poniedziałek, 16 marca 2026

SŁABI TEATR COLLEGIUM NOBILIUM

 

SŁABI Magdaleny Drab w adaptacji i reżyserii Marcina Hycnara to mniaturka teatralna. Minimalna forma dla oszczędnej treści kreuje kontekst do pokazania kruchości ludzkiej natury, delikatności konstrukcji psychicznej, samotności w głębokim kryzysie. Dotyczy osób przyjmujących postawy obronne. Jedni wybierają ucieczkę i wycofanie w stadium chorobowym, drudzy agresję i ostentacyjność dla odwrócenia uwagi od tego, że nie dają rady dostosować się do zasad narzuconych przez otoczenie. Wszyscy  próbują się ratować, tworzą własne rytuały pozwalające im przetrwać. Wyczerpani z powodu opresji doświadczanego bólu egzystencjalnego trwają w stuporze własnej niemocy. Bezskutecznie, bo instynktownie, nieporadnie walczą  z nim albo ulegają mu. Nie są w stanie się bronić, przystosować, nie potrafią nadążyć za wymogami ról, jakie są im przypisywane, nie są w stanie sprostać oczekiwaniom, obowiązkom. To ich dodatkowo osłabia, bo rodzi konsekwencje. Owładnięci obsesją lęku, zagubieni w sprzecznych emocjach, pozostawieni sami sobie tracą przebojowość, kreatywność, pewność siebie. Przemykają przez życie nie mając się czego uchwycić - pogubieni, zrezygnowani, smutni. Grzęzną w niemocy. Czasem tylko podejmują próbę zwrócenia na siebie uwagi, ale bez wzajemnej miłości, bliskości, czułości nie są w stanie odczuwać radości, czerpać sił z tego, co mają, czego doświadczają. Boleśnie zawiedzeni i rozczarowani pozostają nieszczęśliwi. Nic dziwnego, że źle się to kończy, co jeszcze bardziej przytłacza nie tylko bohaterów, ale i widzów. Pozbawia bowiem wszystkich nadziei, że cokolwiek może się zmienić na lepsze. Kryzys nie mija i permanentnie przytłacza. Pogłębia traumę. Ostatecznie niszczy resztki tego, co było w bohaterach silne.

Tylko dwie osoby mają imiona ANINA Katarzyny Łubik o genotypie depresyjnym, na skraju załamania nerwowego i JAN Aleksandra Sajewskiego, zamknięty w sobie, we własnym świecie. ANINA stara się zwrócić na siebie jego uwagę, nawiązać kontakt - bezskutecznie. Boją się lub nie wiedzą, jak się do siebie zbliżyć, jak im okazać uczucia. Budzą obojętność, litość lub irytację. Oboje są zalęknieni i smutni. Wycofani. Kontakt z nimi jest trudny. Mąż ANINY, grany przez Piotra Zaperta, jest wobec niej jakby nieobecny, zdystansowany, wymagający. Gdy żona pyta go czy ją nadal kocha, tak naprawdę nie musi odpowiadać. Jego zachowanie mówi samo za siebie. ANINA jest mu obca, i choć MĄŻ daje jej pieniądze, nic go nie obchodzi. Nie przyjmuje do wiadomości, że żona potrzebuje wsparcia, mimo że widać to gołym okiem. Jednak jej nie opuszcza. Jego bierność przyczynia się do nieszczęścia. Pieczętuje los ANINY, która do wszystkich swych niedoli dokłada kolejne - piętno złej, wyrodnej, obojętnej na to, co się dzieje z dzieckiem, matki. Inaczej okazują swoją słabość pozostali bohaterowie. INNA TAKA Oliwi Hołozubiec jest zaczepna, nieustępliwa, zadziorna. Budzi niechęć. Uległej TAKIEJ JEDNEJ Neli Maciejewskiej też się nie udało niczego zmienić, poddaje się, płynie z prądem. TAKA TAM Mai Szkutnik, terapeutyczna frustratka, czy TAKI JEDEN Michała Lupy/Hugo Tarresa znaleźli sobie właściwy sposób, by funkcjonować społecznie. 

Spektakl jest skromny w formie, lapidarnej treści, co jedynie sugeruje niewypowiedziane rozwinięcia i otwiera się na olbrzymie możliwości interpretacji aktorskiej. I studenci maksymalnie z tej szansy skorzystali. Z dużym sukcesem. To każdy z nich stwarza swojego bohatera, buduje dla niego konteksty, które charakteryzują stany emocjonalne, określają dyspozycje psychologiczne, uzasadniają zachowanie i postawy. Mimo przytłaczającego nastroju, konieczności koncentrowania się artystów jedynie na tym, co jest słabe, ułomne, niedoskonałe, pozbawione perspektyw na jakąkolwiek zmianę, kreślą losy ich bohaterów jakby były z góry przesądzone. Przejmująca kreacja smutku egzystencjalnej zapaści dotykającej młodych ludzi budzi uznanie, jednak nie daje większej nadziei, że po takim rozpoznaniu i przepracowaniu na scenie problemów wypalenia, samotności, oziębłości emocjonalnej pojawi się szansa, by móc ich uniknąć we własnym, widzowskim życiu, bo będzie można skutecznie im zaradzić zawczasu, by nie spowodowały nieszczęścia. 

 , 

SŁABI  Magdalena Drab
adaptacja i reżyseria: Marcin Hycnar
obsada:
INNA TAKA - Oliwia Hołozubiec
ANINA - Katarzyna Łubik
TAKA JEDNA - Nela Maciejewska
TAKA TAM - Maja Szkutnik
JAN - Aleksander Sajewski
TAKI JEDEN - Hugo Tarres/Michał Lupa
MĄŻ - Piotr Zapert

niedziela, 8 marca 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: KRZYŻACY TEATR IM.STEFANA JARACZA W OLSZTYNIE

 

W ramach 17.Festiwalu NOWE EPIFANIE widzowie mieli okazję obejrzeć KRZYŻAKÓW w reżyserii Jana Klaty i w kontekście tego spektaklu mogli zinterpretować jego hasło: "Czyńcie sobie Ziemię  poddaną". Oczywiście dokonując adaptacji powieści Henryka Sienkiewicza Jan Klata z Ishbel Szatrawską nie brali pod uwagę takiej perspektywy, ale tak to już jest, że artyści tworzą najpierw dla siebie, a odbiorcy ich dzieł mają prawo je odczytywać po swojemu. 

Prosta historia o trudnej, złożonej koegzystencji Polaków i Krzyżaków, która w kulminacji doprowadziła do bitwy pod Grunwaldem w 1410 roku jest bazą do refleksji nad problemami natury uniwersalnej. W swej wymowie obraz szuka źródeł konfliktów, które doprowadzają do poważnych incydentów, starć, bitew. Zastanawia się nad przyczynami, z powodu których ciągle wybuchają wojny.  Sugestia rozwiązania tego tematu ujętego z dystansu ironii, groteski, pastiszu wydaje się oczywista. Ludzie nie są w stanie zaspokoić się wyznaczonymi im zadaniami, wynikającymi z umów, kontraktów, zasad współżycia społecznego, bo zawsze chcą zyskać więcej, bez trzymania się podjętych zobowiązań, wyznaczonych norm, zdrowego rozsądku i zwykłej przyzwoitości. Posuwają się dalej, przekraczają kolejne granice, a niepowstrzymywani doprowadzają do sprzeciwu, oporu, wojny. Potrzeba dominacji, władza daje tyle przyjemności, że warta jest podjęcia ryzyka doprowadzenia do konfliktu zbrojnego, który zawsze jest wielkim złem. A nosicielem tego genu konfrontacji, walki, wojny jest patriarchat. To on jest odpowiedzialny za to, że nie rozwiązuje się na bieżąco problemów, nie wyjaśnia polubownie konfliktów, nie doprowadza do konsensusu więc utrzymanie na dłuższą metę pokoju jest niemożliwe. Krzyżacy prowadząc politykę ekspansji i dominacji nie zaspokoili się dzierżawą ziemi chełmińskiej i michałowskiej, bo dokonywali agresywnych ataków na ziemie Litwy i Polski. Polacy musieli reagować. Zbyszko cały czas ćwiczy się w walce, wygląda, oczekuje wojny. Chce się zemścić za doznane krzywdy, ciągle więc szuka zaczepki, jest porywczy i wyraźnie podekscytowany, gdy do niej dochodzi. Nie myśli o konsekwencjach. Pozostali mężczyźni nieustannie się do wojny przygotowują. Jakby zawsze żyli w zagrożeniu i niepewności. W sztuce podkreśla się narastające napięcie pomiędzy stronami konfliktu, bo brakuje im pomysłu i wiary w to, że można by jakimś sposobem tę samonapędzającą się machinę wojenną zatrzymać. Nikt nie chce zrezygnować z okazji, bo wojna jest też w swym najbardziej prymitywnym uzasadnieniu obietnicą zarobku, bezkarnego upustu okrucieństwa i dokonania na nieprzyjacielu zemsty. To ten zalewający mózgi mężczyzn testosteron powoduje, że nie chcą, czy nie mogą powstrzymać fali wzbierającej w nich agresji, chęci wyżycia się, rozładowania emocji. Trzeba mężczyznę ekstremalnie upokorzyć, brutalnie okaleczyć, zniszczyć psychicznie, by go móc pokonać. Tak osłabić, by nie miał siły dokonać zemsty, nie widział w niej sensu i nie chciał zadośćuczynienia (życie za życie). By wybaczył i prosił o wybaczenie. By zmądrzał, choćby po stracie, po szkodzie (Jurand).

Kobiety nie mają szans, by wpłynąć na mężczyzn. Ani Danusia, delikatna, subtelna, oddana i wierna blond piękność, ani zjawiskowa, idealna Jagienka, mocno stojący na ziemi kobiecy wariant wszechmocnego i decydującego o sobie mężczyzny, ale też Księżna, dzierżąca realną władzę kobieta, nie są w stanie ich zmienić i zatrzymać przy sobie w domu. Uzależnione i zdominowane pozostają we władzy mężczyzn. Mogą tylko interweniować w ramach tradycji i obyczaju albo się podporządkować. Danusia ginie okrutnie doświadczona, Jagienka jest bezceremonialnie porzucona przez Zbyszka, gdy podekscytowany i szczęśliwy rusza na wojnę, a Zakonnicę, seksualnie wykorzystywaną przez współbraci w wierze dramatycznie na wieki wieków dręczyć będzie związana z tym trauma. Stosowana wobec kobiet przemoc, gwałt, przymus i nakaz określający ich status kształtował silną uległość i głęboki lęk (przerażona Danusia powtarzająca, że się boi). Ubezwłasnowolniał je mentalnie i społecznie, bo choć silniejsze psychicznie były od mężczyzn słabsze fizycznie i musiały pozostawać w cieniu. Tak jest od zawsze, ale czy tak zawsze będzie? Spektakl dowodzi, że kobiety mówią własnym głosem, a ich wypowiedzi są coraz bardziej znaczące, bo rozszerzają pole rozumienia problemów, które spektakl porusza. Są ofiarami, które dają świadectwo. Nie są wycofane, bierne, bo działają, robią swoje. 

Sztuka pokazuje jak ludzie, w tym wypadku rycerze zakonu rycerskiego, w imię "szlachetnych" celów (motto zakonu: „Helfen, Wehren, Heilen”, czyli pomagaj, broń, lecz).) czynili sobie ziemię poddaną (podstęp, grabież, podbój). I do czego to doprowadziło (wojna). Ale nie tylko w XV wieku (np. obrazy II-ej wojny światowej). Kulminacyjny, puentujący akt drugi spektaklu wizualizuje nie tylko bitwę pod Grunwaldem, ale też koncert rockowy, kibolską ustawkę, właściwie każdy emanujący zaciekłością, agresją, euforią sparing, który wyłonić ma zwycięzcę. Dowodzi, że człowiek nie jest w stanie kontrolować własnej natury, dostosowuje się do czasów, miejsca, okoliczności i znajduje kulturowy, społeczny, polityczny substytut, by pozostać tym, kim jest od zawsze. Zarówno w czasie wojny, jak i pokoju. I doprowadza do tragedii, bo wojna jest siłą toksyczną, niszczycielską, śmiercionośną. W efekcie wszyscy (bez sił, bez ducha, bez życia?) padają na scenę, przegrywają.

A jednak wojny nadal wybuchają. I wydaje się, że będą nadal niszczyć, gwałcić, zabijać. Gwałt się gwałtem odciska. Nie znaleziono jak dotąd skutecznego sposobu utrzymania pokoju jak narzucenie/przywracanie go siłą. 

Spektakl jest doskonały. Zrozumiały, dostępny, uniwersalny. Konstrukcję  ma prostą, przejrzystą, jasną dzięki udanej adaptacji. Scenografia, kostiumy, reżyseria światła Mirka Kaczmarskiego buduje uwspółcześniający starą historię kontekst, uruchamia wyobraźnię, podpowiada skojarzenia. Pokazuje nam neutralną biel pustki przestrzeni, którą konkretyzują sugestywne komentarze - rozszerzenia artystyczno -historycznych wideo projekcji  Natana Berkowicza . Rycerze noszą srebrne lśniące zbroje - już nie ciężkie, zimne, niewygodne a otulające ciała, ciepłe, puchate,  modne dziś kurtki - pierzyny. Choreografia jest bardzo ważna - to ona multiplikuje znaczenia, ale też obśmiewa  uwznioślone wypowiedzi i zachowania bohaterów. Opracowanie muzyczne Jana Klaty to mocno wzmacnia, a nonszalanckie, rozbrajające patos aktorstwo wspaniałego zespołu zasadnie potęguje ironiczno - humorystyczny ton. Henryk Sienkiewicz napisał książkę historyczną ku pamięci, ku pokrzepieniu serc, Jan Klata wyreżyserował na jej podstawie głęboko gorzki kabaret ku przestrodze, dla trzeźwości rozumu. By to, co mają obaj do powiedzenia trafiło do każdego, pod dawne i współczesne strzechy.  Wspaniała robota!



KRZYŻACY
Adaptacja powieści Henryka Sienkiewicza i dramaturgia: Jan Klata, Ishbel Szatrawska
Reżyseria, opracowanie muzyczne: Jan Klata
Scenografia, kostiumy, reżyseria świateł: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Maćko Prusak
Projekcje wideo: Natan Berkowicz
Asystent scenografa: Michael Siwicki
Konsultacje wokalne: Rafał Gajewski
Inspicjentka, suflerka, asystentka reżysera: Agata Żuczkowska

Obsada:
Maciej Cymorek
Marian Czarkowski
Kamil Drężek (gościnnie)
Agnieszka Giza-Gradowska
Grzegorz Gromek
Radosław Hebal
Marcin Kiszluk
Aleksandra Kolan
Maciej Mydlak
Paweł Parczewski
Krzysztof Plewako-Szczerbiński
Wojciech Rydzio
Małgorzata Rydzyńska
Cezary Studniak (gościnnie)
Mikołaj Trynda
Marcin Tyrlik
Zuzanna Wicka (gościnnie)

Z gościnnym udziałem Bractwa Rycerskiego Warmińska Dzika Kompania

fot. Karolina Jóźwiak/ mat. Teatru

sobota, 7 marca 2026

PŁOMIENIE TEATR POLSKI W WARSZAWIE

 

Janusz Opryński wyreżyserował w Teatrze Polskim w Warszawie w formie klasycznej przejrzystości spektakl PŁOMIENIE. Scenariusz jego autorstwa oparty jest na tekstach PŁOMIENI i fragmentach SAM WŚRÓD LUDZI Stanisława Brzozowskiego, korzysta z BIESÓW Fiodora Dostojewskiego, odnosi się do CZŁOWIEKA ZBUNTOWANEGO Alberta Camusa. Jest poglądową lekcją teatralną, podczas której przeprowadzono merytoryczny dowód uzasadniający moc myśli, która mimo porażki osób wcielających ją w życie, przetrwa. Inspirować będzie następne pokolenia. W założeniu sztuka jest hołdem złożonym ludziom walczącym o wolność na całym świecie.

Przestrzeń sceniczna, podzielona została na połączone strefą ULICY trzy symboliczne obszary- etapy życiowe głównego bohatera, Michała Kaniowskiego (Modest Ruciński) - kształtujące jego myśli, wpływające na decyzje i czyny. Są to RODZINA (wtłacza skostniałe, opresyjne wzorce), WIĘZIENIE (pozbawia wolności, godności) i KRYJÓWKA (rewir konspiracyjnych działań, wspólnotowości) - jakby w wiecznym uwarunkowaniu (ascetyczna scenografia Justyny Łagowskiej). Są to miejsca: narodzin, dojrzewania, poszukiwań własnej drogi, walki, zdobywania doświadczeń, przeżywania codziennych trosk i radości, miłości i żałoby, a więc obrazy życia i śmierci niezmiennie naznaczone sacrum, nie mogące uwolnić się od profanum.

Można było oczekiwać, że spektakl Janusza Opryńskiego będzie tchnął tym entuzjazmem przypisywanym młodości, który może góry przenosić. Radosnym poczuciem słusznej racji i nieśmiertelnej siły, której nic nie zatrzyma, której nikt nie pokona, która niezachwiana w swym przekonaniu zdobędzie wszystko. W istocie ze sceny wiało chłodem. Przewidywalnością, bo sztuka jest przepracowanym portretem Polaka/człowieka będącego w opozycji do świata zastanego, w wiecznym buncie, w poszukiwaniu prawdy, w dążeniu do wolności, ale skazanego na przegraną. Nie budzi też emocji działalność grupy rewolucjonistów, nie udziela się jej zaangażowanie w walkę, którą przerywa aresztowanie i więzienie, a nawet śmierć.

W sztuce istotny jest cel, ważne są osobiste motywacje i łączące bohaterów relacje. A jednak serce nie zabiło mocniej z powodu niezgody na cierpienie kobiet, gnębionych, maltretowanych poniżanych przez patriarchat, bo spowszedniała przemoc i niesprawiedliwość, która dotyka kobiety również w dniu dzisiejszym. Nie wywołała wstrząsu hipokryzja i milczenie Kościoła, którego słudzy boży gwałcą i wykorzystują najsłabszych (pedofilia), bo nadal ten problem istnieje. Nie pojawia się wściekły sprzeciw wobec systemu, który nakłada jarzmo na tych, o których winien dbać, których ma chronić, by mogli żyć godnie i szczęśliwie. W końcu nie zniknęła obojętność na to, że sam naród zainfekowany jest zdewociałym katolicyzmem, chłonie brunatny nacjonalizm, przejawia głupotę. I choć rewolucje raz po raz się dokonują, to ucisk, wyzysk, cierpienie nie znikają, błędy i wypaczenia coraz to nowszego porządku świata nie są naprawiane. Zło ulega jedynie metamorfozie i trwa. Ma się dobrze. Każdy płomień buntu zostaje skutecznie zgaszony, a o samospaleniu Ryszarda Siwca, Jana Palacha, Piotra Szczęsnego mało kto pamięta. Wiadomo o tym aż nadto dobrze. Może dlatego tak się dzieje ponieważ jeden, choćby najbardziej dramatyczny gest, czy największe zwycięstwo nie gwarantuje tego, że osiągnięty sukces trwał będzie wiecznie. Walka musi być permanentna. Popełniane są zarówno te stare, jak i nowe błędy. I naprawdę trudno jest podejmować kolejną walkę, znając znikomość wysiłków odziedziczonej myśli, gdy okupiona została ciężkim życiem, okrutną śmiercią. Gdy dostrzega się, że zaangażowanie jest podstępną pułapką, jednostki nic nie znaczą dla opresyjnego systemu, a obietnica postępu to pożywka dla chichotu historii. Poza tym decyzja o dobrowolnym skazaniu się na śmierć w płomieniach jest drastyczna. Wydaje się zbyt absurdalna, szokująca, nieracjonalna. Postrzegana jest jako form a samobójstwa, które ma znamiona szaleństwa, choroby psychicznej. Akt samospalenia ma potencjał ogromnej presji, bo wymusza na pozostałych przy życiu ludziach działanie, przenosi na nich odpowiedzialność za to, co się stało. Może dlatego pojawia się u nich dystans, który dusi emocje, blokuje potencjalne zaangażowanie.

W spektaklu poruszają historie poszczególnych bohaterów, myśli, jakie niosą, ale nie oni sami. Mimo że świadomie decydują się na to, by swoje życie złożyć w ofierze. Nie działa ich determinacja, gdy zna się jej konsekwencje. Do końca spektaklu pozostaje nieodgadniona tajemnica całopalenia, wraz z którą przepada możliwość rozwikłania zagadki, co tak naprawdę roznieca żar determinacji w człowieku, że gotów jest umrzeć za myśl, sprawę, ideę, za jedno słowo (np.: wolność, równość, sprawiedliwość). Może jest to zaciekły upór w podejmowaniu walki wyrosły z głębokiego wewnętrznego przekonania, że za wszelką cenę trzeba świat zmienić, bo taki jaki jest w danej chwili, nie może trwać dalej. A może jest to akt desperacji, wyraz bezsilności i straceńcza, choćby ostatnia próba wstrząśnięcia tymi, których nie stać na niezgodę, bunt, walkę, bo nie mają świadomości, siły i odwagi. Wiary, że ważniejszy od materii ciała jest duch myśli, który może wnikać w każdy umysł i zostać przez nią przekonany i skłoniony do działania. Przeciw wszelkiej tyranii, niesprawiedliwości, niewoli. Złu.

Płomienie niszczą, do cna wszystko spalają. Może jednak potrzebny jest chłodny umysł i opanowane serce, by niewzruszone gorączką emocji ciało do końca walki wytrwało. Dla ducha myśli, idei, racji. Dla życia. Śmierć kończy wszystko, pozostanie symbolem porażki. Jest stratą i bólem dla tych co odchodzą i dla tych co zostają. Nie ma w niej nic wzniosłego poza koniecznością, z którą nie sposób się pogodzić, ale którą trzeba przyjąć do świadomości.

 
PŁOMIENIE 

na podstawie „Płomieni” z fragmentami „Sam wśród ludzi” Stanisława Brzozowskiego oraz „Biesów” Fiodora Dostojewskiego

reżyseria, scenariusz - Janusz Opryński
scenografia i reżyseria światła - Justyna Łagowska
wizualizacje - Tomasz Michalczewski
muzyka - Rafał Rozmus

obsada: Irmina Liszkowska (Katia), Dorota Bzdyla (Ola), Katarzyna Lis (Wiera), Ewa Domańska (Matka), Modest Ruciński (Michał Kaniowski), Szymon Kuśmider (Ksiądz Rotuła), Paweł Krucz (Sołowiow), Sławomir Grzymkowski (Goldberg), Maksymilian Rogacki (Breneisen), Krystian Modzelewski (Nieczajew) i Andrzej Seweryn (Ojciec – nagranie wideo)

fot. Karolina Jóźwiak


sobota, 28 lutego 2026

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: BIOLAND

 

Taniec to w pewnym sensie sztuka abstrakcyjna. Można go na różny sposób interpretować, ale czy na pewno dowolny? Jedną ze wskazówek jest to, co mówią o swoim dziele sami artyści. Nadają projektowi tytuł, wyznaczają zakres tematyczny, wyjaśniają układy taneczne, ujawniają ich znaczenie, zdradzają inspiracje i proces przekuwania ich w choreograficzną narrację. Rzeczywiście, bez tej słownej nadbudowy, kontekst tego, co artysta chciał przekazać, jego formuła i kształt byłyby otwarte, prawie niemożliwe do odgadnięcia. Jakby artyści nie ufali widzom. Jakby widzowie nie mogli się obyć bez wskazówek i potrzebowali podpowiedzi przewodnika. W ten sposób rodzi się więź między strefą sceny a rewirem widowni, która w efekcie może stać się jednością. Oto świat przedstawiony przez artystów uruchamia wrażliwość i wyobraźnię widzów, co tworzy ich własną narrację. Czy wizja artystów i odbiorców ich sztuki jest spójna?

Tym razem wiedza o spektaklu jest bardzo pomocna, bo cały jest na takim poziomie ogólności, że każda interpretacja wydaje się być możliwa. Scena poza umieszczonym centralnie ekranem i matami ze sztucznej trawy jest pusta.  Tę pustkę ma wypełnić ruch ciał, które wyrażą treści, nadadzą sens choreograficznej opowieści. Tancerze ubrani są w kostiumy o podobnej kolorystyce, zbliżonym kroju koszulek i spodni. Każdy z nich wnosi swoją indywidualną narrację uczuć, amplitudę emocji, historię postawy. Każdy jest inny, bo przedstawia się jako wsobny mikroświat, który słabiej lub mocniej stapia się z otoczeniem. Ale zawsze pozostaje sobą. BIOLAND jest produkcją Fundacji Crush On Trash i kolektywu Outrun The Bear z Los Angeles, którą tworzą choreografowie Megan Doheny i Ilya Nikurov. Wykonawcami są polscy tancerze. Kostiumy Jakuba Wójcika wykonane są z ubrań pochodzących z secondhandu a zielone maty użyte w scenografii to fragmenty sztucznej trawy, która nie była nikomu potrzebna. Tym gestem artyści pragną podkreślić, ze utożsamiają się z ideą less waste (minimalizacja odpadów, ponowne wykorzystanie materiałów). Dowodzą, że można przyczynić się do ograniczenia konsumpcji, bo każdy człowiek podejmując decyzje w różnych sprawach, ma w większym lub mniejszym stopniu wpływ na ochronę planety, którą zamieszkuje. To ciekawa idea, bo minimalizm zawsze podkręca kreatywność, zmusza do większego wysiłku, a wykorzystanie tanich kostiumów i rekwizytów sprzyja zmniejszeniu kosztów przedsięwzięcia. Przy czym nie wpływa na wartość artystyczną spektaklu. 

Projekt BIOLAND odwołuje się do tematyki ekologicznej, relacji środowiska i obecnego w nim człowieka. Pokazuje egzystencję ludzi jako samoistnych jednostek żyjących na swoich zielonych wyspach, ale też ilustruje rodzące się między nimi relacje, wzajemne oddziaływanie, koegzystencję. I jest to proces skomplikowany, podkreślający konieczność podejmowania ryzyka i zmagania się z problemami współistnienia. A wynika to z potrzeby przewartościowania własnej egzystencji, szukania dla niej nowej perspektywy, innego spojrzenia, bo dotychczasowy wymuszony styl życia, narzucony intensywny program działania z opcją osiągnięcia maksymalnego sukcesu niesie same zagrożenia, nie uszczęśliwia a pogrąża i niszczy ludzi. Postęp wyczerpuje i powoduje destrukcję. Działa jedynie chwilowo, uzależnia jak narkotyk. Konsumpcja podobnie - wiedzie donikąd, wyzwala negatywne kompulsywne reakcje. Środowisko jest degradowane, nadmiernie eksploatowane, traktowane instrumentalnie, bez litości. Ludzie podobnie. Jakby wracało niewolnictwo, tyle że narzucone sobie świadomie, dobrowolnie. Bez poczucia harmonii, sensu i satysfakcji. Bez przerwy na oddech i refleksję. Ten spektakl ma być próbą powrotu do tego, co ludzkie. Wizualizuje ucieczkę od instrumentalnego traktowania człowieka, którego się do cna wykorzystuje i pozostawia samego sobie. Skupia się na rozwoju człowieka, jego ciele i duchu, który jest czuły, wrażliwy, empatyczny. Uruchamia ekspresją tańca marzenie o życiu ludzi nie obok siebie, ale ze sobą. Podkreśla i propaguje poprzez wykorzystane w spektaklu materiały racjonalne myślenie o zasobach i eksploatacji środowiska. Może to utopia, ale jakże słuszna, jakże piękna!

BIOLAND

Choreografia: Megan Doheny, Ilya Nikurov
Asystentki choreografów: Zuzanna Strugacz, Agata Kamykowska
Muzyka: Dylan Tedaldi
Reżyseria świateł: Jakub Sztandera
Kostiumy: Jakub Wójcik
Produkcja: Fundacja Crush On Trash

Obsada:
Magda Niedzielska
Iga Włodarczyk
Agata Kamykowska
Michał Przybyła
Kacper Szklarski

PRODUKCJA : Crush On Trash

Organizatorzy i współorganizatorzy: Fundacja Crush On Trash i Crush On Stage, Narodowy Instytut Muzyki i Tańca i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Outrun The Bear, Teatr Łaźnia Nowa i Dom Utopii – Międzynarodowe Centrum Empatii

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2026: shirtshow



Biblijny nakaz z Księgi Rodzaju: „Czyńcie sobie Ziemię poddaną” jest hasłem przewodnim 17. Festiwalu NOWE EPIFANIE. Skłania do refleksji nad tym, jak je dziś rozumiemy. Zadaje pytanie, czy człowiek ma realny wpływ na kształtowanie relacji międzyludzkich, czy dysponuje narzędziami komunikacyjnymi (język, metody perswazji, negocjacji) oraz wystarczającą siłą (polityczną, militarną, kapitałową), by móc czuwać i reagować na dokonujące się zmiany. Bo ziemia to nie tylko planeta, ale i dom, jedyne miejsce dla tych, którzy tu żyją. Przyszedł chyba czas, gdy boski nakaz nie oznacza tylko sprawowania władzy, którą ludzkość interpretowała jako przyzwolenie na podbój, niszczenie, eksterminację, zniewalanie w imię przetrwania, ale tę, która przywraca równowagę, ratuje, wyzwala. Szanuje, chroni, toleruje. Powstrzymuje człowieka przed nim samym - przed jego pazernością, zachłannością, nienasyceniem. Zaspokajaniem ambicji egoistycznych, krótkowzrocznych. Hasło to skierowane jest do ludzi z nadzieją, że świadomi i odpowiedzialni zrozumieją błędy swojego dotychczasowego działania i będą w stanie je naprawić, by nie dopuścić do katastrofy. Jednak praktyka dowodzi, jak sprzeczne interesy rządzą światem i jak słaba jest nadal jednostka wobec agresywnej, eskalującej ciągle instytucjonalnej, prawnej, technologicznej presji postępu w obłędzie propagandowej słuszności. Nie ma siły sprawczej, która by uchroniła ludzkość przed katastrofą. Jest wiara, nadzieja i miłość, ale wydaje się, że to wciąż za mało. Mimo wszystko niewiele.
 
Performance choreograficzny "shirtshow", zrealizowany w ramach projektu Muzeum Antropocenu, podejmuje temat polityki, która wywołując konflikty, wojny i potęgując wyścig technologiczny, mimo głoszonych haseł ekologicznych, dalej niszczy planetę. Dowodzi, że czyniąc w ten sposób sobie ziemię poddaną nieuchronnie prowadzi ludzkość do katastrofy. Spektakl Agaty Siniarskiej i Ilji Subkoffa, w ich wykonaniu, z dramaturgią Zuzanny Berendt  i T-shirtem (nośnik sloganów, haseł, różnych treści) w roli głównej ilustruje zagrożenia w sposób zamierzenie delikatny, subtelny, prosty. Wymowa znaku, gestu, ruchu, układu scenicznego buduje mocne i czytelne napięcie, ale nie szokuje, nie prowadzi do wstrząsu czy katharsis. Artyści zdecydowali się na łagodną, dowcipną, symboliczną narrację, którą łatwo można zrozumieć, z którą łatwo można się utożsamić. Odwołują się do języka ciała, jego ekspresji. Wykorzystują to, co jest wszystkim doskonale znane, co sprawia, że komunikat jest szybko rozpoznawany i zrozumiały (hasła zredukowane do jednego słowa, sugestywna grafika umieszczona na koszulkach), co demaskuje propagandowy sposób oddziaływania na ludzi, którzy w dobie współczesnej sami propagują idee, z którymi się utożsamiają. 

Tak więc układ widowni to pokład samolotu, którym przybyli na spektakl pasażerowie lecą w przestworzach współczesnego świata. Wydaje się, że to miejsce nowoczesne, bogato wyposażone i bezpieczne. Agata Siniarska i Ilja Subkoff, stewardzi, czuwają nad pasażerami, z offu dobiegają komunikaty procedur bezpieczeństwa w różnych językach, z charakterystyczną intonacją, jakby obecni byli na pokładzie samolotu pochodzącego z coraz to innego kraju. Artyści zakładają niezliczone T-shirty z nadrukami wszelkiej tematyki i treści. Prezentowane w zaaranżowanych okolicznościach i sytuacjach determinują wymowną w znaczenia choreografię, która rozszerza plakatowy komunikat koszulki w działanie o adekwatnym charakterze. Tak więc pasywny wyraz poglądów, postaw, światopoglądu, z którymi się identyfikuje osoba, która je nosi, ma swoją kontynuację, bo potencjalnie może eskalować w złym/dobrym, bo niszczącym/ratującym kierunku. Instynktowny, naturalny gest podania ręki jako pokojowy akt pojednania, otwartości na dialog, porozumienia, zgody przeradza się w agresywny symbol totalitaryzmu (salut rzymski, "Heil Hitler", czy zaciśnięta w pięść uniesiona w górę ręka). Założone na głowy widzów/pasażerów białe bawełniane koszulki z wyciętymi na oczy otworami mogą symbolizować przejście na złą stronę mocy (Ku-Klux-Klan) lub fakt, że nie przeżyli katastrofy (lotniczej, ekologicznej, wojennej, technologicznej, itp.). Nie potrzeba słów, by zrozumieć, jak bez wyraźnej, sprowokowanej przyczyny rodzi się zło i jak łatwo można mu ulec. Jak niewiele trzeba, by zwyciężyło, zapanowało i niszczyło. Jak łatwo ten moment można przegapić, zbagatelizować, uznać za nieważny. Wystarczy impuls, sugestia, moda, presja, tak naprawdę coś niedefiniowalnego i nieuchwytnego. Sztuka potrafi to przejmująco pokazać. Jakby włączała w nas wszystkie sygnały ostrzegawcze. 




shirtshow

Choreografia: Agata Siniarska, Ilja Subkoff
Dramaturgia: Zuzanna Berendt

Centrum Dialogu im. Marka Edelmana, Festiwal Łódź Wielu Kultur

Fot. Karolina Sołtys