czwartek, 29 stycznia 2015

FREDRASZKI FREDRO ENGLERT TEATR NARODOWY


FREDRASZKI jak rozbudowane, roztańczone fraszki, igraszki pięknie się prezentują w Teatrze Narodowym. Przeplatają się narracje wielu sztuk Fredry*, łącząc w jeden rozwibrowany przekaz o naturze ludzkiej. Aktualny, świeży. Bezpruderyjny. Przy czym jak skomponowany!!! Jak zagrany!!! Jak dopracowany precyzyjnym ruchem scenicznym!! Finezyjny, żywy, współczesny. W nowej stylizacji.

Romantyzm na wesoło, krotochwilnie, zmysłowo? Zabawnie, dowcipnie? Daje wytchnienie. Przynosi ulgę. Odpręża i wzmacnia. Powiecie graciarnia, zsyp, zestaw słów i archetypów ludzkich, spraw codziennych, zwyczajnych, błahych miłostek i zdrad, odartych z idei, walki, spraw najwyższej, politycznej, społecznej, narodowej wagi. Ale nie powagi i zamyślenia, refleksji. Ale blisko normalnego, zwyczajnego człowieka. Jego słabości, przywar, kombinacji w sytuacjach, które sam sobie tworzy własnym ograniczeniem, charakterem, nawykami, wyobrażeniem siebie, ludzi i świata. Swoją naturą. Taki, jaki jest. I ten język wspaniały, bogaty, z życia wzięty.Tak doskonały, z taką swobodą, wprawą wypowiedziany! O, my na pewno nie gęsi, tudzież inne ptactwo, swoją tożsamość nim budujemy, utrwalamy i pielęgnujemy. Z poczuciem humoru, dowcipnie lecz z dystansem, z przymrużeniem oka. W komediowym stylu ilustrującym 
naszą kondycję ludzką w całej jej złożoności, w zgrabnie zaaranżowanej sytuacji. W dynamicznym błysku charakterystycznego, profesjonalnego wykonania. Wyrazistym a frywolnym. Odważnym. A jakże!

Grzegorz Małecki w  konwencji 
zaproponowanej widzom w telewizyjnej produkcji PAMIĘTNIK PANI HANKI. Nonszalancko swobodny, imponująco perfekcyjny- ruch, gest,mimika, głos- dopracowane i kontrolowane na najwyższym poziomie koncentracji. Precyzji.To popis maniery. Artystyczna szarża. Katarzyna Gniewkowska to zmysłowa, namiętna, inteligentna heroina. Dojrzałe nienasycenie. Głos pociągający, zmysłowy, syreni. Beata Ścibakówna , niewierna, zaniedbywana żona, nieostrożna, egzaltowana kochanka. Miks naiwności z niefrasobliwością. Piotr Grabowski, zazdrosny mąż, bezrefleksyjny kochanek. Paulina Korthals z Mateuszem Rusinem to gra miłości rozważnej i romantycznej a gwałtownej, a impulsywnej. Milena Suszyńska to Brigitte Bardot, cudowny, nie taki znów mroczny przedmiot pożądania. Krzysztof Wakuliński Papkin. I nie tylko w jednej roli. Jak każdy z aktorów. Jan Englert raz jest narratorem, raz autorem. I chwyta za serce jego Fredro. Gorzki, mocny, prawdziwy. Przejmujący. W pięknej scenie podsumowania i pożegnania. W zadumaniu, powadze, melancholii. Refleksyjny, celny w osądzie, realnie odczytujący swoją i Polaków sytuację.

Cieszy oko mądre przedstawienie sięgające do skarbów, do źródła naszej narodowej kultury. Rozwijające kanon doskonałej artystycznej rozrywki. Prezentujące teatr świeży, prawdziwy, tętniący życiem. Zabawia świetna gra sceniczna malująca precyzyjnie a lekko ciepłe, sympatyczne postacie z krwi i kości.Satysfakcjonuje inteligentnie spójny, złożony tekst. W pierwszej części narzucający dynamiczne, farsowe tempo, by w drugiej zwolnić, skupiać się na krytycznych fragmentach recenzji, które spowodowały, iż Fredro załamał się i na 10 lat wyłączył się z pracy twórczej. Mimo zmiany nastroju, ta część spektaklu
, choć  monotonna, spokojna, wyciszona, podkreśla komplementarnie wagę artystycznego przekazu. Bo jest istotny w warstwie informacyjnej, poznawczej. Emocjonalnej. Ludzkiej. Finał puentuje piosenka "Tylko miłość, stałość, cnoty/ może wrócić nam wiek złoty". Optymistycznie. Budująco. Krzepiąco.

Na szczęście mamy twórczość Aleksandra Fredro. Mamy Teatr Narodowy z doskonałym, zbiorowym aktorstwem, dojrzałą reżyserią, z
 przekazem, który nie brzmi ciężko, obco, archaicznie. To spójny postdramatyczny Fredro. A może performance. Jak zwał tak zwał FREDRASZKI. 



* "Zemsta", "Śluby panieńskie" , "Mąż i żona", "Dożywocie" , "Wielki człowiek do małych interesów"

W Instytucie Teatralnym trwają comiesięczne performatywne czytania sztuk Aleksandra Fredro. Bardzo ciekawe interpretacje młodych reżyserów, najbliższa Pawła Passiniego. Na pewno warto zobaczyć. Wstęp wolny. Więcej informacji na stronie: http://www.instytut-teatralny.pl/projekty/fredro-nikt-mnie-nie-zna/

 
FREDRASZKI

scenariusz: Jan Englert, Tomasz Kubikowski
reżyseria: Jan Englert
scenografia: Barbara Hanicka
muzyka: Maciej Małeckireżyseria światła: Marek Kozakiewicz

obsada:Katarzyna Gniewkowska, Paulina Korthals, Milena Suszyńska, Beata Ścibakówna, Jan Englert, Piotr Grabowski, Grzegorz Małecki, Mateusz Rusin, Krzysztof Wakuliński


zdjęcie: https://www.facebook.com/katarzynagniewkowska.official/photos/a.241312989339096.60683.135046516632411/1103778259759227/?type=3&theater http://www.narodowy.pl/aktualnosci,102,fredro_z_czystego_strumienia_rozmowa_z_janem_englertem.html

poniedziałek, 26 stycznia 2015

KRÓL EDYP DRAMATYCZNY

Mój Boże, tak wielki wysiłek na próżno! Pal sześć czas widzów i pieniądze, choć można by brutalnie powiedzieć, że mogły być z większym pożytkiem wydane. Gdzie indziej. A nawet w tym samym teatrze. Chyba, że widz chce zapłacić za degustację gorzkiej porażki. Teatru i swojego wyboru. Zafunduje sobie ogląd upadku. Rozłoży go na części pierwsze. I krok po kroku zechce przyjrzeć się mu z bliska. Taka analiza kumulującej się do absurdu artystycznej klęski  może być pouczająca. Bez epatowania poczuciem wyższości, że widz wie lepiej. Bez nagannej satysfakcji, że to by mu się na pewno nie przydarzyło. Bez niezdrowej egzaltacji, że pognębia samo upokarzającego się artystę. Jeśli już decyduje się pójść, to wybierze w tym wypadku wiwisekcję katastrofy, całkowite zaskoczenie. I niech nie dziwi się zanadto.  I nie żałuje zanadto. Tego czasu, pieniędzy, nerwów. Kontakt ze sztuką, to zawsze doświadczenie wysokiego ryzyka.

Problem w tym jednak, że ktoś to przedstawienie zdecydował się przygotować. Ktoś je wyreżyserował, ktoś zagrał. Ktoś pozwolił na puszczenie go w obieg. I nie przejął się krytyką. A odpowiedzialność z siebie przerzuca na widza. Gdy winnych jest długa lista. Dlaczego widz ma za nich płacić? Jeśli oczekuje nieskomplikowanej zagadki kryminalnej, zrozumie działanie nielogicznego wymiaru sprawiedliwości, jest w stanie pojąć, co robi na scenie pielgrzymka z księdzem na czele, odpowiada mu pokracznie karykaturalny, publicystyczny ogląd walki o władzę żywcem przeniesiony ze współczesnych mediów, akceptuje poprawnościowy proces unieważniania metafizyki i zgadza się, by oglądać parodię tragedii, to jest na właściwym spektaklu. Zagranym źle i bardzo źle, co sprawia, że widz czuje się jakby był na niezobowiązującej jeszcze do niczego próbie a nie dopracowanym, skończonym przedstawieniu. Poprawność Ferencego i Kowalskiego tłumaczy sobie klasą tych aktorów, a Łukaszewicza rozpozna dopiero w trakcie oklasków. To spotkanie widza z Edypem jest zaskakujące od początku do końca.

Sofokles  skonstruował tak skomplikowany, wielopoziomowy dramat, że uprościć go do jednowymiarowej, bezrefleksyjnej, prymitywnej narracji jest wielką sztuką. Edyp na naszych oczach rodzi się na nowo jakby wynurzył się z morza przelanej przez siebie krwi /goły i czerwony/. Dramatycznie dosłowna ilustracja walki o władzę, spowodowana  buntem, niewiarą i drwiną z fatum, pomieszania porządków:mitycznego z chrześcijańskim, antycznego ze współczesnym, w otoczeniu makabrycznych dekoracji, nagłośnienia, oślepiającego widownię światła, co ma sugerować, że to ona jest winna, jakby przesłuchiwana, jakby odpowiedzialna i podejrzana, wprowadza zamęt. Edyp i jego matka sami dobrowolnie sobie brutalnie wymierzają sprawiedliwość, nie biorąc pod uwagę okoliczności łagodzących, co w zderzeniu z dzisiejszą logiką postępowania polityków i celebrytów, jest w sprzeczności z naszą wiedzą i doświadczeniem. Jeśli bowiem reżyser chce, byśmy uwierzyli, że historia Edypa wydarza się współcześnie, co sugerują kostiumy, zachowanie bohaterów, bodyguardy, itd, to ma się to nijak do postępowania, charakterystyk bohaterów i treści dramatu. A motywacja i znaczenie doświadczenia Edypowego pozostaje niezrozumiałą kpiną z tajemnicy tragedii Sofoklesa.

Jeśli kolekcjonujemy wpadki teatralne, chcemy wiedzieć, jak nie należy pod żadnym pozorem wystawiać tragedii antycznej, jakie są pułapki płycizn interpretacyjnych,  jak brzmi pokraczna deklamacja trudnego tekstu, bo aktor ma warunki ale nie jest gotów do uniesienia roli albo za każdą cenę chcemy wysłuchać dramatu, bo nie lubimy sami czytać, to poznamy materializujący się na naszych oczach zaskakująco nowy wymiar rozumienia interpretacji Jana Kotta, będącej w tym wypadku adekwatną krytyką spektaklu, w której

„ ... Edyp jest sztuką o zasadzkach świata, które wykraczają ponad zwyczajne doświadczenie
i tak dalece się w nim nie mieszczą, że wydają się bezrozumne i bezsensowne. „Edyp"
jest sztuką o okrucieństwie przypadku, przed którym nie mogą zabezpieczyć ani najlepsze
dary natury i umysłu,ani najostrzejsze przewidywania..." /Przegląd Kulturalny 15.VI.1961r./.

I będziemy na dobrze wybranym przedstawieniu. Teatr czeka. Powodzenia.


KRÓL EDYP

autor:Sofokles
przekład: Antoni Libera
reżyseria: Jakub Krofta
scenografia i kostiumy: Marek Zakostelecky
muzyka: Patryk Zakrocki, Paweł Szamburski
przygotowanie wokalne chóru i dyrygent chóru: Bela Krynicka
choreograf: Maćko Prusak
reżyser światła: Olaf Tryzna
kierownik produkcji: Mateusz Karoń
konsultacja bokserska: Michał Zbrojewicz
asystent kostiumografa: Joanna Gawrońska
sufler: Jaga Dal
inspicjent: Tomasz Karolak
obsada: Sławomir Grzymkowski, Halina Skoczyńska, Adam Ferency, Olgierd Łukaszewicz, Waldemar Barwiński, Janusz R. Nowicki, Władysław Kowalski, Magdalena Smalara, Mariusz Drężek, Krzysztof Brzazgoń, Anna Próchniak, Julia Trembecka,  Marcin Wojciechowski, Tomasz Włosok
chór: Sebastian Boguszewski, Tomasz Budyta, Maria Dejmek, Zuzanna Grabowska, Mirosława Krajewska, Marta Król, Maciej Makowski, Jolanta Olszewska, Kamil Siegmund, Maciej Szary, Anna Szymańczyk, Bartosz Waga, Olga Wądołowska, Bartosz Wesołowski
premiera 4 lipca 2014 

fotografie: Sun Yuan and Peng Yu 


piątek, 23 stycznia 2015

FUCK YOU AND YOUR BLOG!



Szczęśliwie wpadł mi w oczy nowy blog teatralny wolę teatr!/http://woleteatr.blox.pl/. I ucieszyłam się, że powstał. Bo uświadomił mi po raz kolejny, że wolność w blogosferze istnieje. Każdy może pisać. Bez względu na stan oglądu sztuk teatralnych, merytorycznego przygotowania, kierunkowego wykształcenia, omnipotencji, wybujałego ego, grafomańskich zapędów, ukrytych celów, nieprawdopodobnych motywacji, ideologicznych walk, wyrównywania osobistych rachunków krzywd i upokorzeń, środowiskowych wojen, nadmiaru rozsądku, chęci zysku.  Osobistych interesów. Za pieniądze lub nie. Pisania dla siebie czy innych. Raz na jakiś czas czy codziennie.  Nieważne, czy to hobby, pasja czy misja. A może tylko chęć sprawdzenia siebie. Czy autopromocja. Wypełniony czas pomiędzy jedna pracą a drugą. Albo nietyczne mieszanie porządków rzeczy/pracuję w teatrze i piszę o teatrze/. Cokolwiek dołożycie, nie popełnicie błędu. Lista na pewno będzie się wydłużać. Oby nie miała końca!

Bo cała ta różnorodność jest wartością samą w sobie. Jest bogactwem. Możliwością. I nie ma znaczenia czy się to komuś podoba czy nie. Czy oponent wydziera sobie włosy z głowy z powodu braku profesjonalizmu, niskiego poziomu tekstów, wiedzy blogera, pisania  bez związku z kanonem recenzji. Czy gryzie palce z rozpaczy, że rośnie nowa konkurencja. A towarzystwo kosmetyków, porad, kuchni, reklamy wszystkiego na blogu odciąga uwagę od teatru. A może właśnie przyciągnie? Gdy najważniejsza jest sztuka. Teatr. Przywiązanie do niego. Szukanie kontaktu czy prowadzenie dialogu, dobijanie się do sensu, wartości, znaczenia. Wspólne błądzenie. Zresztą, co człowiek, to inna kombinacja motywacji lub zestawu tego, czego szuka. Informacji, wrażeń, potwierdzenia swoich racji. Dzięki różnorodności osobowości piszących jest to możliwe. Swój znajdzie swego.

I nowy blog ma szansę znaleźć nowych teatromanów. Bo blogerka ma pasję, chęci, plany. I zainteresuje tych, którzy są w tym samym punkcie swoich poszukiwań, potrzeb, zainteresowań teatralnych. Gratuluję odwagi, życzę powodzenia i szczęścia. Wytrwałości. Czasu na teatr, myślenie, składanie tekstów i pieniędzy na bilety. Każda pozyskana osoba dla teatru, dla sztuki warta jest wszelkich wysiłków. Potknięć. A nawet upokorzeń.

Bo jest to też strefa walki. I trzeba mieć skórę nosorożca, dziką pewność swego lub niewinność neofity. By przetrwać. Fusy, prztyczki, lekceważenie. I tą nieznośną pozorną wyższość siły profesjonalizmu nad uzurpatorską słabością zuchwalstwa. Powodzenia więc. Powodzenia.

Dziś prawdziwych krytyków już nie ma. To oczywiście prowokacyjne stwierdzenie. Super specjaliści piszą dla siebie samych, dla swych profesorów, innych super specjalistów. Język hermetyczny, naszpikowany słownictwem naukowym jak pieczeń słoniną. W prasie taniej, dotowanej, nieczytanej. Trzeba naprawdę być wytrwałym i ciekawym tego, co branżowy high management krytyczny ma do powiedzenia. Recenzenci etatowi muszą się streszczać do lapidarnych wypowiedzi w prasie kolorowej, tygodniowej. Kto ma szczęście lub czas może załapać się na wypowiedzi w radiu. Lub później odsłuchać audycję w wolnym czasie. Czekam aż pojawią się w końcu jednosłowne recenzje; tak, nie, koniecznie, obowiązkowo, hit, kit, klasyka, błoto, szambo, golizna, czerwono, piana, zwała, popdziadostwo, itd. Wszystko zmierza w tym kierunku. Zresztą niektórym bym uwierzyła, choć i tak chciałabym się przekonać osobiście. Sieradzki jeździ po Polsce, rzadko pisze. Baniewicz też. Majcherek rozsądnie tłumi swój talent recenzencki. Ze stratą dla nas, widzów. Starszy brat już tylko błyskotliwie, dostojnie odcina kupony z bazy pamięci. Wygodne to, trudne do sprawdzenia. Ale ciekawe. Zembrzuski, im bardziej jest petowany, tym bardziej czytany, czytany. Drewniak kołonotatnikuje, lawiruje,  Miernik odmierza i bulwersuje, chamstwem zaprawia, jak ma tylko okazję, Mike Urbaniak reklamuje. Maciejewski, Pietrasik i inne nabytki multi-kulti mieszają kijem w Wiśle. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Można by tak długo. Pewnie niesprawiedliwie, zdawkowo, powierzchownie, prowokacyjnie. Ale pomyślcie sami. Zważcie sami. Czytajcie. Słuchajcie. Bo trudno rozplątać te węzły gordyjskich zależności, podległości, układów, interesów, celów dalekosiężnych uwikłanych w bieżącą taktykę. Coraz trudniej rozbrajać bekę z kultury.

A gdy widz chce się rozwijać, trzeba mu samotnie chodzić własnymi ścieżkami. Oglądać, przetrawiać, myśleć. I czytać wszystkich i myśleć, myśleć, zestawiać i wyciągać wnioski. I wracać do siebie. Do swojego osobistego oglądu  i czucia teatru, sztuki. Kierować się instynktem, czym chce, umie, potrafi. Ale własnym. Własnym. I wracać do teatru, do sztuki. Do źródła.

I zanurza się widz, coraz częściej w  potężnie rozwijającym się nurcie informacji pochodzącym od samych artystów. Coraz ciekawszym, bogatszym źródle wiedzy. Zwłaszcza w konfrontacji z tym, co się potem ogląda w teatrze. Wywiady, książki, skandale, informacje własne, cokolwiek się pojawia w jakiej formie i czasie. To znacznie poszerza pole widzenia i rozumienia. Im więcej informacji, czasem sprzecznych/reżyser kontra dramaturg kontra aktor/, tym jest ciekawiej a nawet zabawniej.

Wybaczajmy ale pamiętajmy. Wtedy łatwiej oddzielić ziarno od plew. Prawdę od reklamy. Promocję od emocji. Krytykę od manipulacji. Pawi ogon od mokrych, błotnych szmat przecierających nam oczy.

Gdyby tak jeszcze urzędnicy kulturalnie i systematycznie chodzili do teatru. Decydenci. Politycy. Sponsorzy. Gdyby włączali się czynnie w walkę o teatr, o sztukę. Wyzwalali z ograniczeń prawnych niemożności. Otwierali furtki, bramy, wybijali dziury w murze niechęci i inercji biurokracji. Gdyby tak pomyśleć chcieli, jak krytyce polskiej przywrócić moc autorytetu,..., finansową niezależność. Odpuściłabym i sobie powiedziała  za obecnie krzyczącymi: FUCK YOU AND YOUR BLOG!










środa, 21 stycznia 2015

IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA TEATR TELEWIZJI


Caroline Saulnier - by Rankin

IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA Witolda Gombrowicza w telewizyjnej reżyserii Zygmunta Hübnera z 1987 zrealizowana w  konwencji przerysowania i groteski, nadekspresji gry aktorskiej to już skamielina. Choć to klasyka. Punkt odniesienia. Kanon. Wybitna uczta teatralna, która mi jednak karaskiem w gardle stanęła. Niestety. Dławię się i krztuszę. I chętnie zamilkłabym, jak Danuta Stenka w KONCERCIE ŻYCZEŃ, bom w szoku pchającym mnie do depresji niechybnej. Ale resztką sił wyrzucę z siebie, że mnie zmęczyła. Irytowała. Odrzuciła. 

Nie na tyle jednak skutecznie, by z trudem, a jednak,  tego błyskotliwego, inteligentnego, dowcipnego tekstu, nie wysłuchać. Wybrzmiał wyraźnie, słyszalnie, dobitnie. Dziwacznie. Konsekwentnie charakterystycznie. Ale wykrzyczany, wykrzywiony, skręcony w całokształcie wynaturzył się. Wyobcował w recepcji. Wpadł w karykaturę samego siebie. Kojarzył się z historią kabaretową w złym guście. Wystarczyłoby jednak powiedzieć, że spektakl nie podobał mi się. Nie bawił, już nie zachwycił. Jego czas w takiej odsłonie przeminął. Jeśli się na to zjawisko spojrzy świeżym okiem, podkreślmy moim, dziś nadto czułym i drażliwie przewrażliwionym. Może niesprawiedliwym, może nieprofesjonalnym, może nieakademickim, bo pozbawionym historycznej, merytorycznej perspektywy. Ale zatrzymała mnie forma przyjętej koncepcji reżyserskiej na powierzchni wrażeń i brakuje mi argumentów na przebijanie tej skorupy i sięganie do głębi.

Podbija ten efekt gra aktorska, ruch sceniczny, tiki, miny, charakteryzacja jak z burleski. Dużo, bardzo dużo wysiłku, talentu, pracy jak na efekt krotochwili. Niepoważnego żartu o naturze ludzkiej. Miało być lekko, przystępnie, prosto. Zachęcająco, pod strzechy. Trafiło. Ale wyszło pokraczne, niepoważne dziwadło.

Wiem, wiem, narażam się. Podpadam. Ale nie stoczę się do kłamstwa. Śmierć, choć intruza, obcego, tylko kobiety, zobowiązuje. W końcu to morderstwo doskonałe. I tylko my, widzowie możemy o nim świadczyć. Uczestnicy dramatu będą milczeć. Z mocy swej pozycji i interesów. Literackiej fikcji.

Brawa, owacje na stojąco dla reżysera, który tak spójny, konsekwentny spektakl wyczarował. Z szacunkiem do autora, z zaufaniem do aktorów. Którzy nie zawiedli, którzy grają zespołowo koncertowo.

A Iwona pozostaje papierowym, symbolicznym, nie tylko jako osoba, ciałem obcym. Martwą naturą. Jest czarodziejskim lustrem, portretem Doriana Graya, każdego, z którym się zetknie. Kością w gardle całej teatralnej otuliny. Irytuje, kompromituje, prowokuje, ośmiesza, uwiera, przeszkadza. Jest obiektem uwalniającym prawdę z każdego kamuflażu, zakamarka, niepamięci. Musi być wyeliminowana, tak czy siak, bo sama świadomość, że istnieje żywy dowód na ludzką marność nad marnościami jest niemożliwa do zaakceptowania, do zniesienia. Dziewczyna wyczuwa to. I inteligencją instynktu, wchodząc w konwencję absurdu i groteski, będąc tak brutalnie instrumentalnie traktowana, popełnia samobójstwo karaskiem. Nie może przełknąć podłości pogardy. Dołączam do niej. Ogląd tej inscenizacji nie zaspokoił mych oczekiwań . Rozsądek przygasił, święty spokój zakłócił, słowa samobójcze na klawiaturze wymusił. Uwielbiam gombrowiczowskie iskrzące tekstowe wygibasy. Pochrząkiwania. Prychania. Pomruki. I inne niezidentyfikowane obiekty słowne. Ale czy to na ekranie czy w realu, w teatrze, bywają nie do przeżycia. Bywają. 

IWONA, KSIĘŻNICZKA BURGUNDA
Autor: Witold Gombrowicz
Reżyseria: Zygmunt Hübner
Scenografia: Jan Banucha, 
Realizacja TV: Barbara Borys-Damięcka, 
występują: Daria Trafankowska (Iwona), Zbigniew Zapasiewicz (Król Ignacy), Mirosława Dubrawska (Królowa Małgorzata), Mariusz Benoit (Szambelan), Aleksander Machalica (Książę Filip) oraz Bogdan Szczesiak, Aleksander Trąbczyński, Wiesława Mazurkiewicz, Krystyna Froelich-Przybylska, Maria Robaszkiewicz, Grażyna Marzec, Anna Mozolanka, Maciej Szary, Zygmunt Sierakowski, Andrzej Grąziewicz, Andrzej Piszczatowski, Andrzej Wykrętowicz, Ryszard Żuromski, 

PREMIERA: 24.09.1987

wtorek, 20 stycznia 2015

AALST RADOSŁAW RYCHCIK TEATR POWSZECHNY



zdjęcie użytkownika Art People Gallery:Body Bags Oil Paintings

AALST to miasto w Belgii ale jednocześnie tytuł spektaklu przygotowanego w ramach roku polsko-tureckiego, oparty na tekście, który opowiada prawdziwą historię zabójstwa dwójki małych dzieci przez ich rodziców w motelu w 1999 roku. Propozycja realizacji projektu wyszła od aktora Adihana Senturka, poznanego w Turcji przez Radosława Rychcika,  reżysera spektaklu, który pojechał tam na zaproszenie Instytutu Adama Mickiewicza. Adihan sam przetłumaczył tekst i szukał kogoś, z kim mógłby go wystawić. Obecnie w Turcji homoseksualizm, status i egzystencja ćpuna, mordercy, życie na marginesie jest gorącym tematem, medialnie nośnym, politycznie niepoprawnym i szuka swojego miejsca na scenie. Spektakl zaspokaja to zapotrzebowanie. Dla nas też jest interesujący.

Jest to sztuka dokumentalna Body Bags Oil Paintings na trzy głosy. Anonimowy głos przesłuchuje młode małżeństwo. Nie ocenia, nie szuka wprost, brutalnie odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Poznajemy okoliczności zbrodni. Przyglądamy się zabójcom. Ich pochodzeniu, dzieciństwu, okresowi dorastania i dorosłego życia. Obserwujemy zachowanie pary w czasie przesłuchania. Kiedy zbrodnia się dokonała a świadomość jeszcze za nią nie nadąża.  Jakby sam czyn był wypadkową kim są i jakich wyborów dokonali, jak bardzo zostali skrzywdzeni, jak bardzo siebie nawzajem i dzieci krzywdzili. Jakby postępowali instynktownie, odwetowo, tak, jak ich świat nauczył a oni powielają tylko automatycznie wyuczone wzorce zachowań, kompensują wchłonięty ból i cierpienie, opresję, napięcie, które się uwalnia, które puszcza dopiero w momencie niekontrolowanej agresji, furii, uderzającej impetem w tych, których się ma pod ręką; w malutkie, bezbronne dzieci, w małżonka. W tych, których na pewno, na pewno się kocha. Może to ta świadomość wydobywająca się na powierzchnię zdarzeń jest ostateczną motywacją zbrodni; kocham z natury rzeczy, ze wspólnotowości losu, ot po prostu i muszę, muszę krzywdzić, by znieść życie, jakie mi zgotowano, jakie jest mi dane, jakie mam, jakie tworzę a więc zabijam, by skończyć ten korowód powielanych, wzmacnianych własną słabością i niemocą charakteru nieszczęść.

I zanurzamy się, my, łowcy sensacji, zbrodniożercy, w ich kloakę życia, która metodycznie kształtowała i utrwalała mechanizm autodestrukcji. Nurkujemy, z trudem poruszając się w tym szambie, przecierając oczy ze zdumienia, że zło triumfuje przechodząc z pokolenia na pokolenie. Jest dziedziczone i wzmacniane przez następców. Powstrzymać to może tylko śmierć. Morderstwo własnych dzieci. A potem podwójne samobójstwo. Trzeba zabić  zbrodnię zbrodnią. Cokolwiek zdarzy się potem.

Zabijając, ale tak strasznie, tak bestialsko strasznie, mordercy kładą kres temu, nad czym nie są w stanie zapanować.   Kończą wszystko. Bo zło, które w nich rosło przez całe życie, nie wypaliło się, nie zniknęło.  Nie zostało wyparte, zagłuszone, stłumione. Żyło w nich i karmiło się przemocą wobec słabszych. Męża wobec żony. Rodziców wobec dzieci. To, co się z nimi działo, nie miało końca. To, jak postępowali  z dziećmi żyło w nich i wzmagało cierpienie. Nie chcieli, by dzieci poszły tą samą drogą co oni. Z bagażem ich i swoich własnych win i cierpień oraz tych dokładanych w przyszłości przez świat. A na to, w rodziców odczuciu i na ich poziomie rozumienia, wszystko wskazywało. Nie chcieli do tego dopuścić. Choć nigdy się do tego nie przyznali.

To było dla nich logiczne. W tym szaleństwie była metoda. Ale jakby w sferze podświadomości.  Po zbrodni nie są załamani, pogrążeni w depresji. Nikt nie wierzy im gdy mówią, że gdyby mogli cofnąć czas, to byłoby cudownie. Ale jest w tej deklaracji jakaś niespełniona nadzieja. Marzenie, że jeśli życie nie byłyby tak okrutne,  mogło by być rzeczywiście cudownie. I ta tęsknota jest zrozumiała. Tym bardziej bolesna, że nie do spełnienia.

Krzywdzeni krzywdzą. Zabijana przez całe życie dobroć, empatia, miłość w końcu zabija. By powstrzymać siebie. By nie pozwolić zaszczepionemu złu w sobie przez świat, własną słabość i przyzwolenie na nią, przekazywanego w spuściźnie dzieciom,  na triumfalny marsz w przyszłość. Póki ma się siłę i siebie nawzajem do czynu, który wydaje się być niemożliwy nawet do pomyślenia. Do zaakceptowania przez zdrowe zmysły. Przy zdrowych instynktach rodzicielskich. W obrębie prawa i wartości ludzkich. W tym bestialstwie jest konsekwencja. Choć my, obserwatorzy, chętnie wskazalibyśmy na niepoczytalność sprawców, której jednak w tym wypadku nie stwierdzono.

Pierwszy raz sztuka wystawiona była w Szkocji. W tym samym roku 2007 w Australii. Forma dramatyczna przypomina sztuki brytyjskie z początku roku 2000, brutalistów, in-yer face drama, rodzaj dramaturgii, która u nas była popularna 10-15 lat temu. Jest bardzo statyczna. Irytująco schematyczna. Może drażnić tak naturalistyczne, bezpośrednio 1:1 przeniesienie stenogramu przesłuchań do teatru. Kiedy nie ma ingerencji dramaturga, reżysera. Nie ma dystansu, nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie ma sublimacji intelektualnej, skrótu dramatycznego.  Rzuca nam się krwawym mięsem życia w wyobraźnię, wrażliwość, instynkt samozachowawczy.  Sprawdza ścieżkę naszego ludzkiego myślenia domagającego się ostatecznego rozwiązania zagadki, odkrycia tajemnicy, odpowiedzi na fundamentalne pytania: dlaczego, jak to możliwe, jak mogło do tego mordu dojść, dlaczego nikt wcześniej nie zareagował na przemoc w rodzinie, itd. Jak zawsze pytania stawiane ex post.

Odpowiedzi nadal brak. Ale te pytania pozostają aktualne.  Odnajdziemy je w każdym miejscu na świecie, w każdym kręgu kulturowym. Dlatego są ważne. Zasługują na uwagę, zastanowienie. Mamy się rozejrzeć wokół siebie. Zapytać o własną postawę wobec zła. Zła rządzącego nami i światem. Bo tak łatwo przychodzi nam się oburzać na przemoc, ekscytować zbrodnią. Zwłaszcza gdy dotyczy dzieci. Ale w gruncie rzeczy nic nie robimy. Nic  z tego nie rozumiemy. A naznaczanie winą naturę ludzką jest najłatwiejsze, najprostsze. Ten wytrych do  zrozumienia zbrodni, usprawiedliwienia naszej bezradności, bezsilności -objawu obojętności- zawsze mamy pod ręką.

Trop reżysera, który sam sugeruje, nawiązując do URODZONYCH MORDERCÓW  Olivera Stone`a, w tym wypadku wiedzie lekko na manowce. Choć przybliża zrozumienie głębokiej więzi rodziców. Ich wzajemne wsparcie i konsekwencję w dokonaniu tej strasznej, nie do zrozumienia a przede wszystkim nie do zaakceptowania zbrodni. Spektakl nie gubi tego przekonania morderców, że postąpili w ich mniemaniu słusznie. A reszta świata nie chce przyjąć ich motywacji do wiadomości. Odrzuca ją. Nie rozumie. Bo musiałaby przyjąć część winy na siebie. Mentalny odjazd, brak asymilacji społecznej, silny imperatyw wewnętrzny nakręcający postępowanie bohaterów, ich głębokie, nie do nadwątlenia przekonanie o słuszności decyzji  o morderstwie dzieci jest problematyczne dla świata.

A wyrodny ojciec i mąż, a przeklęta matka i żona wydają się być szczęśliwi, zadowoleni, spokojni. Jakby żyli w innym świecie. Jakby od zawsze żyli w innym świecie. Jakby tylko oni sami siebie dobrze rozumieli i czuli. Bo trafił swój na swego. I uderzenie w świat wartości się skumulowało, wzmocniło. Sami sobie poradzili, skazani na siebie tylko. Nic się poza tym nie liczy. Ani skutki ich czynów, ani nieszczęśliwy ciąg dalszy. Jakby wykonali kawał dobrej roboty. Koniecznej. Logicznej. Niezbędnej.

Sztuka wydaje się nudna, niezrozumiała, choć sensacyjna. Żywcem przeniesiona z prasy brukowej lub sali sądowej. Grająca na naszej podłej skłonności do biernego, śliniącego się podglądactwa. Muzyka wykonywana na żywo, kostiumy nowożeńców, w które ubrani są aktorzy, opary mgły, szampan i tort weselny, to te elementy inscenizacji, które przełamują teatralnie materiał narracyjny przesłuchania. Ale w swej warstwie istotności motywacyjnej wszystko, co najważniejsze odbywa się w naszych głowach. W naszej wrażliwości. W wyobraźni. I długo pozostaje w pamięci niczym robak przegryzający się ku światłu, do wyjścia.

Czy naprawdę wszystko jest na sprzedaż? Na początku rósł we mnie bunt wobec epatowania kolejną, tym razem teatralną, choć prawdziwą historią dzieciobójstwa.  Tak chętnie celebrowaną zawsze we wszystkich mediach. Również polskich. Z czasem zniknęła niechęć i oburzenie. Zostało poszukiwanie prawdy. A ta naprawdę trudna jest do zaakceptowania. Zrozumienia. Ogarnięcia. Ciekawość zwyciężyła.

O tyle ten obraz teatralny jest interesujący i wart obejrzenia. Ale były tylko dwa spektakle w Teatrze Powszechnym. Co i gdzie dalej, nie wiem.  Szukajcie w prasie, telewizji, internecie. Ciąg dalszy, nowe wcielenia tej historii, inne jej warianty, wariacje na temat z realu, na pewno tam znajdziecie. Znajdziemy. Znajdą ci, którzy zechcą wejść bezkarnie w białych rękawiczkach w strefę zła.

AALST
SCENOGRAFIA I KOSTIUMY - ANNA MARIA KARCZMARSKA
ASYSTENT SCENOGRAFA - HEQI TONG
PROJEKCJE VIDEO - MICHAŁ LIS I PIOTR LIS
MUZYKA NA ŻYWO - MICHAŁ LIS I PIOTR LIS /NATURAL BORN CHILLERS/


OBSADA
BENGÜ ERGIN - CATHY
ADIHAN SENTÜRK - MICHAEL
ERTÜRK ERKEK - VOICE

PREMIERA TURECKA: 20 PAŹDZIERNIKA 2014
PREMIERA POLSKA: STYCZEŃ 2015

Realizacja: Salon iKSV, Istanbul, Turkey i Teatr Powszechny
im. Zygmunta Hübnera w Warszawie

Wydarzenie realizowane w ramach programu kulturalnego obchodów 600-lecia polsko-tureckich stosunków dyplomatycznych w 2014 roku.
turkiye.culture.pl