wtorek, 5 maja 2026

FILOKTEJA.POWRÓT TR WARSZAWA/TEATR 21

 



Ten spektakl wzrusza i zdumiewa. Łączy światy niemożliwe. Jest instrukcją obsługi egzystencjalnych słabości, ograniczeń i lęków człowieka. Jest dowodem na to, że kruchość ludzkiej natury prowadzi go do porażki. I choć sztuka przeładowana jest wielością wątków, przykładów, ilustracji i różnych perspektyw, a poza tym dość długo trwa, to daje do myślenia i ćwiczy empatię. Gdy widz odrzuci to, co w obrazie go drażni, męczy czy uwiera, gdy zignoruje niewygodę łączenia różnych wątków, pozostaje w nim czysta czułość i tkliwość. Oswojona nadzieją udręka. Zneutralizowany współodczuwaniem smutek.

FILOKTEJA.POWRÓT w reżyserii i choreografii Justyny Wielgus, która z Justyną Lipko-Konieczną jest autorką koncepcji to koprodukcja TR Warszawa i Teatru 21. Bazę narracji tworzy ”Filoktet” Sofoklesa i ”Odyseja Kosmiczna” Arthura C. Clarke’a oraz film Stanleya Kubricka o tym samym tytule. Pojawia się też postać Leeloo (Maja Kowalczyk) z ”Piątego elementu” Luca Bessona. Jednak rozbudowana jest o wątki współczesne w kontekście samotności, choroby, kryzysu, porażki, cierpienia. Zaangażowanie kontrastujących ze sobą światów - perspektywy przeszłej z teraźniejszą, a nawet futurystyczną, osób zdrowych i chorych, rozsądku i intuicji- wypracowało piorunujący efekt.

Spektakl czerpiąc z kulturowego zaplecza (mitologii, literatury, filmografii), angażując aktorów TR Warszawa i Teatru 21 oraz wykorzystując możliwości ekspresji artystycznej teatru tworzy dramatyczny współczesny obraz z figurą bohatera, który doświadcza tu i teraz przeżyć mitycznego Filokteta. Jakby historia się powtarzała, zataczała koło, jakby ludzkość nie uwolniła się z zaprzeszłych problemów egzystencjalnych, bo jak dotąd nie potrafiła ich skutecznie rozwiązać. Stworzono klamrę dramaturgiczną wykorzystując wyimki z historii Filokteta (Aleksander Orliński), który został zdradzony i pozostawiony sam sobie na wyspie Lemnos; przedstawiono przypadek pisarki Laury Hillenbrand (Justyna Wasilewska), która chora na zespół chronicznego zmęczenia zbiera materiał do książki o biegaczu i bombardierze, Louisie Zamperinim (Łukasz Gawroński). Pokazana jest relacja Juana Manna (Daniel Krajewski), który jest założycielem ruchu „Free Hugs”, z Samanthą Hess (Aleksandra Skotarek), propagującą spontaniczne przytulanie. Przedstawiona jest też sytuacja Laury Winham (Agnieszka Podsiadlik), która umarła z głodu w swoim mieszkaniu wskutek systemowej niewydolności i obojętności człowieka. Obecny jest też Dave Bowman (Sebastian Pawlak) z Odysei kosmicznej Stanleya Kubricka, który przebywa na pokładzie statku kosmicznego Discovery One, i z tego samego filmu w ludzkiej postaci sztuczna inteligencja, HAL 9000 (Kamil Studnicki).

Wszyscy są samotni. Wszyscy są wykluczani, nie z własnego wyboru i nie z własnej winy skazani na samych siebie. Jakby świat odwracał wzrok od słabych, znajdujących się w kryzysie, będących w chorobie. Od tych wszystkich, którzy czegoś ważnego od niego oczekują. Potrzebują przecież pomocy, wsparcia, kontaktu i współdziałania. Zrozumienia. Bezskutecznie. Spektakl przypomina więc swoim przesłaniem to, co jest w istocie od dawna dobrze wiadome, że siły należy szukać w sobie i mieć coś innym do zaproponowania. Nie ma nic za darmo. Bohaterowie próbują znaleźć sens w tym, co ich spotkało, czego doświadczają w niesprzyjających im sytuacjach. Starają się przetrwać i walczą o odwrócenie uwagi od tego, co ich ogranicza. Szukają ratunku i sposobu przezwyciężenia trudności, które spychają ich na margines egzystencji. Chcą powrócić do normalnego życia, na które, co oczywiste, zasługują. Proponują pozytywne nastawienie do życia, energetyczne teatralne obcowanie. Czerpanie radości, mające swoje źródło w prostych działaniach, intuicyjnych odruchach. Dawanie nieznanym ludziom tego, czego bohaterowie sami potrzebują. Bo choć każdy w sposób naturalny jest odrębnym światem, to jednak podczas tego spotkania nie czuje się samotny. To może naiwny, zbyt oczywisty drogowskaz tego spektaklu, ale w wykonaniu aktorów Teatru 21 i TR Warszawa prowadzący do właściwego celu: koegzystencji różnorodności, wsłuchiwania się w drugiego człowieka, którego obecność w pierwszej chwili kontaktu niekoniecznie wydaje się ważna czy pożądana, uzmysłowienia sobie, że moc przezwyciężania wszelkich barier zależy od woli, wyobraźni, wrażliwości człowieka, a silny i słaby, zdrowy i chory, bogaty i biedny mogą sobie nawzajem pomagać.

Filoktet powraca, choć musi pokonać ból ducha i ciała. Epizody spektaklu to przypadki ludzi podobnych Filektetowi - porzuconych, odepchniętych, skrzywdzonych, samotnych, chorych, którzy nie zawsze jak on mieli cudowną moc odrodzenia i dawania innym siebie. Filoktet wraca jako zwycięzca i zwyciężony, bo nie wszystkich można uratować, nie wszyscy chcą ratować siebie.



FILOKTEJA.POWRÓT 
koncepcja: Justyna Lipko-Konieczna, Justyna Wielgus
reżyseria i choreografia: Justyna Wielgus
scenariusz i dramaturgia: Justyna Lipko-Konieczna
kostiumy i scenografia: Wisła Nicieja
wideo: Wojciech Kaniewski
muzyka: Zoi Michailova
reżyseria światła: Sebastian Klim
asystent reżyserki: Wojciech Sobolewski
inspicjentka: Monika Tuniewicz

kierowniczki produkcji: Aleksandra Szklarczyk (TR Warszawa), Paulina Uryszek (CSzW/Teatr21)

fot.: Adrian Lach

sobota, 2 maja 2026

ZAPĘTLONA TEATR POLONIA


ZAPĘTLONA to błyskotliwa, świetnie przetłumaczona przez Andrzeja Kłosińskiego sztuka autorstwa Matthew Lombardo. Teatr Polonia wystawił spektakl, który nie dowodzi, nie potwierdza, ale jest kolejnym mistrzowskim lśnieniem Krystyny Jandy: aktorskim, reżyserskim, managerskim. Nie funduje zaskoczenia, odkrycia, cudu. Jest kontynuacją, wspaniałym ciągiem dalszym jej spektakularnej kariery (niedawno minęło 50 lat pracy na scenie). I nie jest to panegiryk, tylko stwierdzenie faktu. To aktorstwo poza skalą, ta radość grania poza wszelką normą. Dwie godziny na scenie w emocjonalnej, psychologicznej i sytuacyjnej intensywności metamorfoz osobowości, jakiej wymaga charakterystyka i historia życia sławnej amerykańskiej artystki show-biznesu, w trudnym okresie kończenia kariery, Tallulah Bankhead, to nie lada wyzwanie. Kreacja Krystyny Jandy w nastrojowej scenografii Zuzanny Markiewicz to petarda archetypu artystki kontrowersyjnej, niepokornej, irytującej i fascynującej, charyzmatycznej, dowodzącej, że nie należy oceniać człowieka po pozorach: statusu, wyglądu, zachowania, uzależnień, trudności, jakie sprawia i które są wyzwaniem dla tych, z którymi coś ją łączy. Trzeba przebić się przez kokon stereotypów, medialnych wizerunków, pierwszego wrażenia, jaki robi podczas bezpośredniego kontaktu. Warto wiedzieć coś więcej o jej przeszłości, kształtowaniu się osobowości, odkryć ukryte intencje, znać przebieg jej kariery, by przekonać się o jej prawdziwej wartości oraz cenie, jaką płaci, bo chce żyć intensywnie, mocno, po swojemu dla siebie i naprawdę, a jednocześnie pozostać zawsze sobą. To bardzo ambitny, odważny i trudny program bezterminowy, bez taryfy ulgowej, który w efekcie w sytuacjach krytycznych pomaga, ratuje, zbawia, bo jest decyzją podjętą na własną odpowiedzialność. Pozwala znosić ból przez całe życie a cierpieć opcjonalnie. 

Bohaterka Jandy, z wykreowaną sugestywnie fizycznością, ekspansywną chimeryczną osobowością cały czas gra. Jakby udowadniała, że należy bezpardonowo wchodzić w relacje, agresywnie rozbrajać, nietaktownie onieśmielać, na całego bulwersować, bezkompromisowo przyciskać do muru otoczenie, by się nagięło do jej woli, prowokować je i zachowywać się ostentacyjnie, wyzywająco, niepoprawnie pod każdym względem, aby wydobyć prawdę i dać szansę naprawić to, co jest zapętlone, rozdarte, zepsute, co jest nie tak jak być powinno (rzeczywistość rzadko dorównuje oczekiwaniom, potrzebom). Aby nie było chaotycznie, bez sensu, samotnie, aby nie było nudno. A gdy się uda, może być pięknie, czule i mądrze.

Prosty zabieg powtarzania w nieskończoność jednej kwestii w celu nagrania jej do filmu:: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła” doprowadza do nawiązania szczególnej więzi divy z montażystą, Dannym Millerem (Paweł Ciołkosz), zmusza go do spojrzenia prawdzie w oczy i - po karkołomnej, wyczerpującej walce - uzmysławia mu, że ma jeszcze długie życie przed sobą więc wszystko jest możliwe - jego pragnienia mają szansę się spełnić, jeśli dokona właściwego wyboru. Tallulah gra ostro i przebiegle, ale w dobrym celu. Ma talent i doświadczenie. Zdradza Dannemu swoje sekrety, obnaża się przed nim duchowo, odkrywa słabości, bolączki i tragiczną sytuację życiową, co powoduje że młody człowiek zaczyna mówić otwarcie i szczerze. Dochodzi do wzajemnej psychoterapii, pasjonującego starcia dwóch różnych światów, które mogą sobie pomóc. I to jest budujące. Wspaniałe.

Krystyna Janda gra fenomenalnie - ekspansywnie i energetycznie. Z dezynwolturą, zaczepnie, niegrzecznie. Z poczuciem humoru, lekko, jakby od niechcenia. Od pierwszych chwil kradnie uwagę, podbija serca widzów. Jakby nie istniał dystans, jakby zatarte zostały wszelkie granice między widownią a sceną, między aktorką a rolą, nią i partnerującymi jej aktorami, Pawłem Ciołkoszem i Adamem Tomaszewskim. Można odnieść wrażenie, że Janda stopiła się ze swoją bohaterką, z Tallulah, w jedną wiarygodną, w dużej mierze kontrolującą to, co się wokół niej dzieje, postać. Tak właśnie działa bogate doświadczenie aktorskie i życiowe, talent i dojrzałość.

Krystyna Janda po raz kolejny przedstawiła bohaterkę, która będąc w opresji, kryzysie, samotności nie poddaje się (np.: Shirley Valentine, Tonka Babić, Florence Foster Jenkins, Danuta Wałęsa i wiele innych). Walczy o siebie, o innych będących w potrzebie, stara się żyć pełnią życia, maksymalnie nim cieszyć. Jest kreatywna, inteligentna, empatyczna, ciepła i życzliwa, mimo ciętego języka, utyskiwań, zjadliwej ironii, irytującego otoczenie zachowania. Tworzy iskrzącą napięciami atmosferę afirmującą życie i ludzi takimi, jacy są. Potrafi im otworzyć oczy na samych siebie, na świat, przedstawić nową perspektywę, by wzięli się w garść i coś ze sobą i swoim życiem zrobili. Nie odpuszcza, dopóki nie dopnie swego. To budująca osobowość, to bardzo ludzka postawa, której pozytywna energia rozgrzewa serca nadzieją, przeprogramowuje umysł pomysłami i mobilizuje do walki o siebie. Z teatru wychodzi się wzmocnionym, w doskonałym nastroju. Z myślą, by może i swoje życie na lepsze zmienić, bo bywa, że każdy jest czasem "zapętlony" i potrzebuje pomocy, by mógł się z tego impasu blokującego podjęcie właściwej decyzji uwolnić, wyrwać. Ocalić.

Wspaniała sztuka, genialne aktorstwo, znakomity spektakl. Hit!!!



ZAKRĘCONA (LOOPED) Matthew Lombardo

Reżyseria: Krystyna Janda
Tłumaczenie: Andrzej Kłosiński
Scenografia i kostiumy: Zuzanna Markiewicz
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Asystent ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska
Realizacja dźwięku: Michał Cacko
Realizacja światła: Waldemar Zatorski
Realizacja projekcji: Paweł Nowicki
Producent wykonawczy: Rafał Rossa

Obsada:
Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Adam Tomaszewski

UWAGA! W tekście sztuki pojawiają się wulgaryzmy.
W trakcie spektaklu na scenie palone są papierosy.

Fot.1: Katarzyna Kural-Sadowska/Teatr Polonia
Fot .2: Tomasz Ostrowski

środa, 29 kwietnia 2026

HORACJUSZ TEATR POLSKI W WARSZAWIE

 

HORACJUSZ to sztuka, jaką widzowie kochają, jakiej potrzebują. Proponuje poważne tematy, wspaniały język, elektryzującą akcję, dramatyczne aktorstwo, tragiczne zakończenie. Wystawiona w Teatrze Polskim w Warszawie w zdyscyplinowanej reżyserii, ogniskującej całe doświadczenie teatralne Andrzeja Seweryna, który świętuje tą inscenizacją swoje 80. urodziny, jest pod każdym względem klasyczna. Dramat Pierre'a Corneille'a ma doskonałą formę, przejrzystą strukturę i wciągającą od pierwszych chwil treść. Trudno jest dzisiaj znaleźć dzieło teatralne wystawione z taką pieczołowitością, w zgodzie z zamysłem autora (tekst i myśl). Choć dramat jest napisany wierszem, w pięknym tłumaczeniu Jerzego Radziwiłowicza, zdumiewa komunikatywnym przekazem i mocno angażuje widza - dobrze się go słucha i doskonale wszystko rozumie, co jest dużym atutem. Wielka to też zasługa warsztatu obsady aktorskiej spektaklu, która dzięki przejrzystej interpretacji - pozbawiona anachronizmów, wyrażana przez postaci współczesna mentalność, adekwatna do skali problemów ekspresja - uczyniła bliskie teraźniejszym racje i postawy bohaterów.

Sztuka zaprasza do świata zaprzeszłego, do starożytnego Rzymu i jego systemu wartości, by przedstawić konflikt powinności jednostki wobec państwa, rodziny i samego siebie, starcie uczuć kobiet i mężczyzn wynikających z działalności publicznej, w której uczestniczą oraz skutki podziału ról, jakie pełnią. Pokazuje okoliczności i przyczyny radykalnych wyborów, które mają dla nich dramatyczne skutki. Odkrywa też charakter ich wzajemnych relacji i demonstrowanych postaw. Sztuka przepracowuje proces walki o władzę, wpływy i honor. O miłość. Obnaża system wartości wymuszający na jednostce konieczność rezygnacji z siebie na rzecz wspólnoty (priorytet służby dla dobra wspólnego kosztem sfery osobistej). Analizuje charakterystyki bohaterów, przedstawiając ich dylematy, wzajemne związki w kontekście zajmowanej pozycji społecznej. Porządkuje i uzasadnia system zarządzania państwem/rodziną, któremu jako obywatele/członkowie rodziny muszą się podporządkować, ulec, poświęcić. Podkreśla figurę władcy, którego wyrok narzuca autorytarny porządek, bo rozstrzyga konflikty siłą. Ostatecznie kończy wszelkie spory, ucina wątpliwości, gasi emocjonalne i uczuciowe dylematy. Ale czy jest sprawiedliwy, słuszny i zbawienny? Raczej zaspokaja własny interes i zapotrzebowanie społeczne niż dba o jednostkę i o to, co ona myśli i czuje. Horacjusz, bohater narodowy, jest poza prawem, ale ma na sumieniu śmierć siostry i trzech braci żony. Ojciec, Stary Horacjusz, jest usatysfakcjonowany decyzją króla, ale żona Horacjusza, Sabina, nie aprobuje jej i po wyroku króla milcząc, ze spuszczoną głową się wycofuje. Skutkiem jest jedność narodu, ale i rozbicie rodziny. Zwycięża racja stanu, prawo silniejszego a nie szczęście i spokój ludzi, którzy szczerze się kochali i szanowali.

Sztuka spełnia rolę historycznej lekcji, ale też oferuje wiele wrażeń artystycznych. Reprezentuje solidne aktorstwo skupione na psychologicznej prawdzie o bohaterach. Interesująca jest możliwość przyjrzenia się i przeanalizowania ich bardzo dobrze uzasadnionych punktów widzenia, postaw i reakcji. Silny, wyrazisty, zdeterminowany głos kobiet, ich perspektywa i walka o to, co ma dla nich znaczenie i wartość najwyższą, robi ogromne wrażenie. Imponuje ich wrażliwość, bezkompromisowość, oddanie, odwaga mówienia, co czują i myślą. Kobiety są poważnymi, uzbrojonymi w logikę serca i przywiązania partnerkami mężczyzn. Doskonale ich znają i wiedzą, ile same znaczą, są inteligentne, przenikliwe, wrażliwe, na śmierć i życie ich kochają. Mimo to ponoszą sromotną klęskę. Z pasją gra Kamillę Irmina Liszkowska, narzeczoną Kuracjusza Ignacego Lissa, przejmująca jest Hanna Skarga jako Sabina, żona Horacjusza Modesta Rucińskiego. Dorota Landowska w roli Julii to kobiecość dojrzała, opiekuńcza, pogodzona z obowiązującym porządkiem. Te trzy figury kobiecości - emocjonalna, gwałtowna, buntownicza Kamilli, rozsądna, ale nadal walcząca o swoją rację Sabiny, opanowana, wspierająca kobiety i system Julii - nie boją się, odważnie walczą o to, co jest dla nich ważne, co jest dla nich ludzkie. Świat mężczyzn jest inny - trudny i niejednoznaczny, twardy i zimny, choć podszyty wstrzemięźliwą czułością. Przedkładając obowiązek ojczyzny nad własne uczucia dąży do zmuszenia kobiet do posłuszeństwa, podporządkowania i bezwarunkowego wsparcia. Jest apodyktyczny, zdyscyplinowany i posłuszny obowiązującym zasadom, zabójczy gdy broni systemu (wojna) i traci nad sobą kontrolę (zabójstwo siostry przez brata). Jego strażnikiem jest Stary Horacjusz, którego wspaniale gra Szymon Kuśmider, na początku królewski Poseł, później prokurator zakochany w Emilii i nienawidzący Horacjusza Walery Maksymiliana Rogackiego, sędzia i polityk, władca autorytarny skrywający się za złotą maską, Tullus Sławomira Grzymkowskiego.

Wpływ polityki na życie jednostki i rodziny, w kontekście tematu sztuki, już nie przystaje do realiów współczesnych. Dziś są inne okoliczności, hierarchie wartości, a postawy, słowa i czyny bohaterów Corneille'a zostały przedefiniowane lub straciły w ogóle swoje dawne znaczenie, o czym świadczy piasek zasypujący klasycystyczny pałac Horacjusza, zabieg podkreślający nietrwałość, przemijanie wszystkiego (scenografia, kostiumy, światło Justyny Łagowskiej). Jednak HORACJUSZ to piękny przykład sztuki, która radzi sobie z mądrym, wnikliwym, przejmującym opisem świata walczącego o przetrwanie, władzę i wpływy, o miłość, o to, że każdy człowiek jest wartością samą w sobie i ważny jest dla niego szacunek do siebie samego, za co każdy bohater płaci bardzo wysoką cenę. Celnie analizuje zachodzące procesy na styku jednostka - rodzina - państwo w syntezie psychologicznej i emocjonalnej jednostki. Tym bardziej jest ciekawa. Tym mocniej jest przeżywana. Atrakcyjna i ważna.


HORACJUSZ   Pierre Corneille

Reżyseria: Andrzej Seweryn
Przekład: Jerzy Radziwiłowicz
Scenografia, kostiumy, światło: Justyna Łagowska
Muzyka: Wacław Zimpel
Opracowanie dźwiękowe: Mateusz Boruszczak
Projekcje: Tomek Michalczewski
Efekty pirotechniczne: Tomasz Pałasz
Asystentka scenografki: Dagmara Daleka
Asystentka kostiumografki: Maja Iwanek
Asystent reżysera / Inspicjent: Filip Chauvin
Asystentka reżysera / Producentka wykonawcza: Justyna Kowalska


Obsada:

Tullus: Sławomir Grzymkowski
Stary Horacjusz: Szymon Kuśmider
Horacjusz: Modest Ruciński
Kuriacjusz: Ignacy Liss
Walery: Maksymilian Rogacki
Sabina: Hanna Skarga
Kamilla: Irmina Liszkowska
Julia: Dorota Landowska
Flawian: Sławomir Głazek (gościnnie)
Prokulus: Antoni Ostrouch

Autor plakatu: Ksawery Zamoyski
Fot.: Karolina Jóźwiak

wtorek, 28 kwietnia 2026

PULVERKOPF NOWY TEATR /TEATR POLSKI W POZNANIU

 Nad sceną unosi się ogromny uśmiechnięty, później przeżuwający kamienie lub pożerający DANCE MACABRE* piaskowy potwór z odnogami rozlewającymi się w różnych kierunkach. To ścieżki, którymi do niego podąża człowiek, który jest jak ziarnko piasku pochłaniane przez monstrum w procesie uporczywego dążenia do poznawania siebie, odkrywania swojej istoty i instynktownego zaspokajania potrzeby przetrwania. Ta część scenografii Aleksandry Wasilkowskiej to wizualizacja metafory mozołu tworzenia historii, która dowodzi paradoksu znikomości i nieśmiertelności, marności i potęgi natury ludzkiej, świata, jakiego doświadcza i jaki tworzy Edward Pasewicz poprzez Patryka Werhunta, bohatera jego powieści, i spektaklu PULVERKOPF wyreżyserowanego przez Katarzynę Kalwat.


Pisarz/postać bohatera/figura sobowtóra/każdy im podobny nurkuje do wnętrza siebie, do świadomości i podświadomości i w tym procesie docieka i drąży, bo boli go to, czego nie wie. Tak więc to natrętna ciekawość powoduje nieustanne poszukiwanie tego, co jest wyłącznie jego własne, a co ma z innych ludzi i świata natury, bo przecież naśladuje, powiela, bierze przykład i inspiruje się tym, co go interesuje i jest mu bliskie. Stąd obsesyjne rekonstruowanie postaci, życiorysów, wspomnień - z różnych źródeł i perspektyw, w zmiennym czasie i przestrzeni. Stąd impulsywne przeglądanie się w innych, analiza ich osobowości, losów, twórczości, uczuciowych i emocjonalnych przeżyć, obecność w ważnych dla nich miejscach (rodzinny Międzyrzecz-Meseritz, Poznań, Włochy). Ogromny wpływ na autora/bohatera, Patryka Werhunta, miała babka Weronika Werhunt, członkowie rodziny, koledzy, kochankowie, kompozytor i gej Norbert von Hannenhein, filozof Friedrich Wilhelm Nietzsche. Jakby to, kim jest człowiek, wynikało z repetycji skłonności, spuścizny predyspozycji (odziedziczony genotyp), naśladowania i uczenia się od ludzi, z którymi się utożsamia, którzy są mu bliscy. Jego powołaniem i głównym zadaniem jest znajdowanie uzasadnienia dla swojej tożsamości i statusu quo w świecie, który zawodzi (wojny), wśród ludzi, którzy bywają sadystycznie okrutni (lekarze uśmiercający pacjentów psychiatrycznych w szpitalu w Meseritz– Obrawalde). Wyjaśnianie, dowodzenie i usprawiedliwianie, że jest tym, kim jest nie z własnej woli, ale z wypadkowej historii, tożsamości, losów, postaci, myśli, dzieł już zaistniałych, w których, w ten czy inny sposób, się przegląda jak w lustrze. Na jawie i we śnie. W pragnieniu i marzeniu. Skłonnościach i wyobrażeniach. Prawdzie i fałszu. Faktach i przemilczeniach. Determinizm tej postawy jest tu główną osią jej motywacji. Nic, co się zdarza, co człowieka kształtuje, nie zależy od niego samego. Człowiek na nic nie ma wpływu. A to, co ewentualnie wybierze, stworzy, skomponuje rozsypać się może i przepaść w jednej chwili, jak scenograficzny potwór, dorobek muzyczny Norberta von Hannenheina (zdeponowane w berlińskim banku kompozycje zostały zniszczone podczas bombardowania), książka autora, na której kształt końcowy chce mieć wpływ zarówno redaktorka (Karolina Rzepa), jak i jego rodzina w osobie matki (Aldona Szostak), która ją niszczy, czy jej czytelnik, który oczekuje produktu, który go zadowoli. Ale kruche jest też zdrowie (np. choroba Hannenheina, bohatera) czy samo życie (np. wojna). Jest się czego bać, jest się przed czym bronić. Śmierć i lęk przed niebytem to tylko jeden z najważniejszych moderatorów tej scenicznej układanki, którą tworzy skomplikowany labirynt (faktów, zdarzeń, zachowań, historii), w którym porusza się Patryk Werhunt.

Ważna jest więc aktywna, poszukująca i badająca samego siebie postawa, która zapanuje nad chaosem PULVERKOPFA (kanonier obsługujący działo, również w tego działa seksualnym znaczeniu, idiomatycznie: „mętny, niepoukładany łeb”, dosłownie: "głowa w proszku"), jak nazywa bohatera babka, ale i on sam siebie. Choć to boli i pozostawia w pamięci niezatarty ślad. Jak z piekła rodem mordowanie pacjentów szpitala psychiatrycznego przez zespół doktora Grabowskiego (Wojciech Kalarus) w ramach akcji eksterminacyjnej T4, przerażająca opowieść Iriny (Alona Szastak). A gdy już ma świadomość mechanizmu kształtowania własnej osobowości, paraliżuje go lęk przed nieuniknionym przemijaniem, rozpadem, utratą wszystkiego. Może dlatego tak bardzo przejmująca jest scena mycia Patryka/zwłok (oczyszczanie, wyraz miłości i szacunku oraz godzenia się ze stratą w ceremonii żałobnej) przez Weronikę Werhunt (Bogusława Schubert) z jej monologiem o oswajaniu lęku przed śmiercią.

Spektakl Katarzyny Kalwat, wymagający uwagi i skupienia ze względu na złożoną treść, niekonwencjonalną formę, ma swobodny, niemal performatywny charakter, patchworkową strukturę. Jednak adaptacja Krzysztofa Szekalskiego i Edwarda Pasewicza jest czytelna i nie gubi ważnych wątków zawartych w powieści, co zawdzięcza żelaznej dyscyplinie narracyjnej, która musi powiązać akcję w różnym czasie i zmieniającej się przestrzeni. Wykonywana na żywo muzyka Fryderyka Lutyńskiego, napisana po rekonstrukcji archiwum dzieł Norberta von Hannenheima przez Pawła Mykietyna, jest dźwiękowym doppelgangerem. Niepokojąca, dramatyczna, atonalna czy wyciszona, ilustracyjna stanowi bardzo ważne dopełnienie wypracowanego nastroju, kontekstu, treści.

Jacek Poniedziałek w roli Patryka Werhunta w różnych okresach jego życia gra w gruncie rzeczy siebie i odnosi sukces. To kolejna kreacja zwracająca na niego uwagę, bo pokazuje szerokie, dojrzałe spektrum możliwości warsztatowych aktora, który nie wciela się, nie udaje, nie dystansuje się do budowanej przez siebie postaci, ale w sposób trudny do zdefiniowania (jednak oczywisty, swobodny, naturalny) za nią podąża jakby był nią on sam. Prawdziwą, ale złożoną, niejednoznaczną, tajemniczą postać Norberta von Hannenheima (był uczniem Arnolda Schönberga) gra Krzysztof Oleksyn. Jego dramatyczna relacja przeżyć wojennych opisywanych kodem kompozycji muzycznych jest porażającym dowodem na to, jak w ekstremalnych warunkach realne doświadczenia, emocjonalnie graniczne doznania przeradzają się w szaleńczo twórczym uniesieniu w sztukę. Dopiero wtedy rozumiemy, dlaczego Norbert nie chce się do niej przyznać, bo jej autorstwo przypisuje swojemu doppelgangerowi, któremu nadał imię i nazwisko. Jakby podkreślał, że nie pochodzi od niego, bo nie ma i nie chce mieć z nią nic wspólnego. W pewnym sensie tworzenie muzyki rozładowało w nim napięcie, a odżegnanie się od niej było kolejną próbą uwolnienia i ratunku (co podkreśla symultaniczna choreografia stewardesy). Bezskuteczną. Przy okazji scena ta dowodzi, jak mocno i głęboko, każda sztuka nawet abstrakcyjna, eksperymentalna, konceptualna zakorzeniona jest w rzeczywistości.


Sztuka ta pozostaje świadectwem procesu poszukiwania, zmagania się, tworzenia, ale i afirmacji porażki, straty, rozpadu i śmierci przez człowieka, który chce wiedzieć kim jest i dlaczego takim, jakim sam siebie postrzega, się staje. Koncentruje się na poznawaniu i zgłębianiu swojego świata wewnętrznego, na doświadczaniu obserwującej świadomości, która stara się dotrzeć do podświadomości, by ją wykorzystać do stworzenia pełnego obrazu siebie. Interesuje go nie samo życie, tylko jak to, co się wydarza, wpływa na ludzi, co w nich buduje i rujnuje, jak uruchamia proces zarówno twórczy, jak i destrukcyjny. Choć ostatecznie, jak wszystko inne, prędzej czy później przepadnie. Przeminie. 

Pozostać ma w nas jednak przekonanie, że zgłębianie tajemnicy istnienia w ewoluującym, zmiennym, nieprzewidywalnym toku zdarzeń, w nieuchwytnym kształcie swojej istoty pośród innych istot, to wieczna work in progress w never ending story.




PULVERKOPF 
na podstawie PULVERKOPF Edwarda Pasewicza

Reżyseria: Katarzyna Kalwat
Adaptacja: Krzysztof Szekalski, Edward Pasewicz
Rekonstrukcja archiwum muzycznego Norberta von Hannenheima, współpraca muzyczna: Paweł Mykietyn
Muzyka: Fryderyk Lutyński
Scenografia: Aleksandra Wasilkowska

Obsada:
Jacek Poniedziałek
Alona Szostak
Bogusława Schubert
Piotr Kaźmierczak
Wojciech Kalarus
Denis Kudijenko
Hiroaki Murakami
Krzysztof Oleksyn
Barbara Krasińska
Karolina Rzepa
Fryderyk Lutyński

* TANIEC ŚMIERCI Franciszek Lekszycki,  kościół Bernardynów w Krakowie

Fot.1,2: Materiały Nowego Teatru
Fot.3 :Anna Kochnowicz-Kann/facebook

sobota, 25 kwietnia 2026

PRAŁAT TEATR TELEWIZJI

 

Zło staje się ciałem i przejmuje rząd dusz, jeśli się mu na to pozwoli. W przypadku pedofilii, która nie została ukarana, ma szczególnie perfidny wymiar. Brakuje jak dotąd formy, sposobu, który by to opisał, wyjaśnił, cokolwiek zmienił. Potrzebne są mocne dzieła, konkretne decyzje, skuteczne czyny KOŚCIOŁA, a więc wiernych oraz PAŃSTWA, a więc społeczeństwa. Zawsze chodzi o LUDZI, bo to oni, pojedynczy i zbiorowi, tworzą instytucje i są prawdziwą sprawczą siłą. Taką walką z pedofilią jest też spektakl PRAŁAT w reżyserii Marcina Libera. Dotyczy zaprzeszłego zjawiska jakim była figura - instytucja Henryka Jankowskiego: księdza, kapelana "Solidarności", przedsiębiorcy, showmana, pedofila.


PRAŁAT to spektakl oparty na faktach w tonacji diabolicznego horroru, ze świetnym tekstem Michała Kmiecika, powodującą dreszcz emocji scenografią i kostiumami Mirka Kaczmarka  oraz muzyką Marcina Mazuka, angażujący bardzo dobrych aktorów oraz dzieci grających niewinność: ministrantów, chór, mścicieli/kara, co wpływa na na jego wysoki poziom artystyczny. Mocna charakteryzacja (Diabeł, dzieci w piekle) i sugestywna choreografia (dzieci wychodzące z konfesjonału) wywołują silne emocje.


Diabłem, którego w spektaklu gra Juliusz Chrząstowski, jest spersonifikowana predyspozycja czynienia zła, logiką myślenia prowadzącą do decyzji, że można sobie na nie pozwolić i robić wszystko, by chronić siebie nie słabszych, niewinnych, bezbronnych, a więc świadoma gotowość dająca zielone światło psychopatycznej postawie i bezdusznej premedytacji. Ta samolubna pokusa egoistycznego zaspokajania swoich potrzeb, karmienia słabości, rekompensowania własnych deficytów ukryta jest pod białym garniturem, kojarzącym się z niewinnością, prawością, boską proweniencją (papieski kolor). Dlatego diabłem jest człowiek i jego mentalność, alter ego Jankowskiego, którego gra Rafał Dziwisz. Osoba nie licząca się z nauką Kościoła, deklarowanym powołaniem, posłannictwem. Sprzeniewierzająca się istocie kapłaństwa i człowieczeństwa. Sztuka demistyfikuje niepokalanego Prałata. Chór dzieci ujawnia jego zbrodnie, obala jego pomnik, strąca z piedestału oszusta do piekła i tam będzie dręczyć winnego przez wieki wieków. Amen.



A może nie tylko ten, kto czyni zło jest winny, ale i ci, którzy wiedzą a milczą i nic nie robią? To wskazywanie palcem na grzech zaniechania, odrzucenia od siebie wszelkiej odpowiedzialności a więc zdystansowanie się od krzywdy dzieci to ważny aspekt tego spektaklu. Skutkuje ostrym oskarżeniem, również w stosunku do około spektaklowego zamieszania medialnego, gdy każdy wypowiada się z własnej politycznej, ideowej, religijnej perspektywy. I jasne jest, że niewielu interesuje prawda. Bo choć się o niej mówi, do niej nawiązuje, nią uzasadnia i jest naprawdę przerażająca - to jednak ciągle za mało, nadal nieskutecznie, zawsze za późno. Nie ma postawy wykraczającej poza własny punkt widzenia i własny interes. I choć spektakl informuje, to jedynie rozładuje napięcie i da usprawiedliwienie tym, którzy będą mieli okazję do wypowiedzenia, dlaczego robiąc tak wiele, do żadnej zmiany w sprawie pedofilów nie doprowadzili. Bo nie ma prewencji, nie ma sprawczości. Nie ma sposobu powstrzymywania zła. Jest bezradność, dystans, obojętność. Cierpiący skrzywdzeni. I retoryczne pytanie: dlaczego wszyscy patrząc złu prosto w oczy, mają je mocno na prawdę zamknięte. Zaciśnięte.
 


PRAŁAT  Michał Kmiecik
Adaptacja i reżyseria: Marcin Liber
Scenografia i kostiumy: Mirek Kaczmarek
Muzyka: Marcin Macuk
Zdjęcia: : Marcin Łaskawiec
Montaż: Julia Oleksy

Obsada:
Mateusz Bernacik
Juliusz Chrząstowski
Dagna Dywicka
Rafał Dziwisz
Oskar Jarzombek
Andrzej Kłak
Agnieszka Kwietniewska
Magdalena Maścianica
Adam Szustak
Helena Urbańska
Dawid Ogrodnik