wtorek, 13 czerwca 2017

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY

WIECZÓR  WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY to już tradycja, bardzo dobra tradycja. Stały punkt Festiwalu. Umożliwia przegląd form, technik, stylów. Jest smakowitą namiastką pomysłów, które mogą rozwinąć się z etiudy w  bogatszą, dłuższą, bardziej złożoną formę. Ta różnorodność zaprezentowana w czasie jednego wieczoru jest intensywna, mocna, bardzo interesująca. Dla widzów to niesamowita gratka. Przyjemna nauka i pouczająca zabawa. Wyjątkowe przeżycie. Jak się okazało, spotkanie z plejadą artystów pantomimy było nad wyraz udane. Bardzo się publiczności podobało. Zakończyło się długimi, huraganowymi owacjami  na stojąco. To duża radość i satysfakcja. Bo jest to przegląd umożliwiający widzom określić, co im się podoba, co odpowiada jej gustom, rzadka okazja dla artystów konfrontacji, możliwość sprawdzenia siły oddziaływania ich sztuki.

Festiwal, jak sama pantomima, ma nieść formą treść, myśl, emocję, działanie, które są istotne dramaturgicznie ale oprócz warstwy intelektualnej i estetycznej, oferują nadzieję, sprawiają radość. Mają działanie budujące, wzmacniające, rozrywkowe. Emocjonalnie angażują, artystycznie rozwijają, optymistycznie nastrajają. Są pociechą. Przeżyciem pozytywnym. Nie boją się wzruszeń, uniesień i wstrząsów. Poezji, kontemplacji. Pantomima zdradza, jak wiele powiedzieć może nam ciało. Ile odkryć potrafi o naturze człowieka, jego relacjach z innymi ludźmi, ze światem. Przy czym bywa dziecinnie wzruszająca, naiwnie zabawna, rozbrajająco urocza. Czuła i wyrozumiała. I rozwija się, rozwija się ciągle. Eksploruje wszelkie możliwe obszary. Zawłaszcza każdą treść i formę.Nie boi się eksperymentu i ryzyka.

Wieczór rozpoczął piękny występ w LEGENDZIE FAUNA, wspaniale ucharakteryzowanego na drzewo Mai Rojas/Spain/ o podwójnej naturze człowieka, dwóch w nim walczących bestiach. Zdumiewająca technika stylu mima, giętkość jego ciała, miękkość ruchów zahipnotyzowały, przykuły uwagę widzów. Wiarygodnie oddały dzikość i subtelność, ostrość toczącej się w jednym ciele walki. Użyto słów, muzyki. Najmocniej przemawiało ciało mima.

W HAPPY BIRTHDAY spotykamy młodego człowieka, Radima Vizwary/Czechy/UBRANEGO SPORTOWO, z deskorolką. Sam świętuje urodziny, otwiera prezent. Żuje prezerwatywy jak gumy do żucia. Jedną z nich naciąga na głowę i sprytnie nadmuchuje, po czym spuszcza powietrze. Zabawa formą, perfekcja gestu, pomysł narodzin człowieka i pantomimy. Jedno przechodzi w drugie. Lekko, wesoło i przyjemnie.

HISTORIA Studia Pantomimy/Polska/ to powrót do przeszłości. Odsłona kolejnych obrazów, kompozycji grupowych. Prezentacja statyczna, narracyjna charakteryzująca naturę kobiet, mężczyzn, relację małżeńską, pana i poddanego, opowiada w skrócie historię człowieka poprzez narodziny po dojrzałość do życia we wspólnotowości. Esencjonalna, krótka, kostiumowa. Rodzajowa. Jak w Muzeum Etnograficznym, Historycznym. Z nutą dydaktyczną.

TRESER LWÓW w wykonaniu BODECKER&NEANDER COMPANY /Francja/Niemcy/to popis pantomimy klasycznej: zabawnej, radosnej, śmiesznej. Ten styl: niewymuszony, lekki, naturalny , wykonany przez mistrzów pantomimy, widzowie lubią najbardziej. Prosty pomysł odnoszący się do doświadczenia zbiorowego/cyrk/, dowcipny scenariusz zdarzeń/ tresura lwa/, perypetie, które mają szczęśliwe zakończenie tworzy sztukę dla wszystkich:małych i dużych. Zwłaszcza, że wykonanie jest perfekcyjne, wyczucie formy, proporcji, tempo idealne. Wielkie brawa!

DOPÓKI ŚMIERĆ NAS NIE ROZŁĄCZY, etiuda Polaków/pomysł Ewelina Grzechnik, reżyseria Paulina Szczęsna/ ilustruje dokładnie to, co zapowiada. Para zacnych, zżytych staruszków uporczywie unika śmierci. Przegania ją, wypycha, straszy. Ta nie ustępuje i gdy ostatecznie robi swoje, małżonkowie, niczym para młodych ludzi, wydaje się być na nowej , szczęśliwej drodze życia/welon/. Ciepła opowieść o trudnej starości, odchodzeniu. A jednak nie nastraja smutkiem, nie przygnębia. Niesie pocieszenie, ze śmierć nie jest w stanie rozłączyć prawdziwej, mocnej miłości, która z ziemskiej przeradza się w wiecznie trwające gorące uczucie. Etiuda narracyjna, rodzajowa. Szydząca ze śmierci, głosząca pochwałę miłości i życia.

WSPOMNIENIE w wykonaniu Luisy Bragi/Szwajcaria/ to piękna, nastrojowa historia sytuacji życiowej samotnej, dojrzałej kobiety w czerni, w koronkach. Teatr tańca inspirowany sztuką Piny Bausch ma olbrzymi potencjał dramatyczny. Wizualizuje powtarzająca się codzienność starzejącej się kobiety, której wiatr, deszcz, łopot skrzydeł wpadającego do pokoju gołębia przywołuje wspomnienie. To ona jest tym ptakiem, które uciekając przed napierającą burzą wpadł w pułapkę czasu, rutyny, konieczności. Wspomnienie będące metaforą uwięzienia, marzenia o zmianie w życiu, bycia kimś innym, z koniecznością znoszenia losu i na koniec nadzieja, że można być szczęśliwym człowiekiem, jak ptak, który w końcu wylatując z pokoju odzyskuje wolność. Symboliczna scenografia, zredukowana do absolutnego minimum/stół, miednica, lustro, okno, krzesło/, taniec, aktorstwo z krótkiej etiudy buduje głęboką emocjonalną alegorię losu człowieka.

Renata Birska i Ireneusz Wojaczek w etiudzie KOPYTKO I KNYPELEK- 20 LAT WCZEŚNIEJ przenoszą swoich bohaterów do czasów dzieciństwa psotnego, słodkiego, idyllicznego. W dziecięcych ubrankach, fryzurkach stają się uroczymi bobasami smakującymi olbrzymie, słodkie lizaki, bawiącymi się foremkami w piasku. To powrót do przeszłości bezpiecznej i naiwnej, gdy nie sposób jest być nieszczęśliwym, rozczarowanym, smutnym człowiekiem, bo artyści prezentują nam wesoły, optymistyczny obrazek samych siebie. W niewinnej beztrosce, wolności i szczęściu. Tak, nie zapominać o dziecku w sobie, to dążenie każdego z nas. Dobrze się czujemy w świecie prostych czynności, nieskomplikowanych relacji, gdy wszystko co najważniejsze  dopiero się zdarzy.

Radim Vizvary wystąpił ponownie, wizualizując wysmakowane stylistycznie, wyrafinowane formalnie, bezpretensjonalnie proste NARODZINY KRZYKU. Bowiem wykiełkował z pozornego ładu, jasności, światła. Odkrywając fizyczność  z szarawarów czystości bieli, doprowadza do wyzwolenia stanu ducha z uwikłania w niewinność, ciszę. To wewnętrzne rozedrganie, sprzeciw uwalnia się z rozedrganego ciała, rezonując w niemy krzyk, strumieniu promieni świetlnych jak w stanie iluminacji. Symbol  równowagi, samostanowienia, indywidualizmu. Dowodząc konieczność wypowiedzi najbardziej intymne, emocjonalnej. Usprawiedliwionej mocą wypieranego buntu, dojrzałości do dojrzewania.

Mai Rojas też wystąpił raz jeszcze, pokazał się w etiudzie PODRÓŻ. Potwierdził fantastyczne przygotowanie warsztatowe, perfekcyjne panowanie nad ciałem i duchem, pedantyczne opracowaną charakteryzację i kostium, rekwizyty, specyficzny język ekspresji. Giętkość, gibkość, sprawność ciała, która pozwala wykonać wszystko, co pomyśli głowa. Koordynacja ruchowa, synchronizacja gestu, mimiki daje efekt doskonałego aktorstwa, gdy ciało jest posłuszny myśli, pośrednikiem, narzędziem, zaprogramowanym przez artystę najważniejszym środkiem przekazu treści, emocji, uczuć. Wszelkich napięć, przemian. Samą motoryczną narracją. To dowód na to, jak ważne jest przygotowanie warsztatowe, techniczne, dojrzałość emocjonalna i psychiczna. Balans ducha i ciała. zarządzany czuciem i myślą, synchronizującymi, kontrolującymi całokształt. Mai Rojas w ubraniu kloszarda, włóczęgi ze starą, dużą, skórzaną walizką wydawał się trwać w nigdy nie odbytej podróży. Rozedrgany, walczący ze samym sobą, niewidzialnymi przeciwnościami losu, całą zgrają fikcyjnych bohaterów wyczarowuje tysiące biletów, które wirują jak konfetti. W końcu biedny, okradziony, zmęczony chowa się do walizki z jednym biletem przygotowanym do okazania. Jakby odkrywał na koniec prawdziwą naturę podróży, którą odbywa we śnie, wyobraźni, marzeniu, nie na jawie. A może jest ta etiuda czystą ideą poznawania siebie, która jest podróżą wgłąb siebie a  przejawia się w walce, przygodzie, wewnętrznym napięciu. Jako jedna z postaw, jeden ze stanów w spełniającej się eskapadzie przez własne życie.

Prezentacje zakończyła POKUSA  BODECKER&NEANDER COMPANY związana z konsumpcją, modą. Zaspokajaniem ciała i ducha. Panowie znaleźli się w jadłodajni, barze, przy szwedzkim stole. Sięgają po potrawy, wzajemnie decyzje komentują, oceniają. Odkładają na miejsce te niezaakceptowane, skrytykowane, zganione, nie mogąc się ostatecznie zdecydować czy jest to właściwy, z różnych powodów, wybór. I tu jest zabawa, gestykulacyjno-mimiczny komentarz, błyskotliwa, dowcipna narracja. Kumulują się w tej etiudzie wszelkie lęki, obawy, nawyki, mody związane z jedzeniem, konsumpcją. Głodem, pragnieniem, pokusą zaspokojenia w świecie wszelkiej obfitości ale i wymogów zdrowia, kanonów piękna.  Zwyczajnego, naturalnego dogodzenia sobie, smakowania przyjemności,  z jednoczesną akceptacją otoczenia.  Kończy się to godzenie sprzeczności zabawnym pokazem mody i wielkim obżarstwem. Śmiechem aktorów i widzów. I jest to najlepsza puenta. Doskonałe porozumienie sceny z widownią. Ukoronowanie wieczoru pantomimy, która kontynuując, rozwijając klasyczny kanon z powodzeniem wprowadza ją we współczesność.

Nie wszystko trzeba o niej wiedzieć. Wystarczy na niej być. Profesjonalizm artystów, ich wrażliwość jest podobna do naszej, bo tak naprawdę ich historie są naszymi.  Sztuka łączy. Sztuka mimu opowiada, wyjaśnia, przedstawia gdy słowa zawodzą lub nie wystarczają.  Komunikuje się pozawerbalnie, nigdy nie rezygnuje. Dlatego nie ustaje w poszukiwaniu nowych środków dla szczerego, adekwatnego, trafiającego w punkt przekazu. A publiczność nie zawodzi. Przybywa licznie, uważnie ogląda, emocjonalnie reaguje. Dzięki sztuce odnajduje dziecko w sobie i jest to dziecko szczęśliwe. Wzmocniona sztuką, rozbawiona do łez, w doskonałym humorze może brać się za bary z rzeczywistością, do której wraca. A ta nie jest już tak straszna, trudna, przytłaczająca, depresyjna, bo przepracowana, oswojona w teatrze, obejrzana z innego, artystycznego punktu widzenia, już tak nie dotyka, nie boli. Widzowie, wzmocnieni, rozbawieni, naładowani pozytywną energią na pewno na kolejne spektakle sztuki mimu wrócą. Bo kto raz poczuje jej działanie, chce więcej, pragnie czerpać z tej sztuki/też śmiać się i płakać/ częściej. A artyści czekają, są w doskonałej formie, co wspaniale WIECZÓR WSPÓŁCZESNEJ PANTOMIMY potwierdził.

zdjęcie: Kasia Chmura-Cegiełkowska

XVII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL SZTUKI MIMU ŚWIATŁA MIASTA

Pantomima znów rządzi w Warszawie. Po raz siedemnasty. I znów widzowie kochający sztukę mimu i ci, którzy pojawili się na festiwalu pierwszy raz, mają okazję obejrzeć wiele interesujących spektakli. Pantomima jest sztuką autonomiczną, głównie opierającej się na mowie ciała, ruchu, mimiki. Sugestii kompozycji obrazu, ujęcia tematu. Nie wyrzeka się słów, tańca, wszelkiej możliwej formy. Łączy wiele dramatycznych środków wyrazu, by opowiedzieć swoją historię, stworzyć nastrój, dotknąć istoty rzeczy. Czerpie skąd się da, by się z widzem skomunikować, porozumieć, połączyć we wspólnym obcowaniu ze sztuką. Sztuka mimu jest różnorodna, bogata, czuła. Niosąc nawet najbardziej tragiczne treści, podszyta jest nadzieją. Poetyczna, drapieżna, tragiczna czy komiczna wpisuje pozytywne odczuwanie świata, mając na uwadze budowanie w człowieku dobra i siły. Wymaga maestrii warsztatowej, predyspozycji psychicznych i fizycznych. Pasji. Finezji. Pewności, że ten sposób ekspresji jest dla artysty najwłaściwszy, najlepszy, najskuteczniejszy w doprowadzeniu go do celu.

I właśnie dwóch artystów, tworzących Bodecker&Neander Compagnie, goszczących już w Polsce dziewiąty raz otwierającym festiwal spektaklem ŚWIATŁA MIASTA, potwierdzili swoją najwyższą klasę. Łączą tradycję ze współczesnością. Przywiązują wagę do szczegółu, niuansu, by wydobyć esencję wszystkiego, co charakterystyczne, ważne. Są komiczni, dowcipni, wszechstronni. Celnie trafiają w punkt. Zachwycają poziomem przygotowania, perfekcją przedstawiania. Bawią poczuciem humoru, lekkością wchodzenia w rolę, konwencję, temat, umiejętnością wydobywania z każdej sytuacji pozytywów. Uczą dystansu, ciepłego, przyjaznego spojrzenia na ludzi i życie. 

Tym razem  Aleksander Neander i Wolfram von Bodecker pod artystyczną opieką Lionela Menarda wzięli widzów w podróż po stolicach świata. Pokazali charakterystyczne emocjonalne, nastrojowe, poetyczne wizje wielkich miast, budując ich obraz ze stereotypów, skojarzeń, indywidualnych wyobrażeń i doświadczeń, a przede wszystkim poprzez relacje człowieka z człowiekiem, bo to ludzie są głównymi twórcami klimatu miejsca i czasu. Wydaje się, że w jakiejś mierze ten spektakl inspirowany jest filmem Charliego Chaplina ŚWIATŁA WIELKIEGO MIASTA, gdzie historia zwykłego, niepozornego człowieka, jego osobowość, charakter celnie opisuje specyfikę miasta, w którym żyje. Wzruszająco. Czule. Metaforycznie. Byłby też ukłonem w kierunku filmu niemego, niewątpliwie wykorzystującego sztukę mimu. 

Na początek przenieśliśmy się do MOSKWY, tu tematem były SZACHY. Przybyły gość, hochsztapler, pewny siebie cwaniak łatwo ogrywa miejscowych w szachy, inkasując spore sumy, dopóki nie rozegrał partyjki szachów z kelnerem w miejscu, gdzie się zatrzymał. Etiuda budowana jest na kontraście charakterów, postaw, wartości, jakie reprezentują bohaterowie.  Pokazuje, że gra w szachy dla mieszkańców Moskwy, Rosjan, jest zabawą, rozrywką a przegrana ich nie dotyka, nie boli. Gdy wygrywają, to nie dla pieniędzy, po prostu są lepsi. Są bezpośredni, bezpretensjonalni, pozbawieni wyrachowania, nie podchodzą do gry w szachy zarobkowo. Rozegranie partyjki sprawia im przyjemność bez względu na wynik. Przybysz w gorejącym czerwienią piekielną meloniku pokornieje wobec tej obezwładniającej go skromności. Przyjmując pozę kelnera, przez mgnienie wchodzi symbolicznie w jego skórę, jego świat wartości szczerych i prostych, najpierw zaskoczony, później jakby tęsknił za nimi, jakby chciał, by uczciwa gra sprawiała mu podobną radość. Całość etiudy wykorzystuje skrót myślowy, sytuacyjny, wynika z przenikliwej obserwacji, znajomości natury ludzkiej i miejsca, które ją kształtowało. Minimalizm formy, umiejętność celnego puentowania bez przerysowania, epatowania, zbędnej nadbudowy, rozwlekania akcji podbija dramaturgię występu. Urzeka lekkość, finezja, poczucie humoru, wyczucie formy. Lapidarność. Koncentracja. Zdolność kondensowania, zestawiania elementów akcji, cech charakteru i zachowań. Działanie na zmysły i wyobraźnię widza, odniesienie do wiedzy podstawowej, by wzmocnić emocjonalne znaczenie sztuki. 

Kolejną stacją był PARYŻ, spojrzenie na GRAND CAFE. W maksymalnym skrócie artyści nakreślili codzienność dwóch starych, zapracowanych francuskich przyjaciół prowadzących kawiarnię, która jest całym ich życiem. Te niczym nie różniące się, wypełnione obowiązkami dni fantastycznie odzwierciedlają ich charaktery, ilustrują ich życie. Pokazują krótką chwilę wytchnienia, gdy sami stają się swoimi klientami. Zupełnie jak w prawdziwym życiu-są to te momenty, gdy ledwie zdążamy być tylko dla siebie odprężeni, swobodni, szczęśliwi. To one uzasadniają, wynagradzają, rekompensują całą mordęgę, jakiej doświadczamy. I to końcowe mgnienie osobistego życia, radość, jaka jest z niego czerpana, przynosi zrozumienie tego miejsca. Tęsknoty za nim. Paryż kochamy dla jego klimatu, zapachu, nastroju. A przecież tworzy go kultura, tradycja, kuchnia a przede wszystkim konkretni ludzie. To z nimi artyści nas zapoznali. Przypomnieli, że o charakterze miejsca i czasu decydują prości, pracowici, oddani swemu miastu zwykli ludzie.  W gruncie rzeczy nam podobni. Dlatego bliscy, wzruszający, wiarygodni.

Nie obyło się bez wizyty w NOWYM JORKU w etiudzie  TIMES i spotkania z gazeciarzem, przedstawicielem mass mediów.  To one tu tak silnie wpływają na ludzi. Kształtują ich światopogląd. Jak wypaczają, pozbawiają indywidualnego, niezależnego myślenia artyści pokazali na scenie. Dowcipnie i wnikliwie. Dramatycznie prawdziwie. Przybyły kupując gazetę, czytając ją jakby oddał się w jej władanie.  To ona opakowuje całą głowę czytelnika,  zasłaniając całkowicie mu osobiste pole widzenia. W końcu pochłania ją. Głowa znika. Pojawia się na moment niesiona w rękach jej właściciela, jak w horrorze. Oto powierzchnia papieru rośnie do niesłychanych rozmiarów. Ginie cała postać przysłonięta przez płachtę gazetowego papieru, przez newsy, które udostępnia, przez świat, który kreuje, narzuca; tak silne jest jej oddziaływanie. A więc NEW YORK pochłania bez reszty. Zasysa, fascynuje, pozbawia osobowości, narzucając swoją wizję ludzi i świata. Nie ma na scenie wieżowców, przestrzeń jest monochromatyczna, zamglona, niejasna, pusta. Cała wypełniona wyobrażanymi rzeczywistościami, uwolnionymi przez lekturę prasy. Budowany jest za to konsekwentnie i precyzyjnie klimat zawierzenia, podporządkowania, zafascynowania światem prasy, mediów, bywa, że zabójczego dla indywidualnego punktu widzenia. Świat dziś jest małą wioską. Szał działania mass mediów dociera i do każdego z nas, gdziekolwiek by nie był. Dlatego etiuda ta jest uniwersalna. Odnosi się do doświadczenia, które jest już dobrze nam wszystkim znane. Przez co wszelka metafora jest czytelna i zrozumiała. 
Zaproszeni tez jesteśmy do Włoch. Tu króluje kontekst operowy. Jesteśmy w MEDIOLANIE, gdzie jest słynna LA SCALA, przyglądamy się przygotowaniom DIWY do występów w BOLERZE Ravela. Bodecker&Neander wyczarowują fantastyczną komedię na granicy farsy, synchronizując linię melodyczną opery z włamaniem do pokoju DIWY, by złodziej mógł skraść cenny naszyjnik. Bawią się artyści, bawiąc nas, widzów, gdy mężczyzna gra kobietę, inspicjent złodzieja, opera jest sprzymierzeńcem przestępstwa, do którego w końcu nie dochodzi, bo wszystko kończy się dobrze, szczęśliwie. Pozostaje w pamięci obraz gorejący energią czerwieni, jak temperamentnych, sprytnych, zdolnych Włochów. Z przymrużeniem oka,  w salwach śmiechu, który wywołują. Bo karykaturalnie ujęta sztuka wysoka w służbie prozy życia, gagi, żart sytuacyjny, charakterologiczny, umowność budzi celnie  nasze poczucie humoru, przywołuje znajomość miejsca i tematu.

Odwiedzamy TOKIO. Prostota, minimalizm, metafora tego miejsca urzeka poetycznym nastrojem. To obraz wzruszający, mówiący o potędze sztuki. Sile wyobraźni, wielkości zaklętej w otaczającym świecie, czerpania z niego radości życia, inspiracji do tworzenia.  Zużyty tekturowy wielki karton/ ironiczno-liryczny komentarz do architektury japońskiej, mentalności Japończyków/ jako dom mężczyzny nie potrzebującego pieniędzy, dóbr, tylko bliskości, kontaktu z drugim człowiekiem, książek, sztuki, co wizualizuje styl życia człowieka ceniącego wartości duchowe. A wtedy banknot zamieniony jest w origami,  ptaka, który rośnie, potężniejszy wylatuje z książki, by w końcu już olbrzymi i silny mógł mocą wyobraźni unieść karton z mężczyznami ponad wszelkie poziomy przyziemności. Proste, zgodne z własną naturą życie ma wielką wartość pozamaterialną. Ulotną ale czyniąca człowieka bardzo, bardzo szczęśliwym. Czy nie tego potrzebujemy?

Nie ominie nas RIO, gdzie TWARZ jest przewodnim tematem. A właściwie maska.  Może to nawiązuje do karnawału, z którym Brazylia, Rio się kojarzy? Ale tu ma podtekst psychologiczny. Prowokuje pytania: kim jestem? kim chcę być? co mówi twarz? jaki wyraz, obraz, informacje niesie? czy ją zmienić czy nie, bo może najlepiej pozostać sobą, cokolwiek to znaczy, dlaczego pragniemy być kimś, kim nie jesteśmy, czy naturalny wizerunek wystarcza, satysfakcjonuje.  Etiuda poprowadzona jest w konwencji snu. Poza rzeczywistością, choć się do niej odnosi i czerpie z niej inspirację. Dramatyczna. Drastyczna. Ostra. Jak na karnawał przewrotnie poważna. A jednak nie przeraża tylko metaforycznością prowokuje do zastanowienia. 

W końcu musimy wstąpić do BERLINA na ALEXANDERPLATZ. To miejsce, gdzie zderza się teraźniejszość z przeszłością, młodość ze starością. Dwa skrajnie różne style życia. Ale jednak nadal taka sama ludzka natura. Jeden człowiek potrzebuje drugiego. Zdani są na siebie. Artyści udowadniają, że nie musi to być dramatyczne, wykluczające spotkanie. Jest zabawnie, śmiesznie, ciepło. Można się, mimo wszelkich różnic, dogadać, można sobie wzajemnie pomóc. Jak wnuczek z babcią, młodzieniec z dojrzałą kobietą. Tu biegłość w stosowaniu środków wyrazu osiągnęła apogeum. 

ŚWIATŁA MIASTA poprzez swoją różnorodność budowanych portretów psychologicznych bohaterów, bogactwo formy i treści zaprezentowały maestrię techniczną artystów, która skutkowała lekkością w natychmiastowym wchodzeniu w skrajnie różne role, co wymaga gigantycznej wiedzy, pracy i talentu. Sprawności warsztatowej. Intuicji. Doświadczenia. Aleksander Neander i Wolfram von Bodecker potwierdzili swój mistrzowski poziom. Czapki z głów!!! Wspaniała festiwalowa publiczność doskonale się bawiła i doceniając występ nagrodziła artystów zasłużenie długą owacją na stojąco. 

ŚWIATŁA MIASTA

reżyseria: Lionel Menard
światła: Werner Wallner
występują: Aleksander Neander, Wolfram von Bodecker, Bodecker & Neander Compagnie

premiera polska Scena na Woli, 10 czerwca 2017

fot: Kasia Chmura-Cegiełkowska

GORSET LESZEK MĄDZIK SCENA PLASTYCZNA KUL


Leszek Mądzik nie zaskakuje a kontynuuje. Wierny jest swojej estetyce. Potwierdza to GORSET, jego sztuka autorska oparta na budowaniu przekazu światłem, skrótem, nastrojem, ciałem aktorów. Obrazem kontemplacyjnym, nasączonym emocją, powściągliwością precyzji i ekstremalnym minimalizmem. To, co widzimy i czujemy, czego doświadczmy jest esencją na zadany przez artystę sobie i nam temat. 

GORSET, jak może się wydać, jest synonimem życia. Tego, co krępuje, ogranicza, narzuca formę i treść. Określa indywidualność, podporządkowuje powszechnie obowiązującej umowności. Jednocześnie jest wyrazem konieczności. Kompromisem, który zawsze w jakiś sposób splątuje wolność, ogranicza swobodę, dowolność. Gorset to jedyne słowo zasugerowane przez Mądzika wprost. Ukierunkowuje interpretację, nadaje wskazany sens scenicznym obrazom. 

A te są piękne. Malarskie, plastyczne. Czyste. Wysmakowane,  zredukowane do niezbędnego minimum. Światło rzeźbi, wydobywa i pochłania kształt kompozycji. Nastrój podbija muzyka. Nic nie ma szansy rozpraszać skupienia, burzyć koncentracji, neutralizować napięcia. Artyści robią wszystko, by przejąć władzę nad widzem. Na początku wchodzimy w mrok sali rozświetlonej tylko reflektorami skierowanymi w widownię. To resetuje pamięć oka, czyści spojrzenie, czyni je świeżym, spragnionym recepcji. Po chwili widzowie zapadają w całkowite ciemności, wytężają wzrok, który zaczyna dostrzegać majaczący, nieokreślony kształt, który zaczyna się przybliżać. Do końca pozostanie niejasne, czym jest matką, ziemią, łonem. Powoli odkrywa się leżące ciało w pozycji embrionalnej, objęte niezidentyfikowanymi rękami. Gdy wycofują się, człowiek leży niewzruszenie dalej.  Po czym znika wchłonięty przez swą macierz. Pojawiają się raz po raz ptaki, symbole życia, przepadają w plastycznej skale, która się wolno zaczyna oddalać, w ciemnościach zanurzać, by mogły się wyłonić  trzy ubrane, nieruchome postacie, stojące oddzielnie w gablotach, jedna przy drugiej. Mają zamknięte oczy, twarz bez wyrazu spokojną, pogrążoną we śnie, letargu lub zastygłą w śmierci. Zaczynają się poruszać, obracać wokół własnej osi, wyzwalać ze stylowych stylowych kostiumów. Prężą się i silą uwalniając się z ubrania jak z więzów. Po czym odpływają w nicość. Od czasu do czasu widoczny jest delikatny błysk, majaczący promień. Jak siła sprawcza, tchnienie, ledwie wyczuwalny wzrokiem powidok energii, mocy, pana życia i śmierci. I znów pogrążamy się w ciemności, w bezmiarze kosmosu. By zobaczyć delikatnie pojawiające się i potężniejące światło wytyczające białe ścieżki życia. A na niej jeden za drugim rodzi się człowiek i podąża do przodu. Nie za długo jest wolny, bo gdy tylko staje na nogi, musi zmagać się z ogromem swego przeznaczenia, które go przytłacza, nań napiera ciężarem trudnym do wyobrażenia, tajemnicą nie do przeniknięcia. Jak Syzyf prze do przodu, nie ustaje w wysiłku. I gdy tylko wykona kilka kroków, a trwa to mgnienie, przepada pochłonięty przez to, z czym się zmagał. Pozostaje mrok i pusta, choć świetlista droga. Za chwilę znów rodzi się życie i cykl się powtarza. Ze światłości w ciemność. Z ciemności w światłość. Z prochu w proch się obraca.

Jak w następnej scenie, gdy pojawiają się trzy trumny z niewidocznymi gołymi ciałami, bo osłoniętymi czarną folią każde. Całun zsuwa się najpierw z jednej postaci, która obróciwszy się na bok spada w niebyt grobu, przepada. To samo się dzieje z pozostałymi. Ciała pochłonęła ziemia. Cykl życia się zakończył. Po nim nastał mrok. Zapanowała ciemność. Kryje cały potencjał nicości, który znów może się przekształcić w jakąś formę życia. W gorset, w przymus, w konieczność przyjęcia formy. 

Można powiedzieć, że to nic nowego, że to plagiat z siebie samego, to znaczy Mądzik z Mądzika. Przewidywalne, nudne, oczywiste. Znane. Ja uznam to za atut. Za możliwość ciągłego obcowania ze światem sugestywnym, mrocznym, wysublimowanym. Ale dobrze znanym. Prostym ale intensywnym. Skondensowanym. Metaforycznym. Filozoficznym. Kontemplującym. Pięknie otwierającym się na tajemnicę ale i pilnie strzegącym jej istoty. Zobaczyć to niewypowiedziane, uwolnione z ciemności na mgnienie, choć tkwiące w gorsecie konwencji, warte jest podjęcia ryzyka, z którą wszelka twórczość, każda sztuka jest związana. 
GORSET
reżyseria, scenariusz scenografia: Leszek Mądzik
muzyka: Paweł Odorowicz

udział biorą:
Ewelina Grzechnik
Bartlomiej Ostapczuk
Katarzyna Ośko
Krzysztof Petkowicz
Jedrek Skajster
Paulina Staniaszek
Sławek Szondelmajer
premiera:16 grudzień 2016

Spektakl powstał we współpracy z Akademią Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Warszawskim Centrum Pantomimy.

Gościnnie 9.06.2017 w Warszawie
zdjęcie: Scena Plastyczna KUL

wtorek, 6 czerwca 2017

DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO TEATR NARODOWY


DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO jest finezyjnie wyreżyserowanym spektaklem Macieja Wojtyszki, także autora tej erudycyjnej, dowcipnej sztuki. Spotykają się na scenie Teatru Narodowego Mrożek z Gombrowiczem w otoczeniu swoich partnerek życiowych oraz najbliższych przyjaciół. Obaj piekielnie inteligentni, błyskotliwi, o swoistym poczuciu humoru, ekscentryczni, różniący się znacznie, bo jeden dominuje gadaniem, drugi irytuje milczeniem, faktycznie spotykali się latem 1965 roku we Włoszech. O czym tak naprawdę rozmawiali, jakie tematy poruszali, jaka panowała atmosfera, nastrój, klimat tak naprawdę nie wiadomo. Wojtyszko w swej sztuce wykorzystał ich utwory, głównie „Dzienniki”, i wystąpienia. Cała reszta sceniczna to licentia poetica autora i niewątpliwie artystyczny wkład aktorów, którzy z niezwykłą intuicją i maestrią warsztatową wcielili się w postaci historyczne ważne tak bardzo dla literatury polskiej XX wieku. 

Zarówno Gombrowicz, jak i Mrożek w swej twórczości posługiwali się satyrą, groteską i prowokacją. Forma służyła im do demaskowania i dezawuowania polskich absurdów i stereotypów. Obaj byli mistrzami. Intelektualistami szydercami. Mieli podobne cele artystyczne, pomysły pisarskie, intencje, intuicję i wizje ale różnili się wiekiem, temperamentem, osobowością. To w uporczywym milczeniu Mrożka i zaczepnym, uszczypliwym perorowaniu Gombrowicza oraz w ich wzajemnych wymianach zdań zawarta jest istota ich wzajemnej relacji. Gdy Gombrowicz mówi: "na świecie jest za dużo ludzi", odpowiada mu Mrożek: "najlepiej jest nie żyć, ale kto ma tyle szczęścia?" Gombrowicz z Mrożkiem zachowują się jak mistrz i uczeń lub raczej kontynuator, godny następca. Jeden chce się przejrzeć w drugim, zdyskontować swoją wartość. Nawiązać kontakt. Potwierdzić, co dla nich samych jest już od dawna wiadome i jasne. To sama konfrontacja jest ciekawa-ten atak i unik ataku. I gra aktorska Jana Englerta, który swą rolę w wielki mieniący się niuansowanymi znaczeniami i zróżnicowaną formą monodram przekuwa. Tworzy laserunkowe aktorstwo. Tak jest genialnym Gombrowiczem genialny Englert! Mrożek Cezarego Kosińskiego wypada przy nim skromnie, powściągliwie, naturalnie. W tej roli jest wielka pokora, szacunek do obu pisarzy. Trudno jest grać milczenie. Dlatego tak ważna jest mowa ciała aktora, która wyraża się w geście, mimice, spojrzeniu. Dynamice ruchu. Mrożek Kosińskiego jest skromny, nieporadny, pozornie zakompleksiony. Nieśmiały. Docenia wielkość Gombrowicza, jego mistrzostwo. Zna też wartość swojej sztuki. Potrafi perfekcyjnie wejść w konwencję Gombrowicza, pozostając sobą. Pięknie się obaj różnią, dobrze rozumieją, twórczo doceniają. 

Wojtyszko dla scharakteryzowania obu pisarzy wykorzystał ich otoczenie. Stanowi ono tło, dopełnienie niewypowiedzianego, pomaga poznać ich bliżej. Rita Labrosse Kamilli Baar, wtedy jeszcze nie żona a bardzo młoda, piękna partnerka Gombrowicza stwarza tajemniczą aurę wokół pisarza. Dodaje mu splendoru, wigoru, odmładza go, adoruje. Jest ekskluzywnym afirmującym  bez zrozumienia francuskim kwiatem, który wzbudza ukrywaną zazdrość i zdziwienie. Pisarz traktuje ją jak maskotkę, protekcjonalnie i bez głębszego zainteresowania. Nie wnika w jej osobisty świat. Nie interesuje się zbytnio jej sprawami jakby była mu obojętna. Skupiony jest na sobie. To on nadaje ton, rządzi. Równie powściągliwa, aczkolwiek bardziej zaczepnie, wojowniczo, jest żona Mrożka, Mara Obremba Dominiki Kluźniak. Inteligentna, stanowcza, pewna siebie potrafi zwycięsko stawić czoła zaczepkom, prowokacjom, uszczypliwościom Gombrowicza. Nie ustępuje mu pola, odpowiada staremu wyjadaczowi ciętymi, trafnymi ripostami. Delikatnie acz stanowczo. Celnie. Młody, początkujący malarz, Kazimierz Głaz Marcina Przybylskiego, jest dla Gombrowicza, mentora, opiekuna, mecenasa, niezbędnym kontrastem. Paczowscy, grani przez Monikę Dryl i Grzegorza Kwietnia, przyjaciele Mrożka krótkimi komentarzami neutralizują pole konfrontacji pisarzy erudytów. Akceptują obu, są wyrozumiali, swobodni, uczynni. 

To spotkanie dwóch gigantów jest najważniejszym dowodem na istnienie trzeciego. Niektórzy twierdzą, że Wojtyszki, co potwierdzać ma ten spektakl. Wydaje się, że prawdziwą wielkość artysty może potwierdzić tylko inny, równie wielki, wybitny artysta. By mieć pewność i satysfakcję. Należny szacunek i sławę. Tym trzecim mógłby być też odbiorca, każdy, kto pojmie mądrość, doświadczy piękna, poczuje ponadczasowe działanie sztuki. Potrafi przekuć ją w nową rzeczywistość, jak artysta potrafi rzeczywistość przekuć w sztukę. Ostatecznie to w niej zawarta jest wielkość twórcy, to w niej przeprowadzony jest dowód na istnienie drugiego.  Mimo wszelkich różnic, mimo upływającego czasu.


DOWÓD NA ISTNIENIE DRUGIEGO  Maciej Wojtyszko
reżyseria: Maciej Wojtyszko
scenografia: Paweł Dobrzycki
muzyka: Piotr Moss
obsada: Kamilla Baar, Monika Dryl, Dominika Kluźniak, Jan Englert, Cezary Kosiński, Grzegorz Kwiecień, Marcin Przybylski

premiera:14 marca 2014

fot: Andrzej Wencel

poniedziałek, 5 czerwca 2017

PLASTIKI MARIUS VON MAYENGURG TEATR DRAMATYCZNY


Grzegorz Chrapkiewicz z powodzeniem wyreżyserował w Teatrze Dramatycznym słodko-kwaśne, komediowo- dramatyczne, sterylnie śmieciowe PLASTIKI  niemieckiego dramaturga Mariusa von Mayenburga, znanego z takich dramatów jak OGIEŃ W GŁOWIE, KAMIEŃ, BRZYDAL, MĘCZENNICY. Do sukcesu przyczyniło się błyskotliwe tłumaczenie Karoliny Bikont, równe całego zespołu aktorstwo stwarzające intrygujące, pełnokrwiste  postaci, pomysłowa, podbijająca smaki znaczeniowe tekstu scenografia i kostiumy Anety Suskiewicz oraz ilustrująca  nienachalnym, dyskretnym nastrojem muzyka Piotra Łabonarskiego.

Otrzymaliśmy przenikliwe ale nie pozbawione humoru studium współczesnej rodziny, której całe życie staje się materiałem dla twórczości ekscentrycznego, skandalizującego, modnego artysty tyrana Serge'a Haulupy/udane wcielenie hydry Dr Hous+Lupa Sławomira Grzymkowskiego/, inspiracją dla jego sztuki, która nie uznaje prywatności. Ulrike, zaniedbywana ale despotyczna żona i zapracowana asystentka artysty/doskonała Magdalena Smalara/, Michael, pozbawiony pewności siebie mąż nieudacznik, którego żona kocha ale się wstydzi, jednocześnie marginalizowany lekarz internista/wzruszający, prawdziwy Waldemar Barwiński/ oraz ich syn Vincent/intrygujący Kamil Szklany/ w fazie odkrywania swojej tożsamości, przechodzący burzliwie okres dojrzewania nastolatek, tworzą rodzinę, która wymaga wsparcia, ma ostro zaburzone relacje, kłopoty z komunikacją. Na pozór perfekcyjnie uporządkowana, doskonale zorganizowana, uładzona egzystencja zachodniej klasy średniej, żyjący w ramach pełnej wolności jej przedstawiciele, członkowie rodziny, są głęboko nieszczęśliwi, całkowicie zagubieni, przerażająco samotni, pod każdym względem niespełnieni. W apogeum frustracji i rozczarowania. Nie potrafią ze sobą rozmawiać. I mają tego impasu świadomość. Cierpią na bezsenność, depresję, mają syndrom wypalenia, poczucie bezsensu, dojmującej pustki. Pragną uwagi, bliskości, czułości. Rzucająca się w oczy zewnętrzna równowaga i harmonia otoczenia przykrywa wewnętrzny chaos i bałagan. Niby wszystko jest na swoim miejscu ale to irytujący naskórkowy pozór. Demaskuje to  Jessika/piękna, młoda, subtelna, transparentna Karolina Bacia/, sprzątaczka, osoba młoda i atrakcyjna, cicha i podporządkowana rygorowi domu, która przybywa z zewnątrz i staje się też nauczycielką, powiernikiem, psychoterapeutką, w końcu muzą: kimś niezbędnym, pożądanym, koniecznym. Jest jak papierek lakmusowy, który ujawnia prawdę, wyzwala ukrywane uczucia i emocje, demaskuje problemy, zaburzoną komunikację w rodzinie, naturę sztuki Serge'a, pozwala każdemu być tym, kim chce być. Sama jej obecność, milczenie, powściągliwość i praca prowokuje otoczenie. Pokazuje jakie jest w istocie. Jessika działa na ludzi jak Iwona Witolda Gombrowicza, jak abstrakcyjny obraz BIAŁY NA BIAŁYM Kazimierza Malewicza. Swą neutralnością, spokojem, opanowaniem, prowokuje domowników, działa na podświadomość, wyzwala projekcję tłumionego, wypieranego "ja". Obnaża, wizualizuje je. Jessica ośmiela do intymnych wyznań, pomaga, wspiera, służy. Jest lustrem, w którym odbija się to, co uwiera, boli, szkodzi, zaburza. Jest dobrem na całe zło. Nową perspektywą. Katalizatorem. Ukojeniem, ostatecznym rozwiązaniem. Wypieranym, wykluczanym, poniżanym obiektem pożądania.  Jest obca, neutralna, użyteczna. Używana, podobnie jak komórka syna, chłodne oko przedmiotu, która rejestruje wszystko wokół. Ale też uzmysławia, że uzyskany obraz rzeczywistości może być wypaczony, zniekształcony, fragmentaryczny, tendencyjny. Jest tylko wyimkiem uchwyconej prawdy, nie całą prawdą.
 

Spektakl demaskuje współczesną hipokryzję, obłudę, samozakłamanie, kryzys rodziny, jej styl życia, manipulacyjną, zimną, wykalkulowaną sztukę konceptualną, która żeruje na życiu, bezceremonialnie otwarcie pożera je i wydala, narzucając tak uzyskany jej ekstrakt światu. Pokazuje skutki konsumpcjonizmu, meandry totalnej wolności życia i sztuki dzisiejszego człowieka i artysty. Ale ociepla ten wyostrzony krytycznie wizerunek nadzieją, pragnieniem miłości, poczuciem humoru. Przejawia się to w języku i postawach, zachowaniach bohaterów, którzy jeszcze nie zapomnieli, że kochali prawdziwie, pragnęli szczerze, marzyli bezgranicznie, mieli ambitne plany, wytyczone szczytne cele, niezachwiane wizje pięknego, ważnego, wartościowego, sensownego życia. I w sumie wiedzą, co złego się w ich życiu, relacjach dzieje, czego im brakuje. Są też świadomi, że sami zawiedli tylko nie potrafią tego swego splątania wyartykułować, wyjaśnić, uzasadnić bez krzyku, pyskówki, awantury, palenia wszelkich możliwych mostów porozumienia, przebaczenia. Porządkując świat wokół siebie, usuwając wszystko co brudne, zużyte, nieważne nie są w stanie sami przywrócić ładu w ich uczuciach, relacjach, komunikacji.  Nie umieją uporządkować samych siebie. Łatwo jest zatrudniać kolejne sprzątaczki, które dbają o otoczenie. Jak trudno jest poradzić sobie z przywracaniem równowagi, porządku w swoim intymnym świecie, w zaburzonych relacjach międzyludzkich pokazuje spektakl. Co decyduje, że świat zewnętrzny, organizowany przez system, przez obcych nie wpływa na wewnętrzny w sposób automatyczny? Muszą być oba kompatybilne, elastyczne, otwarte. Muszą być czułe, wrażliwe, szczere.

Mocno stojąca na ziemi, prosta, twarda, młoda i świeża Jessika usypia wszystkich. Czy jest to sen wieczny czy tylko upragniona chwila wytchnienia, trudno przesądzić. Niewątpliwie bohaterowie nowego wspaniałego wolnego świata nie sprostali jego wymaganiom, pułapkom, wizjom. Zawiedli ale w pełni swego człowieczeństwa. Nie uniknęli interwencji z zewnątrz, ochoczo się jej poddali. Całkowicie wyczerpani, wypaleni, zdemaskowani zapadają w sen. Bezbronni, podporządkowani, ulegli. Czy się zbudzą, czy będą na tyle silni, odważni i bezkompromisowi, by stawić czoło wyzwaniom cywilizacyjnym i własnym ograniczeniom, słabościom, nie wiadomo. Ale wiwisekcja tego obłędu, w którym i my żyjemy, tu i teraz, jest gorzka i smutna. Podszyta sarkazmem, groteską i śmiechem.

Przyjrzyjmy się więc dokładnie temu obrazowi rodziny we wnętrzu  dojrzałego kapitalizmu. Gdzie w centrum króluje stalowy podest jak stół, może też jak ten prosektoryjny/martwy związek, rodzina w fazie rozpadu/, jak wybieg do pokazów mody, targowisko próżności, pychy, miejsce pochwały konsumpcjonizmu, hipokryzji, poczucia wyższości skrywającej słabość, nie pozwalającej przyznać się do błędu. porażki, klęski. Miejsce sterylnej, wielkiej pustki, nieustannie sprzątanej, czyszczonej przez odkurzacz-robota, oświetlanej punktowo przez małe reflektory, by czuć się można było zawsze, nawet w najbardziej osobistej, intymnej przestrzeni, jak na scenie. Komórka, którą cały czas nagrywa Vincent, aparat, którym robi zdjęcia Haulupa ma nam też o tym przypominać, wszystkich dyscyplinować.  Nie ma już dziś prywatności, wszystko może okazać się sztuką, jest na sprzedaż. Wszystko może się obrócić przeciwko bohaterom, a więc i nam, w tym plastikowym świecie plastikowych ludzi, ciągle spragnionych miłości, bliskości, zrozumienia i akceptacji. Sukcesu. Poczucia ważności. Tęskniących za utraconą naturalnością, niewinnością. Pierwotną czystością intencji, marzeń, emocji i pragnień.




PLASTIKI  MARIUS VON MAYENGURG

reżyseria: Grzegorz Chrapkiewicz
przekład: Karolina Bikont
scenografia/kostiumy: Aneta Suskiewicz
muzyka: Piotr Łabonarski

OBSADA

Ulrike - Magdalena Smalara
Michael - Waldemar Barwiński
Haulupa - Sławomir Grzymkowski
Jessica - Karolina Bacia (gościnnie)
Vincent - Kamil Szklany (gościnnie)

premiera: 2.06.2017