czwartek, 10 września 2015

SMAKI I DOTYKI TEATR WARSAWY NAJCIEKAWSZE MONODRAMY Z POLSKI 2015


Jest to klasyczny monodram, klasycznie wystawiony i zagrany. Minimalizm formy scenicznej, maksymalizm ekspresji aktorskiej. Tekst solidnie umocowany w literaturze/wg. PORADY Ingi Iwasiów/ bogato ilustruje temat. Pozwala wszechstronnie, do końca wyczerpać argumenty bohaterki, kobiety alkoholiczki, pokazać konteksty wymuszające jej uzależnienie, zachowanie, obrazujące jej i środowiska mentalność, sytuacje, które je warunkują. Bogate, mocne aktorstwo, skupione na języku ciała i wypowiadanego tekstu. Osoba, jej kostium, jej historia i już tylko my, widzowie. Świadkowie, winowajcy, tacy jak ONA. Uzależnieni. Potencjalni uzależnieni. Byli uzależnieni. Narażeni na uzależnienie. Zagrożeni uzależnieniem. W dużym, coraz większym stopniu. O zgrozo!!

Punkt widzenia wybitnie kobiecy. I dobrze, bo o kobiecym alkoholizmie jeszcze niewiele wiemy. Jest gorszy od męskiego, bardziej wstydliwy, mniej akceptowalny społecznie, trudniejszy do leczenia. Bardziej samotny. Wykluczający. Poniżający. Dojmujący. Bolesny.

Mimo wszystko to temat jakiś oczywisty, w mniejszym czy większym wypadku przepracowany. Tu mocno wybrzmiewa nuta oskarżycielska. O życiu topionym w alkoholu, od dzieciństwa, poprzez wiek nastoletni i dojrzały. O przyzwolenie, nakłanianie do picia. Łatwości nadużywania. I wykluczenie gdy przekroczy się granicę i jest już się po stronie uzależnienia, gdzie trudno o pomoc, wsparcie, leczenie, zrozumienie. I jak zwykle szukanie winy poza sobą, przyczyny w innych. Imponująca wiedza osoby inteligentnej, wykształconej, świadomej i emocjonalne kalectwo, nadwrażliwość na pustkę, miałkość świata, w którym przychodzi żyć. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami, ruina świata rodzinnego, relacji z ludźmi.  Brak dystansu, mimo właściwej oceny rzeczywistości. Nie jesteśmy z żelaza, nie jesteśmy z kamienia. Nikt nie uczy rozładowywania napięcia. Nikt nie daje szansy na pogodzenie się z życiem, ludźmi, sytuacją, jaka jest.

Aktorka daje popis emocjonalnych stanów ducha i ratującego się za wszelką cenę ciała. Dialoguje z lekarką, którą to my, widzowie, reprezentujemy. A raczej napiera, osacza. Raz agresywnie atakuje, by zaraz spokornieć, złagodnieć, okiełznać gniew i własną niemoc. Ale to nam patrzy kobieta w oczy, nam tłumaczy i przed nami się popisuje, to nas oskarża, u nas szuka pomocy, a przynajmniej wykorzystuje możliwość wygadania się, wyrzucenia z siebie tego złogu mentalnego uzależnienia. Bo to poważna nieuleczalna choroba duszy i ciała. Stygmat do końca życia. Zaleczenie generuje nowe wyzwania, problemy, trudne sytuacje. Walka nigdy się nie kończy. Wymaga czujności, siły, przeprogramowanie myślenia i zachowania. Nowego stosunku do siebie i świata.

Monodram ten  nie zrewolucjonizuje sztuki jednostkowej, indywidualnej wypowiedzi. Oglądając go, udowodnimy jednak sobie, że dobrze opowiedziana, wiarygodnie przekazana historia, zawsze nas poruszy. Zawsze się będzie nam podobać. Na pewno przetrwa. Solidny, jasny, nawiązujący kontakt z widzem przekaz. Budujący nastrój osaczenia, niemocy, wzmagający raz negatywne raz empatyczne emocje. Łączący się z naszym światem wewnętrznych walk, zmagań, bitew o przetrwanie. Obrazujący konflikt, opozycję potrzeb i problemów jednostki z modą, manierą, niszczącą praktyką obyczajową świata. By poczuć doskonały, nieskazitelny smak życia i obronić się przed złym dotykiem świata.

Klasyka: doskonale napisany tekst zakotwiczony w rozpoznawalnym przez widza życiu, zagrany w oparciu o warunki ciała i przygotowanie aktorskie, talent wypowiedzi ducha. Ekspresja adekwatna do przekazywanych treści. Nastrój korespondujący z sytuacją. Minimalizm kostiumu, scenografii, muzyki i światła, charakteryzacji, które mają tylko wzmacniać, pomagać a nie odwracać uwagę, niszczyć dramaturgię wypowiedzi. Umiejętność skupienia na sobie, na opowieści uwagi.  Od pierwszej do ostatniej chwili. Charyzma. Czy ten spektakl miał te a może i inne cechy? Każdy musi odpowiedzieć sobie osobiście. Na pewno wie, czy go ta opowieść zainteresowała, poruszyła. Na pewno. Powodzenia:)

SMAKI I DOTYKI
Autorka: Inga Iwasiów
Scenariusz i reżyseria: Stanisław Miedziewski
Obsada: Krystyna Maksymowicz , 
Teatr Rondo w Słupsku/ Teatr Współczesny w Szczecinie

wtorek, 8 września 2015

JAKA JEST TWOJA HISTORIA TEATR WARSAWY NAJCIEKAWSZE MONODRAMY Z POLSKI 2015


Monodram zawsze jest portretem własnym. Odrębnym, szczególnym, wyjątkowym. Może dlatego wstępem do przeglądu NAJCIEKAWSZE MONODRAMY Z POLSKI była fotograficzna sesja portretowa "Portret prywatny z Andrzejem Świetlikiem"  i warsztaty dramaterapeutyczne "Jaka jest Twoja historia". Praca nad portretem miała  uwidocznić, jak siebie widzę, postrzegam, co chcę swoim wyglądem przekazać, jaki mam potencjał wizualny, w czym zaklęty jest osobowościowy, charakterologiczny portret bohatera zdjęć chcącego się zaprezentować, nawiązać kontakt, zainteresować sobą świat zewnętrzny. Wiwisekcja wizualna. Monodram ciała. Moja historia ciała. Pod okiem, w spojrzeniu i ujęciu doświadczonego fachowca, psychologa mimo woli, wnikliwego obserwatora. Artysty. To na pewno było interesujące spotkane dla modeli. Ale też ciekawy dla postronnych obserwatorów ogląd  wyników ekspresowej wspólnej pracy artysty fotografika i osób, które zgłosiły się i zostały zakwalifikowane do sesji. Istotne jest uchwycenie prawdy o człowieku, podkreślenie tego, co jest w nim szczególne, wyjątkowe, charakterystyczne, ciekawe. Po wieczornej rozmowie uczestników i widzów z Andrzejem Świetlikiem, domyślam się, że każdy chciałby choć raz w życiu z nim się spotkać na sesji portretowej. Poddać się próbie samookreślenia, zdefiniowania, co widać, jak widać, jaki jest rezultat wspólnej z artystą kreacji siebie. Sprawdzić efekty sesji, pokazać ją widzom. Posłuchać, co mają do powiedzenia wszystkie strony spotkania.

Pokaz pracy warsztatów dramaterapeudycznych " Jaka jest twoja historia" to rozszerzenie możliwości autoprezentacji. Przede wszystkim skupienie na sobie samym. Określenie, wyartykułowanie, co też mamy czy w ogóle mamy jakąś historię do opowiedzenia światu, a może tylko sobie samemu na początek. I może ta praca nad opowiadaniem, monologiem wewnętrznym jest ważniejsza dla ich autorów, niż dla tych, którzy mają okazję jej wysłuchać. Niewykluczone, że zachęci ona widzów do pracy nad ich indywidualną, własną historią, którą skonstruują, napiszą najpierw dla siebie samych, a może też odważą się ja zaprezentować chętnym do wysłuchania. Gdzieś, kiedyś. Na kolejnych warsztatach. Przedstawienie, performance, prezentacja, podsumowanie warsztatów-jak zwał, tak zwał- zainteresował mnie nutą szczerze osobistą, intymną, bezpośrednią. Ujęła mnie lapidarna forma, oszczędna w poetycko ujęte treści, tworzona ad hoc, bezpośrednio przed pokazem. Tym samym nie była wymęczona, egzaltowana i jeśli niedoskonała, to jednak wybrzmiała świeżo, szczerze, wiarygodnie. Naturalnie.

Chcecie wierzcie, chcecie nie wierzcie ale to były bardzo inspirujące spotkania. Andrzej Świetlik jest fotografikiem doświadczonym, artystą intuicyjnym, choć rutyna nabyta z biegiem lat, z biegiem wykonywanej pracy- zawsze z pasją, oddaniem, zaangażowaniem-pomaga mu w sesjach zdjęciowych, co ma niemały wpływ na wysoki poziom prac ale przede wszystkim to interesujący, ciepły, wrażliwy człowiek. Powściągliwy, skromny przewodnik, wytrawny profesjonalista. Przyjazny modelowi portrecista. Szybko nawiązuje kontakt, budzi zaufanie, pomaga dostrzec, czego model sam w sobie nie widzi, nawet nie podejrzewa.  Szanuje jego zdanie, granice prywatności. Model z fotografem razem wybierali najlepsze zdjęcie. Omawiali pozostałe. Podsumowywali przebieg pracy. Rezultaty były naprawdę ciekawe. Zaskakujące.

Na warsztaty prawie każdy uczestnik przybył z własnym przygotowanym monologiem, a nawet kilkoma, z własnym wyobrażeniem tego, co chce przygotować, pokazać. Ale jak to często bywa, życie niesie niespodzianki a i szczęście częściej sprzyja, gdy jest się dobrze na jego przyjęcie przygotowanym. Teksty powstawały nawet w ostatniej chwili, spontanicznie skomponowane, pod temat i program warsztatów, przygotowanych zdjęć, przedmiotów, wierszy, sugestii prowadzącej zajęcia. Całkowita swoboda, skojarzenia, wyobraźnia, wspomnienia, wgląd w siebie, własne dążenia, zdolności spowodowały powstanie różnorodnego ale jednak wciągającego występu.

Niektórzy twierdzą, że każdy człowiek ma do opowiedzenia o sobie jakąś interesującą  historię. Tego wieczora, zarówno uczestnicy warsztatów, jak i widzowie taką możliwość mieli.  Ktoś chciał ostatecznie zrzucić wszystkie maski, jakie nosił, unieważnił je sposobem wypowiadania słowa "MASKA", ktoś chciał pospinać różne fragmenty, części, skrawki swego życia i znalazł w pudełku ofiarowanym przez instruktorkę wyobrażony spinacz w postaci spinek do mankietów, ktoś pragnął uporządkować chaos w jakim żyje i przypadek sprawił, że znalazł przyczynę i konieczność jego istnienia a przez to akceptację i spokój, ktoś temat maski rozwinął w jej postać trójwymiarową i nadał jej imię "UZALEŻNIENIE"; głuche, ślepe, nieme na potrzebę powrotu do normalności, ktoś żyjący w pogoni traconego czasu, zatrzymał się i spojrzał na życie z innej, równie ciekawej perspektywy. Wiersze, fotografie, przedmioty inspirowały i wywoływały zastanowienie, przemianę, prowokowały nowy punkt widzenia. Jeden z widzów też opowiedział swoją historię. Z zaskoczenia, bez przygotowania.

Na podłodze leżały rekwizyty, przedmioty, fotografie, biżuteria, maski, gadżety. W centrum stał mikrofon.  W głębi na dużym ekranie wyświetlano zdjęcia, które doskonale wzmacniały wypowiedzi i pozwalały widzom lepiej zapamiętywać  opowieści. A te oddzielała muzyka. Jak radosny refren, melodia zachęta, dźwięk wyznaczający rytm, otwierający i wieńczący wypowiedź.

Gdy prezentacje wybrzmiały, uczestnicy warsztatów mieli prawo poczuć satysfakcję, radość z zabawy pozwalającej spojrzeć na siebie z przymrużeniem oka, z dystansem, z nieoczekiwanego często przebiegu tworzenia swojej historii. Atmosfera udzieliła się widzom. Było super.

Już przed wejściem do teatru czeka fotel, w którym można posłuchać nagrane  przez Michała Zaidlewicza, radiowca i redaktora, autentyczne i współczesne opowieści przypadkowych osób na temat JAKA JEST TWOJA HISTORIA. Można usiąść i słuchać, słuchać, słuchać. I się dziwić, jak wiele nasze historie mają z nimi wspólnego. Jak wiele mamy do powiedzenia.

A jaka jest moja, twoja historia? 

sobota, 5 września 2015

CIEKAWA PORA ROKU MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Ciekawa pora roku, reż. Agata Duda-Gracz
żródło: materiały prasowe Gazety Prawnej/http://kultura.gazetaprawna.pl/artykuly/887326,wakar-ciekawa-pora-roku-recenzja.html/

"Tamtego lata gwiazdy były jaśniejsze. Chmury wisiały niżej, a w powietrzu
było gęsto od chceń.
Od miłości i tęsknoty. Od strachu i nadziei. Od dziecięcych marzeń.
A co by było gdyby ta ciekawa pora roku nie przyszła?
A co by było gdyby spełniły się wszystkie marzenia?
O ślubach, dzieciach i dorosłym życiu?
Mogłoby.
Przecież.
Gdyby się zdarzyło.
Spektakl Agaty Dudy Gracz jest opowieścią, która mogłaby być prawdziwa, ale
się nie zdarzyła."

Mija dokładnie miesiąc od mojego spotkania z tym spektaklem a on w dalszym ciągu do mnie wraca. Pobudza wyobraźnię. Szuka uzasadnienia. Zastanawia motywacją swego zaistnienia. Im dłużej o nim myślę, dochodzę do wniosku, ze to bardzo dobre nowoczesne-spójne, przemyślane, konsekwentnie poprowadzone, równo, przekonująco zagrane, plastyczne, dynamiczne- autorskie przedstawienie młodej artystki, Agaty Dudy-Gracz, i powinno być grane-nie wiem gdzie, nie wiem jak długo-tak, powinno być nadal grane. Mogłoby być punktem wyjścia do dyskusji o STRACIE, o wojnie, Powstaniu Warszawskim, o przyczynach wyboru walki powstańców w klinczu dwóch wrogich armii; z jednej strony znienawidzonych, mordujących ludzi i miasto Niemców, z drugiej niechcianych, złowrogo biernych w czasie powstania Rosjan. Jakby ta demonstracja siły ducha Polaków, bo przecież nie siły militarnej, miała ustrzec Polskę przed przejściem z rąk niemieckiego w ręce sowieckiego okupanta. Z jednej niewoli w drugą. Świadomość tego zagrożenia wzmocniona doświadczeniem wojny musiała budzić frustrację wywołującą bunt, determinację woli sprzeciwu i konieczność walki. Nawet za cenę życia. To była oczywista, dobrowolna, świadoma ofiara powstańców. Bezdyskusyjna w momencie jej podejmowania, kwestionowana po dziś dzień, gdy jest już na wszystko za późno.

Spektakl całym możliwym bogactwem scenicznego instrumentarium przywraca do życia czas na zawsze utracony. Jest w jakiejś mierze aktem zadośćuczynienia. Przeżyciem niekończącej się żałoby. Sposobem pogodzenia się ze śmiercią tych, którzy przedwcześnie odeszli, choć mieli szansę żyć dalej. Bo nam się wydaje, że bezsensownie w powstaniu ginęli. Narażali  na śmierć ludność cywilną. Z naszej perspektywy winni byli chronić życie swoje i innych za wszelką cenę. Powstanie poszerzyło pole ich  i naszego cierpienia. I do dziś nie możemy sobie z tym poradzić. Ani do końca je zrozumieć czy jednoznacznie ocenić. Zbyt dużo emocji wywołuje. Zbyt duża to była ofiara, która nie przyniosła oczekiwanego efektu. Pozostała bohaterskim czynem, odważnym, szalonym.

Ale przez dwie godziny spektaklu mogliśmy przeżywać losy niedokonane.  Doświadczyć tej ciekawej pory roku, mentalnie w nią wniknąć, rozumem ogarnąć. Czuciem przytulić. Celebrowaliśmy z artystami życie wirtualne jakby wieńcząc to, co przez  nieszczęście, kataklizm, wojnę, powstanie, śmierć zostało przerwane, zatrzymane, zduszone w zarodku. Zaprzepaszczone, roztrwonione, stracone. Gdy walka o wolność, manifestacja własnego wyboru, demonstracja wcielanych w czyn wyznawanych wartości w tym momencie powstańczego zrywu była ważniejsza od myśli o własnym przetrwaniu. Kiedy JA MY znaczyło. Gdy chodziło o ojczyznę, o przyszłość narodu, o jego genotyp ukształtowany historycznie, hartujący się w ogniu wojny. W walce. W ryzyku. W postawie niezłomnej. Odpowiedzialnej. Wyuczonej, ukształtowanej, wymodlonej. Nabytej w domu, szkole, kościele. Na wieki wieków amen.

Chcielibyśmy ICH uratować, ocalić. Mieć obok siebie. Wysłuchać rozstrzelanych wierszy, zamordowanych myśli, unicestwionych marzeń, spalonych na popiół uczuć, roztrwonionych talentów. Chcielibyśmy, by żyli naszym życiem. Tak jak my. A dla NICH materialne się nie liczyło. Ciało poświęcano dla przetrwania ducha. Dla nas ciało ma dziś wielkie, decydujące znaczenie. Duchowość jest passe. I życie się tylko liczy dla nas, śmierć też jest passe. Dlatego tak trudno jest się nam z umarłymi porozumieć. Czujemy, myślimy, wartościujemy inaczej. I ciągle oceniamy, ważymy, ferujemy wyroki. Według naszego, nie ICH, systemu wartości. Z naszego, nie ICH, punktu widzenia. Jeśli nadal o kontekście powstania myślimy.

A tu się okazuje, że  Pan Wojna z Panem Strachem zawsze zarządzają brutalnie zasobami ludzkimi. Pacyfikują umysły, nakręcają koniunkturę samozagłady. Niezmiennie z pokolenia na pokolenie. Pan Lato wszystkim moderuje. Nadaje kształt i rytm. Fortuna życia indywidualnego kołem się toczy i dopełnia się niszczone dniem świstaka życie. Tylko miłość wszystko wybaczy. Ogarnie. Uświęci.

Są piękne sceny w tym spektaklu. Wzruszające. Odwołujące się do emocji, budzące wrażliwość, empatię. Są wiwisekcją, przestrogą, przygotowaniem na najgorsze, walką z niepamięcią. Gdy hymn polski wypierany jest przez niemiecki, by triumfował ostatecznie radziecki. Pieśni wybrzmiewają oddzielnie, napierają na siebie, w końcu zbijają się we wspólną, bitewną śpiewną kakofonię. Scena edukacyjna, kojarząca się z UMARŁĄ KLASĄ Kantora, gdy w ławkach obok siebie siedzi dziecko i jego dorosły odpowiednik, jeden po drugim recytujący teksty kanoniczne/np. Bogurodzica, Inwokacja/, uczący się języków obcych. Scena z nauką pływania a raczej utrzymywania się na powierzchni. Zabawy dzieci w wojnę. Wspólne procesje żywych i umarłych pod aniołów strażą. Należałoby po kolei je przywołać, by można było odtworzyć nielinearną narrację sceniczną, nakładające się plany, scenograficzny skrót, akcent, muzyczne mocne jego wzmocnienie.

Poezja żywych obrazów spektaklu ma źródło w kompozycji, dramaturgii, ruchu scenicznym. Malarskim pociągnięciu akcji, skrócie myślowym, strukturze tekstu, symbolicznym przedstawianiu postaci rozbudowanych o personifikację dzieciństwa, wieku młodzieńczego, dojrzałego i starczego jednocześnie, dosłownie obok siebie, razem. Koegzystencji różnych stanów świadomości. Jakby czas się nie liczył, zapętlił. Jednocześnie zatrzymał na wielu poziomach, pokazując efekty, skutki swego działania.

Piękne jest to przedstawienie żalu po kimś, kto wydaje się nam bliski, w którym rozpoznajemy siebie samych. Zwłaszcza, że ma wymiar całego pokolenia. Wymiar hekatomby. Egzekucji. Niezawinionej śmierci. Utraty czegoś najcenniejszego. Istnienia, które samo powinno wypełnić się do końca przechodząc wszystkie etapy życia. Ale to jest nasze spojrzenie, sytego, wolnego, butnego konsumenta. Który nie pyta: "być albo nie być". Który nastawiony jest na być i mieć.Wszystko i natychmiast. Może dlatego tak trudno porozumieć się cywilizacji walki o wartości z cywilizacją życia za wszelką cenę.

Spektakl czule, mądrze, pięknie, nowoczesnymi środkami ekspresji walczy z niepamięcią, która byłaby najlepszym usprawiedliwieniem dla ignorowania przeszłości; jej zasług dla nas, które nam jednak ciążą, i błędów, które niczym głodny robak toczą nasze sumienia wbrew nam samym. I nie widać tego stanu końca. Jest na takim poziomie uogólnienia, że ma wymowę uniwersalną, ponadczasową. Wystawiony w rocznicę Powstania Warszawskiego, swym zakresem, znaczeniem sięga szerzej, głębiej, wszechstronniej. To dojrzałe spojrzenie. Agaty Dudy-Gracz, człowieka i artysty.

Tegorocznego 2015 lata gwiazdy były jaśniejsze. Chmury wisiały niżej, a w powietrzu
było gęsto od chceń.
Od miłości i tęsknoty. Od strachu i nadziei. Od dziecięcych marzeń.
A co by było gdyby CIEKAWA PORA ROKU nie przyszła?

PS. Zupełnie nie rozumiem malkontentów, maruderów, którzy utknęli gdzieś w zaprzeszłości teatralnej i żądają jasnego, łopatologicznego, klarownego przekazu łączącego bezpośrednio spektakl tylko z tematyką stricte Powstania Warszawskiego w zawiązku z jego kolejną rocznicą. Świat się zmienia i forma komunikacji musi się rozwijać. Agata Duda-Gracz konstruuje tak swój dla nas komunikat, że nie mamy wątpliwości, w którym momencie historycznych zdarzeń, bohaterowie się znajdują. Ale ma on formę szerszą, ogólniejszą, przez co staje się bardziej współczesny, uniwersalny i może być interpretowany na różne sposoby. Bo pokazuje determinanty pewnego narodu zachowań. Bezpiecznie jest fikcją, na tyle jednak wiarygodną, że podobną do niejednego życia, które przetrwawszy kataklizm trwało dalej i na obraz i podobieństwo scenicznego życia po życiu się dopełniło.

Przekonajmy się sami. Sami zdecydujmy po obejrzeniu CIEKAWEJ PORY ROKU, czy była to ciekawa, inspirująca inscenizacja. I nie ufajmy krytykom, którzy  nie znoszą teatru postdramatycznego i cokolwiek się na scenie wydarzy, a priori oceniają go źle. Ja zobaczyłam solidnie przygotowany i rzetelnie, równo zagrany spektakl. Z czuciem przywracającym do życia, co dawno umarło ale nie daje nam spokoju. Powodzenia:)

CIEKAWA PORA ROKU
Scenariusz, reżyseria, scenografia: Agata Duda-Gracz

Muzyka: Cezary Studniak, Łukasz Wójcik
Reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
Ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski
WYSTĘPUJĄ:
Historie
Antosia Staszczak - Basia
Anna Mierzwa - Basia 2 : zwana Struną
Ewa Worytkiewicz - Basia 3 : zwana Panią Barbarą Od Bramy

Adelka Schimschainer - Lilka
Anna Smołowik - Lilka 2 zwana Kizią

Michał Strzałkowski - Antoś
Wojciech Brzeziński - Antoś 2 zwany Panem Antonim Od Ptaków

Olek Prus – Niewiadomski - Eryk Niemiec
Tomasz Schimscheiner - Eryk 2 zwany Panem Zapominalskim

Staś Sianko - Tadeuszek
Sylwester Piechura - Tadeuszek 2 zwany Dyguś

Anioły
Emose Uhunmwanhgo - Anioł Łagodny
Bartosz Nowicki - Anioł Nie Stąd
Michał Kocurek - Anioł Trzepakowy - Opiekun Podwórek

Podwórka
Maja Rybicka - Misia zwana Misią
Irena Melcer - Lucynka zwana Pupką
Konrad Wosik - Fifka
Piotr Downar – Zapolska - Cygan
Piotr Bondyra - Oczko
Mikołaj Woubishet - Franciszek zwany Ambasadorem
Konrad Korkosiński - Władek zwany Kałmukiem

Okoliczności
Cezary Studniak - PAN WOJNA
Łukasz Wójcik - PAN WARSZAWKA
Elżbieta Romanowska - Julia : PANI BEZ PAMIĘCI
Tomasz Nosiński - PAN STRACH
Michał Staszczak - PAN LATO

Realizacja świateł: Dariusz Adamski
Reżyseria i realizacja dźwięku : Łukasz Faliński
Asystenci reżysera: Agata Schweiger, Dagmara Olewińska

Kierownik produkcji: Marta Kuźmiak

Asystentka kierownika produkcji: Agnieszka Wąsikowska
Produkcja MPW – Agnieszka Szulejewska, Magdalena Brzeska, Jacek Chałupka, Piotr Markowski
Tekst programu: Sabina Misakiewicz
premiera 2015
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/207177.html

czwartek, 3 września 2015

LILLA WENEDA SŁOWACKI ZADARA POWSZECHNY

autorzy plakatu: Homework / Joanna Górska, Jerzy Skakun

Wojna polskich indywidualnych i zbiorowych światów przeszłości determinujących teraźniejszość, która narzuca stan klinczu niemożności kolejnym pokoleniom zamiast upragnionego zwycięstwa spokoju, zrównoważonego rozwoju, wspaniała, urzekająca, wybitna rola Pauliny Holtz, kontrapunktująca ją intrygująco, konsekwentnie, nowatorsko Barbary Wysockiej, dopełniająca roli kobiet w walce Karoliny Adamczyk, spójna uroczego Bartosza Porczyka i klasa doświadczenia Edwarda Linde-Lubaszenko oraz koncepcja dyskursu Michała Zadary z widzami o sprawach istotnych współcześnie w podbijającej siłę scenicznej wypowiedzi scenografii Roberta Rumasa to waga tego spektaklu. Brzmienie złotej harfy sztuki.

Klasyka, również LILLI WENEDY, jest pamięcią, rejestracją tego, co ponadczasowe, uniwersalne, nadal współczesne. Niesie przez czas wiedzę o człowieku, narodzie i tym, do czego jest zdolny, na co go stać. Wobec zagrożeń, wobec przemocy. W stosunku do najeźdźcy, w stosunku do okupanta. W obliczu zagrożenia utraty  tożsamości narodowej. Przechowuje prawdę, której nie można zignorować, obśmiać, zapomnieć. Inaczej oszukujemy samych siebie. Błądzimy. Brniemy w ślepe zaułki, postępujemy wbrew własnej naturze, tkwimy w kanale bez wyjścia. Dajemy się prowadzić na rzeź. W błocie, ciemności i permanentnym stanie wojny. Z samym sobą, wszystkimi wokół. Rozproszeni, skłóceni, sfrustrowani. Wiecznie nieszczęśliwi cierpiętnicy. Okaleczeni frustraci. Nieskuteczni, słabi, niedouczeni. Czekający biernie na cud. Złotą harfę, złoty róg. Trwoniący cenny kapitał własnych zasług, ocean przelanej krwi bliźniego swego, ciężkiej pracy w wyniszczających nieustannych wojnach, chocholich tańcach. Wewnętrznych wojenkach. Otumanieni snami o potędze, oszołomieni celami niemożliwymi do osiągnięcia. Poza rozsądkiem, bez rozwagi, trzeźwego oglądu ludzi i rzeczy, spraw swoich i tego zawsze wspaniałego nowego napierającego na nas świata. Dlatego dobrze jest przejrzeć się w zwierciadle przeszłości, by zobaczyć, kim się dziś jest. Zrozumieć dlaczego.

Co my tu mamy? Według autora, Juliusza Słowackiego, lud Wenedów podbity przez lud Lechitów. LILLĘ WENEDĘ napisał po powstaniu listopadowym. Według reżysera, Michała Zadary, rozwinięcie dramatu w realiach XX wieku i źródło, przyczyna naszego współczesnego genotypu społecznych zachowań. Interpretacja może być bardzo szeroka. Otwarta.Mityczne ludy walczą ze sobą, powstańcy w kolejnych powstaniach walczą o niepodległość z zaborcami, w czasie wojen Polacy walczą z okupantem, po wojnie nadal trwała walka z sowietami narzucającymi ideologię bolszewicką. Ale walka może też toczyć się w obrębie jednego narodu i tylko zła ale sprawniejsza, lepiej przygotowana, silniejsza strona mocy zwycięża pokonując drugą. Nic nie jest ostatecznie jednoznacznie dobre lub złe jeśli chodzi o wojnę, która dla każdego jej uczestnika jest próbą ognia. I toczy się w każdym jej uczestniku, poprzez niego. I nie umiera nigdy. Można odnieść wrażenie, że mimo dokonanego podboju, narzucenia swojej racji, ideologii, walka toczy się nadal, do końca nigdy nie jest rozstrzygnięta. Kolejne powstania, zrywy narodowe i ich klęski, ofiary bratobójczych walk, starcia ideologiczne, polityczne, zaklęty krąg błędów i wypaczeń determinują nas dziś.

Scena jest polem bitwy. W centrum błotną miazgą, mieszaniną  martwej ludzkiej natury, upadlającą przestrzenią działania i grobem przegranych Wenedów. Z dwoma po bokach marginesami podestów bez właściwości, miejscem działania władzy, rewirem zwycięskich Lechitów. W głębi wysoki, surowy, ceglany mur. Przestrzeń to więzienie, mimo drabiny sięgającej teatralnego nieba wyczarowanego światłem, słupem jasności boskiej czy warszawskiego powstańczego słońca. Może to drabina Jakubowa, może drabina warszawskich kanałów. Ale sytuacja jest bez wyjścia. Wszyscy są uwięzieni, zakleszczeni i mimo chęci wyzwolenia tkwią w  klinczu własnych niemożności, ograniczeń i słabości. Mimo spektakularnych zrywów, ciężkiej codziennej pracy, zdolności. Ciągła wyniszczająca walka trwa nadal. Największym naszym wrogiem jesteśmy sami dla siebie. I uwięziona w nas przeszłość.

Może to walka Polaków z Niemcami w czasie drugiej wojny światowej. Można też założyć, że Lechici są żołnierzami, przywódcami AK, tymi, którzy odbili serca, zawładnęli duszami żołnierzy Powstania Warszawskiego, Wenedami, i prowadzą ich do zguby. Wtedy jest to kontekst oskarżycielski w stosunku do tych, którzy wiedli świadomie, swoich ufnych, słabo przygotowanych braci rodaków na pewną rzeź i wyniszczenie. Uzbrojonych nie w karabiny, amunicję, sprzęt a jedynie w gasnącą pieśń na ustach, silne wspomnienie brzmienia złotej harfy-idei, racji, powinności, obowiązku. Gdy walka miała być tylko demonstracją siły, niezłomności ducha, patriotycznego zrywu ku wolności . Heroiczną ofiarą: masową, okrutną, krwawą. W walczących mniemaniu niezbędną, uzasadnioną, konieczną. Jedynie słuszną. Oczywistą. Może to okres powojennego podporządkowywania sobie Polaków przez Sowietów. Siłą narzucana jedynie słuszna ideologia dyktatury proletariatu. Brutalna walka o przetrwanie tożsamości narodu, brutalna bratobójcza wojna.

Zawsze jednak są to przeciwstawne strony, w gruncie rzeczy impulsywne, naiwne, emocjonalne, poddające się manipulacji zwykłego cwaniaka, złodzieja, kłamcy, intryganta, hochsztaplera. Niepozornego Ślaza bez charakteru. Odpornego ideowo. Z jedyną wartością stałą: kursem na przetrwanie za wszelka cenę, zarobieniem na wszystkich i wszystkim pieniędzy. To on podkręca dramaturgię zdarzeń. On jest ostatecznym demiurgiem mimo woli. Reprezentującym wszystko co niskie, przyziemne, bliskie naturze, instynktowi. Sprytny, nieobliczalny, bezrefleksyjny. Wesołek nieokrzesany. Zaradny mędrek. Budzący jednak zaufanie. Potrafiący oszukać, okpić wszystkich. Kameleon życiowy-ten przetrwa.Udaje mu się oszukać Wenedów i Lechitów. Nieświadomie sprowokować dramaty, które ujawniają prawdziwą twarz jednych i drugich. Doprowadzają do tragedii. Pokazują prawdę o wojnie ludzkich światów, naturze ludzkiej, wyniszczającej walce, której nie widać końca.  Obnażają słabość, brak czujności przeciwników. Przypadek i brak szczęścia wpisany w każdą wojnę, w każdy człowieczy los.

Wojna to sprawa męska ale rodzaju żeńskiego więc tu duchem sprawczym są silne, mocarne, twarde kobiety. Zdecydowane, aktywne, gotowe na wszystko ale emocjonalne, uczuciowe, wrażliwe, czułe, kochające. Impulsywne, szalone,  nieobliczalne. Pełne sprzeczności. Co je gubi i doprowadza do klęski. Pokazuje okrucieństwo sprowokowane ekstremalnymi stanami emocjonalnymi.

Taka jest opanowana, zimna, konsekwentna, zła Gwinona/Paulina Holtz/. Absolutnie dominująca, przekonywująca, bezkompromisowa. Nieustępliwy, okrutny terminator, tyran, dyktator, kobiecy pan i władca. Któremu czarowi ulegamy, poddajemy się. Rozumiemy. Podziwiamy. I godna jej przeciwniczka Lilla Weneda/Barbara Wysocka/. Waleczna, odważna, sprytna, inteligentna, bezczelna, podstępna kobieta wojownik, gracz, negocjator. Szlachetna, oddana rodzinie i sprawie. Irytuje, drażni, prowokuje. I jeszcze Roza Weneda, kapłanka, szamanka, wróżbitka, wieszczka, matka przyszłego mściciela. Ucieleśnienie przeczucia i doświadczenia. Ale i ona -opanowana, skupiona, wyciszona-potrafi zabić w szale bólu i cierpienia. W gwałtownym przypływie zemsty. Nie potrafi wyczuć kłamstwa, przeniknąć manipulacji Ślaza. Popełnia błąd, niweczy powrót harfy i żywej Lilli.

To ta trójca kobieca przesądza o wszystkim. Uzurpatorka przejmująca inicjatywę. Podejmująca działanie. Wypełniająca przeznaczenie. Decydująca ostatecznie o losie swoim i innych. Rodziny i społeczności, którą reprezentuje.

Bo mężczyźni przy kobietach wydają się bezbarwni, ulegli, bezwolni. Derwid Weneda, ojciec, duchowy przywódca, kapłan, pieśniarz, waleczny, nieugięty, odważny gdy jest pozbawiony instrumentu-okaleczony, poniewierany, więziony, skazany na śmierć- traci godność, moc, siłę. Przegrywa. Jest strzępem człowieka. Wzruszającym, bezradnym ślepym, cierpiącym nad klęską starcem. Wzbudzającym litość. Wymagającym opieki, wsparcia, pocieszenia.  Mąż Gwinony jest jej podporządkowany, uległy. To przywódca figurant, którym rządzi żona. Zupełnie nie ma na nią wpływu. Synowie Derwida to żołnierze pierwszej linii frontu, bezdecyzyjni, nijacy. Syn Gwinony, Lechon, to mięczak, wymoczek, baba,  maminsynek, mimowolny uczestnik wydarzeń, ofiara losu. Ślaz to też kombinacja przypadku i braku charakteru.

Cokolwiek się dzieje, nie ma charyzmatycznego  przywódcy z prawdziwego zdarzenia, z krwi i kości, który doprowadziłby do bezdyskusyjnego, pewnego, ostatecznego zwycięstwa. Takiego, co by pokazał, po której stronie jest ostateczna racja. Wina i kara. Wszyscy uczestnicy tych zmagań są splątani sprzecznościami, okolicznościami, wydarzeniami, w które zostali wciągnięci lub sami się w nie uwikłali, kierując się nie rozumem a impulsem, oczekiwaniem, chciejstwem. Wszyscy stanowią jednię ofiary wojny. I czekają na cud. Na pieśń, na ideę, na doktrynę, uzasadnienie, łut szczęścia.  I raczej czują niż rozumieją, co się wokół nich za sprawą  ich emocji dzieje. Ignorują zdrowy rozsądek, podpowiedzi rozumu, sygnały instynktu samozachowawczego. Rzucają się na szaniec w ofierze. W poczuciu obowiązku ryzykowania własnego i innych ludzi życia, by znaleźć sposób na wygraną a efekcie chcą srogo zemścić się na wrogu, z Bogiem albo i mimo Boga. Ale w zemście za osobę, którą najbardziej kochają. Walczą o sprawę w imieniu wszystkich ale  psują wszystko dla osobistego wyrównania krzywd. Lub z chęci zysku/Ślaz/.

To musi się zawsze skończyć źle. I jest narzuconym przyszłym pokoleniom zobowiązaniem pamięci i szacunku do ich decyzji. Historii nie da się zmienić. Ale to właśnie nas ubezwłasnowolnia. Zamiast wzmocnić, osłabia i więzi w niemożności wyzwolenia się z działania według przeszłych pokoleń scenariusza a nie według własnego, adekwatnego naszym czasom. Bunt wydaje się bezskuteczny. Ciągle popełniamy te same błędy, wchodząc w koleiny wypracowane w przeszłości. Zanurzamy się w ten ocean przelanej krwi i toniemy  uwięzieni w powstańczych kanałach bez wyjścia. W stanie niekończącej się wojny. U zarania dziejów wszczepionej  w genotyp mentalny, charakterologiczny i osobowościowy Polaka. Walczymy od zawsze z najeźdźcą, państwami dokonującymi rozbiorów, okupantami wojennymi, ideologicznymi wrogami i sami ze sobą.

Oczekiwanie na działanie harfy, walka o nią, kolejne zaprzepaszczone szanse na zwycięstwo to brak, niedostatek, niemożność, utracona nadzieja na podjęcie walki. Szukanie panaceum poza sobą. Jakby ciążyło fatum nad narodem polskim, pozbawiające go szansy na zjednoczenie wokół jednej zgodnej pieśni, idei, doktryny, myśli, która trafiłaby prosto do serca narodu, wzmocniłaby ducha, pozwoliła znaleźć siłę na wspólny trud wybicia się z marazmu, ograniczeń, niemożności. By przezwyciężać klęski. Pokonywać słabości. Wybić się na niepodległość myśli i czynu. Indywidualnie i zbiorowo. Naród bez wspólnoty, bez siły napędowej, bez wartości przestaje istnieć. Będzie pokonany. Skłócony. Rozbity. Z własnej winy. Z nadmiaru własnych niedostatków i ułomności. Niedowartościowany, skłócony wewnętrznie. Czeka, nasłuchuje bierny, zagubiony, osłabiony.

W spektaklu złotą harfą jest radio. Słyszymy muzykę klasyczną i inne dźwięki. Operowe arie. Fragmenty. To, co ponadczasowe. Wzniosłe. Uniwersalne. Mocne. Oddziałujące na wyobraźnię, emocje, motywacje. Unieważniające strach. Podbudowujące odwagę, siłę ducha, wzmacniające wolę działania, uczestniczenia w przedsięwzięciach trudnych, ryzykownych, wymagających poświęcenia, ofiary. Mobilizujące cały potencjał, wyzwalający  w człowieku więcej, lepiej, mocniej, do krwi ostatniej. Tak, że przekracza własne ograniczenia. Zapomina o własnej niemożności. Słabości. Niedoskonałości. Ale w urywającym się, zanikającym brzmieniu. Jak gasnąca, zagubiona, przypadkowa melodia, pieśń, idea. Powidok dźwiękowy. Gasnący sygnał.

Rozwija mi się to w skojarzenie, że harfą dziś zarządzają media, przekaźniki manipulujące , moderujące zbiorową wyobraźnią jednostek, grup, narodu. Ich przekaz potrafi zmieniać nie tylko fakty ale i całe konteksty zdarzeń, problemów, zjawisk. Ich narracja jest tą, której ulegamy zgodnie z psychologią tłumu. Ich dyskurs narzuca poziom, argumentację, uzasadnienia. Wzmacnia modne, nośne idee, kształtuje poglądy, kontroluje nowe prądy. Atakuje i walczy. Niszczy i tworzy.Tym mocniejszym akcentem spektaklu jest końcowa scena dostarczenia,  Wenedowie myślą, że harfy, jak się okazuje martwej Lilli. Ta scena śpiewa milczącą zemstą. Smutkiem. Przegraną. Nakręcającą się nienawiścią. Wolą odwetu. Eskalacją wzajemnego wyniszczenia. Dźwięk złotej harfy może więc wyzwalać ale i niszczyć.

Liczy się w sztuce tej czyn, postawa, motywacja, splątanie. Mistrzowski  sparing dobra ze złem, siły ze słabością, rozumu z emocją, Gwinony z Lillą  i Rozą Wenedą niezależnie obok , z dystansu. Zaginęła gdzieś poezja Słowackiego. Przepadła w rozstrzelonym artykułowaniu tekstu. Sylabizowaniu. Dokładnym, chłodnym, precyzyjnym, doskonale słyszalnym odrębnym wypowiadaniu poszczególnych słów, akcentowaniu kwestii. Deklamacji wyrazistej, jakby racje wkładano do głowy słuchacza słowo po słowie. Budowane  są z nich poszarpane szczątki, rozdarte, chropowate, monotonne tyrady. Jakby wypowiadający je na nowo składali słowne puzzle w obrazy znaczeń. Z trudem, mozołem, natrętną pauzą. Z zawieszeniem. Epatuje nie romantyczne uniesienie, rozbuchane uczucie a próba powrotu do równowagi, zdefiniowania na nowo swojej racji, silnej motywacji, twardej argumentacji. To głównie Lilla Weneda Barbary Wysockiej szuka w ten sposób innej, różnej od dotychczasowej, ekspresji i stylu wypowiedzi.  Z przekonania, że patos byłby archaiczną pułapką, ślepym zaułkiem.Jest metodyczna, precyzyjna, ironiczna. Nie można współczuć czystej, bohaterskiej choć naiwnej Lilli, płakać nad jej losem i przyszłością narodu przegranego. Za to szalejemy z bólu razem z matką Gwinoną po stracie jej syna. Doskonale rozumiemy, że umiera w niej istotna część niej samej. Współczujemy agresorowi, najeźdźcy, oprawcy. Czarnemu charakterowi. Sekundujemy dokonującej  się na naszych oczach zbrodni. Jesteśmy po stronie okrutnej Gwinony. Bo jest wiarygodna, w końcu okazuje się, ze też ludzka, niejednowymiarowa. Wspaniale, konsekwentnie, równo, klasycznie doskonale poprowadzona rola Gwinony Pauliny Holtz zawłaszcza narrację. Dominuje, pochłania, przykuwa widza uwagę, pozyskuje dla siebie, przekonuje. Ideał pociągającego, uwodzącego zła.  Barbara Wysocka robi wszystko, by być dla niej opozycją, kontrastem. Godnym, równym, trudnym przeciwnikiem. I góruje, zwycięża  racjonalna, skuteczna metoda, podstępne działanie Lilli, choć ona sama zostaje zamordowana. I z nią szansa na odzyskanie przez Wenedów harfy. Wojna tak naprawdę się nie skończyła. Roza Weneda Karoliny Adamczyk to polska Kasandra, której nikt nie słucha, nie rozumie a która robi swoje. Ona też po przekroczeniu granicy bólu brutalnie, okrutnie zabija w akcie niepohamowanej zemsty. Wszystkie trzy aktorki grają nieprawdopodobnie szeroko, różnorodnie, odrębnie. Każda inaczej doskonale. Od ekstremalnej czułości, łagodności, poprzez przebiegłe, konsekwentne, trzeźwe działanie po skrajną ekspresję przemocy lub rezygnacji.  Bardzo złożone, trudne role. Majstersztyk aktorski. Angażujący widza. Wciągający go w swoją aurę. Emocjonalnie podstępny, intelektualnie  testujący.

Panowie są też interesujący. Z konieczności scenicznej nieco w cieniu kobiet. Debiutujący w Warszawie Bartosz Porczyk gra lekko, przebiegle uwodzicielsko. Uroczy szmalcownik. Skuteczny lawirant. Sprytny kłamca. Ma szczęście! Nie ma szans na szarżę DZIADOM podobną. Ale robi swoje rzetelnie, wiarygodnie, z wdziękiem.  Edward Linde Lubaszenko to klasa sama w sobie. Siła powściągliwości, pracy i talentu buduje dramat dojrzałego przywódcy, starca, ojca, który w okolicznościach klęski z trudem zachowuje godność, traci nadzieję.

Nie ogląda się tego spektaklu lekko, łatwo i przyjemnie. Ale warto. Warto też, jeśli to uzasadnione, się z nim nie zgodzić. Dziś nie musimy identycznie wszystko interpretować, rozumieć i czuć. Na szczęście. Niech żyje wolność wypowiedzi i różnica zdań. Może z tego powodu wojny nie będzie/?/. Powodzenia.:)


LILLA WENEDA Juliusz Słowacki
reżyseria - Michał Zadara
dramaturgia - Anna Czerniawska
scenografia - Robert Rumas
kostiumy - Arek Ślesiński
światło - Artur Sienicki
asystentka reżysera - Anna Czerniawska
inspicjent - Marek Gorzkowski
koordynacja projektu - Marta Kuźmiak

obsada: Karolina Adamczyk, Paulina Holtz, Barbara Wysocka, Arkadiusz Brykalski, Grzegorz Falkowski, Michał Kruk, Edward Linde-Lubaszenko, Bartosz Porczyk, Michał Tokaj



poniedziałek, 17 sierpnia 2015

ROSYJSKI KONTRAKT SCENA PRZODOWNIK


Kto nie chciałby poznać, poczuć, doświadczyć Rosji wczoraj, które kształtowało ją na dziś? ROSYJSKI KONTRAKT, sztuka będąca adaptacją opowiadania EPIFAŃSKIE ŚLUZY Andrieja Płatonowa umożliwia to w teatrze. Relacja miarodajna, bo przeprowadzona okiem wiarygodnego świadka. Nadal aktualna, bo rozpoznajemy w niej Rosję współczesną. Ciekawa, bo jest to doświadczanie na własnej skórze rzeczywistości wschodu przez mentalność zachodu gdyż to Brytyjczyk zgadza się na pracę w Rosji z Rosjanami.

Bohater podpisuje i stara się zrealizować kontrakt. Znakomity, wymarzony, wyśniony. Dla niego to wyzwanie. Wielka szansa umożliwiająca realizację marzeń. Wykonanie i wdrożenie wspaniałego projektu za niewyobrażalnie duże pieniądze. Sprawdzenie się. Przeżycie przygody. Odkrywanie świata. Poznanie ludzi i kraju -ROSJAN i ROSJI- zjawiska mentalnie sobie nieznanego. Nieodgadnionego. Co budzi w nim i podsyca żyłkę odkrywcy, zdobywcy, podróżnika. Mającego wpływ na losy obcego mu kraju, ba, nawet świata. Bo jego praca ma wpłynąć na zmianę życia mieszkańców. Połączy kontynenty. Ucywilizuje i rozwinie dzikie, niedostępne, odległe od przemysłu tereny. Otworzy nowe możliwości. Włączy Rosję w krwiobieg świata. Cywilizowanego świata.

Kto mógłby się temu oprzeć? Kto by chciał zrezygnować z tak intratnego kontraktu? Zwłaszcza gdy jest się młodym, ambitnym mężczyzną. Świetnie wykształconym, pewnym siebie inżynierem. Pełnym pomysłów, projektów, planów człowiekiem. Mającym o sobie wysokie mniemanie. Nie znającym lęku. Potrafiącym zaryzykować.

Nic dziwnego, że bohater podejmuje wyzwanie i zostawia wszystko za sobą. Porzuca ojczyznę, swoje dotychczasowe życie, rodzinę, młodą, kochającą i kochaną narzeczoną, cały swój cywilizowany oswojony wspaniały świat. To takie męskie. To takie niezwykłe. Fascynujące. Stymulujące. Jedyna w swoim rodzaju obietnica przeżycia wyjątkowego, doświadczania niezwykłego. To naturalne, że się zgadza. I cieszy.

Gdyby tylko wiedział, że to będzie igranie jednostki z kolosem. Samotna walka ze złożonym żywiołem natury, ludzi, systemu, specyfiką kraju. Współpraca z gigantem na glinianych nogach. Mimo wiary w siebie, jak się okaże, gdy będzie już na wszystko za późno, zabraknie przygotowania do skutecznej pracy. Inżynier dał się złapać w zasadzkę własnej mentalności. Oceniał, pracował, myślał jak człowiek zachodu, nie poznawszy dogłębnie wcześniej specyfiki pracy, myślenia człowieka wschodu. Tradycji, historii, mentalności, specyfiki Rosji. Zauroczony możliwościami, zaślepiony pięknem, rozległością kraju napotkał trudności, jakich w ogóle nie przewidział.

Podobnie jest i dziś. Choć oczywiście inaczej. Zachód nie docenia Rosji, jej ambicji, aspiracji, mentalności, szaleństwa, dumy. Nie rozumie jej historii. Nakręca się własnym wyobrażeniem, wybiórczą wiedzą, ograniczonym doświadczeniem własnym. Ocenia według swoich kryteriów , systemu wartości. Dostrzega same plusy. Podkreśla egzotykę, odrębność, wyjątkowość, potencjał Rosji pomijając ciemną stronę życia, bagatelizując niebezpieczeństwa, przemilczając błędy i wypaczenia. Zafascynowany jej tajemniczością, kulturą, historią, polityką, ideami, możliwościami, przestrzenią, różnorodnością brnie zawsze w ślepy zaułek zauroczenia, emocji,  które pozbawiają racjonalne myślenie obywatela zachodu rozsądku, ostrożności, dystansu. Paradoksalnie!! A gdy się zaangażuje, zawsze jest na ratunek za późno. Bohatera też zgubiła natura ćmy podążająca ślepo, ufnie, z nadzieją ku światłu. Tak i nas to dotyczy, mimo kumulacji historycznych faktów, doświadczeń, ostrzeżeń /last minute przykład: Francuzi swój wyśniony, boski, cud marzenie rosyjski kontrakt na produkcję i dostawę Mistrali stracili, ale, ale wycofali się i gigantyczne pieniądze wpłacone przez Rosję zwrócili/.

Spektakl jest kameralny, skromny ale ujmujący, z pomysłem. Równo, powściągliwie zagrany. Zręcznie wykorzystujący kostium i scenograficzny skrót, wideo i ruch sceniczny, by pokazać łączność pomiędzy dawniej i dziś, jakby czas nie miał znaczenia, unieważniając odległość pomiędzy Brytanią a Rosją, jakby dystans nigdy nie istniał, bo był niezauważalnie ignorowany. Oparty na faktach tekst opowiada historię prawdziwą, właściwie szerzej nieznaną. To jej atut. Nie epatuje, nie dramatyzuje. Właściwie się snuje. Konsekwentnie ilustruje, opowiada, relacjonuje. Przeplata osobiste z wielką polityką. Pięknie przedstawia wątek narzeczonych. Pozwala poczuć to napięcie, które zawsze jest obecne pomiędzy Rosją a resztą świata. Przybliża do zrozumienia dzisiejszych konfliktów, różnic cywilizacyjnych, psychologicznych, mentalnych. Obie strony mają sobie wiele do zaoferowania ale nie ma nadal porozumienia. Budowanie kończy się klęską. Jak w sztuce. Rosja nie liczy się z życiem jednostki, bez względu na to, kim jest, skąd pochodzi. Realizuje swoją politykę. Wprowadza swój plan. Osiąga własne cele. Bez względu na koszty. I uchodzi jej to bezkarnie. Naród Rosję kocha, uwielbia bezkrytycznie przywódcę/w sztuce Piotra Wielkiego/, zadowala się tym, co ma. I boi się. I cierpi. Cierpi i wynosi swoich ciemiężycieli. Uważa, że tak musi być.

Nadal Rosji nie rozumiemy. Tej mieszanki miłości i nienawiści. Szaleństwa i konsekwencji. Jej sprzeczności nas fascynują i przerażają. Jej możliwości nas przyciągają. To jakieś wydumane, butne poczucie wyższości, postawa konkwistadora, nie pozwala nam traktować jej poważnie, ostrożnie, dyplomatycznie. Jest błyskotką, zabawką, wielką obietnicą, która upokorzona, pomijana, niedoceniana, podnosi łeb hydry i robi swoje. Bezwzględnie, metodycznie, skutecznie. Mimo wewnętrznego bałaganu, zakłamania, zastraszania. A może właśnie dlatego. Ale przekonajcie się sami. Na początek w teatrze. Poprzez sztukę. Delikatną, subtelną, lekką. Powodzenia:)


ROSYJSKI KONTRAKT ANDRIEJ PŁATONOW
Reżyseria: Krzysztof Rekowski
Przekład: Seweryn Pollak
Scenografia i kostiumy: Jan Kozikowski
Muzyka: Marcin Mirowski
Projekcje i video: Emilia Sadowska
Kierownik Produkcji/Inspicjent: Natalia Mołodowiec

OBSADA:

Bertrand Perry: Oskar Hamerski (aktor Teatru Narodowego)
Mary Carborund: Agnieszka Roszkowska/Kinga Suchan
Piotr Aleksjejewicz Car Wszechrosji/ głos kata: Marcin Sztabiński
Karl Bergen: Krzysztof Ogłoza
Peter Forch: Krzysztof Brzazgoń
Ksenia Tarasowna Radionowa: Magdalena Smalara
Wojewoda Epifański: Tomasz Budyta