niedziela, 15 marca 2020

GARDENIA FILIA AKADEMII TEATRALNEJ im.A.ZELWEROWICZA W BIAŁYMSTOKU


GARDENIA, spektakl wyreżyserowany przez Marka Idzikowskiego, to podróż w czasie kobiecości uwięzionej w nałogu alkoholowym, zależności od matki, spuściźnie marnej kondycji, przeznaczenia. Wtłaczanej w rolę podporządkowania, posłuszeństwa, powinności. Wędrującej z przepastną walizką w rygorze nieśmiertelnego stereotypu choć ze szczerą ufnością i niegasnącą nadzieją.

Poznajemy cztery pokolenia kobiet jednej rodziny. W miarę możliwości matka, córka, wnuczka, prawnuczka próbuje walczyć o zmianę swego losu. Każda stara się go kształtować, z godnością i pokorą jego ciosy znosić. Pragnie być kochana, szczęśliwa, spełniona.  Za każdym razem nie jest to łatwe, proste. Żadna z kobiet nie ma gwarancji, że osiągnie sukces ale stara się jak potrafi. Po okresie akceptacji warunków życia, przystosowywania się do zastanej rzeczywistości, podejmowania wysiłków, by utrzymać się na powierzchni, następuje długi okres prób radzenia sobie z samotnością, bezsilnością, biedą, głębokim rozczarowaniem. Ostatecznie kobiety z pokolenia na pokolenie toczą walkę nie o swój upragniony poziom życia ale o przetrwanie. Bez powodzenia. Ich życiorysy zdeterminowane są spuścizną materialną, mentalną, duchową, płcią, rolą społeczną narzuconą im przez patriarchat. Świat wokół nich jest pusty, mroczny, nieprzyjazny/brak scenografii/, odpocząć mogą tylko na krótko na czarnych, zgrzebnych krzesłach. Jedynie wielka, stara walizka, bagaż z marnymi skarbami, jak kula u nogi, towarzyszy im w drodze przez życie. Jest całym bogactwem i wielkim obciążeniem.

Marek Idzikowski wyreżyserował przedstawienie skromne ale przejmujące. Dzięki znakomitemu tekstowi Elżbiety Chowaniec, realistycznie zakorzenionemu w historii Polski, codziennej egzystencji Polaków oraz powściągliwej, skupionej na budowaniu portretów psychologicznych grze aktorskiej Zofii Straczyckiej, Karoliny Mazurek, Katarzyny Pilewskiej, Aleksandry Sapiaskiej udało się skomponować wzruszający przekaz silnie angażujący widza w przeżywanie indywidualnych losów kobiet, rozpoznawanie ich oczekiwań, pragnień, dociekanie przyczyn porażek. Cztery intymne, szczere wyznania/monologi wysublimowały portret kobiecości i łagodnej, posłusznej, i drapieżnej, tragicznej. Ocaliły jednak nadzieję, która nie pozwala się poddać, która stymuluje do poszukiwań, by to co niemożliwe stało się możliwe. To duży walor spektaklu, który mimo ujawnienia przygnębiających doświadczeń życiowych bohaterek, splątania emocjonalnego wśród najbliższych, pozwala optymistycznie patrzeć w przyszłość. Zachęca do kształtowania własnego losu. Mówi, że nie należy bać się żyć wbrew dziedziczonemu genotypowi płci, ról, nałogów. A nieobecność ojca, dobre rady matki, oburzenie babci, defetyzm prababci to ciężar, który hartuje, sprawdza, wzmacnia, uczy. Można go zignorować, znieść, po prostu zaliczyć w koszty samostanowienia, potraktować jak haracz od wywalczonej, wynegocjowanej, wypracowanej wolności. Bo nic nie popsuje smaku satysfakcji gdy panuje się nad własnym życiem, dostaje od niego czego się oczekuje. Bez względu na ponoszone ryzyko, bez względu na ostateczny skutek. Ból i łzy.

Gardenia w tym teatralnym obrazie nie jest kwiatem zła ale tradycyjnym symbolem miłości, urody, luksusu, siły. Tym odwiecznym, wymarzonym, upragnionym. Poważnym choć, jak wiadomo, podstępnym, złudnym, ulotnym. Wynoszącym wysoko poza granice własnych ograniczeń i pokoleniowych obciążeń. Ignorującym nieubłagane prawa ciężkiego, znojnego, przyziemnego życia.

GARDENIA
tekst: Elżbieta Chowaniec
reżyseria: Marek Idzikowski

występują:
Zofia Straczycka,
Karolina Mazurek,
Katarzyna Pilewska,
Aleksandra Sapiaska

opieka pedagogiczna: prof. dr hab. Bogdan Michalik

Spektakl warsztatowy studenta III roku na Kierunku Reżyseria, specjalność reżyseria teatru lalek filii Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Białymstoku

niedziela, 8 marca 2020

ODMĘT FILIA AKADEMII TEATRALNEJ im.A.ZELWEROWICZA W BIAŁYMSTOKU


ODMĘT to spektakl zapraszający do podróży w krainie wyobraźni. Surowy, minimalistyczny, oszczędny ale wzruszający, emocjonalny, zabawny. Otwiera widza na bogactwo znaczeń, które kryje najprostszy, najbanalniejszy, przypadkowy przedmiot, jeśli tylko zainteresowany zechce je odkryć, użyć, rozwinąć w opowieść. Jak nieznające granic, nieuznające ograniczeń, niebojące się niczego i nikogo dziecko. 

Na prostym, starym stole/statku/wyspie/w ciemnej otchłani wszędzie i nigdzie leży zwinięty w kłębek aktor/ Michał Ferenc/Sindbad Żeglarz/Piotruś Pan/mężczyzna/człowiek. Wokół leżą lub unoszą się przedmioty/śmiecie /towarzysze przygody tego snu/opowieści.  Błękitny kawałek materiału, dwa patyczki, zielona kartka, czerwony kawałek nie wiadomo czego, plastikowa torba, czarna giętka rurka, zużyty wieszak, mała latarka, porwany sznurek, pognieciony kawałek papieru w kształcie głowy lub księżyca, mała wycinanka człowieka, głowa ptaka w samotnym rejsie po odmęcie czasu mogą być w zależności od nadanego im znaczenia, kontekstu wszystkim. Przedmioty stają się bohaterami różnych przygód, historii, pantomimicznych scen, opowieści. 

Michał Ferenc używa niewielu słów ale odnosi się do nieskończonej ilości ich znaczeń. Buduje bardzo osobistą, intymną relację człowieka z otaczającym go światem bez względu na jego stan posiadania. Bo największym orężem jest siła jego wrażliwości, moc wyobraźni, umiejętność przystosowania. Pomysłowość, kreatywność, odwaga. Chęć tworzenia, uporczywego oswajania. Przymus wypełniania pustki, porządkowania, definiowania świata, siebie, manifestowania swoich wersji. Bezwstyd komunikowania ich, sprawdzania jak działają. Dążenie do panowania nad odmętem ludzkiego ducha i ciała, które domaga się uwagi, przyjaźni, ciepła. 

Marek Idzikowski wyreżyserował z sukcesem spektakl dla dzieci i dorosłych. Nawiązując do PRZYGÓD SINDBADA ŻEGLARZA  z BAŚNI 1001 NOCY wyczarował świat, w którym wszystko jest możliwe. Każdy pesymizm przekuwa w optymizm, bezsens w sens, bezwartościową rzecz w bezcennego przyjaciela. Dźwięk w melodię. Przypomina, że cokolwiek zdarzy się w naszym życiu, siła jest w nas, moc kreacji z nami. Sztuka nie jest niepotrzebną iluzją, balastem a potęgą. I basta!

ODMĘT
reżyseria: Marek Idzikowski
występuje: Michał Ferenc
muzyka: Michał Ferenc, Dawid Mkrtchyan
opieka pedagogiczna: Bernarda Bielenia

Etiuda powstawała jako egzamin w ramach zajęć Technika pracy z aktorem – sceny lalkowe w V semestrze na kierunku Reżyserii Filii Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza w Białymstoku.premiera: 13 lutego 2019

zdjęcie:http://tcn.at.edu.pl/spektakl/odmet-gardenia/?fbclid=IwAR0sYnfBiuop2w03-dWz80Ot0NdyZzz5kKUFi-epSM-TeuGXI--bDFTGRq4

wtorek, 25 lutego 2020

DIABŁY TEATR POWSZECHNY


DIABŁY, spektakl wyreżyserowany przez Agnieszkę Błońską, to rewers kobiecego wizerunku, wykreowany przez mężczyzn patrzących nań z pożądaniem kochanka, z poczuciem wyższości pana i władcy, demiurga, kreatora, Boga. To wkurwiona prawda. Sceniczna odpowiedź- performatywna, ostra, bezkompromisowa- na definiowanie, formatowanie, stwarzanie kobiet przez patriarchat na jego obraz i podobieństwo, tak by mu posłusznie służył. Jako kontrolowany, bezwolny, podległy second hand product. To brutalnie, bezpruderyjnie, oskarżycielsko wyrażona niezgoda na ubezwłasnowolnienie. Prowokacyjna demonstracja samostanowienia kobiet. Ich walka o prawo do równości, wolności i, no właśnie..., braterstwa. Odwet za wielowiekowe poniżenie, upokorzenia, marginalizowanie. Wykład o kobiecej naturze. Fizjologii, potrzebach. Bezwstydna manifestacja seksualności. Jako ostateczny desperacki wyraz dbałości o zachowanie szacunku do siebie samej.  Bez poprawności.

Przecież jest tylko jeden rodzaj istot na ziemi, rodzaj męski. Bo kobiecość jest zaledwie częścią jego genotypu. Z niego się narodziła, od niego jest uzależniana, jemu jest poddana. Z poczuciem niższości, z zahukanym, zredukowanym ego. W wiecznej roli oswojonego, wytresowanego, posłusznego zwierzęcia, któremu trudno się od swego przez mężczyzn przeznaczenia uwolnić. Wybić na odrębność, niepodległość, niezależność. I przeciw temu wtłaczaniu kobiet w niewolnictwo płci spektakl się buntuje. Wierzga i krzyczy. Odważnie oskarża.

Niemal gołe, zresetowane, nie mające nic do ukrycia, do stracenia aktorki- to komicznie, to histerycznie- wykładają historyczną spuściznę ubezwłasnowolniania i kobiecego ciała, i kobiecej duszy. Odcinają balast wymuszonej powinności, zrzucają ciężar narzuconej konieczności. Ich jedynym zadaniem jest świadome, konsekwentne poznanie kim są kobiety, jaki jest ich status, kondycja. Wprost przedstawiają czego chcą i pragną, dokąd zmierzają. Zgodnie z własnymi wymogami, potrzebami, na własnych warunkach, na równych z mężczyznami prawami, wynegocjowanymi kompromisami. Metodycznie, logicznie, z grupą wsparcia. Nic dziwnego, że przebieg dojrzewania do kobiecości jest brutalny. Trzeba się zresetować, zburzyć, co jej patriarchat, Kościół katolicki narzucił, co w niej zbudował wbrew jej woli.  Musi ostro zaprotestować, zdecydowanie odciąć się.  Męskość obrazić, obśmiać, zdezawuować. Poniżyć. By publiczność poczuła, czego kobiecość od zawsze doświadcza.

Rejestr męskich win jest długi, ich waga ciężka. Pycha, próżność, pożądanie, egotyzm, brak dowodu na miłość, odpowiedzialność, czułość, brak instytucji, systemu, męskiej jednostki  szacunku dla kobiet skutkuje bolesną karą.  Instrumentalnie traktowani mężczyźni /na widowni/ muszą doświadczyć na własnej skórze przemocy, wywieranej presji/pytania, zaczepki, oskarżenia/. Muszą odczuć lekceważenie, agresję, pogardę. Swoją nieważność. Choć są atakowani przez aktorki wprost i bezpardonowo, to dla nich dyskomfortu jedynie namiastka. A mimo to są niezadowoleni, zgorszeni, zdziwieni. Odrzucają krytykę, nie zgadzają się z tak obrazoburczą, seksualnie wyuzdaną, dosłowną formą teatralnej wypowiedzi. Cytującą mizoginizm św. Tomasza z Akwinu, słowa arcybiskupa Jędraszewskiego. Odbierają atak zbyt personalnie, zbyt  osobiście. Twierdzą, że to sztuka dla sztuki, dla emancypacji kobiet, dla samych swoich. Uzasadniona, mocna, słuszna ale zbyt hałaśliwa, ostentacyjna, zbyt brutalna, prosta. Gniewna.

Mylą się. Choć gra aktorska jest rozchełstana, szalona, głośna to własnie dzięki temu adekwatnie ilustruje desperacką, zakompleksioną, zahukaną sytuację kobiecej egzystencji, z klinczu której, wydaje się, nie ma wyjścia. Bunt jest groteskowy, demonstracja histeryczna, rejestr grzechów patriarchatu nie do odpuszczenia. Lekcja kobiecej anatomii, solidarności, seksualnego uświadomienia potrzebna ale w rozbrajający sposób łopatologiczna, żenująco poniżająca, wstydliwa. Spektakl demaskuje brak pomysłu na to jak być kobietą spełnioną, nie znajduje sposobu na zaspokojenie pragnień, ambicji, pogodzenie życiowych ról /matki, żony, kochanki w domu, pracy,.../. I nie wystarczy jej chyba siły, by być jedynie dla siebie samej piękną, prawdziwą, szczęśliwą. Pozostaje frustracja, demonstracja, walka. Furia rozczarowania. Głęboko tłumione marzenie o mądrej, czułej, długodystansowej miłości. Poczucie, że ma wpływ na własne wybory, życie, jest z krwi i kości człowiekiem a nie jedynie męskim produktem, klonem, cieniem.

A wystarczyłoby, by nie czuła się wykorzystywana, manipulowana, lekceważona a po prostu na równi z mężczyznami szanowana. Zwyczajnie przez nich i samą siebie kochana.

Diabły to nie kobiety, ale ci, którzy ukuli jej diabelski, grzeszny, gorszego sortu wizerunek. Im dłużej myślę o tym spektaklu, tym bardziej się upewniam, że to bardzo ważne, że podobnie jak Teatr Powszechny, się wtrąca. Jątrzy, oskarża, naucza. Burzy. Udowadnia zaangażowanie, nie jest obojętny. Pozwala wypowiedzieć się słabszym, obcym, innym. Zawsze stara się, ryzykuje, coś robi. Nie chowa się za neutralnością sztuki oswojonej, grzecznej, bezpiecznej.  Jeśli nawet wydaje się, że treść i forma jest zbyt drastyczna, to znaczy, że spełnia swoją rolę. Pozbawia spokoju, wyrzuca ze strefy komfortu. Każe czuć mocniej, myśleć inaczej. Walczy. Walczy jak potrafi, jak umie.



DIABŁY
reżyseria: Agnieszka Błońska
scenariusz, dramaturgia: Joanna Wichowska
scenografia: Robert Rumas
choreografia: Nina Chyżna
projekcje wideo i światło: Artur Sienicki
kostiumy: Arek Ślesiński
opracowanie muzyczne: Agnieszka Błońska
obsada: Karolina Adamczyk, Klara Bielawka, Aleksandra Bożek, Arkadiusz Brykalski, Oksana Czerkaszyna, Natalia Łągiewczyk, Maria Robaszkiewicz

premiera: 07.12.2019

zdjęcia: Teatr Powszechny

poniedziałek, 24 lutego 2020

FIZYCY COLLEGIUM NOBILIUM

FIZYCY, znakomita komedia tragiczna Friedricha Dürrenmatta, jest czymś więcej niż doskonałą rozrywką, której istotą jest rozwiązywanie zagadki kryminalnej, podążanie za historiami miłosnymi, odkrywanie wątków szpiegowskich, obserwowanie zaskakujących zwrotów akcji. Stawia poważne pytania o nieprzewidywane skutki rozwoju wiedzy, wypieranie ze świadomości konsekwencji badań naukowych i odpowiedzialność świata nauki, szczególnie fizyków, za jego odkrycia. Podejmuje rozważania o  szaleństwie kryjącym się pod pozorami normalności, za maskami zwyczajności. Pokazuje ucieczkę w obłęd jako świadome działanie, sposób rozwiązywania trudnych moralnych dylematów. Poświęcania osobistych ambicji dla dobra ogółu. Zmusza do przemyślenia kwestii winy i kary za dokonane zbrodnie, te przewrotne gdy cel ma uświęcić środki, bo morderstwo jest koniecznością, wyborem mniejszego zła. Żelazną konsekwencją, racjonalnym skutkiem raz podjętej decyzji.

Friedrich Dürrenmatt jest mistrzem dramaturgii. Jego sztuki nie nudzą, nie męczą, nie są banalną jednowymiarową narracją. Pod prostotą rozgrywającej się akcji, lekkością gry konwencjami teatralnymi, kryje się poważna problematyka, skomplikowane ponadczasowe kwestie, złożone osobowości bohaterów.

Tak jest i tym razem w Collegium Nobilum, w sztuce wyreżyserowanej przez Marcina Hycnara. W przestrzeni rozświetlonej, jasnej, niemal sterylnej ekskluzywnego pensjonatu/ośrodka psychiatrycznego/więzienia z wyboru rozegrał się dramat. Została zamordowana młoda kobieta, pielęgniarka i dlatego toczy się śledztwo. Zaczyna się poszukiwanie prawdy, dociekanie powinności wobec tych, których się kocha, wyboru między szczęściem osobistym, interesem jednostki a dobrem rodziny, społeczeństwa, ludzkości. Ale od pierwszych chwil wyczuwa się dwuznaczność sytuacji, komizmu podkreślane przerysowaną charakteryzacją, rozbuchanymi fryzurami, kostiumami, zwariowaną choreografią. Waga tematów przełamywana jest dziwnym zachowaniem, nieoczekiwaną reakcją, grą słów bohaterów jakbyśmy obserwowali gabinet osobliwości. Ściera się kłamstwo z prawdą, iluzja z realem, groteska z powagą. Widz stopniowo, konsekwentnie, podstępnie wciągany jest w splątanie scenicznych, dramaturgicznych sprzeczności. Dzięki nim mocno się angażuje, doskonale bawi. Przebieranki, kamuflaże, gra pozorów, stosowanie uników, alogicznych wywodów, aktorstwo ostentacyjne i głośne, dynamiczne i nadekspresyjne, prowadzi do transformacji postaci, zaciera granice ostatecznego rozstrzygnięcia jak rzeczy się mają. Sygnały, że jest to gra, symulacja, zabawa są wyraźne. Jednak silne dramaturgiczne działanie sztuki/tekst, problematyka, konstrukcja/ nie pozwala ich zbagatelizować. W tej teatralnej ekspozycji dziwności szaleństwa jest metoda, by skłonić widza do myślenia.

Prawda jest oczywiście jedna i choć trudno ją zaakceptować, to brzmi jasno i logicznie. A jednak  pozostają wątpliwości. Nie można ich ani zignorować, ani rozwiać. Ludzkość zmaga się z nimi od początku swego istnienia. Człowiek od zawsze uczył się, rozwijał, eksplorował świat chcąc poznać jego naturę, sens, przeznaczenie, potencjał. Pragnął zrozumieć, jak działa, by przetrwać. Nic nie było i nie jest go w stanie powstrzymać. Nadal rozwój badań naukowych poszerza wiedzę. Pobożnym życzeniem pozostaje, by postęp zawsze służył dobru ludzkości. Licho nie śpi. Pokusa czerpania korzyści jest wielka. Wynika z przekonania, że kto wie więcej, ten sprawuje władzę nie tylko nad swoim życiem, ale i nad światem. Odkrycia naukowe to świetny interes, zarówno ekonomiczny, jak i polityczny. Manipulacyjny. Jest podstawą potęgi rządów nad duszą i materią świata.

Dlatego w sztuce Dürrenmatta największe tuzy naukowe: Herbert Georg Beutler jako Newton, Ernest Henryk Ernest jako Einstein, Jan Wilhelm Möbius jako twórca teorii wszystkiego, postanawiają uciec w szaleństwo, ukryć się przed światem, zerwać relacje z rodziną,  odtrącić a nawet zabić osoby, które ich kochały, by nie zdradzić swoich odkryć. Puszka Pandory jednak zostaje otwarta.  Ludzkość pozostaje w pułapce własnej natury. Musi rozwijać wiedzę, by móc się ratować/np. walka z wirusami/, rozwijając wiedzę może doprowadzić do swojego unicestwienia/np. groźba wojny atomowej/. Zagrożenia są poważne, standardy moralne wysokie ale też równie silna jest człowieka niegodziwość, próżność i pycha. Fizycy usiłują ukryć swoje odkrycia. Nie mogą powstrzymać się przed porzuceniem pracy nad wzorem działania świata, zdają sobie doskonale sprawę z tego, że mogą one być niebezpieczne, wykorzystane przeciw ludzkości. Nie trudno przewidzieć, że mogą to być działania całkowicie nieskuteczne.

W spektaklu są nawet gorzko śmieszne. Za sprawą reżyserii Marcina Hycnara. Za sprawą gry aktorskiej studentów i tego, że odwieczne dylematy ludzkości przepracowywane są na scenie przez bardzo młodych ludzi. To oni będą musieli zmierzyć  się z problemami, których nie udało się ludzkości dotąd rozwiązać. Mają szansę i swój udział w ponoszeniu odpowiedzialności za losy świata. Nie ma możliwości ucieczki. No chyba, że w szaleństwo, w obłęd. W wycofanie, w milczenie. Ale tego nikt nikomu nie życzy, bo byłoby to drastyczne, ostateczne, bardzo smutne rozwiązanie. Dezercja. Bitwa oddana walkowerem. Dürrenmatt w swej sztuce, artyści z reżyserem dowiedli, że zagrożenia są realne, nadal aktualne i czekają na rozbrojenie. Że sztuka się nie poddaje. Nie można myśleć, że to kolejna syzyfowa praca. Trzeba rozniecać w sobie, choćby za pomocą FIZYKÓW, zapał, siłę, nadzieję. Na pewno istnieje wzór na ludzkości ocalenie.

FIZYCY Friedrich Dürrenmatt

przekład: Irena Krzywicka i Jan Garewicz
reżyseria: Marcin Hycnar
scenografia i kostiumy: Martyna Kander
reżyseria światła: Karolina Gębska
asystentka reżysera: Agata Zdziebłowska
współpraca reżyserska/staż asystencki: Sławomir Narloch (III r. Kierunku Reżyseria)
OBSADA:
Doktor Matylda von Zahnd,
Psychiatra: Ina Maria Krawczyk / Elżbieta Maria Nagel
Marta Boll, przełożona pielęgniarek: Natalia Jędruś
Monika Stettler, pielęgniarka:Justyna Fabisiak / Malwina Laska
Uwe Sivers, starszy pielęgniarz: Sebastian Figat
Murillo, pielęgniarz: Mariusz Urbaniec
Herbert Georg Beutler zwany Newtonem, pacjent:Jędrzej Hycnar
Ernest Henryk Ernesti zwany Einsteinem, pacjent: Bartosz Bednarski
Jan Wilhelm Möbius, pacjent: Piotr Kramer
Misjonarz Oskar Rose: Mariusz Urbaniec
Lina Rose, żona misjonarza: Monika Cieciora
Adolf Fryderyk: Ina Maria Krawczyk / Elżbieta Nagel
Wilfryd Gaspar: Justyna Fabisiak / Malwina Laska
Jörg Lukas: Sebastian Figat
Ryszard Voss, inspektor policji: Michał Dąbrowski
Lekarz sądowy: Sebastian Figat
Guhl, policjant: Justyna Fabisiak / Malwina Laska
Blocher, policjant: Ina Maria Krawczyk / Elżbieta Nagel

Spektakl dyplomowy studentów IV roku kierunku aktorstwo.
Premiera: 27 i 28 stycznia 2020 r.


Zdjęcie:Collegium Nobilium

sobota, 22 lutego 2020

WOYZECK TEATR NARODOWY


WOYZECK jest prostym, spokojnym, biednym człowiekiem, który ma świadomość swojego marnego położenia, bezwzględności, okrucieństwa świata. A jednak stara się przystosować, utrzymać na powierzchni, z trudem usiłuje normalnie żyć. Jest niskiej rangi żołnierzem, dorabia u Kapitana opiekując się nim, pozwala przeprowadzać na sobie eksperymenty naukowe Doktora, kocha Marię, traktowaną przez wszystkich jak kurwę, oddaje jej każdy grosz na utrzymanie dziecka. Do czasu. Nie wiadomo tak do końca czy to szaleństwo świata czy życia nie do zniesienia a może jego własny obłęd doprowadza do tragedii. Woyzeck zabija narzeczoną, tym czynem siebie, w spektaklu trzykrotnie, jakby za każdym razem brał odwet na tych, którzy się do tego przyczynili. Wojsko/praca/, nauka/postęp/, społeczność/Kapitan, Maria, pozostali/ zawodzi, natura systemu rozczarowuje. Słaba jednostka nie ma na co liczyć. Nie uda jej się uratować spokoju, szczęścia, normalności. Miłości.

W pustej ogromnej przestrzeni ON i ONA, młodzi, piękni, zakochani kluczą, osobno chodzą w kółko, spotykają się, całują i w czasie tego zbliżenia on ją zabija, ona się osuwa, po chwili on również. Prosta scena opisuje niemożliwość współ/istnienia, rozpad świata. Ostatnią jednostki możliwą demonstrację buntu, wolności, woli, wyboru. Cóż z tego, ze zabójczą, szaloną! Ta sztuka, ten spektakl dowodzi, że nie da się skompilować twórczością syntezy, nie da się w realu wymyślić sposobu ocalenia. Złożyć wszystkie elementy, by do siebie pasowały tworząc sensowne wyjaśnienie, ostateczne rozwiązanie.

Życie na dnie zmusza człowieka do wyrzeczenia się empatii, narzuca albo wyzwala postawę barbarzyńcy, odziera życie z maski pozorów. Doprowadza do mentalnego upośledzenia, kastracji człowieczeństwa, wulgarnej minimalizacji. Tu wyostrza się, co na innych poziomach życia społecznego kamufluje kodeks moralny, kaganiec kultury, dryl wychowania, kanon etyczny, prawo. Triumfuje siła i przemoc. Dominuje nędzna egzystencja, prymitywne relacje, trwa brutalna walka o przetrwanie. Codzienność to pełzająca Apokalipsa/jako dziadowska ballada, śpiewana przez Mariusza Benoit z akompaniującym mu akordeonistą/, tak wrośnięta w życie od narodzin po śmierć, że niezauważalna traktowana jest jak normalność, oczywistość, zwyczajność. Tylko jarmarczna,  beztroska zabawa, cyrkowe popisy, przebieranki, sztuczki, dają wytchnienie, przynoszą ulgę, ożywiają intensywnymi kolorami, dziecinną radością martwy świat. Tylko w baśni Andersena o ślimakach/opowiadanej pięknie przez Sławomirę Łozińską/ mieszkających w łopianowym lesie możliwe jest szczęśliwe zakończenie. Gdy świat bogatych, wpływowych, dzierżących władzę upada, ślimaki nie zostaną ugotowane i podane na srebrnej tacy, nie dokona się ich, jak mniemają, jedyne przeznaczenie. Degeneracja oświeconych staje się siłą słabych.  Szansą na godne życie, nie godną śmierć.

Woyzeck/Cezary Kosiński/ żyje na dnie, w pustce chaosu świata, wypełnianej musztrą obowiązków, żołnierskim drylem, poświęceniem, pracą. Otacza go zaburzony krwawymi zaciekami, brudnymi plamami obraz rzeczywistości.  Polowania. Więzienia, klinczu, grobu. Bez blasku światła, harmonii piękna, ciepła dobra, cienia szczęścia. Docierające dźwięki pogłębiają nastrój przygnębienia, potęgują poczucie beznadziei, wzbierają napierającą falą śmierci. Jakby wszyscy bohaterowie za życia byli martwi: bezwolna Marta/Zuzanna Saporznikow/, pełen dobrych chęci ale pogrążony w demencji, melancholii Kapitan/Jerzy Radziwiłowicz/, zdziwaczały Doktor/Paweł Paprocki/, zwierzęcy, brutalny Tamburmajor/Oskar Hamerski/. Wszyscy są ofiarami położenia, sytuacji, losu. Zła.

Piotr Cieplak opracował nieuporządkowany tekst i wyreżyserował nieukończony dramat Georga Büchnera, oparty na autentycznych wydarzeniach, w imponująco otwartej, spójnej intelektualnie, plastycznie, dramaturgicznie formie. Uczynił z Woyzecka bohatera uniwersalnego. Człowieka o niskim statusie społecznym, poddanego presji świata, ludzkiej przemocy, której nie jest w stanie się przeciwstawić. I nie zna sposobu, by siebie, sobie podobnych ocalić.

Taki jest w roli Woyzecka Cezary Kosiński. Wrażliwy ale pasywny,  pracowity ale skazany na wegetację, odpowiedzialny ale zdradzany, czyniący, co należy, co trzeba ale wykorzystywany. Świadomość braku możliwości zmiany losu, bezwzględności systemu, bezduszności prostych, głupich ludzi, poczucie bezsilności doprowadza Woyzecka do obłędu. Bo nie chce zaakceptować niesprawiedliwości, poddać się beznadziei,  nie umie bronić się przed osaczającym go ze wszystkich stron złem. Nie zna znieczulenia na cierpienie, nie wie jak zagłuszyć ból, jaki funduje mu życie. Nie ma innego wyjścia niż ucieczkę w śmierć. Musiałby nic nie czuć, niczego nie oczekiwać, niczym się nie przejmować.

Ten spektakl jest przestrogą przed szaleństwem galopującego świata, który instrumentalnie wykorzystuje, bezpardonowo niszczy samotną, słabą, nie mogącą zignorować niesprawiedliwości jednostkę. Jest powściągliwą emocjonalnie  przypowieścią o przyczynach nadciągającej katastrofy w rzeczywistości zdehumanizowanej, wrogiej, złej. Jest o triumfie systemu, manipulacji jednej słusznej racji. Miłości gwałconej, wolności bez wartości, sytuacji bez wyjścia. Głosem biedy, obrazem marności. Smakowaniem rozczarowania. Jest diagnozą świata rodzącego życie dla agonii, zabijającego człowieka w ludziach permanentnym doświadczaniem przez nich presji, przemocy, wojny.  Bez Boga pustym. Bez człowieka smutnym.


WOYZECK  Georg Büchner
Przekład - Jerzy Liebert
Opracowanie tekstu i reżyseria - Piotr Cieplak
Scenografia, kostiumy i światło - Andrzej Witkowski
Muzykę skomponowali Jan Duszyński, Paweł Czepułkowski i Jakub Gawlik
Choreografię opracował Leszek Bzdyl.

Występują: Ewa Konstancja Bułhak (Kobieta, Kobieta z Brodą), Anna Grycewicz (Kobieta / Motyl), Kinga Ilgner (Kobieta / Kobieta Guma), Joanna Kwiatkowska-Zduń (Małgorzata / Dziewica Petronela), Sławomira Łozińska (Babcia), Zuzanna Saporznikow (Maria), Mariusz Benoit (Dziad), Bartłomiej Bobrowski (Andrzej / Koń), Oskar Hamerski (Tamburmajor), Robert Jarociński (Żołnierz / Zygmunt Żółty Ptak), Grzegorz Kwiecień (Żołnierz / Kaznodzieja / Koń), Kamil Mrożek (Żołnierz/ Człowiek z Mandżurii / Diler), Paweł Paprocki (Doktor), Hubert Paszkiewicz (Żołnierz / Niedźwiedź), Jerzy Radziwiłowicz (Kapitan) oraz gościnnie Cezary Kosiński (Woyzeck) i Jakub Gawlik (Żołnierz / Muzykant/ Biskup).

W spektaklu wykorzystano fragmenty baśni Hansa Christiana Andersena "Szczęśliwa rodzina" w przekładzie Bogusławy Sochańskiej i Nowego Testamentu w wydaniu Biblii Tysiąclecia.

W "Woyzecku" posłużono się nagraniem utworu Jana Duszyńskiego "Pierwsza Symfonia" w wykonaniu Orkiestry Sinfonia Varsovia pod dyrekcją Szymona Bywalca.

Premiera: 15 lutego 2020

Fot. Tomasz Ostrowski