sobota, 21 marca 2026

23 i pół godziny TEATR WSPÓŁCZESNY W WARSZAWIE



 "23 i pół godziny", spektakl Teatru Współczesnego w Warszawie,  to realistyczny w kontekście współczesnej fabuły i scenografii dramat społeczno - obyczajowy Carey Crim mówiący o tym, że człowiek człowieka nie jest w stanie poznać do końca. Zaufanie, nawet do osób, które wszyscy doskonale znają, cenią i lubią ma delikatną i kruchą naturę, nie jest dane raz na zawsze. Łatwo je stracić. Już same wątpliwości wywołane bardziej lub mniej uzasadnionymi podejrzeniami mogą je zniszczyć. Te ostatecznie potwierdzone i osądzone  stają się najboleśniejszym piętnem. Uruchamiają destrukcyjny proces dla relacji i więzi międzyludzkich, bo niszczą wiarę w prostoduszność człowieka, w pokładane w nim nadzieje, w to, że nie zawiedzie i pozostanie takim, jakim się przedstawiał dotychczas. Tak naprawdę nikt do końca nie wybacza popełnionych błędów, zawsze o nich pamięta i nawet gdy nieszczęśnik dostaje szansę na rehabilitację, dalsze kontakty nacechowane są szczególną ostrożnością. Raz rozbudzona wątpliwość nie umiera nigdy i pozostaje poważną skazą na tych, których dotyczy, nawet jeśli wynika z błędnych przesłanek. Odbyta kara przez obwinianego również nie gwarantuje, że zostanie całkowicie wymazana. Wątpliwość zamyka okres niewinności i beztroski w relacjach, otwiera piekło podejrzeń i kontroli. Niszczy spokój. Zatruwa życie. Czyni je nieznośnym. Bolesnym. Uruchamia w otoczeniu mechanizmy obronne, asekuracyjne, zapobiegawcze. Przewraca dotychczasowy świat obwinianego i jego najbliższych do góry nogami. 

O tym jest spektakl. W nim szczęśliwe, bezpieczne, normalne życie rodziny zostaje poważnie zagrożone z powodu utarty zaufania spowodowanego oskarżeniem charyzmatycznego, empatycznego nauczyciela, wniesionym przez uczennicę o niemoralne zachowanie, co doprowadziło w konsekwencji do poszlakowego procesu sądowego, skazującego wyroku, pobytu w więzieniu. Po odbytej karze kłopoty całej rodziny się nie skończyły. Wręcz przeciwnie, pojawiły się trudności ze znalezieniem i z utrzymaniem pracy. Nasilił się konflikt z z nastoletnim synem, który zmagał się z mobbingiem spowodowanym historią ojca, coraz bardziej napięte stawały się jego relacje z przeciążoną całą sytuacją żoną (praca, dom, syn, kredyt, zagrożenie straty domu) i starymi, oddanymi przyjaciółmi, którzy po skandalu stali się nieufni i zaczęli zachowywać dystans. Kryzys całkowicie zburzył spokój rodziny, skomplikował jej kontakty z otoczeniem. Wątpliwości co do niewinności nauczyciela nie zostają do końca rozwiane, nie gasną. A przecież wszyscy członkowie rodziny żyć muszą nadal. Jak mają posklejać to, co się rozpadło? Jak ratować to, co pozostaje dobre, ważne, prawdziwe? Sytuacja jest trudna. 

Ta sztuka sugestywnie przedstawiając przebieg zdarzeń, precyzyjnie argumentując postawę każdej osoby mocno angażuje, bo prawdziwie i szczerze pokazuje życie zwykłych ludzi, trudną sytuację, w której się znaleźli. Dlatego łatwo przychodzi widzom zrozumienie problematyki zaufania osobom, które się doskonale zna, szanuje, podziwia wobec oskarżeń dotyczących naruszenia etyki zawodowej (tu relacje małoletnich z nauczycielem). Pokazuje spektrum trudności z ostracyzmem otoczenia, problemy radzenia sobie z własnymi emocjami. Ale to co ważne i budujące, sugeruje że podstawowym zadaniem jest utrzymanie kontaktu, wzmacnianie więzi poprzez wspólne rozmowy, wzajemne wsłuchanie się w siebie - w to, co ma się do powiedzenia, w to, co słyszy się miedzy słowami w konfrontacji twardych faktów, wysyłanych sygnałów rozumu i serca. Pozostaje pytanie, czy bohaterowie winni budować nowe życie na starym, czy zaczynać je samotnie bez wzajemnego wsparcia. Przecież na co dzień zapomina się o tym, że w życiu nie ma nic pewnego, wszystko jest zmienne. Zawsze istnieje domniemanie, że rzeczy i ludzie nie są w istocie takimi, jakimi się przedstawiają jakimi je się zna. Mimo żywionych do nich uczuć. Mimo dużej wiedzy i doświadczenia. Pamięć jest zawodna, ale nie sposób jej ignorować, wierzyć można każdemu, ale gdy zawiedzie, wzbudzi niepewność należy trzeźwo myśleć, warto mądrze ufać. By dać sobie szansę rozwiązania problemu podejrzeń rodzących wątpliwości, które nie gasną. Mimo miłości i przywiązania. Mimo oddania. Ogromu czasu, który przecież testował, sprawdzał i potwierdzał, że wszystko jest w porządku. Wątpliwość jest jak trucizna, której kropla zatruwa i unieważnia wszystko. Pewność przeszłą, teraźniejszą i przyszłą. 

Spektakl jest pasjonujący i ważny za sprawą udanej reżyserii i opracowania muzycznego Jarosława Tumidajskiego. Funduje ogląd niejednoznacznej rzeczywistości z bezkompromisową konsekwencją. Napięcie rośnie, kolejne problemy potęgują je i nie pozwalają widzom odetchnąć. Może dlatego, że wychodzą na jaw nowe okoliczności sprawy, fakty, a pojawiające się przeczucia, przebłyski pamięci, podszepty intuicji burzą spokój. Aktorstwo Katarzyny Dąbrowskiej, Moniki Pikuły, Szymona Mysłakowskiego, Szymona Roszaka i Macieja Bisiorka - komunikatywne, realistyczne, naturalne -tworzy bliskie życiu sytuacje, doskonale odzwierciedla armagedon napięć poddających trudnej próbie ratowania tego, co rodzinę i przyjaciół łączy i wzmacnia. W ich postawach i działaniach jest wiele życzliwości, ciepła, dobrej woli. Odnoszą się do tych zdarzeń, sytuacji, uczuć i rytuałów, które pozwalają im nadal wspólnie, na ile jest to możliwe, normalnie żyć. Wydaje się, że to lepsze rozwiązanie niż całkowity rozpad relacji, bo bardziej dla wszystkich bezpieczny i wzajemnie wspierający. Ciągle dający szansę na pozytywne rozwiązania bieżących problemów. Sztuka dowodzi, że łatwiej walczyć o prawdę, o przetrwanie w grupie niż samotnie. 


23 I PÓŁ GODZINY Carey Crim
reżyseria i opracowanie muzyczne: Jarosław Tumidajski tłumaczenie: Bogusława Plisz-Góral scenografia: Katarzyna Kornelia Kowalczyk kostiumy: Krystian Szymczak reżyseria świateł: Katarzyna Łuszczyk 

obsada: Katarzyna Dąbrowska, Monika Pikuła, Szymon Mysłakowski, Szymon Roszak, Maciej Bisiorek

fot. Katarzyna Gouda/facebook

poniedziałek, 16 marca 2026

SŁABI TEATR COLLEGIUM NOBILIUM

 

SŁABI Magdaleny Drab w adaptacji i reżyserii Marcina Hycnara to mniaturka teatralna. Minimalna forma dla oszczędnej treści kreuje kontekst do pokazania kruchości ludzkiej natury, delikatności konstrukcji psychicznej, samotności w głębokim kryzysie. Dotyczy osób przyjmujących postawy obronne. Jedni wybierają ucieczkę i wycofanie w stadium chorobowym, drudzy agresję i ostentacyjność dla odwrócenia uwagi od tego, że nie dają rady dostosować się do zasad narzuconych przez otoczenie. Wszyscy próbują się ratować, tworzą własne rytuały pozwalające im przetrwać. Wyczerpani z powodu opresji doświadczanego bólu egzystencjalnego trwają w stuporze własnej niemocy. Bezskutecznie, bo instynktownie, nieporadnie walczą z nim albo ulegają mu. Nie są w stanie się bronić, przystosować, nie potrafią nadążyć za wymogami ról, jakie są im przypisywane, nie są w stanie sprostać oczekiwaniom, obowiązkom. To ich dodatkowo osłabia, bo rodzi konsekwencje. Owładnięci obsesją lęku, zagubieni w sprzecznych emocjach, pozostawieni sami sobie tracą przebojowość, kreatywność, pewność siebie. Przemykają przez życie nie mając się czego uchwycić - pogubieni, zrezygnowani, smutni. Grzęzną w niemocy. Czasem tylko podejmują próbę zwrócenia na siebie uwagi, ale bez wzajemnej miłości, bliskości, czułości nie są w stanie odczuwać radości, czerpać sił z tego, co mają, czego doświadczają. Boleśnie zawiedzeni i rozczarowani pozostają nieszczęśliwi. Nic dziwnego, że źle się to kończy, co jeszcze bardziej przytłacza nie tylko bohaterów, ale i widzów. Pozbawia bowiem wszystkich nadziei, że cokolwiek może się zmienić na lepsze. Kryzys nie mija i permanentnie przytłacza. Pogłębia traumę. Ostatecznie niszczy resztki tego, co było w bohaterach na tyle silne, by mogli się odbić od dna.

Tylko dwie osoby mają imiona - ANINA Katarzyny Łubik o genotypie depresyjnym, na skraju załamania nerwowego mężatka i młoda matka oraz JAN Aleksandra Sajewskiego, zamknięty w sobie, we własnym świecie sprzedawca w sklepie mięsnym. ANINA stara się zwrócić na siebie jego uwagę, nawiązać kontakt - bezskutecznie. Oboje boją się lub nie wiedzą, jak się do siebie zbliżyć, jak im okazać uczucia. Budzą obojętność, litość lub irytację. Są zalęknieni i smutni. Wycofani. Kontakt z nimi jest trudny, ich kontakt ze światem równie skomplikowany. Mąż ANINY, grany przez Piotra Zaperta, jest wobec niej jakby nieobecny, zdystansowany, wymagający. Gdy żona pyta go czy ją nadal kocha, tak naprawdę nie musi odpowiadać. Jego zachowanie mówi samo za siebie. ANINA jest mu obca, i choć MĄŻ daje jej pieniądze, nic go nie obchodzi. Nie przyjmuje do wiadomości, że żona potrzebuje wsparcia, mimo że widać to gołym okiem. Jednak jej nie opuszcza. Jego bierność przyczynia się do nieszczęścia. Pieczętuje los ANINY, która do wszystkich swych niedoli dokłada kolejne - piętno złej, wyrodnej, obojętnej na to, co się dzieje z dzieckiem, matki. Inaczej okazują swoją słabość pozostali bohaterowie. INNA TAKA Oliwi Hołozubiec jest zaczepna, nieustępliwa, zadziorna. Budzi niechęć. Uległej TAKIEJ JEDNEJ Neli Maciejewskiej, choć próbuje, też się nie udało niczego zmienić, poddaje się, płynie z prądem. TAKA TAM Mai Szkutnik, terapeutyczna frustratka, czy TAKI JEDEN Michała Lupy/Hugo Tarresa znaleźli sobie właściwy sposób, by funkcjonować społecznie.

Spektakl jest skromny w formie, lapidarnej treści, co jedynie sugeruje niewypowiedziane rozwinięcia i otwiera się na olbrzymie możliwości interpretacji aktorskiej. I studenci maksymalnie z tej szansy skorzystali. Z dużym sukcesem. To każdy z nich stwarza swojego bohatera, buduje dla niego konteksty, które charakteryzują stany emocjonalne, określają dyspozycje psychologiczne, uzasadniają zachowanie i postawy. Przytłaczający nastrój, konieczność koncentrowania się artystów jedynie na tym, co jest słabe, ułomne, niedoskonałe, pozbawione perspektyw na jakąkolwiek zmianę, kreśli losy ich bohaterów jakby były z góry przesądzone. Tu słabość nie jest stanem przejściowym a permanentnym. Pogrążającym. Przejmująca kreacja smutku egzystencjalnej zapaści dotykającej młodych ludzi budzi uznanie, jednak nie daje większej nadziei, że po takim rozpoznaniu i przepracowaniu na scenie problemów wypalenia, samotności, oziębłości emocjonalnej pojawi się szansa, by móc ich uniknąć we własnym, widzowskim życiu, bo będzie można skutecznie im zaradzić zawczasu, by nie spowodowały nieszczęścia.

Ogromne brawa należą się Katarzynie Łubik, która jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu jest już ANINĄ, niepewną siebie, zagubioną, roztrzęsioną wewnętrznym niepokojem i bólem osobą w kryzysie, skupioną na tym, by się nie rozpaść na oczach obojętnego wobec niej otoczenia. Język ciała mówi wszystko - mimowolnie zwraca uwagę i woła o pomoc. Komunikuje, że cierpi i wymaga natychmiastowego wsparcia. Widzowie wchodzą, siadają - już są z nią. To dobry początek - być razem, by wsłuchać się w jej próby nawiązania kontaktu, walki o siebie i przeżyć jej kolejne porażki, dobrnąć do dramatycznego finału. Być z nią nie na dobre a na złe. Być. I reagować na czerwone rajstopy.

Aleksander Sajewski przedstawia nam JANA w równie przejmującej interpretacji. Jego bohater jest też zdefiniowany głównie poprzez wymowę ciała, strażnika jego tajemnicy słabości, pogodzenia się z nią, reakcji defensywnych. Jakby wszedł w tryb katatonicznej obojętności wobec tego, co się z nim i wokół niego dzieje. Smutek i milczenie, postawa szczelnie zamknięta wyraża jego znieczulone akceptacją status quo umysł i ciało już na poziomie, gdy nic w nim nie walczy, nie domaga się, niczemu się nie sprzeciwia. JAN jest pogodzony z losem, ale w tak rozdzierający obserwatora sposób, że ten też czuje się bezradny. Mimo prób rozbicia zbudowanego przez niego kokonu bezpieczeństwa przez ANINĘ, przez INNĄ TAKĄ, TAKĄ JEDNĄ, TAKIEGO INNEGO. JAN przeraża, bo jest stabilnie niewzruszalny. Wydaje się, że absolutnie nic nie można w jego przypadku zmienić. Nie sposób go uratować.

W tym spektaklu słabość nie jest stanem przejściowym, elementem dojrzewania, impulsem zmiany. Może być wyzwaniem dla silnych, empatycznych, nieobojętnych, którzy chcieliby być z tymi, którym by życie w momencie najgłębszego kryzysu "osładzali" (czytaj wątek dziecka: ratowali).



SŁABI Magdalena Drab
 
adaptacja i reżyseria: Marcin Hycnar

obsada:
INNA TAKA - Oliwia Hołozubiec
ANINA - Katarzyna Łubik
TAKA JEDNA - Nela Maciejewska
TAKA TAM - Maja Szkutnik
JAN - Aleksander Sajewski
TAKI JEDEN - Hugo Tarres/Michał Lupa
MĄŻ - Piotr Zapert

niedziela, 8 marca 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: KRZYŻACY TEATR IM.STEFANA JARACZA W OLSZTYNIE

 

W ramach 17.Festiwalu NOWE EPIFANIE widzowie mieli okazję obejrzeć KRZYŻAKÓW w reżyserii Jana Klaty i w kontekście tego spektaklu mogli zinterpretować jego hasło: "Czyńcie sobie Ziemię  poddaną". Oczywiście dokonując adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza Jan Klata z Ishbel Szatrawską nie brali pod uwagę takiej perspektywy, ale tak to już jest, że artyści tworzą najpierw dla siebie, a odbiorcy ich dzieł mają prawo je odczytywać po swojemu. 

Prosta historia o trudnej, złożonej koegzystencji Polaków i Krzyżaków, która w kulminacji doprowadziła do bitwy pod Grunwaldem w 1410 roku jest bazą do refleksji nad problemami natury uniwersalnej. W swej wymowie obraz szuka źródeł konfliktów, które doprowadzają do poważnych incydentów, starć, bitew. Zastanawia się nad przyczynami, z powodu których ciągle wybuchają wojny.  Sugestia rozwiązania tego tematu ujętego z dystansu ironii, groteski, pastiszu wydaje się oczywista. Ludzie nie są w stanie zaspokoić się wyznaczonymi im zadaniami, wynikającymi z umów, kontraktów, zasad współżycia społecznego, bo zawsze chcą zyskać więcej, bez trzymania się podjętych zobowiązań, wyznaczonych norm, zdrowego rozsądku i zwykłej przyzwoitości. Posuwają się dalej, przekraczają kolejne granice, a niepowstrzymywani doprowadzają do sprzeciwu, oporu, wojny. Potrzeba dominacji, władza daje tyle przyjemności, że warta jest podjęcia ryzyka doprowadzenia do konfliktu zbrojnego, który zawsze jest wielkim złem. A nosicielem tego genu konfrontacji, walki, wojny jest patriarchat. To on jest odpowiedzialny za to, że nie rozwiązuje się na bieżąco problemów, nie wyjaśnia polubownie konfliktów, nie doprowadza do konsensusu więc utrzymanie na dłuższą metę pokoju jest niemożliwe. Krzyżacy prowadząc politykę ekspansji i dominacji nie zaspokoili się dzierżawą ziemi chełmińskiej i michałowskiej, bo dokonywali agresywnych ataków na ziemie Litwy i Polski. Polacy musieli reagować. Zbyszko cały czas ćwiczy się w walce, wygląda, oczekuje wojny. Chce się zemścić za doznane krzywdy, ciągle więc szuka zaczepki, jest porywczy i wyraźnie podekscytowany, gdy do niej dochodzi. Nie myśli o konsekwencjach. Pozostali mężczyźni nieustannie się do wojny przygotowują. Jakby zawsze żyli w zagrożeniu i niepewności. W sztuce podkreśla się narastające napięcie pomiędzy stronami konfliktu, bo brakuje im pomysłu i wiary w to, że można by jakimś sposobem tę samonapędzającą się machinę wojenną zatrzymać. Nikt nie chce zrezygnować z okazji, bo wojna jest też w swym najbardziej prymitywnym uzasadnieniu obietnicą zarobku, bezkarnego upustu okrucieństwa i dokonania na nieprzyjacielu zemsty. To ten zalewający mózgi mężczyzn testosteron powoduje, że nie chcą, czy nie mogą powstrzymać fali wzbierającej w nich agresji, chęci wyżycia się, rozładowania emocji. Trzeba mężczyznę ekstremalnie upokorzyć, brutalnie okaleczyć, zniszczyć psychicznie, by go móc pokonać. Tak osłabić, by nie miał siły dokonać zemsty, nie widział w niej sensu i nie chciał zadośćuczynienia (życie za życie). By wybaczył i prosił o wybaczenie. By zmądrzał, choćby po stracie, po szkodzie (Jurand).

Kobiety nie mają szans, by wpłynąć na mężczyzn. Ani Danusia, delikatna, subtelna, oddana i wierna blond piękność, ani zjawiskowa, idealna Jagienka, mocno stojący na ziemi kobiecy wariant wszechmocnego i decydującego o sobie mężczyzny, ale też Księżna, dzierżąca realną władzę kobieta, nie są w stanie ich zmienić i zatrzymać przy sobie w domu. Uzależnione i zdominowane pozostają we władzy mężczyzn. Mogą tylko interweniować w ramach tradycji i obyczaju albo się podporządkować. Danusia ginie okrutnie doświadczona, Jagienka jest bezceremonialnie porzucona przez Zbyszka, gdy podekscytowany i szczęśliwy rusza na wojnę, a Zakonnicę, seksualnie wykorzystywaną przez współbraci w wierze dramatycznie na wieki wieków dręczyć będzie związana z tym trauma. Stosowana wobec kobiet przemoc, gwałt, przymus i nakaz określający ich status kształtował silną uległość i głęboki lęk (przerażona Danusia powtarzająca, że się boi). Ubezwłasnowolniał je mentalnie i społecznie, bo choć silniejsze psychicznie były od mężczyzn słabsze fizycznie i musiały pozostawać w cieniu. Tak jest od zawsze, ale czy tak zawsze będzie? Spektakl dowodzi, że kobiety mówią własnym głosem, a ich wypowiedzi są coraz bardziej znaczące, bo rozszerzają pole rozumienia problemów, które spektakl porusza. Są ofiarami, które dają świadectwo. Nie są wycofane, bierne, bo działają, robią swoje. 

Sztuka pokazuje jak ludzie, w tym wypadku rycerze zakonu rycerskiego, w imię "szlachetnych" celów (motto zakonu: „Helfen, Wehren, Heilen”, czyli pomagaj, broń, lecz).) czynili sobie ziemię poddaną (podstęp, grabież, podbój). I do czego to doprowadziło (wojna). Ale nie tylko w XV wieku (np. obrazy II-ej wojny światowej). Kulminacyjny, puentujący akt drugi spektaklu wizualizuje nie tylko bitwę pod Grunwaldem, ale też koncert rockowy, kibolską ustawkę, właściwie każdy emanujący zaciekłością, agresją, euforią sparing, który wyłonić ma zwycięzcę. Dowodzi, że człowiek nie jest w stanie kontrolować własnej natury, dostosowuje się do czasów, miejsca, okoliczności i znajduje kulturowy, społeczny, polityczny substytut, by pozostać tym, kim jest od zawsze. Zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. I doprowadza do tragedii, bo wojna jest siłą toksyczną, niszczycielską, śmiercionośną. W efekcie wszyscy (bez sił, bez ducha, bez życia?) padają na scenę, przegrywają.

A jednak wojny nadal wybuchają. I wydaje się, że będą nadal niszczyć, gwałcić, zabijać. Gwałt się gwałtem odciska. Nie znaleziono jak dotąd skutecznego sposobu utrzymania pokoju jak narzucenie/przywracanie go siłą. 

Spektakl jest doskonały. Zrozumiały, dostępny, uniwersalny. Konstrukcję  ma prostą, przejrzystą, jasną dzięki udanej adaptacji. Scenografia, kostiumy, reżyseria światła Mirka Kaczmarskiego buduje uwspółcześniający starą historię kontekst, uruchamia wyobraźnię, podpowiada skojarzenia. Pokazuje nam neutralną biel pustki przestrzeni, którą konkretyzują sugestywne komentarze - rozszerzenia artystyczno -historycznych wideo projekcji  Natana Berkowicza . Rycerze noszą srebrne lśniące zbroje - już nie ciężkie, zimne, niewygodne a otulające ciała, ciepłe, puchate,  modne dziś kurtki - pierzyny. Choreografia jest bardzo ważna - to ona multiplikuje znaczenia, ale też obśmiewa  uwznioślone wypowiedzi i zachowania bohaterów. Opracowanie muzyczne Jana Klaty to mocno wzmacnia, a nonszalanckie, rozbrajające patos aktorstwo wspaniałego zespołu zasadnie potęguje ironiczno - humorystyczny ton. Henryk Sienkiewicz napisał książkę historyczną ku pamięci, ku pokrzepieniu serc, Jan Klata wyreżyserował na jej podstawie głęboko gorzki kabaret ku przestrodze, dla trzeźwości rozumu. By to, co mają obaj do powiedzenia trafiło do każdego, pod dawne i współczesne strzechy.  Wspaniała robota!



KRZYŻACY
Adaptacja powieści Henryka Sienkiewicza i dramaturgia: Jan Klata, Ishbel Szatrawska
Reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata
Scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Maćko Prusak
Projekcje wideo: Natan Berkowicz
Asystent scenografa: Michael Siwicki
Konsultacje wokalne: Rafał Gajewski
Inspicjentka, suflerka, asystentka reżysera: Agata Żuczkowska

Obsada:
Maciej Cymorek
Marian Czarkowski
Kamil Drężek (gościnnie)
Agnieszka Giza-Gradowska
Grzegorz Gromek
Radosław Hebal
Marcin Kiszluk
Aleksandra Kolan
Maciej Mydlak
Paweł Parczewski
Krzysztof Plewako-Szczerbiński
Wojciech Rydzio
Małgorzata Rydzyńska
Cezary Studniak (gościnnie)
Mikołaj Trynda
Marcin Tyrlik
Zuzanna Wicka (gościnnie)

Z gościnnym udziałem Bractwa Rycerskiego Warmińska Dzika Kompania

fot. Karolina Jóźwiak/ mat. Teatru

sobota, 7 marca 2026

PŁOMIENIE TEATR POLSKI W WARSZAWIE

 

Janusz Opryński wyreżyserował w Teatrze Polskim w Warszawie w formie klasycznej przejrzystości spektakl PŁOMIENIE. Scenariusz jego autorstwa oparty jest na tekstach PŁOMIENI i fragmentach SAM WŚRÓD LUDZI Stanisława Brzozowskiego, korzysta z BIESÓW Fiodora Dostojewskiego, odnosi się do CZŁOWIEKA ZBUNTOWANEGO Alberta Camusa. Jest poglądową lekcją teatralną, podczas której przeprowadzono merytoryczny dowód uzasadniający moc myśli, która mimo porażki osób wcielających ją w życie, przetrwa. Inspirować będzie następne pokolenia. W założeniu sztuka jest hołdem złożonym ludziom walczącym o wolność na całym świecie.

Przestrzeń sceniczna, podzielona została na połączone strefą ULICY trzy symboliczne obszary- etapy życiowe głównego bohatera, Michała Kaniowskiego (Modest Ruciński) - kształtujące jego myśli, wpływające na decyzje i czyny. Są to RODZINA (wtłacza skostniałe, opresyjne wzorce), WIĘZIENIE (pozbawia wolności, godności) i KRYJÓWKA (rewir konspiracyjnych działań, wspólnotowości) - jakby w wiecznym uwarunkowaniu (ascetyczna scenografia Justyny Łagowskiej). Są to miejsca: narodzin, dojrzewania, poszukiwań własnej drogi, walki, zdobywania doświadczeń, przeżywania codziennych trosk i radości, miłości i żałoby, a więc obrazy życia i śmierci niezmiennie naznaczone sacrum, nie mogące uwolnić się od profanum.

Można było oczekiwać, że spektakl Janusza Opryńskiego będzie tchnął tym entuzjazmem przypisywanym młodości, który może góry przenosić. Radosnym poczuciem słusznej racji i nieśmiertelnej siły, której nic nie zatrzyma, której nikt nie pokona, która niezachwiana w swym przekonaniu zdobędzie wszystko. W istocie ze sceny wiało chłodem. Przewidywalnością, bo sztuka jest przepracowanym portretem Polaka/człowieka będącego w opozycji do świata zastanego, w wiecznym buncie, w poszukiwaniu prawdy, w dążeniu do wolności, ale skazanego na przegraną. Nie budzi też emocji działalność grupy rewolucjonistów, nie udziela się jej zaangażowanie w walkę, którą przerywa aresztowanie i więzienie, a nawet śmierć.

W sztuce istotny jest cel, ważne są osobiste motywacje i łączące bohaterów relacje. A jednak serce nie zabiło mocniej z powodu niezgody na cierpienie kobiet, gnębionych, maltretowanych poniżanych przez patriarchat, bo spowszedniała przemoc i niesprawiedliwość, która dotyka kobiety również w dniu dzisiejszym. Nie wywołała wstrząsu hipokryzja i milczenie Kościoła, którego słudzy boży gwałcą i wykorzystują najsłabszych (pedofilia), bo nadal ten problem istnieje. Nie pojawia się wściekły sprzeciw wobec systemu, który nakłada jarzmo na tych, o których winien dbać, których ma chronić, by mogli żyć godnie i szczęśliwie. W końcu nie zniknęła obojętność na to, że sam naród zainfekowany jest zdewociałym katolicyzmem, chłonie brunatny nacjonalizm, przejawia głupotę. I choć rewolucje raz po raz się dokonują, to ucisk, wyzysk, cierpienie nie znikają, błędy i wypaczenia coraz to nowszego porządku świata nie są naprawiane. Zło ulega jedynie metamorfozie i trwa. Ma się dobrze. Każdy płomień buntu zostaje skutecznie zgaszony, a o samospaleniu Ryszarda Siwca, Jana Palacha, Piotra Szczęsnego mało kto pamięta. Wiadomo o tym aż nadto dobrze. Może dlatego tak się dzieje ponieważ jeden, choćby najbardziej dramatyczny gest, czy największe zwycięstwo nie gwarantuje tego, że osiągnięty sukces trwał będzie wiecznie. Walka musi być permanentna. Popełniane są zarówno te stare, jak i nowe błędy. I naprawdę trudno jest podejmować kolejną walkę, znając znikomość wysiłków odziedziczonej myśli, gdy okupiona została ciężkim życiem, okrutną śmiercią. Gdy dostrzega się, że zaangażowanie jest podstępną pułapką, jednostki nic nie znaczą dla opresyjnego systemu, a obietnica postępu to pożywka dla chichotu historii. Poza tym decyzja o dobrowolnym skazaniu się na śmierć w płomieniach jest drastyczna. Wydaje się zbyt absurdalna, szokująca, nieracjonalna. Postrzegana jest jako form a samobójstwa, które ma znamiona szaleństwa, choroby psychicznej. Akt samospalenia ma potencjał ogromnej presji, bo wymusza na pozostałych przy życiu ludziach działanie, przenosi na nich odpowiedzialność za to, co się stało. Może dlatego pojawia się u nich dystans, który dusi emocje, blokuje potencjalne zaangażowanie.

W spektaklu poruszają historie poszczególnych bohaterów, myśli, jakie niosą, ale nie oni sami. Mimo że świadomie decydują się na to, by swoje życie złożyć w ofierze. Nie działa ich determinacja, gdy zna się jej konsekwencje. Do końca spektaklu pozostaje nieodgadniona tajemnica całopalenia, wraz z którą przepada możliwość rozwikłania zagadki, co tak naprawdę roznieca żar determinacji w człowieku, że gotów jest umrzeć za myśl, sprawę, ideę, za jedno słowo (np.: wolność, równość, sprawiedliwość). Może jest to zaciekły upór w podejmowaniu walki wyrosły z głębokiego wewnętrznego przekonania, że za wszelką cenę trzeba świat zmienić, bo taki jaki jest w danej chwili, nie może trwać dalej. A może jest to akt desperacji, wyraz bezsilności i straceńcza, choćby ostatnia próba wstrząśnięcia tymi, których nie stać na niezgodę, bunt, walkę, bo nie mają świadomości, siły i odwagi. Wiary, że ważniejszy od materii ciała jest duch myśli, który może wnikać w każdy umysł i zostać przez nią przekonany i skłoniony do działania. Przeciw wszelkiej tyranii, niesprawiedliwości, niewoli. Złu.

Płomienie niszczą, do cna wszystko spalają. Może jednak potrzebny jest chłodny umysł i opanowane serce, by niewzruszone gorączką emocji ciało do końca walki wytrwało. Dla ducha myśli, idei, racji. Dla życia. Śmierć kończy wszystko, pozostanie symbolem porażki. Jest stratą i bólem dla tych co odchodzą i dla tych co zostają. Nie ma w niej nic wzniosłego poza koniecznością, z którą nie sposób się pogodzić, ale którą trzeba przyjąć do świadomości.

 
PŁOMIENIE 

na podstawie „Płomieni” z fragmentami „Sam wśród ludzi” Stanisława Brzozowskiego oraz „Biesów” Fiodora Dostojewskiego

reżyseria, scenariusz - Janusz Opryński
scenografia i reżyseria światła - Justyna Łagowska
wizualizacje - Tomasz Michalczewski
muzyka - Rafał Rozmus

obsada: Irmina Liszkowska (Katia), Dorota Bzdyla (Ola), Katarzyna Lis (Wiera), Ewa Domańska (Matka), Modest Ruciński (Michał Kaniowski), Szymon Kuśmider (Ksiądz Rotuła), Paweł Krucz (Sołowiow), Sławomir Grzymkowski (Goldberg), Maksymilian Rogacki (Breneisen), Krystian Modzelewski (Nieczajew) i Andrzej Seweryn (Ojciec – nagranie wideo)

fot. Karolina Jóźwiak


sobota, 28 lutego 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: BIOLAND

 

Taniec to w pewnym sensie sztuka abstrakcyjna. Można go na różny sposób interpretować, ale czy na pewno dowolny? Jedną ze wskazówek jest to, co mówią o swoim dziele sami artyści. Nadają projektowi tytuł, wyznaczają zakres tematyczny, wyjaśniają układy taneczne, ujawniają ich znaczenie, zdradzają inspiracje i proces przekuwania ich w choreograficzną narrację. Rzeczywiście, bez tej słownej nadbudowy, kontekst tego, co artysta chciał przekazać, jego formuła i kształt byłyby otwarte, prawie niemożliwe do odgadnięcia. Jakby artyści nie ufali widzom. Jakby widzowie nie mogli się obyć bez wskazówek i potrzebowali podpowiedzi przewodnika. W ten sposób rodzi się więź między strefą sceny a rewirem widowni, która w efekcie może stać się jednością. Oto świat przedstawiony przez artystów uruchamia wrażliwość i wyobraźnię widzów, co tworzy ich własną narrację. Czy wizja artystów i odbiorców ich sztuki jest spójna?

Tym razem wiedza o spektaklu jest bardzo pomocna, bo cały jest na takim poziomie ogólności, że każda interpretacja wydaje się być możliwa. Scena poza umieszczonym centralnie ekranem i matami ze sztucznej trawy jest pusta.  Tę pustkę ma wypełnić ruch ciał, które wyrażą treści, nadadzą sens choreograficznej opowieści. Tancerze ubrani są w kostiumy o podobnej kolorystyce, zbliżonym kroju koszulek i spodni. Każdy z nich wnosi swoją indywidualną narrację uczuć, amplitudę emocji, historię postawy. Każdy jest inny, bo przedstawia się jako wsobny mikroświat, który słabiej lub mocniej stapia się z otoczeniem. Ale zawsze pozostaje sobą. BIOLAND jest produkcją Fundacji Crush On Trash i kolektywu Outrun The Bear z Los Angeles, którą tworzą choreografowie Megan Doheny i Ilya Nikurov. Wykonawcami są polscy tancerze. Kostiumy Jakuba Wójcika wykonane są z ubrań pochodzących z secondhandu a zielone maty użyte w scenografii to fragmenty sztucznej trawy, która nie była nikomu potrzebna. Tym gestem artyści pragną podkreślić, ze utożsamiają się z ideą less waste (minimalizacja odpadów, ponowne wykorzystanie materiałów). Dowodzą, że można przyczynić się do ograniczenia konsumpcji, bo każdy człowiek podejmując decyzje w różnych sprawach, ma w większym lub mniejszym stopniu wpływ na ochronę planety, którą zamieszkuje. To ciekawa idea, bo minimalizm zawsze podkręca kreatywność, zmusza do większego wysiłku, a wykorzystanie tanich kostiumów i rekwizytów sprzyja zmniejszeniu kosztów przedsięwzięcia. Przy czym nie wpływa na wartość artystyczną spektaklu. 

Projekt BIOLAND odwołuje się do tematyki ekologicznej, relacji środowiska i obecnego w nim człowieka. Pokazuje egzystencję ludzi jako samoistnych jednostek żyjących na swoich zielonych wyspach, ale też ilustruje rodzące się między nimi relacje, wzajemne oddziaływanie, koegzystencję. I jest to proces skomplikowany, podkreślający konieczność podejmowania ryzyka i zmagania się z problemami współistnienia. A wynika to z potrzeby przewartościowania własnej egzystencji, szukania dla niej nowej perspektywy, innego spojrzenia, bo dotychczasowy wymuszony styl życia, narzucony intensywny program działania z opcją osiągnięcia maksymalnego sukcesu niesie same zagrożenia, nie uszczęśliwia a pogrąża i niszczy ludzi. Postęp wyczerpuje i powoduje destrukcję. Działa jedynie chwilowo, uzależnia jak narkotyk. Konsumpcja podobnie - wiedzie donikąd, wyzwala negatywne kompulsywne reakcje. Środowisko jest degradowane, nadmiernie eksploatowane, traktowane instrumentalnie, bez litości. Ludzie podobnie. Jakby wracało niewolnictwo, tyle że narzucone sobie świadomie, dobrowolnie. Bez poczucia harmonii, sensu i satysfakcji. Bez przerwy na oddech i refleksję. Ten spektakl ma być próbą powrotu do tego, co ludzkie. Wizualizuje ucieczkę od instrumentalnego traktowania człowieka, którego się do cna wykorzystuje i pozostawia samego sobie. Skupia się na rozwoju człowieka, jego ciele i duchu, który jest czuły, wrażliwy, empatyczny. Uruchamia ekspresją tańca marzenie o życiu ludzi nie obok siebie, ale ze sobą. Podkreśla i propaguje poprzez wykorzystane w spektaklu materiały racjonalne myślenie o zasobach i eksploatacji środowiska. Może to utopia, ale jakże słuszna, jakże piękna!

BIOLAND

Choreografia: Megan Doheny, Ilya Nikurov
Asystentki choreografów: Zuzanna Strugacz, Agata Kamykowska
Muzyka: Dylan Tedaldi
Reżyseria świateł: Jakub Sztandera
Kostiumy: Jakub Wójcik
Produkcja: Fundacja Crush On Trash

Obsada:
Magda Niedzielska
Iga Włodarczyk
Agata Kamykowska
Michał Przybyła
Kacper Szklarski

PRODUKCJA : Crush On Trash

Organizatorzy i współorganizatorzy: Fundacja Crush On Trash i Crush On Stage, Narodowy Instytut Muzyki i Tańca i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Outrun The Bear, Teatr Łaźnia Nowa i Dom Utopii – Międzynarodowe Centrum Empatii