wtorek, 21 lipca 2026

MATKA TEATR POLONIA


W rzeczywistym świecie - agresywnego chaosu, bezczelnego absurdu, przerysowanej groteski jako jego czystej formy - powrót do źródła, do przedstawienia fundamentalnej więzi międzyludzkiej, relacji matki z synem, wydaje się naturalnym procesem objaśniania stanu rzeczy: klęski strategii wychowawczej matki, porażki filozoficznej myśli i upadku moralnego syna. Ale nadzieja umiera ostatnia. Gdy spektakl się kończy, nic ostatecznie nie zostaje przesądzone.

Dramat Witkacego w scenicznej interpretacji Waldemara Zawodzińskiego bliski jest współczesnego życia. Osadzony w realistycznej otulinie stylistycznej dokonuje analizy stosunków rodzinnych, przygląda się przyczynom i skutkom wychowania syna przez samotną matkę, obserwuje wybory dorosłych, bliskich sobie ludzi, pokazuje tych wyborów i postaw konsekwencje. Dominująca prostota kontekstu zdarzeń, transparentność portretów bohaterów otwiera przed widzami świat, który doskonale znają. Tworzy otoczenie, formułuje i przedstawia treści, które są im nieobce, z którymi się mogą utożsamiać, które mogą głęboko przeżyć. Co dowodzi wielkości Witkacego, prawdziwości jego ponadczasowej wizji więzi międzyludzkich.

Waldemar Zawodziński, reżyser, autor adaptacji, scenografii, reżyser światła skomponował z dramatu Witkacego zwięzły, spójny, trzymający w napięciu thriller psychologiczny - przystępny i komunikatywny, pozbawiony ostentacyjnej groteski, agresywnej ironii, niejednoznaczności a więc rezygnujący z podkreślania absurdalności życia i śmierci, przejaskrawienia, ponad miarę wyolbrzymiania, zestawiania i walki ostrych kontrastów. Dominuje monochromatyczna ciemna przestrzeń i kostiumy (Maria Balcerek), na tle których kolory nielicznych rekwizytów stają się bardzo znaczące (np.: na początku biały, potem złoty obrus, czerwona nić włóczki), co staje się kontekstem dla pokazania, jak matka, Janina Węgorzewska, pochodząca z rodziny arystokratycznej alkoholiczka, kobieta odważna, ślepnąca, nadal kochająca ojca swojego jedynaka, którego samotnie wychowała, musi pogodzić się z jego osobowością Piotrusia Pana, musi znosić go i wspierać po kres swoich dni. Oboje walczą ze sobą, ranią się nawzajem i upokarzają. Ich relacje są toksyczne, krzywdzące, obsceniczne. Syn prowokuje i wykorzystuje matkę. Jest pasożytem, nieudacznikiem, utrzymankiem. Na złość matce, chcąc ją do żywego dotknąć, żeni się z prostą dziewczyną, prostytutką. Stacza się, bo działa w półświatku i ciągnie za sobą na dno innych, również swoją starą, schorowaną, uzależnioną od alkoholu i narkotyków matkę, co jest okrutne i bolesne. Ale to może być tylko syn marnotrawny, który po wędrówce po piekle, które sam sobie zgotował, zahartowany, doświadczony, przeczołgany przez własną zbuntowaną, robiącą na przekór matce postawę, czym dowodzi, że jest nieodrodnym synem swojego  ojca, wróci na dobrą stronę mocy. 

Dramat Witkacego dotyka bardzo istotnego zjawiska jakim jest uzależnienie od matki, która w sposób naturalny dziecko kocha i chce je dobrze wychować i zadowolić, syn boi się ją rozczarować i gubi się w tym, czego ona od niego oczekuje,  a co sam jest w stanie jej dać. Jednocześnie pragnie być sobą. To rodzi konflikt, bo ona znając życie i świat, nieustannie wątpi i boi się, czy dziecko sprosta jego wymogom. Chroni syna, utrzymuje go i zaraża swoim toksycznym lękiem niepewności, słabością, niezadowoleniem. W końcu mu ulega, i nie mogąc znieść oczywistej porażki, stacza się z nim na samo dno. Ma jednak nadzieję. Musiała być dla syna i ojcem, i matką. Musiała go na różne sposoby ćwiczyć, sprawdzać, prowokować. 

Pustka mrocznej sceny w akcie pierwszym, bo poza stołem i krzesłami w jej centrum nic nie ma, sugeruje już na początku spektaklu, że obejrzymy trudną relację starej matki, Janiny Węgorzewskiej, z jej dorosłym już dzieckiem Leonem. Kobieta cały czas dzierga na drutach, używa czerwonej włóczki, jakby tworzyła dzieło życia (tak w istocie zarabia na utrzymanie obojga). W drugim akcie znów się pojawi czerwona nić, która oplątuje syna, jakby była nieodciętą pępowiną, łączącą go od urodzenia z matką. I tylko śmierć, nie jej a Leona, może zakończyć ten toksyczny związek. Bez matki nie ma po co żyć, brakuje mu punktu oparcia, odniesienia. Bo wobec kogo miałby się buntować, kogo miałby upokarzać i karać za własne porażki i nieudacznictwo? Kogo mógłby brutalniej dotknąć do żywego? Leon jest ukształtowanym przez matkę dziełem ("życiową robótką"), ojciec przekazał mu tylko złe geny, w jego życiu był nieobecny. Matka i syn są dla siebie wszystkim. To układ samonapędzający się. Zamknięty. Jakby nikogo więcej nie potrzebował. Po jej śmierci nie wiadomo, co się z nim stanie i to najbliższe otoczenie ubiera go w nowe szaty (garnitur), uzbrajając na nowe życie/ przygotowując na śmierć.

Choć tytułem dramatu jest MATKA, to najważniejszy jest syn, bo to on jest przyszłością. Ale matka wrośnięta jest w jego genotyp. Nawet po śmierci w nim żyje - w jego jaźni, pamięci. Dlatego Leon do końca życia będzie z nią w sobie walczył. Czerpał z jej miłości i cierpienia, które też jest wyrazem miłości. Bo miłość jest najważniejsza. I jeśli nawet Leon upadnie na samo dno, ona z nim będzie. I miłość i matka. Jeśli przetrwa, jeśli dojrzeje moment jej śmierci, może być dniem jego narodzin. Bo będzie wolny, zdany tylko na siebie, po wielu potyczkach, bojach, starciach z matką, która co mogła, to zrobiła. 

W spektaklu obserwujemy z zapartym tchem doskonałą grę niezawodnej Krystyny Jandy w roli Janiny Węgorzewskiej w sparingu z elektryzującym emocjonalnie akcję Tomaszem Tyndykiem. Wielka aktorka zagrała cały proces gaśnięcia w jej bohaterce nadziei na to, że syn usamodzielni się i wybierze jej świat wartości, nie swojego ojca. że po przejściach z przestępczym środowiskiem zmądrzeje a wszystko, co było złe w jego życiu wynikało z niedojrzałości, chęci przeciwstawienia się jej, zrobienia przykrości. Matka stworzona przez Jandę jest świadoma tego i wie, że tylko jej śmierć może jeszcze coś zmienić, choć pełna jest niepokoju o los syna. Wylogowuje się z życia : pije, narkotyzuje, traci wzrok, przedawkowuje. Ale po śmierci przychodzi ze swoim mężem, by synowi po raz ostatni wskazać drogę na przyszłość. Ona kochała mocno, prawdziwie, z własnego wyboru i na łasne ryzyko, i mimo że był to związek szalony, bez przyszłości, nigdy tego nie żałowała i nadal nie żałuje. Pozostałe role grane przez Małgorzatę Różniatowską (zdroworozsądkowa, mocno stojąca na nogach, silna kobieta, wierna służąca, idealna powiernica), Katarzynę Gniewkowską (Lucyna Beer - zdumiewająco wieloznaczna, bogata, wpływowa kochanka Leona), Agnieszkę Skrzypczak (Zofia Plejtus - niewinne dziewczę schodzące na złą drogę)  i Jarosława Boberka (ojciec Zofii, typ spod ciemnej gwiazdy), Bartosza Wagę (Albert - spersonifikowane wspomnienie największej miłości matki: samiec alfa, groźny gangster, idealny kochanek, nieobecny mąż, żaden ojciec), mimo że epizodyczne, doskonale skonstruowane i zagrane są wyraziste, mocarne, znaczące. Zapadają głęboko w pamięć.


 
MATKA Stanisław Ignacy Witkiewicz

Reżyseria: Waldemar Zawodziński
Adaptacja, scenografia, reżyseria światła: Waldemar Zawodziński
Kostiumy: Maria Balcerek
Asystentka ds. scenografii i kostiumów: Małgorzata Domańska
Choreografia: Anna Hop
Realizacja światła: Rafał Piotrowski
Realizacja dźwięku i efekty dźwiękowe: Michał Tatara
Producent wykonawczy: Rafał Rossa
Asystentka producenta wykonawczego: Julia Zawisza

Obsada:
Katarzyna Gniewkowska, Krystyna Janda, Małgorzata Rożniatowska, Agnieszka Skrzypczak, Jarosław Boberek, Tomasz Tyndyk, Bartosz Waga

poniedziałek, 20 lipca 2026

LISA TEATR POWSZECHNY w WARSZAWIE

Spektakl LISA Jolanty Janiczak w reżyserii Wiktora Rubina przedstawia prawdziwą historię Lisy M.Montgomery, która od pierwszych chwil wzbudza emocje, trzyma w napięciu, bo opowiada w sposób bezpretensjonalny o zabijaniu w niej życia od chwili poczęcia po jego kres, o tym, że zło rodzi zło (wydaje się, że też w szczególnym sensie w obronie koniecznej), i raz rozpoczęty proces destrukcji osobowości Lisy nie ma końca, bo przez cały okres trwania jej gehenny nie mogła liczyć na pomoc, czy się uwolnić, nie miała do kogo, nie miała dokąd uciec. Bolesne i niezrozumiałe jest to, że nikt nie reagował, nikt nie zainteresował się i jej nie pomógł: ani szkoła, ani sąsiedzi, ani badający ją lekarz, ani opieka społeczna. Otoczenie i ci, którzy z mocy prawa winni zrobić cokolwiek, by można było Lisę uratować, byli obojętni. Nikt nie odebrał dziecka matce, która jej nienawidziła, nikt nie zgłosił gołym okiem widocznych zaniedbań czy molestowania, krzywdzenia. I jest to przerażające. Stan klinczu, mentalnego i instytucjonalnego zniewolenia u bezbronnej Lisy generuje silne przeżycia u widza, zmusza go do myślenia nad odpowiedzialnością za drugiego człowieka, za siebie samego. W swojej wymowie obraz sceniczny przeraża, wstrząsa, bo opowiada o beznadziei niszczonego brutalnie bezbronnego życia, dzień po dniu formatowanego przez wyjątkowe okrucieństwo otoczenia, zadawanie ofierze bólu o takiej skali i intensywności, że przestaje nań reagować. Okazywano jej pogardę, obojętność, skazywano na samotność. Na dziedziczenie podłego życia, które ściąga człowieka na samo dno zła.

Dziecko od urodzenia było maltretowane, głodzone, pozostawiane bez opieki, przywiązane do krzesła, kaloryfera przez wiele godzin. Dorastało w patologicznym środowisku, które je wykorzystywało seksualnie, nękało psychicznie, okrutnie instrumentalnie traktowało, wpędzało w poczucie winy, w niską samoocenę. Dziewczynka chodziła w brudnym ubraniu, nieumyta, w ogólnym zaniedbaniu. Systematycznie gwałcona, bita, upokarzana traciła poczucie własnej wartości i siły. W pewnym okresie czytała bardzo dużo książek, ale nic to w jej życiu nie zmieniło. Nic nie dało. Fikcyjne życie i zmyślony świat przegrał z tym realnym, od zawsze doświadczanym na własnej skórze. Jedyną ulgę przynosił jej okres, kiedy była w ciąży i rodziła. Jakby nowe w niej życie było początkiem jakiejś nieokreślonej zmiany, oczekiwanego cudu, na który czekała. I właśnie te pozytywne, budujące dla niej przeżycia i doznania, w których czuła, że jest tylko dla siebie samej a nie wyłącznie dla innych, doprowadziły ją do zbrodni. I została z całą surowością oceny opinii publicznej i prawa potępiona, skazana na śmierć. Czy aby na pewno słusznie? Czekała na nią 14 lat. System znów zawiódł.

Ukształtowana przez przemoc psychiczną i fizyczną, zmuszana do uległości przez presję, jaką wywierało na nią zdegenerowane, psychopatyczne środowisko, przed którą nie była w stanie się bronić czy uciec, wyparła myśl, zabiło wolę, że mogłaby żyć inaczej. Jako dziecko nie miała wyboru, ulegała dorastając w patologii. Wszystko, co robiła, nie było spełnieniem jej marzeń, zaspokojeniem jej potrzeb. Używano Lisy, bo była zawsze dostępna i zbyt słaba, by się mogła przeciwstawić, by się odważyła zbuntować. Była łatwym do urobienia i wykorzystania, nawet nie człowiekiem a przedmiotem – lalką, co dobitnie podkreśla doskonała scenografia i wideo Łukasza Surowca i kostiumy Marty Szypulskiej. Janiczak z Rubinem nie tylko wiernie charakteryzują środowisko, w którym żyje Lisa, ale też zwykłych ludzi, którzy wypowiadają się na temat popełnionej przez nią zbrodni (sonda uliczna w Stanach Zjednoczonych Ameryki), wystarczająco precyzyjnie tworzą portrety psychologiczne bohaterów, tak że najważniejszym w tym projekcie wydaje się proces stwarzania Lisy, przyszłej brutalnej zabójczyni skazanej na śmierć. Pomysł, by grać z nonszalancją, z nadmierną pieczołowitością, z przesadnym dystansowaniem się aktorów do granych postaci, przytaczanie przez nich prywatnych historii, dosadne deklarowanie, że oni w danej sytuacji postąpiliby tak czy inaczej, wzmocnione kiczowatą scenografią, kostiumami i mocną charakteryzacją, zapachem grillowanych potraw, częstowanie publiczności śmieciowym jedzeniem, by czuła się częścią otoczenia Lisy, z jednej strony rozładowuje trudne do zniesienia napięcie wynikające z drastycznej narracji, z drugiej przenosi zainteresowanie na zgromadzonych widzów, dając im do zrozumienia, by wejrzeli w siebie, przeanalizowali własne reakcje, postawy, opinie, oceny o przedstawianej sytuacji oraz przyjrzeli się swojemu życiu. By nie poddali się emocjom, a myśleli. Bo to, jak zabijano w Lisie człowieczeństwo jest straszne. Obezwładnia. Bo słaby, wymagający wsparcia, oczekujący pomocy człowiek w tym wypadku nie budził w otoczeniu empatii, ale agresję, chęć odwetu. Dla jej oprawców był okazją do rozładowania ich własnych frustracji, zaspokojenia sadystycznej seksualnej dominacji. Znienawidzona przez matkę Lisa była od początku ofiarą, którą można było wykorzystywać bezkarnie bez końca. Co dowodzi, że upokorzenie rodzi upokorzenie, przemoc skutkuje przemocą, zabicie w człowieku odruchów ludzkich powoduje, że zamordowanie przez niego drugiego człowieka, zwłaszcza, gdy odczuł na własnej skórze, że każdy czyn pozostanie w jego przekonaniu, bezkarny. 

Ta historia mówi też o tym, że wolność, którą zapewnia demokracja miewa brzydką, wstydliwą, zabójczą twarz obojętności, znieczulicy i wygodnictwa. I dopiero, gdy przyzwolenie na uwolnione zło stworzyło potwora (Lisa dokonała potwornej zbrodni), jedyną reakcją było skazanie go na karę śmierci z mocy obowiązującego prawa i oczekiwań opinii publicznej, która uważa wyrok za sprawiedliwy. Jest to mrożący krew w żyłach konstrukt logiczny. Mimo że człowiek współczesny wie do czego jest zdolny, to przypadek Lisy jest nieprawdopodobnym dowodem piramidalnej bezkarności, głupoty, bestialstwa środowiska, w którym żyła i tych, którzy po jej czynie na gorąco ją oceniali. To ono winno być ukarane. Bo uświadomienie sobie, jak traktowano Lisę dzień po dniu przez ponad dwadzieścia lat, jest nie do pojęcia i nie do wybaczenia. Niepotrzebna była piwnica Josefa Fritzla, bo w pewnym okresie wystarczyła tylko przybudówka, by podczas zbiorowych gwałtów tłumić krzyki Lisy, dopóki w końcu nie ustały. Niepotrzebne było uwięzienie w domu złym, bo stan zniewolenia (uległości, przeczekiwania i znoszenia upokorzenia i bólu, tłumienia, wypierania, milczenia ) miała zakodowany w sobie na wieki wieków - tak było skuteczne i drastyczne pranie mózgu, wymazywanie uczuć, permanentne molestowanie. Dlatego wszelkie zabiegi formalne, by nie epatować sensacją, wynaturzeniem zbrodni codziennej, metodycznej, zwierzęcej, by prawda faktów nie zabiła, ale dawała do myślenia, jest uzasadnione. Rozczłonkowany manekin, fryzura Lisy z wmontowanymi w nią śmieciami, ona sama jako lalka, sposób, w jaki Karolina Adamczyk ją gra - nie gra a opisuje, czy relacjonuje bez cienia zbędnych emocji, pozwala widzom znieść nieludzkie okrucieństwo. Podobnie jest z pozostałymi postaciami, które własne deficyty, potrzebę dominacji rekompensują  wykorzystując Lisę (Julian Świeżewski jako jej ojczym, grany przez Michała Czachora przyrodni brat Lisy, jej pierwszy mąż, ojciec jej czworga dzieci czy Mateusz Łasowski w roli drugiego męża Lisy). Obleśne, prymitywne, samolubne typy z marginesu, którym aktorzy przypisują prywatne komentarze, jakby szukali sami w sobie odpowiedzi na pytanie, czy są do nich w jakikolwiek sposób podobni. To podpowiedź dla widzów.  

Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin kontynuują swoją teatralną estetykę. Rozpoznawalny język Janiczak, scenariusz oparty na faktach, wybór tematu jest przyczynkiem do poważnego przepracowania go ze współczesnej perspektywy, performatywny sposób budowania komunikacji z publicznością, główną bohaterką jest znana kobieta przedstawiona w kontrowersyjnym kontekście. Sztuka ma w efekcie rozsadzać/wykorzystywać stary/zastany sposób myślenia i budować współczesną narrację, by dawać szansę zmianie postrzegania tematu, głównej postaci, jej oceny. Tym razem zwolennicy kryminałów opartych na faktach będą usatysfakcjonowani, miłośnicy thrillerów psychologiczno - obyczajowych także. Czy teatromani również? To oni są głównym targetem. Jest wiele pytań, na które winni sobie odpowiedzieć. Na przykład: jak to się może dziać, że codzienna tresura okrucieństwem ściąga człowieka za życia do piekła przy całkowitej obojętności tych, którzy winni zareagować? I czy w ten czy inny sposób nie biorą w tym udziału. I co robią, czy w ogóle coś robią, bo Janiczak z Rubinem z grupą wsparcia z Teatru Powszechnego co mogli, zrobili. Na pewno.



LISA

reżyseria – Wiktor Rubin
tekst i dramaturgia, współpraca reżyserska – Jolanta Janiczak
wideo i scenografia – Łukasz Surowiec
kostiumy – Marta Szypulska
światło – Monika Stolarska
muzyka – Krzysztof Kaliski

obsada:
Karolina Adamczyk
Klara Bielawka
Michał Czachor
Mateusz Łasowski
Julian Świeżewski
Maciej Cymorek 
Rafał Küchler, Łukasz Nadwodny – statyści

wtorek, 14 lipca 2026

46.WST: ANIOŁ ZAGŁADY TEATR DRAMATYCZNY im. Gustawa Holoubka


ANIOŁ ZAGŁADY, spektakl, który wyreżyserował Data Tavadze w Teatrze Dramatycznym im. Gustawa Holoubka jest uwspółcześnioną reinterpretacją filmu Luisa Buñuela z 1962 roku o tym samym tytule. Scena to rewir spotkania elity społecznej w dizajnerskich, bogatych strojach (projekty Gosi Baczyńskiej), która przybywa na wystawną kolację prosto z widowni, jakby zaproszonym gościem mógł być każdy widz. Bo, jak mówi się od początku, zawsze ktoś przyjdzie. Przestrzeń z zapleczem kuchennym, z krzesłami, lasem sztucznych kwiatów jest przepastna, prawie pusta, ze wszystkich stron ograniczona lustrami mającymi multiplikować obraz zbiorowości - pysznej, próżnej, ogłupiałej - przyglądającej się bezrefleksyjnie samej sobie i systemowej destrukcji (scenografia i światło Agaty Skwarczyńskiej). Służby praktycznie nie ma, jedynie między gośćmi snuje się jej jedyny przedstawiciel, w dodatku całkowicie bezradny, bezużyteczny wręcz zbędny. Jakby przeszkadzał, jakby nie pasował do tego krajobrazu blichtru i bogactwa. 

Zapewne ten odświeżony, nowoczesny kontekst arcydzieła filmowego Buñuela, podkręcony efektami specjalnymi (stół spuszczany na linach do salonu z dużej wysokości) potwierdza cykliczność upadku elity (uprzywilejowanej, wpływowej, bogatej warstwy społecznej), która przedstawiona w fazie schyłkowej już zdegenerowana, bezwartościowa, niezdolna do najprostszych działań, dezintegrująca język (co zawsze zaburza wszelką komunikację) skazana jest na zagładę. Bo na nią zasługuje, bo do niej doprowadziła i w swojej niemocy bezsilna, ograniczona nie znajduje sposobu na wyjście z dramatycznie beznadziejnego położenia. Uwięziona tym, co ją dotąd definiowało, jednoczyło, dawało siłę, ale już się zużyło, wyczerpało, skompromitowało, musi sczeznąć. Sztuka ta pokazuje właśnie moment postępującej agonii wyrafinowanej, ale starej formy, etykiety, władzy, wartości i więzi międzyludzkich. Bo jest już pusta, pozbawiona siły i uzasadnienia wszelkiego działania. Zagłodzona, osłabiona, zdezorientowana powraca do pierwotnych, prymitywnych sposobów przetrwania. Dziczeje, karleje i dlatego reaguje instynktownie, spontanicznie, agresywnie, co wzmaga chaos, pogłębia rozpad  osobowości, więzi. Maski spadają, dotychczasowy uprzywilejowany, atrakcyjny i wygodny styl życia staje się nie tylko swoją najgorszą karykaturą, ale i oskarżeniem. 

To mógłby być genialny spektakl o przemijaniu systemu wartości, wyczerpywaniu się każdej idei, braku sprawczości elity, bo przestała jednoczyć i przewodzić społeczeństwu, być kreatywna i nie jest już zdolna do przystosowania się do nowych, zmieniających się okoliczności. Zgromadzeni na wystawną kolację nie mają co konsumować. W stworzonym przez siebie świecie nie mogą wyjść poza ograniczenia kanonu zachowania, poza dysfunkcyjność, jałowość dyskusji, jakby zawiodły ich wewnętrzne mechanizmy motywacyjne, obronne, a nie mają odwagi, siły ani pomysłu na to, jak zachować kontrolę nad sobą, jak utrzymać kontrolę nad światem. Zatomizowani, bełkotliwi, nudni jak flaki z olejem, coraz bardziej wyczerpani w sposób oczywisty skazani są na klęskę. Groteskowi, śmieszni w surrealistycznych, odjechanych zachowaniach, mogą być tylko ignorowani. Pozostawieni w  swoim żałosnym rozkładzie. Nie tylko oni nie rozumieją, dlaczego nie są w stanie znaleźć z tej sytuacji racjonalnego wyjścia. Gęstnieje atmosfera chaosu, dezorientacji, niemożności wspólnego, racjonalnego działania. Gaśnie więc światło, kurtyna zasłania ostatni akord agonii elity. Ci, którzy przyjdą po nich albo wejdą w stare koleiny sprawdzonych systemów i struktur, albo przeprowadzą rewolucję. Przyjdą. Bo zawsze przychodzą.

Gra aktorska jest bez zarzutu. Wszyscy jednako starają się przeprowadzić na oczach widzów proces rozpadu osobowości granych postaci, uwiarygodnić mechanizm upadku systemu, którego etykieta nie jest już w stanie gwarantować harmonijnego rozwoju, szczęśliwego życia generującego siłę i dostatek, ale ubezwłasnowolnia, degeneruje i eliminuje. Jak Anioł Zagłady.


ANIOŁ ZAGŁADY

reżyseria: Data Tavadze
dramaturgia: Paweł Sztarbowski
scenografia i światło: Agata Skwarczyńska
muzyka: Nika Pasuri
tłumaczenie scenariusza: Magda Nowakowska
asystentka reżysera: Antonina Wąsowicz, Maciej Jaszczyński
charakteryzacja: Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz
inspicjent: Tomasz Karolak
kierowniczka produkcji: Adrianna Gołębiewska
producent: Kinga Kostoń-Hayatullah
koordynacja produkcji: Lena Tworkowska

obsada:
Mariusz Drężek, Agata Góral, Jakub Jankiewicz (gościnnie), Anna Kłos, Michał Klawiter, Marianna Linde, Anna Moskal, Agata Różycka, Jan Sałasiński/Mateusz Weber, Konrad Szymański, Krzysztof Szczepaniak/Damian Kwiatkowski, Anita Sokołowska

sobota, 11 lipca 2026

46.WST: BÉRÉNICE Societas, Cesena, Włochy i Cité européenne du théâtre Domaine d’O, Montpellier, Francja

 

 Tak, to będzie panegiryk, ale nic na to nie poradzę, że spektakl mnie zachwycił. Mną wstrząsnął.

BÉRÉNICE według Racine’a w koncepcji i reżyserii Romea Castellucciego to teatr monumentalny, precyzyjny, doskonały, przepiękny, z ekstremalnie adekwatnym wykorzystaniem wszystkich środków wyrazu, które mają zaangażować umysł i wszystkie zmysły odbiorcy sztuki, by go zahipnotyzować, zawładnąć nim i od intensywności emocji, myśli i wyborów ludzkich, które generuje, uzależnić. Stwarza perfekcyjnie kontrolowaną stymulację, która skutecznie przyciąga uwagę, utrzymuje niesłabnące zainteresowanie, pochłania bez reszty. Wprowadza w trans. Spektakl staje się punktem odniesienia, nieprzeniknioną matrycą, idealnym dziełem, z którym odbiorca raz go przeżywszy, nie chce się rozstać. Doskonale skomponowana sekwencja scen - obrazów, płynnie przechodzących jeden w drugi jest dowodem na istnienie ideału sztuki żywej, uniwersalnej, wiecznej. Bo pozostaje tajemnicza, wieloznaczna, niepokojąca. Taka, która rozbraja i tłumi ciemną stronę mocy człowieka, ale jednocześnie uruchamia wszystko, co jest w nim twórcze, co jest w nim najlepsze. Tak klasyka przegląda się w lustrze nowoczesności.

Nie byłoby to możliwe bez maestrii aktorskiej, wspaniałej osobowości, wielowymiarowego doświadczenia Isabelle Huppert, która wprawia widzów swoją kreacją w osłupienie. Napięcie jest budowane nieśpiesznie. Skala wyzwalanych emocji jest ogromna. Bez zjawiskowych kostiumów Iris Van Herpen majestat bohaterki i temat sztuki nie byłby tak wiarygodny, a jej los tragiczny. Muzyka Scotta Gibbonsa i oświetlenie Andrei Sansona tworzy nastrój niepokoju, cięcie metalicznego dźwięku Claudio Tortoriciego przeszywa za każdym razem dreszczem każdego, kto go usłyszy, podobnie jak zniekształcone brzmienie głosu Huppert, mroczne, demoniczne.

Historia rozstania kochającej się pary: Bérénice, królowej Palestyny/Judei i Tytusa, obejmującego sukcesję po Wespazjanie, cesarzu Rzymu, oraz kochającego Berenikę Antiocha, króla Komageny, którego Berenice odrzuca, jest osnową spektaklu, przyczynkiem do wniknięcia w mentalne imaginarium Beatrice, kobiety, która musi się zmierzyć ze stratą złudzeń, by związek z ukochanym był formalny, uznany przez Rzymian, by razem z Tytusem pod każdym względem stanowili jednię. Bo okazało się, że nie wystarczy wzajemnie mocno, prawdziwie kochać. Zmaganie się z poczuciem przegranej, próba przeniknięcia, co tak naprawdę się dokonało i doprowadziło do podjęcia decyzji o całkowitym rozpadzie relacji osób potężnych, mocno w sobie zakochanych jest głównym tematem sztuki przedstawionym, przepracowanym wyłącznie z jej perspektywy.

Koniunkcja sztuki Racine’a, autorskiej wizji artystycznej Castollucciego, wybitnej aktorskiej kreacji Huppert, tworzy sekwencję obrazów na temat kobiety postawionej w sytuacji wyboru i przeżywającej konsekwencje pogodzenia się z podjętą niezależnie przez ukochanego i siebie decyzją, z losem kobiety odtrąconej, porzuconej, bez wątpienia kochającej i kochanej. Pewnego ewoluującego stanu mentalnego, próby racjonalnego dociekania przyczyn i skutków doznawanych emocji, doświadczanych uczuć. Strumień świadomości Bérénice wizualizuje się w wyrażającym go sugestywnym, niepokojącym nastroju, w precyzyjnie skomponowanej surrealistycznej kompozycji symboliki plastycznej i silnie wzmacniającej ją ścieżce dźwiękowej, oprawie świetlnej. Narracja snuje się w zacierającej wyrazistość mgle. Wyłania się z niej jak przeczucie w swojej niepewności, domniemaniu, wahaniu. Ale i w rozsądku, i w logice.

Przepastna, pusta scena otwiera się na bezmiar uczuć i myśli kobiety, która musi wybrać między miłością a powinnością, między człowieczeństwem istotnym dla niej samej a wymiarem instytucjonalnym podejmowanej decyzji ważnym dla ogółu, która chce zrozumieć, co sama czuje i przeżywa, co czują i przeżywają inni. To walka między sprzecznymi dla Bérénice światami, żywiołami. Nic nie jest pewne, nic nie jest oczywiste, choć ostatecznie chodzi o godne przetrwanie. Zarys jej osoby, cień nierozpoznawalny niczym zjawa o nieokreślonym kształcie wolno przesuwa się jak uruchamiana właśnie myśl, budzona świadomość. Jakby przeżywany ból zrodzony z konieczności rezygnacji z namiętności, z pojawiających się wątpliwości, z paraliżujących wolę obaw, z braku pewności musiał być okiełznany logiką racji. Spektrum konsekwencji nie do przewidzenia jest tak duże, że tworzy trudne do zniesienia napięcie, które jednak Bérénice pokonuje. To, co jest wewnątrz (w klatce jaźni) i na zewnątrz (relacje, pozycja społeczna) stoi wyraźnie w sprzeczności i nie da się pogodzić, bo mając wszystko: władzę, bogactwo, urodę nie może kochać i żyć tak, jak tego pragnie, jak tego oczekiwała. Konieczna jest rozłąka z ukochanym Tytusem, rezygnacja ze wspólnego życia tylko w roli kochanki. Udało jej się stłumić kłębiącą się w niej burzę emocji i zaakceptować sytuację wymuszoną przez realia życia. Panuje nad sobą i zachowuje spokój, by z godnością odejść. To niebywałe, jak reżyserowi udało się wniknąć w świat wewnętrznych przeżyć, myśli, emocji człowieka i uwidocznić w procesie płynącego strumienia świadomości wagę i piękno jego człowieczeństwa, mimo splątania, niepewności i cierpienia. Ta wystudiowana wyrafinowana bogata stylizacja obrazu tym dotkliwiej uświadamia znikomość dążenia człowieka do spełnienia jego pragnień, celów. Szczęście jest darem losu, okazja może się wymknąć, posiadanie najważniejszych atutów nie gwarantuje sukcesu. Walka człowieka z nieprzewidywalnym i nieodwołalnym (tu z decyzją Tytusa) i banałęm, powszedniością bytu (pralka, kaloryfer) skazana jest na przegraną. Jednak podejmowanie jej, zmaganie się z własnym oporem, chęć zrozumienia, tego, co się dzieje, co się czuje, przepracowanie tego w sobie i zaakceptowanie własnej decyzji, podążenie za nią jest głęboko ludzkie. W tym wypadku wstrząsające i czułe. Piękne. Genialnie przez sztukę w darze przekazane. 

BÉRÉNICE Castelluciego z Isabelle Huppert to najwspanialszy spektakl 46. Warszawskich Spotkań Teatralnych. Pokazuje w urzekająco dramatyczny, wnikliwy i piękny sposób przełom w pojmowaniu czym jest miłość i jakie uczucia rodzi konieczność życia bez osoby kochanej. Samotność jest tylko jedną z wielu konsekwencji dokonanych wyborów. Pogodzenie się z nieuniknionym losem pozostaje niezgłębioną tajemnicą. Tak naprawdę nie wiadomo, czy jest ostatecznie możliwe. Ostatnie zdanie Bérénice: NIE PATRZCIE NA MNIE, zgodnie z decyzją reżysera pozostawione bez tłumaczenia na język polski, wykrzyczane przez nią do widowni w napadzie furii, zanim odchodząc rozpłynie się we mgle, świadczy o ogromnej frustracji, o świadomości, że jest obserwowana, oceniana a to, co przeżywa- osobiste, intymne, prywatne- może być wykorzystane przeciwko niej. Jakby publiczność była ludem Rzymu, który wymusił na Tytusie okrutną dla niej decyzję. Wybucha gniewem szarpiąc tiulową zaporę między sceną jej życia, a światem zewnętrznym. To nie znaczenie słów a ich brzmienie jest ważne i ekspresja ciała, mowa dźwięku, pozawerbalny wyraz myśli uwalniający trudne do zniesienia emocje. Przez mgnienie świadomość przegranej wyje z bólu mówiąc, co naprawdę czuje zraniona do żywego kobieta. Ten jeden raz pozwala sobie na otwarty sprzeciw i ostre wyrażenie niezgody na nią. Ten jeden raz okazuje słabość, a może jest to siła jej miłości, która dowodzi, że jest w stanie odrzucić każdy kompromis (w kwestii pozostania w cieniu Tytusa), odeprzeć każdą presję (polityczną, społeczną). Odchodzi od Tytusa, choć wie, że tym go dotknie, tym go ukarze, nie odpowiada na miłość Antiocha, bo nie chce już być niczyją kochanką, jakby wyczerpały się w niej wszystkie pokłady uległości. Doszła do kresu. "Warczy" na publiczność, bo wie, że w stosunku do niej ma swoje oczekiwania. Bérénice uświadamia sobie, że panowie wybierają nie ją, nie miłość a władzę. Lud Rzymu nie chce królowej, publiczność patrzy nie na konkretną osobę, Isabelle Huppert, ale na medium, muzę, ikonę. 

ONA wybiera władzę nad samą sobą, idzie własną drogą.

BÉRÉNICE
koncepcja i reżyseria: Romeo Castellucci
muzyka: Scott Gibbons
kostiumy: Iris Van Herpen
asystent reżysera: Silvano Voltolina
kierownik techniczny: Eugenio Resta
technicy: Andrei Benchea and Stefano Valandro
oświetlenie: Andrea Sanson
dźwięk: Claudio Tortorici
kostiumy: Chiara Venturini
koncepcja fryzur i makijażu: Sylvie Cailler i Jocelyne Milazzo
obiekty sceniczne i automatyka: Plastikart Studio Amoroso & Zimmermann
kierownictwo produkcji: Benedetta Briglia, Marko Rankov
produkcja i wyjazdy: Giulia Colla, Théa Schmittorganizacja: Caterina Soranzo

pomoc w produkcji: Gilda Biasini
zespół techniczny: Carmen Castellucci, Francesca Di Serio, Gionni Gardini, Dario Neri
stażystka przy kostiumach: Madeleine Tessier
suflerka ruchu: Serena Dibiase
suflerka tekstu: Agathe Vidal
administracja: Michela Medri, Elisa Bruno, Simona Barducci, Leslie Perrin
konsultant ekonomiczny: Massimiliano Coli

obsada:
Isabelle Huppert z udziałem Cheikh Kébé i Giovanni Armando Romano oraz dwunastu lokalnych statystów: Jarosław Dąbrowski, Pietro Denaro, Krzysztof Drozdowski, Artur Grabarczyk, Hubert Kożuchowski, Miłosz Lisiecki, Sebastian Pałka, Diego Pillegi, Rafał Plachimowicz, Łukasz Przytarski, Luis Gustavo Teixeira dos Reis, Paweł Tomaszewski.




Fot. Alex Majoli

środa, 8 lipca 2026

46.WST: PIRAMIDA ZWIERZĄT NARODOWY STARY TEATR W KRAKOWIE


W PIRAMIDZIE ZWIERZĄT artysta opowiada o artystach, bo kto lepiej scharakteryzuje temat twórczości, opisze wnikliwiej dążenie do jej zrozumienia, dokona czułej analizy, krytycznej oceny. Kto, jeśli nie artysta, najlepiej zrozumie drugiego artystę, utrwali jego wizerunek, ocali jego twórczość od zapomnienia. Podkreśli wagę jego dzieła i wkład w rozwój historii sztuki. 

Michał Borczuch wyreżyserował spektakl, ze wspomaganiem tekstu i dramaturgii Mateusza Górniaka, o pokoleniu Katarzyny Kozyry, o środowisku rzeźbiarzy w latach 90-tych, którzy tworzyli w warunkach zniewolenia, politycznej presji i cenzury (co prawda została formalnie zniesiona 11 kwietnia 1990 roku, ale nadal w praktyce poprzez ostrą krytykę deprecjonowała twórców i artystów - to przypadek Kozyry). Biedy i kryzysu. Nie jest to jednak obraz smutny i przygnębiający, a wręcz przeciwnie. Ograniczenia stały się dla artystów inspiracją, trudności artystycznym wyzwaniem, ostra krytyka mobilizacją do definiowania i demonstracji artystycznej, wolnościowej, niezależnej postawy. Nie ma w tym obrazie cierpiętnictwa, nie czuje się ciężaru ograniczających proces twórczy trudności. Dominuje lekkość, dowcip, nonszalancja wynikająca z przekonania, że artysta musi być zawsze wolny, nie ma mowy, by był obarczany odpowiedzialnością za to, co tworzy, mimo że jego prace od początku powstania do chwili obecnej są kontrowersyjne, budzą głębokie emocje, a nawet medialną nagonkę. Udało się Borczuchowi i twórcom wraz z niezawodną obsadą aktorską spektaklu uchwycić proces odklejania się dzieła od jego autora - odbioru i oceny oraz reinterpretacji zmieniającej się w czasie i w nowych kontekstach. Udało się wysnuć refleksję nad tym, co w nich przepadło (straciło już swoją moc eksplozywną), a co ocalało (nadal inspiruje, ewoluuje, trwa).

Reżyser stworzył teatralny obraz artystycznego środowiska ze współczesnej perspektywy, gdy oswojone już jest przyzwolenie na skandal, niewielu bulwersuje szokująca forma, nie dziwi niejednoznaczna wymowa dzieła, czy prowokująca interpretacja. Pokazał rolę przypadku zarówno w procesie twórczym, jak i oceny prac przez odbiorców sztuki. To bardzo ciekawe, jak rozjeżdżają się intencje, zamysł artystów, przebieg ich pracy nad ostatecznym kształtem dzieła z tym, jak odczytują je krytycy sztuki, czy zwykli ludzie. W różnym czasie, w różnych okolicznościach.

Ciekawy, i to bardzo, jest monolog Małgorzaty Zawadzkiej w roli młodej Katarzyny Kozyry jadącej pociągiem umieszczonym na czubku monumentalnej, dostojnej, rozczłonkowanej piramidy (scenografia Doroty Nawrot). Reżyser sięga po technikę wideo artu, by niknąć w głąb jej życia, w chorobę, w myśli, w emocje dziewczyny, która w przyszłości, i to niedalekiej, stanie się interesującą, bulwersującą nie tylko świat sztuki artystką. Jej praca dyplomowa, instalacja PIRAMIDA ZWIERZĄT (cztery ciała wypreparowanych zwierząt ustawionych jedno na drugim: koń, pies, kot, kogut), nadal jest analizowana, interpretowana,  oceniana. Nadal niepokoi i prowokuje. Była początkiem kontrowersyjnej twórczości, która ciągle stawia pytania, niczego nie rozstrzyga, niczego się nie boi, nie wstydzi. 

Poza tym spektakl jest długi i nudny, tak samo szary jak biedne, zakłamane życie w czasach transformacji systemowej w Polsce, choć pełne nadziei i zmian. Końcówka drażni, wydaje się niezrozumiała. A jednak ma sens ten zatomizowany pląs artystów, bo jest dyskotekowym chaosem indywidualnej, radosnej ekspresji. Jak to, co sobą artyści, każdy z osobna, reprezentuje u źródła swojego twórczego jestestwa, u źródła swojego natchnienia. Tańczą tak, jak im w duszy gra - intuicyjnie, swobodnie, bezstresowo, tylko dla siebie. Niezależni i wolni. Nie licząc się z tym, co kto o tym sądzi. Tańczą jak tworzą - bez względu na to, czy ich taniec/dzieło się komuś  będzie podobać, czy nie. 

PIRAMIDA ZWIERZĄT

reżyseria: Michał Borczuch
tekst, dramaturgia: Mateusz Górniak
scenografia, kostiumy: Dorota Nawrot
muzyka: Bartosz Dziadosz
reżyseria świateł, video: Robert Mleczko
choreografia: Paweł Sakowicz
asystentka reżysera: Julia Lizurek
asystent reżysera i kompozytora: Eliasz Niezgoda (WRD)
operator kamery: Jakub Katarzyński
inspicjentka: Katarzyna Gaweł

obsada:
Iwona Budner, Urszula Kiebzak, Aleksandra Nowosadko, Małgorzata Zawadzka, Michał Badeński, Bogdan Brzyski, Roman Gancarczyk, Mikołaj Kubacki, Kamil Pudlik, Krzysztof Zawadzki.