, tworzą różne konfiguracje-zawsze synchronicznie z toczącą się akcją. Są żywą, interaktywną ilustracją konfrontacji rzeczywistości z fikcją. Dante z Wergiliuszem są w miejscu, które generuje zapętloną sytuację, jak dziewczynie się zdaje, bez wyjścia, co dodatkowo pogłębia uczucie strachu, bezsilności, dezorientacji.  Kolejne sceny wizualizują ich stan mentalnego zawieszenia, wynikającego z pogubienia, splątania, niemożności oceny, co jest ostatecznie prawdą a co fałszem, konfabulacją: "ja" kreowane przez cybernetyczny świat zewnętrzny czy "ja" niespełnione wewnętrzne pragnienie żywego ludzkiego kontaktu. 

Spektakl ostatecznie mówi o tym, że młodzi ludzie żyją w piekle, czego w zbyt wielu wypadkach nawet nie podejrzewają. Nie są więc ostrożni, uważni, czujni. Świadomi. Ukształtowani przez system tradycyjnego, analogowego wychowania egzystują w cyberprzestrzeni dzięki ciągle doskonalącej się technice(telefony, komputery), umożliwiającej tworzenie dowolnych wersji samych siebie. Internetowych awatarów. Buduje to sytuacje paranoidalne, schizofreniczne. Niebezpieczne. Zaburza obraz prawdziwego siebie, właściwą ocenę tego kim się jest, czego się pragnie, dokąd zmierza. Współczesna młodość nie jest nawet uwikłana w wewnętrzną walkę: zostać prawdziwym sobą i podporządkowywać sobie świat czy zrezygnować z siebie i ulec wymaganiom, normom, oczekiwaniom świata. Bezrefleksyjnie poddaje się obowiązującym trendom, narzucanym modom, coraz bardziej stając się bezwolną, zdezorientowaną, wyalienowaną osobą. Płynie z prądem. To internet ją kontroluje, urabia, nią manipuluje. Stwarza. Tym gorzej, jeśli dzieje się to bez jej akceptacji, sprzeciwu, świadomości, bo wtedy wpada w pułapkę ubezwłasnowolnienia. Pomieszania siebie prawdziwego z sobą wykreowanym, abstrakcyjnym. W permanentnym stanie przejściowym  zaburzającym właściwą ocenę. W zapętleniu, w konflikcie, pod presją, w walce między kolejną wersją rzeczywistości a snem, fikcją, narzucanym społecznościowym modelem, któremu zbyt łatwo się podporządkowuje. Ulega.

Spektakl jest konfrontacją, mierzeniem się bohaterów z prawdą. Ale być może też awatara  z awatarem i wtedy sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, wyrazistość obrazu zamazuje a dojście do źródła własnej porażki, uzyskanie obiektywnego obrazu rzeczywistości zupełnie staje się niemożliwe. I to jest ta czarna, mętna otchłań, w której dryfuje współczesna generacja młodych gniewnych- coraz bardziej samotnych, coraz mocniej w nadmiarze trudnych do zweryfikowania informacji zagubionych, coraz dotkliwiej beznadziejnie wyalienowanych. Z trudem komunikujących się, z trudem nawiązujących więzi, z trudem rozumiejących siebie, innych, świat.  Mimo nieograniczonego dostępu do informacji, wiedzy, mimo technicznych możliwości. OT, smutne to ludzkie dociekanie, wtajemniczanie. Człowiek, zafascynowany rozwojem, postępem, tworzący sztuczną inteligencję, sam sobie gotuje, podobno w dobrej wierze, podobno dla dobra, tak odczłowieczony los. INFERNO.

Spektakl, nawiązując do Dantego i Wergiliusza, ma bardzo współczesną wymowę, i choć jest  poprawnie wyreżyserowany przez Werę Makowskx, dramaturgicznie dopracowany przez Julię Nowak, to przez trudny do uchwycenia pomysł aktorstwa i brak spójności zabrakło w nim drapieżności, swady, energii, która byłaby adekwatna do ważkości podejmowanego tematu. Jedynie choreografia Magdaleny Kaweckiej i jej dynamiczne, plastyczne kompozycje, taneczno-wokalne obrazy w charakteryzujących bohaterów kostiumach Bellona Cornutty- tak silnie ilustracyjne, budujące napięcie i konteksty-przebija wszystko. Kradnie uwagę. Hipnotyzuje. Ale nie wzmacnia aktorstwa, bo staje się wbrew zamysłowi nie kompatybilną a samodzielną wypowiedzią. 

Ten obraz nie dotyka, nie porusza, nie dusi. Nie pali tragizmem problemów, potencjalnych odcieni grozy, łatwych do przewidzenia ciągów dalszych. Jedynie sygnalizuje, informuje, punktuje. Sam zaciera sensy w mętnych, trudnych do śledzenia, odczytania treściach. Kreśląc kolejne kręgi współczesnego piekła, pozbawia dostępu do głębi jego otchłani. Kluczy tylko, tylko mami. Tajemniczo. Złowieszczo.

INFERNO

Reżyseria: Wera Makowskx
Dramaturgia: Julia Nowak
Scenografia: Kalina Gałecka
Kostiumy: Bellon Cornutta
Choreografia: Magdalena Kawecka
Muzyka: Maks Zieliński
Grafika: Stanisław Nowak

Występują: Anita Szepelska, Aleksander Gałązka, Przemysław Płaczek, Maciej Kamiński, Nina Potapowicz, Magdalena Kawecka, Aurora Lipartowska, Inga Chmurzyńska, Kacper Kujawa, Iga Rudnicka, Ida Trzcińska, Angelika Smyrgała, Dominik Olszański.

Spektakl dyplomowy studentki V roku Wydziału Reżyserii Dramatu Akademii Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego

fot.: Festiwal Nowe Epifanie w TR Warszawa