środa, 4 listopada 2015

TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM ATENEUM


TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM to sztuka, w której autor poprzez historię życia kobiety, Blanche DuBois, opowiada o sobie i swojej epoce zakamuflowanych żądz, niespełnionych obietnic, niemożliwych do skonsumowania pragnień gorących jak żar Nowego Orleanu. Topieniu w alkoholu poczucia winy, świadomości bezsilności wobec swojego losu i okrucieństwa świata. Jako panaceum na budzące obrzydzenie realia niechcianego życia. Bo tak to może być, gdy spotyka się bratnią duszę, drugą dopełniającą połowę siebie, zatraca bez reszty w miłości do niej, zasmakuje w doskonałym spełnieniu i zostaje zdradzonym, pozbawionym złudzeń. Gdy miłość brutalnie gaśnie w obliczu prawdy o homoseksualizmie męża a pożądanie trawi ciało i duszę spychając na samo dno egzystencji, prowadząc do obłędu, zatracenia, biologicznego trwania. Gdzie zwierzęca siła w człowieku odrzuca wszelką słabość, odmienność, narzuca bezwzględny system wartości, dominację przemocy w imię ratowania siebie i rodziny.

Gdy Blanche DuBois wsiada do tramwaju zwanego pożądaniem, właściwie życie ma za sobą. Wszystko, co miało się zdarzyć, dopełnić, zdecydować, ujawnić, jest już dokonane. Nie ma wyjść awaryjnych, kół ratunkowych, mieszkań zastępczych. Jest już ciałem obcym, wyjałowionym, naznaczonym złem. Jest martwą duszą wypaloną, zgwałconą, pijaną. Światopoglądem zaprzeszłym, zużytym, niepotrzebnym. Neurotycznym bytem. Nimfomanką. Jeszcze tylko  przekroczy granicę dopuszczalnego szaleństwa i musi odejść. Obcy musi odejść. Siłą wykluczony.

Blanche jest odchodzącym starym światem. Wrażliwym, dobrze wykształconym, subtelnym, megalomańskim, egoistycznie zapatrzonym w siebie. Ale nieprzystosowanym do życia. Cała ta niegdysiejsza siła nie działa już, nie ratuje a pogrąża tylko. Blanche stara się brylować w realnym brutalnym świecie, zanurza się w nim ale nie pasuje do niego, nie żyje nim naprawdę. Ona tonie. Pali za sobą mosty. Ucieka z domu w wieku 16-tu lat, doprowadza do samobójstwa męża geja, wyrzucona z pracy za romans z nieletnim uczniem, traci majątek. Doprowadza się do upadku, jej życie to pasmo klęsk. To Stanley Kowalski, jej szwagier, jest panem tego świata. Bezwzględny, silny, stanowczy. Brutalny, chamski damski bokser. Gwałci wszystko co miękkie, słabe, uległe. Nie ma wyrzutów sumienia, poczucia winy. Przez życie swoje i innych idzie jak taran. Stella, jego żona, siostra Blanche, ugina się, poddaje, przystosowuje ściągnięta z wysokości kolumn Belle Reve, straconej rodzinnej posiadłości, i ukrywa w normalnym, dostępnym dla siebie życiu. Bez obciążeń przeszłością, bezrefleksyjnie  musi nadal żyć i dawać życie. Znosi razy męża. Zagłusza w sobie ból po wymuszonym odtrąceniu siostry. By móc konstytuować patriarchalną rodzinę. I czuć się w tym układzie szczęśliwą. Zaspokojoną. Bo tak trzeba. Tak trzeba i już.

Spektakl w tonacji bluesa, w nowym przekładzie Jacka Poniedziałka, realistycznej, dosłownej scenografii, to zbalansowany teatralny przekaz, zagrany  równo, wyraziście, jasno. Dopełniają się bohaterowie nakreśleni wyrazistą kreską psychologiczną w równoprawnym bycie scenicznym. Nikt się nie wybija, nie dominuje. Nie unieważnia jeden drugiego a wspomaga, usprawiedliwia jego motywacje, działania. Pozwala zrozumieć, przejrzeć, poczuć strach, lęk, utratę orientacji Blanche, która nawet nie za bardzo się już stara grać kogoś innego niż jest w istocie. Niekoniecznie wiarygodna jest jej ucieczka w obłęd, w szaleństwo. To definitywne wycofanie, zamknięcie wobec świata. Nie do końca też jasna jest Stelli motywacja  akceptacji narzucanych warunków wspólnego życia przez Stanleya, nieokrzesanego, wulgarnego, krzykliwego ego macho brutala. Wzruszające jest jej rozdarcie między trudną do zrozumienia miłością do męża a miłością, a może tylko przywiązaniem do siostry. Empatyczna Stella stara się chronić Blanche,  pragnie jej dobra, pozwala jej na wszystko. I Mitch, dobrze wychowany, nie pasujący do brutalnego męskiego świata maminsynek, mięczak, zachowawcza, miękka figura musi się podporządkować sile Stanleya argumentów. Tylko przez chwilę czuje się wyzwolony gdy cudownie uskrzydlony nadzieją związku z Blanche, przeżywa szczęście w strugach deszczu. Mitch, chłopak do wzięcia i Blanche, kobieta po przejściach, są sobie potrzebni, sobie podobni a jednak to dwa światy równoległe, nie mogące współistnieć. Ubezwłasnowolnione przez Stanleya, matkę Mitcha, wyższą konieczność obowiązującej normy, tak naprawdę nie pasują do siebie. Od samego początku.

Każdy z aktorów umiejętnie korzysta z możliwości zagrania żywej, dramatycznej postaci.  Blanche Dubois Julii Kijowskiej ma coś seksownie i psychicznie drapieżnego, rozedrganego, niepokojącego w zdartym, chropowatym, krzykliwym, zmęczonym głosie. Seksowna, zmysłowa całą sobą odrzuca wszystkich od siebie, jakby jej ciało czuło znużenie i już wiedziało, że żaden związek nie zagłuszy pierwszej miłości. Sama konsekwentnie nie zrywa z przeszłością. Celebruje ją i podkreśla wykorzystując jak oręż w zrażaniu do siebie ludzi. Drażnieniu ich, prowokowaniu. Julia Kijowska gra osobę świadomą swego upadku. Nie może odrzucić tego, co było, kim była. Nie chce. Nie szuka miłości a poczucia bezpieczeństwa i spokoju. Ale nawet i to nie jest możliwe. Tak naprawdę konsekwentnie nie chce zrezygnować z siebie, ze wspomnień, z miłości do męża geja, z wyrzutów sumienia, z elegancji, z picia. Ciągle bierze kąpiel, jakby czuła, że płonie, jakby nie mogła zmyć z siebie brudu całego życia. Blanche jest lekkomyślna i szalona. Robi zawsze co chce zdeterminowana wewnętrznymi popędami. Nie boi się konsekwencji, ryzykuje, żyje jak chce, bez względu na normy społeczne, sankcje prawne. Przez całe życie postępowała zgodnie z własną naturą, instynktem. W końcu musi za to zapłacić. Stanley Kowalski Tomasza Schuchardta to naturalistycznie obsceniczny matołek, prostak i cham. Ostentacyjny mięśniak. Raczej budzi odrazę i strach niż wnosi spokój i daje poczucie bezpieczeństwa, przywraca normalność. Jest zbyt jednoznaczny. Jednowymiarowy. Brakuje uzasadnienia dla jego prymitywnego, brutalnego zachowania. Szkoda. Bo mógł udowodnić, że siła, stanowczość a nawet brutalne zachowania są niezbędne, gdy trzeba bronić się przed obłędem osób nawet sobie najbliższych. Gdy trzeba ostro, zdecydowanie reagować, by nie dać się zniszczyć, by chronić własną rodzinę. Nieporadny Mitch Bartłomieja Nowosielskiego imponuje giętką osobowością. Z jednej strony pokonany siłą okoliczności, z drugiej w misiowatym wcieleniu lekko tańczący w deszczu. Delikatny, subtelny, o słabym charakterze ukrywa te cechy przed otoczeniem, by nadal być akceptowanym. Gra, maskuje się, nie czuje się na siłach walczyć. Dawno przegrał swoją niezależność w wyniku tresury macierzyńskiej, poddania się normom społecznym, męskiej przyjaźni Stanleya.

Doskonały dramat Tennessee Williamsa broni się sam. To doskonały tekst finezyjnie skonstruowany. Opowiada o sile rażenia mocnej pierwszej miłości ludzi tylko dla siebie stworzonych. Napomyka o budzeniu się uczuć, odkrywaniu tożsamości homoseksualnej. I pokazuje, jak niedojrzałość, niemożność do sprostania dotykających mocno zdrad osób, które się kocha, doprowadza człowieka do zguby, do szaleństwa. Bo gdy miłość umiera, pozostaje rozbudzone nienasycone pożądanie, które nie sposób nakarmić najcięższymi grzechami tego świata. Pragnienie miłości, zagłuszanie pustki po stracie, poczucie bezsensu istnienia, bólu zawodu, niespełnienia funduje człowiekowi obłęd. I nie ma ratunku, nadziei na odkupienie. Cudowna, czysta, miłość Blanche do poety przedzierzgnęła się ostatecznie w mroczne, grzeszne pożądanie do chłopca, przygodnych mężczyzn, niezliczonych żołnierzy, w końcu do silnego, wulgarnego mężczyzny. Ostatecznie ją pokonało. Bo gwałt dokonany przez męża siostry, która w tym samym czasie rodziła  dziecko, był ostatnią kroplą goryczy przelewającą czarę szaleństwa, jaką sama sobie zafundowała. Nie była na tyle silna, by unieść swoje zmarnowane, sprostytuowane, zapite życie, złamane gwałtem, przemocą w rodzinie i świecie.

Blanche jak śmieć, pasożyt, byt zbędny, pusty, nie do użycia został wymieciony z domu siostry. Siostra jak ubezwłasnowolniona ofiara domowej przemocy podporządkowała się woli męża tyrana za kilka chwil szczęścia. Wszystko wróciło do normy o mocno zaniżonym poziomie wartości. Samotny, słaby musi zawsze przegrać.




TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM 

TENNESSEE WILLIAMS
przekład – JACEK PONIEDZIAŁEK
reżyseria – BOGUSŁAW LINDA
scenografia – JAGNA JANICKA
ruch sceniczny – JAROSŁAW STANIEK
światło – KATARZYNA ŁUSZCZYK
Występują:
Blanche – JULIA KIJOWSKA
Stella – PAULINA GAŁĄZKA
Stanley – TOMASZ SCHUCHARDT
Mitch – BARTŁOMIEJ NOWOSIELSKI
Eunice – EWA TELEGA
Steve – TOMASZ KOZŁOWICZ
Pablo – JAN JANGA TOMASZEWSKI
Lekarz – TADEUSZ BOROWSKI
Pielęgniarka – KATARZYNA ŁOCHOWSKA
Chłopak – SZYMON MILAS (Warszawska Szkoła Filmowa)

poniedziałek, 26 października 2015

CIĘŻKIE CZASY TEATR TELEWIZJI

Wanda Majerówna i Lech Ordon (fot. TVP)

Jakże godne wytchnienie od nowoczesności dają sztuki stare, klasyczne, kostiumowe, po bożemu/czytaj:przystępnie, przejrzyście, jasno, zgodnie z intencją, zamysłem autora/ wystawione. Serce się uspokaja, nerwy wyciszają, gdy dostrzegamy w tej zaprzeszłej ale śmiesznej ramocie dramaturgicznej siebie samych. Cóż z tego, że przebrane, utrefnione,  we wnętrzach stylizowanych na epokę Bałuckiego, delikatnie karykaturalne kreatury, gdy nie można się wyprzeć, że to my. My, współcześni. Jakby w formie psychologicznej, mentalnej, zachowawczej swoich dalekich krewnych.

Wszystko tu jest. Wszelka różnorodność, bogactwo. Krzywe zwierciadło w chichocie czasu nad stałą naturą człowieka. Walka, bunt młodych przeciw staremu porządkowi. Szukanie nowych rozwiązań na kłopoty, biedę. Wskazywanie winnych swojej pożałowania godnej sytuacji poza sobą.  To nieuctwo, szeroki gest, nasze polskie "zastaw się a postaw się", życie ponad stan. Ciągłe cierpiętnictwo i narzekanie. Zrzędliwość, zawiść, nieufność, zazdrość. Popuszczanie pasa. Próżność i pycha. Kompleksy. Zła ocena sytuacji, błędna ocena intencji i fałszywa ocena faktów. Gra pozorów. Pusta godność, co budzi politowanie i śmiech. Szlachta polska, tak ją widzi autor, jest całkowicie bezradna wobec wyzwań losu, naiwna, ograniczona, sama sobie winna. Jeździ po świecie ale jest tylko karykaturalnym pawiem narodów. Zakłada kontusz ale ostentacyjnie, na pokaz. Unowocześnia się ale tylko deklaratywnie. Chce nadążyć za modą ale traci pieniądze, majątek. Naśladując niezdarnie światowe życie popada w śmieszność i kłopoty. Łatwo nią manipulować, oszukiwać ją, naciągać. Choć jest taka nieufna, podejrzliwa, zapatrzona tylko i wyłącznie we własny punkt widzenia, swój tylko interes. Co jest wynikiem pobłażliwości, nadopiekuńczości lub zbytniego zaufania dzieciom przez rodziców. Rozwiązłości, szastania pieniędzmi, rozrzutności, braku dbałości o majątek przez dzieci. A więc błędy jednych i drugich. Krótkowzroczność, zaściankowość, powierzchowność. Przaśna, krótkodystansowa bieda sielanka na własne życzenie. W samolubnym rozproszeniu, uznaniu własnej tylko racji, co uniemożliwia wspólne, skuteczne działanie, dążenie do celów, jakie by nie były. A przecież sposób postępowania, nie tylko dobry na ciężkie czasy, jest bardzo prosty. Praca i oszczędne, racjonalne, zdroworozsądkowe gospodarowanie. Ufność i szczera miłość. Mierzenie zamiarów na siły bez szarżowania, zbytniego ryzykowania.  Bez oglądania się na innych. Bez pobożnych życzeń. Planów bez pokrycia, ponad wszelkie możliwości. Zrzucania całej pracy, ryzyka, winy na innych. Ale taka postawa jest tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę. Fanaberią, dziwactwem, nieakceptowalnym przez ogół nagannym ściąganiem szlachty na poziom chłopstwa. Choć ostatecznie szlachetnie w finale triumfuje. Na szczęście.

Komedia Bałuckiego dzięki skrótowo ale celnie skreślonym portretom psychologicznym postaci, skontrastowanym, humorystycznie przedstawionym wątkom miłosnym, charakterystyce szlachty galicyjskiej opisującej jej mentalność i kondycję pozostaje nadal świetną rozrywką, która przez śmiech uczy lekko, łatwo i przyjemnie. Doskonale zagrana, wystawiona, sfilmowana pokazuje, że sztuka nadal może pomóc zrozumieć nam siebie. Zarówno jako zbiorowość, jak i jej jednostkowy byt.


CIĘŻKIE CZASY
Autor: Michał Bałucki
Reżyseria: Barbara Borys-Damięcka
Scenografia: Tatiana Kwiatkowska
Zdjęcia: Bohdan Stachurski

Obsada: Leonard Pietraszak (Lechicki), Radosław Pazura (Juliusz), Małgorzata Kożuchowska (Bronia), Marian Opania (Bajkowski), Wanda Majerówna (Petronela), Lech Ordon (Kwaskiewicz), Witold Wieliński (Leonidas), Hanna Stankówna (Aurora), Hanna Polk (Idalia), Krzysztof Kowalewski (Giętkowski), Henryk Bista (Żuryło), Tomasz Kozłowicz (Karol), Agnieszka Pilaszewska (Natalka), Jacek Brzostyński (Matlachowski), Paweł Galia (Służący), Henryk Łapiński (Lokaj).

premiera 1995

czwartek, 22 października 2015

PŁATONOW SPOTKANIE TEATRÓW NARODOWYCH 2015


Fot. Georg Soulek
Malarski obraz natury, domu ilustruje krajobraz ludzki. Za chwilę zmarnowane, przetracone bezsensownie życie. Światy przyrody i człowieka przenikają się, dopełniają nierozerwalnie wrośnięte w siebie. Piękny to widok, głęboko zapadający w jaźń obserwatora. Urokliwy, przejmujący. Aż boli. Zastanawia też, dlaczego bohaterowie tak uporczywie chcą od tego piękna uciec. Od siebie. Nie uda im się. Głębia przestrzeni scenicznej, akcja na kilku planach urealnia iluzję marzeń, pragnień, bajań. Odziera kłamstwo zasłaniające prawdę. Pokazuje jądro ciemności duszy ludzkiej. Marność egzystencjalną wobec niemożliwego do zaspokojenia wyobrażenia wolności i szczęścia spragnionych miłości. Tam, gdzieś daleko, najdalej, byleby nie tu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Może być Petersburg, Moskwa, najlepiej Paryż i praca do upadłego aby tylko  można było uciec, może wszystko zmienić, bo tak jak dotąd nie daje się żyć.

Tu życie jest nieznośną męką, udręczeniem. Nudą, rutyną, marazmem. Bez wyjątku dla wszystkich. Kruchy, sielski obraz spokoju, harmonii, szczęścia to świat przed upadkiem, rozpadem, śmiercią. Tu musi nastąpić zmiana, najlepiej rewolucyjna. Ale świat męski, dzierżący faktycznie władzę pozbawiony jest mocy sprawczej. Kobiety, jedyne osoby, które są w stanie działać, nie mają władzy. Sytuacja jest patowa. Na wyniszczenie.

Mężczyźni są bardzo słabi, niedojrzali, nieodpowiedzialni, tchórzliwi i głęboko nieszczęśliwi. Niespełnieni, rozczarowani, znudzeni. Gnuśnieją. Nawet jak są mądrzy, błyskotliwi, wykształceni, z pieniędzmi, odziedziczonym majątkiem, pochodzeniem żydowskim, zdolni i inteligentni jak Płatonow, mają obniżoną samoocenę, przetrącony kręgosłup woli działania. Czują się podle i źle. Mają poczucie winy. Nie, może tylko jej świadomość. Bez wyrzutów sumienia. Są bierni i wycofani. Lekarzowi nie chce się leczyć. Majętny absztyfikant nie potrafi pokochać. Wierzyciel zdobyć kobiety. Pasierb generałowej utrzymać przy sobie żony i uratować odziedziczony majątek. Żyd czuje się poniżany, lekceważony, odrzucony. Młody przybywający z Paryża to cyniczny manipulant, pasożyt. Zmarły generał zostawił żonę w trudnej sytuacji finansowej. Sami nieudacznicy, idioci lub dezerterzy z życia. Jeśli mają tego świadomość, jest jeszcze gorzej. Pławią się w swoim rozmemłaniu, lenistwie, pijaństwie. Samooskarżają i samoudręczają. Doprowadzają do zguby siebie i osoby, które ich kochają. Jakby odkryli,że świat jest wyłącznie okrutny i zły a to ich obezwładnia więc i swoje okrucieństwo i zło do ogólnej puli dokładają. Rzeczywiście, wiedza czy pewność o tym, że nie jest się w stanie pojedynczo i zbiorowo nic zmienić może być obezwładniająca ale towarzyszyć musi temu wypalenie, brak motywacji, nieumiejętność czerpania siły z najdrobniejszych przejawów szczęścia, odruchów radości, z miłości tych, którzy nas kochają. Jeśli jest się tak zdegenerowanym, zniszczonym indywidualnie i zbiorowo, nie ma ratunku. W tym sensie PŁATONOW jest ostrzeżeniem, wiwisekcją upadku umysłu świadomego siebie i świata, swoich ograniczeń, które nie są dnem, od którego można się odbić, ale, które otwiera się i pochłania, wyniszcza. Szerzy się i infekuje. Każda kobieta jest dla Płatonowa szansą  nowego otwarcia. Nie korzysta z żadnej. Może przebierać w ofercie losu. Wybiera tę, która go jedynie powstrzyma. Nie dając możliwości odwrotu, bo rani tak głęboko a sprawy zachodzą tak daleko i pogrąża się tak bardzo, że nie ma wyjścia. Używa swojej inteligencji nie na rozwiązanie problemu a po to tylko, by poczuć samemu ulgę. Jeśli nawet czyn jest wyobrażeniem, projekcją schwytanej we własną matnię nieuchronnego ciągu wydarzeń; prowokowanych, szalonych, impulsywnych. Ostatecznych.

Kobiety mają swój pakiet cierpiętniczych mąk i wyrzeczeń. Misję do spełnienia. Żona Płatonowa wie, że jest prostą, niewykształconą, kochającą męża, oddaną mu bez reszty osobą.  Niańką, opiekunką, kochanką , kuchtą, matką Koli, ich dziecka. Kocha go czystą, prostą, bezwarunkową miłością bez wzajemności.  Może na nią liczyć, przy niej nie musi się wysilać, jest sobą. Odpoczywa, relaksuje się, jest spokojny, wyciszony.W końcu wie, ze jest niekochana, czuje to, zgaduje, doświadcza. Dlaczego właśnie ją wybrał, szarą myszkę? Bo i tak może mieć każdą, w każdej chwili. Na przykład generałową, zakochaną w nim wdowę mądrą, piękną, młodą. Zmysłową i inteligentną.Wykształconą, świadomą swych możliwości, potencjału, siły atrakcyjną kobietę. Która pragnie miłości i szczęścia nawet za cenę wykluczenia, szaleństwa. Sonia, dawna miłość, nie wymaga wielu starań Płatonowa, by oświadczyć odważnie mężowi, że go opuszcza a ten gamoń tylko płacze bezradnie jak zwierz zraniony. Nie potrafi o nią walczyć, nie podejmuje nawet starań. Jest bezsilny wobec mocnej, zdeterminowanej miłości a może też chęci ucieczki żony z tego miejsca przeklętego, co tak unieszczęśliwia ludzi. Bo Płatonow jednak jest przez kobiety błędnie postrzegany jako jedyny mężczyzna, który byłby w stanie je uszczęśliwić. Ale może tylko zmusić osobę, która najmocniej kocha, najmocniej cierpi, najmocniej czuje się martwą za życia, by go zabiła. By mógł uwolnić się raz na zawsze od siebie samego. By mógł uwolnić świat cały od siebie. Choćby to było tylko kolejne irracjonalne marzenie. Sonia źle go zrozumiała. Jest tak samo zepsuty, ubezwłasnowolniony przez swoje wybory, życie i jedyne, co zrobi, to  właśnie ją sprowokuje, by doń strzeliła. Bo nawet zabić się nie potrafi, nie ma siły, odwagi, determinacji. Jego żona ma, postarał się o to, by spróbowała popełnić samobójstwo. Co prawda, głupiutka, naiwna posłużyła się zapałkami, ale wyraźny gest wykonała. I to ona, znów kobieta, sprowokowała swego niezgułę brata lekarza, haha!!! mężczyznę, do działania. Umierającemu pacjentowi nie chciał pomóc. Wolał nadal pić i się zabawiać wyłudzaniem i rozdawaniem pieniędzy. Dopiero sytuacją, stanem siostry się przejął, próbował cokolwiek zrobić. I jeszcze neurotyczna i na pozór wyemancypowana Maria. Jej zraniona miłość, duma zmobilizowała ją do napisania listu w akcie zemsty, by odwołano Płatonowa z zajmowanego stanowiska nauczyciela w szkole.

Piękne i bestia. Piękne i brzydal. Grubiański, porywczy ale inteligentny, niepozbawiony uroku mroczny przedmiot pożądania Płatonow. Środek, narzędzie prowadzące do zaspokojenia celu; wyzwolenia z niechcianego stanu nudy i męczącego marazmu, bylejakości, letniości życia. Wszystkie miłości Płatonowa tworzą w sumie ideał kobiety. Młodość i dojrzałość, siłę i słabość, mądrość i naiwność, wyrafinowany wdzięk, zmysłowość, wierność i szalone romantyczne odruchy, bezwzględne uczucie i oddanie. I on, Płatonow, obnażający i niszczący wszystkie i wszystko, z sobą włącznie. Niegodnie, bez honoru, lekkomyślnie. Jak niedojrzały, pozbawiony rozsądku sztubak. Lub pokonany- przez samego siebie, marność tego świata, miałką, nieatrakcyjną jakość życia- mężczyzna.

Genialna reżyseria, wspaniałe wykonanie. Cudowna scenografia. Światło. Uczta artystyczna. Akcja sztuki jest mistrzowsko poprowadzona. Zaczyna się od udzielającej się widzom męczącej, scenicznej nudy, oczekiwania na zmianę. Gdy wszyscy się zbierają widzimy towarzystwo trzymające fason, w formie, jeszcze zadowolone z siebie, opowiadające wesoło o swym życiu. Biesiadnicy jedzą za zamkniętymi drzwiami jadalni, w salonie panuje pustka. To tu odbywają się się rozmowy intymne. Alkohol wszystkich rozluźnia, otwiera. Pozwala mówić prawdę. Atmosfera się zagęszcza. Gdy mgła opadnie, deszcz spadnie, nadejdzie nowy dzień sytuacja się wyjaśnia. Dochodzi do kulminacji. Strzelba wystrzeli, grzebiąc nadzieję wszystkich na zmianę. Opisany dramatem świat Czechowa umiera w smutku, goryczy, świadomości, że bez silnej woli, motywacji do działania potencjał, jakim dysponują bohaterowie-pieniądze, inteligencja, wiedza, wykształcenie, majątek, miłość-jest z ich własnej winy marnotrawiony, niszczony, obrócony w nicość i bezsens. Pozbawieni radości życia trwają w cierpieniu, próżniaczej egzystencji, chandrze, popadają w depresję, zamroczeni alkoholem, pokonani bólem niespełnienia, bezsilności, rozczarowania. Utytłani brudem tego świata nie potrafią go ignorować, przejąć inicjatywy w swoje ręce. Poddali się, rozpamiętując swoją słabość, wyrzekając się działania. Niezdolni do decydowania, oglądają się na innych.  Każdy samotnie,we własnej emocjonalnej, zamkniętej sferze wyobcowania. Bo w gruncie rzeczy nikt nikogo tak naprawdę nie obchodzi. Nie słucha, nie rozumie, nie chce pomóc. Żyją siłą bezwładu. Mówią, marudzą, narzekają. I obserwują, rozpamiętują, marzą, marzą. Chcą wyjechać nie wyjeżdżają, chcą uciec nie uciekają, chcą pracować nie pracują, myślą o działaniu i na tym międleniu myśli poprzestają, pragną kochać, kochać a sami tym swoim kochaniem nie są w stanie uratować tych, których kochają i tylko czekają i czekają aż życie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, będzie uzdrowione, piękne i szczęśliwe. I samo z siebie ich ocali. Ocaleją ale wydrążeni, pokonani, okrutni i źli. Anioł zagłady ich nie oszczędzi.


PŁATONOW ANTONI CZECHOW

reżyseria: Alvis Hermanis
scenografia: Monika Pormale
kostiumy: Eva Dessecker
reżyseria światła: Gleb Filshtinsky
dramaturgia: Klaus Missbach

obsada:
Anna Pietrowna Wojnicewa: Dörte Lyssewski
Sergiusz: Philipp Hauß
Sonia: Johanna Wokalek
Głagoliew 1: Peter Simonischek
Głagoliew 2, jego syn: Dietmar König
Pietrin: Franz J. Csencsits
Szczerbuk: Hans Dieter Knebel
Maria Grekow: Yohanna Schwertfeger
Trylecki: Bernd Birkhahn
Mikołaj: Martin Reinke
Wengierowicz-ojciec: Klaus Pohl
Wengierowicz-syn: Fabian Krüger
Michał Płatonow: Martin Wuttke
Sasza: Sylvie Rohrer
Katarzyna: Brigitta Furgler

BURGTHEATER

poniedziałek, 19 października 2015

EMIGRANCI MROŻEK TEATR POLSKI

"Emigranci" w Teatrze Polskim. Nasz fotograf był na próbie spektaklu [FOTO]
fot.Szymon Starnawski, źródło: Naszemiasto.pl

EMIGRANCI to sztuka wystawiona klasycznie, przejrzyście, zrozumiale. Jest prosta, spójna, gorzko-komiczna. W zgodzie z autorem, predyspozycjami aktorów, atutami ich szczególnych zdolności. W reżyserii powściągliwej, zdyscyplinowanej, konsekwentnej. Scenografii oczywistej, tradycyjnej. Gwarantuje solidny przekaz artystyczny przywiązujący wagę do szczegółu znaku scenicznego, solidnego, wiarygodnego budowania charakterystyki postaci, mocno osadzonej w kontekście miejsca i czasu. Co decyduje o komunikacie porządkującym tożsamość polskiego emigranta, jego genotyp narodowy. Może być punktem wyjścia do dyskusji o migracji, o kondycji emigranta dziś, tu i teraz.

Sławomir Mrożek napisał świetny tekst z dwoma archetypami portretów psychologicznych Polaków na emigracji, które łączą się w konstatacji, że przeszłość kształtuje świadomość, mentalności nie sposób zmienić, zmodyfikować, niemożliwe jest wyparcie tego, kim się w istocie jest ukształtowane na obraz i podobieństwo skąd ród. Emigranci w laboratoryjnym studium sztuki odkrywają przed nami stan wyobcowania, samowykluczenia. Odizolowani od środowiska obcego im świata, które ich otacza, daje pracę, wolność, z której nie są w stanie skorzystać. Daleko od kraju, XX od rodziny, nieustannie zachowują się tak, jakby nigdy nie wyemigrowali. Mówią myślą i uczynkiem po polsku o Polsce. I tylko Polska ich interesuje. Jej kontekst, koloryt, kondycja.

Bo tożsamość emigranta -robotnika XX i inteligenta AA skazanych na siebie- przywieziona z kraju, nie adoptuje się a alienuje, tworzy mikrokosmos egzystencjalny, ojczyźniany, determinuje klincz sytuacyjny. Bez wyjścia. W świadomości klęski. Z poczuciem zawodu. Na emigracji AA i XX żyją, jak nie chcą. Do kraju nie mają po co, do czego wracać. Trwają. Niemożność rozwoju, asymilacji mają w genotypie zachowań. Przy braku chęci i możliwości-nieznajomość języka, brak relacji, nowych więzi, niechęć do zakorzeniania-pozostaje tylko praca i kontakt z drugim Polakiem, ojczyzną w skali mikro. Świat, w którym są, obserwują, krytykują ale izolują się od niego. Korzystają z jego warunków-pracy, wolności- jakie im oferuje, ale mimo to pogardzają nim. I trwać tak będą po kres, jeden zaharowując się na śmierć, drugi zadręczając się niemożnością wyjścia poza możliwości własnej kondycji intelektualnej i niemocy twórczej. Jeden mamiąc się, że wróci do ojczyzny i dopiero wtedy będzie żyć szczęśliwie a drugi oszukując się, że napisze w końcu swoje dzieło życia.

Niewesoła to sytuacja. Choć jest wesoło za sprawą pasożytniczych nawyków XX- kutwy, skąpca, prostaka - żerującego bezceremonialnie na uzależnionym od niego inteligencie AA. Ta żarłoczna, instynktowna, dzika pazerność przyjmuje postać monstrualnej karykatury człowieka pierwotnego, który za wszelką cenę oszczędza i gromadzi pieniądze, monstrualnie samoogranicza się z przekonaniem, by dopiero po powrocie do rodziny pożyć po ludzku.  Teraz jest dzikim zwierzęciem bez świadomości, że cały jego wysiłek jest bezskuteczny, bezsensowny, na próżno.  Emigracja niczego w życiu jednego i drugiego tak naprawdę nic nie zmieniła. Ich samych również. Wyostrzyła tylko charakterystyczne cechy osobowościowe, charakterologiczne, mentalne. Samo miejsce pobytu nie determinuje przemiany. Życie na obczyźnie pokazuje, jakim się jest człowiekiem naprawdę, mówi delikwentowi: "sprawdzam".

Doskonale ilustruje to Piotr Cyrwus, zarówno jako aktor o doskonałym warsztacie artystycznym, jak i reżyser spektaklu. Jego XX to perełka charakterystyki prostego człowieka, robotnika plebejusza. Człowieka biednego, pracowitego, ambitnego. Chcącego udowodnić bliskim i znajomym w Polsce, że jest coś wart. Haruje na 1,5 etatu tracąc zdrowie przy niebezpiecznej robocie, nie rozwija się, nie uczy a tylko obserwuje. A to za mało, by poradzić sobie z nową rzeczywistością. I przyszłością. Zawsze już będzie tym, kim był zanim przybył do obcego kraju; zakompleksionym, małego formatu człowiekiem bez świadomości siebie i świata, wyrzekającym się najmniejszej przyjemności, nie otrzymującym za swój wysiłek i trud nic w zamian. Instynktownie czuje, że nie jest, jak być powinno i nigdy nie będzie; ze zdrowiem, powrotem w glorii zwycięstwa do kraju, bez osobistej satysfakcji. Cyrwus potrafi bardzo szczegółowymi, charakterystycznymi gestami, mimiką, sposobem mówienia, zachowania mistrzowsko namalować złożony, komiczno-tragiczny portret psychologiczny postaci XX. Szymon Kuśmider, grający AA, jest wycofany, uległy. Stanowi jego kontrapunkt, tło. Obserwuje, bada, prowokuje zachowania towarzysza. Jest równie tragiczną postacią, w dodatku w pełni świadomą konsekwencji swoich wyborów, czynów, sytuacji, przyszłości. Przeżywa dramat w momencie pewności, że cały wysiłek ucieczki do wolności, by móc tworzyć, sczezł na niczym, poszedł na marne. Uwolnienie ciała nie wyzwoliło zniewolonego od zawsze umysłu. Nieważne gdzie jest, z jakiej perspektywy analizuje siebie, innych, otaczający świat, ojczyznę. Obaj, AA i XX, są więźniami własnej przeszłości. To ona jest ich punktem odniesienia. Określiła ich raz na zawsze.

Gra aktorów, walka ich postaci, emigracyjne życie Polaków toczy się w minimalistycznej scenografii ograniczającej się do symbolicznie wyznaczonej ramy przestrzeni, która choć otwarta więzi bohaterów. Z ich intymnymi, osobistymi rewirami być i mieć/łóżka polowe, walizkoszafy, przedmioty osobiste, które ich charakteryzują; dla jednego cenna maskotka, dla drugiego zbiór książek/ oraz wspólnym, centralnie usytuowanym stołem, krzesłami, wieszakiem, niewidocznym aneksem kuchennym. Wokół świat cały pozostaje dla nich zupełnie obcy, niechciany, zbędny, obojętny. Odrażający, brudny, nieatrakcyjny. Oferujący tylko pracę zarobkową. Bo bohaterowie stanowią sami w sobie terytorium i mentalność narodową, system wartości skąd pochodzą. Nie dają sobie żadnych szans na pełnię egzystencji w zgodzie z ludźmi miejsca, w którym przebywają, skazani wyłącznie na siebie. Skupieni na sobie. Są jak ciała obce zagnieżdżone we wnętrzu obcego organizmu.

Smutna to konstatacja. Bo czy dziś jest podobnie?  Czy emigranci z innych państw są im podobni? Czy ci, którzy do nas, do Polski, migrują są na AA i XX obraz  i podobieństwo psychologiczno- mentalne stworzeni? Warto się nad tym zastanowić. Warto poznawać otaczający nas świat. Otwierać się nań i nawiązywać z nim kontakt. Uczyć się siebie nawzajem.


A tak na marginesie, połączenie tych dwóch osób, AA i XX, w jedną AX byłby ciekawym eksperymentem formalnym. Oto polski emigrant inteligent idealista o plebejskim pochodzeniu, z biednej rodziny, z trudnym dzieciństwem, dorastaniem. Ambitny, pracowity zapracowujący się na śmierć z myślą o powrocie do kraju, bo mimo jako takiej asymilacji, znajomości języków, słabym, a jednak, brylowaniu w nowym środowisku, dobrze płatnej pracy, rzadkich wizyt w kraju, czuje się obco. Ciągle za mało pieniędzy. Ciągle czegoś mu brak. Może tego poczucia ciągłej walki o wolność, potyczek ze wszystkim o wszystko, ciągłego napięcia, stanu zagrożenia, niepewności wymuszającym podkręcaną napięciem motywację. Ten zwierzęcy w nim upór instynktu nie daje mu spokoju. Nastrój wyjątkowości, szczególności i triumfu sukcesu wśród swoich, co szczególnie imponuje i cieszy a za granicą jest nieosiągalny. A więc osobowość wyrośnięta z prostaka na intelektualistę z pretensjami, z niegasnącym poczuciem niższości, nienasycenia. Krwawiące stygmaty kompleksów. Święty spokój i zrównoważona ścieżka kariery to ideał poza zasięgiem Polaka przez pokolenia buntującego się i walczącego z całym światem. Korzenie, które czerpią pokarm dla ducha pozostają wrośnięte w ziemię ojczystą, przeszłość, jej smak, zapach, kolor. Uczucie, emocje. Smętek, chocholi taniec. Ale to byłby monodram. Wariacja na temat. Przepisywanie Mrożka. Pieśń przyszłości.

Niewątpliwie jednak temat emigracji, emigrantów jest bardzo aktualny, bardzo gorący. I chyba zaniedbany przez dramatopisarzy. Teatr musi nadążać za rzeczywistością, bo stanie się widzom obojętny, traktowany jedynie jako rozrywka. Ale gdzie jest autor Mrożkowi talentem podobny, który sprostałby zadaniu, podjął temat? Gdzie jest reżyser, dramaturg, który odważyłby się tak wystawić EMIGRANTÓW, by oddech naszych czasów połączył się z wnikliwą obserwacją, talentem MISTRZA?

Rzucam więc wyzwanie teatrowi polskiemu, przy okazji tak kanonicznego, solidnego wystawienia EMIGRANTÓW w Teatrze Polskim przez Piotra Cyrwusa, by nie tylko pięknie inscenizować FRANCUZÓW ale i pójść za ciosem i skomponować POLAKÓW. Publiczność czeka na spektakl nawet boleśnie współczesny. Tak bardzo potrzebny, niezbędny, by teatr tu i teraz uczestniczył w dyskursie społecznym kulturalnie, mądrze, bezkompromisowo. Nie można się dystansować, udawać, że problemu nie ma, bo przyjdzie się nam, zjadaczom chleba naszego powszedniego, ratować emigracją wewnętrzną. Powodzenia.:):):)

EMIGRANCI  SŁAWOMIR MROŻEK 

reżyseria: Piotr Cyrwus
scenografia: Jan Kozikowski
reżyseria światła: Mirosław Poznański
obsada: XX: Piotr Cyrwus, AA: Szymon Kuśmider

premiera 6.06.2015



sobota, 17 października 2015

QUO VADIS SŁOWAMI SIENKIEWICZA, ELIOTA, AUDENA I INNYCH TEATR POLSKI



To teatr ubogi powściągliwą ale wyrazistą estetyką, bogaty różnorodnością pojemnych treści, skupiony na poważnych tematach. Używa poetycznej metafory ubranej w jarmarczne, kabaretowe, symboliczne kostiumy. Wykorzystuje barwne, znane postacie, fakty historyczne, wszystko, co wysokie i niskie, wplecione w ceremonie życia i śmierci, jawę i sen. Jest zapośredniczoną, artystyczną wizją. Stawia pytania podstawowe, powszednie, elementarne. Aktualne zawsze i wszędzie. Przerabiane, przepracowywane w teorii i praktyce. W sztuce. To teatr szczególny, charakterystyczny, autorski Janusza Wiśniewskiego. Dla tych, którzy lubią, potrzebują przejrzeć się w historiozofii artystycznej, by dookreślić siebie samego. Którzy lubią łamigłówki artystycznych asocjacji, szukania interpretacji w nowych, złożonych konfiguracjach teatralnych. Teatr wymagający skupienia, wiedzy, wrażliwości. Dla pokonujących trudności łamania niestandardowych, niełatwych propozycji artystycznych. To rozrywka intelektualna. Niebanalna. Mocno uzasadniona. Sprawnie zagrana.

Spektakl stawia pytanie: QUO VADIS człowieku, dokąd zmierzasz? Aby rozważania prowadzące do odpowiedzi były miarodajne reżyser sięga po mocne teksty Sienkiewicza, Szekspira, Słowackiego, Eliota, Cwietajewej, Audena, Byrona, Calderona, Rilkego, Poświatowskiej, kogo jeszcze? Operuje skrótem, przenośnią, symboliką, przerysowaniem. Poezja wynosi na poziom metafizycznej maestrii uogólnienia, czucia, rozumienia. Korowód tekstów, wątków, postaci, postaw, idei, obrazów przetacza się poza czasem i miejscem przez scenę, która się symbolicznym pałacem cesarskim, karczmą, wyszynkiem, neutralną przestrzenią niczyją staje, w takt muzyki Jerzego Satanowskiego toczy, w choreografii Emila Wesołowskiego porusza, w malarskiej stylistyce Tadeusza Kantora, neurotycznym nastroju jawy na pograniczu snu Brunona Schulza wybrzmiewa. Jest bogaty, pełny odniesień, skojarzeń/np.z filmem:Fellini, Ferreri, Rodzina Adamsów czy np. z prozą Houellebecqa/, że to nagromadzenie ludzkiej menażerii, ujęte w klamrę na pozór prostego pytania ubrane jest w skomplikowaną, splątaną formę. Daje wrażenie przeładowania, przeestetyzowania, przesytu. Zapętlania. Znużenia powracającym ciągle motywem muzycznym. Popełnianiem ciągle tych samych błędów. Pytanie jest w jakiś sposób oczywiste, konieczne, ponadczasowe a odpowiedź już niekoniecznie, bo każdy musi spróbować odpowiedzieć sobie sam, uwzględniając swój punkt widzenia, doświadczenie indywidualne, własne potrzeby, możliwości.

Widzimy jednak, że samotny los człowieka zanurzony w marności, fałszu, kłamstwie, upadku i pazerności, pasożytniczej naturze świata jest tragiczny, poszukiwanie sensu, choć nie pozbawione istotności, bezowocne a liczy się wyznawany i stosowany w życiu system wartości, czuły, bliski kontakt z drugim człowiekiem. Ale i najbardziej nawet kochany człowiek jednak zawodzi. Nie ma nic stałego, pewnego, gwarantującego szczęście, sukces, powodzenie. Zależymy jeden od drugiego, uwikłani jesteśmy w tak wiele. A najmniej znamy samych siebie. Wszelkie wzorce to ideały poza zasięgiem. Ograniczenia są większe, silniejsze, bardziej skomplikowane i perfidne, nieoczywiste niż osobista wola walki, by je przezwyciężyć. Bo w siłowaniu się ze światem, tym czy tamtym, kiedyś czy teraz, jesteśmy zawsze słabszym ogniwem. Nawet jeśli mamy cesarską moc, boską władzę, silną wiarę. Przemijamy w korowodzie życia. Od urodzenia uczestniczymy w korowodzie śmierci.

W kameralnej scenerii małej sceny Teatru Polskiego gra prawie cały zespół. Pięknie , równo, solidarnie. Przejmująco. Daje dowód ciągłości historycznej narracji teatralnej dawnych mistrzów sceny, filmu, poezji, literatury. Łącząc ją ze współczesnymi zjawiskami życia, międzynarodowymi ikonami, problemami, tematami. Powielamy dawno zbadane i przebyte ścieżki ludzkiego życia. Co do zasady nic się nie zmienia. Forma tylko jest inna, zmodyfikowana. Może bardziej świadoma. Tak dla zmylenia i bardziej dojmującego umęczenia biednego, wiecznie zadającego sobie naiwnie pytanie w przebłysku przytomności umysłu człowieka: QUO VADIS, dokąd zmierzasz.

QUO VADIS SŁOWAMI SIENKIEWICZA, ELIOTA, AUDENA I INNYCH
reżyseria: Janusz Wiśniewski
choreografia: Emil Wesołowski
muzyka: Jerzy Satanowski
współpraca literacka: Anna Wachowiak

obsada: Halina Łabonarska/Neron/, Wiesław Komasa/Św.Piotr/, Piotr Cyrwus/Osioł/, Jerzy Schejbal/Petroniusz/, Marek Kudełko/Steve Jobs/, Marcin Jędrzejewski/Śmierć/, Natalia Sikora/Dama Pełna Współczucia/, Joanna Halinowska/Dama Porzucona/, Marta Dąbrowska/Eunice/, Szymon Kuśmider/Francis Bacon/, Wojciech Czerwiński/Max Beckmann/, Krystian Modzelewski/Bill Gates/, Maksymilian Rogacki/Kochanek/, Ewa Domańska/Dama Tytoniowa/, Maja Berełkowska/Dama Zapomniana/, Marta Kurzak/Prostytutka ze świątyni/, Katarzyna Bocianiak/Pani Button/ oraz wojsko, duchy, zjawy

premiera:18.04.2013 r.
fotografia Teatru Polskiego