Spektakl LISA Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina przedstawia prawdziwą historię Lisy M.Montgomery, która od pierwszych chwil wzbudza emocje, trzyma w napięciu, bo opowiada w sposób bezpretensjonalny o zabijaniu w niej życia od chwili poczęcia po jego kres, o tym, że zło rodzi zło (wydaje się, że też w szczególnym sensie w obronie koniecznej), i raz rozpoczęty proces destrukcji osobowości Lisy nie ma końca, bo przez cały okres trwania jej gehenny nie mogła liczyć na pomoc, czy się uwolnić, nie miała do kogo, ani dokąd uciec. Bolesne i niezrozumiałe jest to, że nikt nie reagował, nikt nie zainteresował się jej losem i jej nie pomógł: ani szkoła, ani sąsiedzi, ani badający ją lekarz, ani opieka społeczna. Otoczenie i ci, którzy z mocy prawa winni zrobić cokolwiek, by Lisę uratować, byli obojętni. Nikt nie odebrał dziecka matce, która go nienawidziła, nikt nie zgłosił gołym okiem widocznych zaniedbań czy molestowania, krzywdzenia. I jest to przerażające. Stan klinczu, mentalnego i instytucjonalnego zniewolenia u bezbronnej Lisy generuje silne przeżycia u widza, zmusza go do myślenia nad odpowiedzialnością za drugiego człowieka, za siebie samego. W swojej wymowie obraz sceniczny przeraża, wstrząsa, bo opowiada o beznadziei niszczonego brutalnie bezbronnego życia, dzień po dniu formatowanego przez wyjątkowe okrucieństwo otoczenia, zadawanie ofierze bólu o takiej skali i intensywności, że przestaje nań reagować. Okazywano jej pogardę, obojętność, skazywano na samotność. Na dziedziczenie podłego życia, które ściąga człowieka na samo dno zła.
Dziecko od urodzenia było maltretowane, głodzone, pozostawiane bez opieki, przywiązywane do krzesła, kaloryfera na wiele godzin. Dorastało w patologicznym środowisku, które je wykorzystywało seksualnie, nękało psychicznie, okrutnie instrumentalnie traktowało, wpędzało w poczucie winy, w niską samoocenę. Dziewczynka chodziła w brudnym ubraniu, nieumyta, w ogólnym zaniedbaniu. Systematycznie gwałcona, bita, upokarzana traciła poczucie własnej wartości i siły. W pewnym okresie czytała bardzo dużo książek, ale nic to w jej życiu nie zmieniło. Nic nie dało. Fikcyjne życie i zmyślony świat przegrał z tym realnym, od zawsze doświadczanym na własnej skórze. Jedyną ulgę przynosił jej okres, kiedy była w ciąży i rodziła. Jakby nowe życie w niej było początkiem jakiejś nieokreślonej zmiany, oczekiwanego cudu, na który czekała. I właśnie te pozytywne, budujące dla niej przeżycia i doznania, w których czuła, że jest tylko dla siebie samej, a nie wyłącznie dla innych, doprowadziły ją do zbrodni. I została z całą surowością oceny opinii publicznej i prawa potępiona, skazana na śmierć. Czy aby na pewno słusznie? Czekała na nią 14 lat. System znów zawiódł.
Lisa ukształtowana została przez przemoc psychiczną i fizyczną, zmuszana do uległości przez zdegenerowane, psychopatyczne środowisko, przed którym nie była w stanie się obronić, a które zabijało w niej nie tylko wolę, ale szelką myśl, że mogłaby żyć inaczej. Jako dziecko nie miała wyboru, ulegała. Ten stan rzeczy to nie było spełnienie jej marzeń, czy zaspokojenie jej potrzeb. Używano Lisy, bo była zawsze dostępna i zbyt słaba, by się mogła przeciwstawić, by się odważyła zbuntować. Była łatwym do urobienia i wykorzystania, nawet nie człowiekiem a przedmiotem – lalką, co dobitnie podkreśla doskonała scenografia i wideo Łukasza Surowca i kostiumy Marty Szypulskiej. Janiczak z Rubinem nie tylko wiernie charakteryzują środowisko, w którym żyje Lisa, ale też zwykłych ludzi, którzy wypowiadają się na temat popełnionej przez nią zbrodni (sonda uliczna w Stanach Zjednoczonych Ameryki), wystarczająco precyzyjnie tworzą portrety psychologiczne bohaterów, tak że najważniejszym w tym projekcie wydaje się proces stwarzania Lisy, przyszłej brutalnej zabójczyni skazanej na śmierć. Pomysł, by grać z nonszalancją, z nadmierną pieczołowitością, z przesadnym dystansowaniem się aktorów do granych postaci, przytaczanie przez nich prywatnych historii, dosadne deklarowanie, że oni w danej sytuacji postąpiliby tak czy inaczej, wzmocnione kiczowatą scenografią, kostiumami i mocną charakteryzacją, zapachem grillowanych potraw, częstowanie publiczności śmieciowym jedzeniem, by czuła się częścią otoczenia Lisy, z jednej strony rozładowuje trudne do zniesienia napięcie wynikające z drastycznej narracji, z drugiej przenosi zainteresowanie na zgromadzonych widzów, dając im do zrozumienia, by wejrzeli w siebie, przeanalizowali własne reakcje, postawy, opinie, oceny o przedstawianej sytuacji oraz przyjrzeli się swojemu życiu. By nie poddali się emocjom, a myśleli. Bo to, jak zabijano w Lisie człowieczeństwo jest straszne. Obezwładnia. Bo słaby, wymagający wsparcia, oczekujący pomocy człowiek w tym wypadku nie budził w otoczeniu empatii, ale agresję, chęć odwetu. Dla jej oprawców był okazją do rozładowania ich własnych frustracji, zaspokojenia sadystycznej seksualnej dominacji. Znienawidzona przez matkę Lisa była od początku ofiarą, którą można było wykorzystywać bezkarnie, bez końca. Jej historia dowodzi, że upokorzenie rodzi upokorzenie, przemoc skutkuje przemocą, a zabicie w człowieku ludzkich odruchów powoduje, że zamordowanie przez niego drugiego człowieka dokonuje się w sposób bezrefleksyjny.
Ta historia mówi też o tym, że wolność, którą zapewnia demokracja miewa brzydką, wstydliwą, zabójczą twarz obojętności, znieczulicy i wygodnictwa. I dopiero, gdy przyzwolenie na uwolnione zło stworzyło potwora (Lisa dokonała potwornej zbrodni), jedyną reakcją było skazanie go na karę śmierci z mocy obowiązującego prawa i zgodnie z oczekiwaniem opinii publicznej, która uważa wyrok za sprawiedliwy. Jest to mrożący krew w żyłach konstrukt logiczny. Mimo że współczesny człowiek wie do czego jest zdolny, to przypadek Lisy jest nieprawdopodobnym dowodem piramidalnej bezkarności, głupoty, bestialstwa środowiska, w którym żyła i tych, którzy jej czyn na gorąco oceniali. Ono winno być ukarane. Bo to, jak traktowano Lisę dzień po dniu przez ponad dwadzieścia lat, jest nie do pojęcia i nie do wybaczenia. Niepotrzebna była piwnica Josefa Fritzla, bo w pewnym okresie wystarczyła tylko przybudówka, by podczas zbiorowych gwałtów tłumić krzyki Lisy, dopóki w końcu nie ustały. Niepotrzebne było uwięzienie w domu złym, bo stan zniewolenia (uległości, przeczekiwania i znoszenia upokorzenia i bólu, tłumienia, wypierania, milczenia ) miała zakodowany w sobie na wieki wieków - tak było skuteczne i drastyczne pranie mózgu, wymazywanie uczuć, permanentne molestowanie. Dlatego wszelkie zabiegi formalne, by nie epatować sensacją, wynaturzeniem zbrodni codziennej, metodycznej, zwierzęcej, by prawda faktów nie zabiła, ale dawała do myślenia, jest uzasadnione. Rozczłonkowany manekin, fryzura Lisy z wmontowanymi w nią śmieciami, ona sama jako lalka, sposób, w jaki Karolina Adamczyk ją gra - nie gra, a opisuje, czy relacjonuje bez cienia zbędnych emocji, pozwala widzom znieść nieludzkie okrucieństwo. Podobnie jest z pozostałymi postaciami, które własne deficyty, potrzebę dominacji rekompensują wykorzystując Lisę (Julian Świeżewski jako jej ojczym, Michał Czachor jako przyrodni brat Lisy, jej pierwszy mąż, ojciec jej czworga dzieci czy Mateusz Łasowski w roli drugiego męża). Obleśne, prymitywne, samolubne typy z marginesu, którym aktorzy przypisują prywatne komentarze, jakby szukali sami w sobie odpowiedzi na pytanie, czy są do nich w jakikolwiek sposób podobni. To podpowiedź dla widzów.
Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin kontynuują swoją teatralną estetykę. Rozpoznawalny język Janiczak, scenariusz oparty na faktach, wybór tematu jest przyczynkiem do poważnego przepracowania go ze współczesnej perspektywy, performatywny sposób budowania komunikacji z publicznością, główną bohaterką jest znana kobieta przedstawiona w kontrowersyjnym kontekście. Sztuka ma w efekcie rozsadzać/wykorzystywać stary/zastany sposób myślenia i budować współczesną narrację, by dawać szansę zmianie postrzegania tematu, głównej postaci, jej oceny. Tym razem zwolennicy kryminałów opartych na faktach będą usatysfakcjonowani, miłośnicy thrillerów psychologiczno - obyczajowych także. Czy teatromani również? To oni są głównym targetem. Jest wiele pytań, na które winni sobie odpowiedzieć. Na przykład: jak to jest możliwe, że codzienna tresura okrucieństwem ściąga człowieka za życia do piekła, a ci, którzy winni zareagować wykazują całkowitą obojętność? I czy w ten czy inny sposób nie biorą w tym udziału? I co robią, czy w ogóle coś robią, bo Janiczak z Rubinem z grupą wsparcia z Teatru Powszechnego co mogli, zrobili. Na pewno.