niedziela, 22 stycznia 2023

3SIOSTRY TR WARSZAWA NARODOWY STARY TEATR IM. HELENY MODRZEJEWSKIEJ W KRAKOWIE


Spektakl 3SIOSTRY Luka Percevala to studium schyłku, końca bez epilogu. Bez znieczulenia. Bez nadziei. Przekształca słowo "Trzy" w cyfrę "3", w sugestię nieskończonego zwielokrotnienia człowieczeństwa uprzedmiotowionego. 
 
W przestrzeni zamkniętej, mrocznej, dusznej, mimo że z oknem ogromnego lustra, otwartym na podświadomość, wyobraźnię, prawdę, kondensuje się rozczarowanie życiem poprzez kwestionowanie jego sensu, rozpad pamięci prowadzący do braku zrozumienia po co to życie jest, dokąd prowadzi, jakie ma znaczenie. Stan depresji i dezorientacji pogłębia się, frustracja kieruje ku rezygnacji, ku śmierci. Izolacja prowadzi do wyobcowania z samym sobą, z otoczeniem. Brak więzi-tych prawdziwych, mocnych, szczerych z drugim człowiekiem, ze światem- zabija wszelką nadzieję. A jej brak wiarę i miłość, które stają się niemożliwe, są poza emocjonalnym zasięgiem. Pogłębia to smutek, okrucieństwo odczuwania własnej niezawinionej klęski. W istocie to indywidualna ocena siebie, świadomość własnej niemocy wobec wymagań istnienia wywołuje frustrację, rezygnację, rozpad osobowości. Uporczywe przyglądanie się sobie (tu w ogromnym lustrze), sprowokowana sytuacją nieustanna wiwisekcja nie pomaga w poznaniu siebie a zaburza, zaciera prawdziwy obraz rzeczywistości( pozostaje abstrakcyjny obraz w lustrze). Ważne jest to, że bohaterowie tego lotu skierowanego w niebyt  nie dostrzegają winy w sobie. Nawet jeśli przyznają się do zaniechania działań, rezygnacji z planów, porzucenia ambicji, to wskazują na przyczyny zewnętrzne, powody niezależne od ich woli. Są adecyzyjni, sterowani, modelowani. Ulegli. Ich bunt wobec niesprawiedliwego losu, niechcianego położenia jest czysto deklaratywny. Bezsilny, bezskuteczny. Jest ostatnim życia tchnieniem. Jednak są głęboko nieszczęśliwi, to pewne. I pielęgnują to uczucie w sobie, karmią mamoną przeszłości, fantazji, niemożliwych do spełnienia planów. Jasne jest, że obserwowana przestrzeń, i to co ją wypełnia, jest już martwa. I rezonuje tylko dla widzów złowieszczym powidokiem. Grozą ostrzeżenia. 

Rodzajowość Czechowa została tu zredukowana, unieważniona, zlekceważona. Bo jest zbędna. Perceval otworzył przed nami bohaterów we wnętrzu ich własnego wyobrażeniu o życiu, o sobie, o innych. Spowodował, że obserwujemy ich intymny świat w strumieniu rozpadającej się, geriatrycznej, zaburzonej świadomości. 

Zamknięci w kapsule samozniszczenia bohaterowie-wypaleni, zrezygnowani, starzy mentalnie i fizycznie- doskonale wiedzą, co jest esencją, napędem życia: praca, praca, praca i ekspansja(powrót do Moskwy, zmiana-małżeństwo, wyjazd), czerpanie siły ze wspomnień (dzieciństwo, młodość, rodzice). Doskonale wykształceni, dobrze wychowani, wydawać by się mogło optymalnie przygotowani do życia, przegrywają wszystko. Nie mają wyjścia. Pozostaje im trwanie w beznadziei lub ucieczka w śmierć (samobójstwo). System więc zabija a nieumiejętność przechytrzania ograniczeń, przekuwania porażki w sukces to umożliwia. Niewydolność jednostki podkreśla tylko jej słabość, mimo że przypisuje się jej tak wielkie znaczenie. Następuje całkowity rozpad, rozśrodkowanie rodziny,  zachód podbijają barbarzyńcy (obcy, inny, głupi=Natasza), wypierają bezpardonowo stary świat nie proponując nic w zamian, wykorzystują dla siebie jego zdobycze, ideologię, prawo. Z czasem sami wpadają w sidła systemu, który również i ich niszczy. Patriarchat zostaje pozbawiony władzy, kobiety wyczerpane nadmiarem pracy, nudy z pełną świadomością  wypalenia, zmęczenia, znalazły się w pułapce, jaką same sobie wywalczyły. Wszyscy samotni, bez wsparcia, pociechy, już bez złudzeń bezwolnie poddają się postępującej degradacji. To musi bardzo boleć. Cierpienie jest karą za podporządkowanie się systemowi, zaniechanie walki, braku kreatywności i przyjęcie perspektywy "świat to ja".

Luk Perceval brutalnie obnaża współczesność tkwiącą w uwięzieniu własnej tożsamości, przeszłości, słabości. Koncepcji. Sztuka Antona Czechowa jest doskonałą matrycą, na której reżyser buduje swoje obserwacje, konstatacje, rozwinięcia kompatybilne z pierwowzorem. 3SIOSTRY są tu pryzmatem, który rozszczepiając obraz rzeczywistości uwidacznia  to, co jest ponadczasowe, stałe, ważne. Wskazuje, że postrzegamy świat przez egoistyczne "dla mnie", egocentryczne "ja" w zbudowanym przez siebie samego piekle. Bez poczucia winy, bez ponoszenia ryzyka, brania odpowiedzialności.  W wielkiej samotności, w strachu przed bezradnością wobec upływającego czasu, w uporczywej postawie wypierania miłości, w nieśmiertelnym lęku przed śmiercią, ubezwłasnowolniającą starością. Z brakiem zgody na przeznaczenie ale zaniechaniem walki o zmianę siebie, losu. Gdy każdy czuje się bogiem a okazuje diabłem. Przyglądając się swemu odbiciu w lustrze-bez szacunku, godności, pewności- widzi tylko własne wyobrażenie, fantazje, majaki, nie prawdę, której poszukuje, nie innych, których potrzebuje, nie siebie, którego zdradza.  Gdy emocje zalewają rozsądek, zaburzają rzeczywistość lustro wibruje. Generuje abstrakcję, splątanie, chaos. Wizualizuje niepokój, dezorientację, zagubienie.

Spektakl jest dla widzów lustrem, działającym jak to ze scenografii.  Pokazuje starzejącą się Europę w czasach kryzysu, rozpadu (pandemia, wojna). Czy jest szansa, że pomoże nam się zmienić? Że przestaniemy, jak bohaterowie 3SIÓSTR, czuć się jak niesprawiedliwie pokrzywdzone ofiary, rozpamiętujące swoje porażki, wychowani po nic, szlachetni na nic, przegrani. I zmartwychwstaniemy, odnajdując na dobry początek miłość do siebie samego, wiarę pomimo przeciwności losu. Poznamy smak szczęścia, wykorzystamy jego życiodajne wzmocnienie. Więc przetrwamy. Przetrwamy obietnicą nowego początku. W wyprawie w wieczność. Perceval za Czechowem ale bez dystansu, z przerażającą determinacją tłamsi pokusę takiej ułudy, marzenia.  Jakby z niego samego przenikał do spektaklu smutek, rezygnacja, poddanie się nieuniknionemu. 

Sztuka pozostawia nas w mroku  głębokiego przygnębienia.  Z konsekwencją bezduszności okrucieństwa swego oddziaływania. Jak czarna dziura pochłania światło wszelkiej nadziei. Wprost mówi, że się nie zresetujemy. Nie uratujemy. A więc marnie sczeźniemy odrażający, słabi, źli. Jak bohaterowie filmu Luisa Buñuela ANIOŁ ZAGŁADY. Jak wszyscy- w nieuchronnym przebiegu czasu, w obrocie materii-przegrani. 

3SIOSTRY  WEDŁUG TRZECH SIÓSTR ANTONA CZECHOWA

Tłumaczenie: Karolina Bikont
Reżyseria: Luk Perceval
Scenografia: Philip Bussmann
Kostiumy: Annelies Vanlaere
Muzyka: Karol Nepelski
Reżyseria światła: Mark Van Denesse
Współpraca dramaturgiczna: Roman Pawłowski
Asystenci reżysera: Alek Niemiro, Aleksandra Śliwińska
Asystent literacki: Jacek Telenga
Kierowniczka produkcji: Karolina Pająk-Sieczkowska

Obsada: Jacek Beler, Zygmunt Józefczak, Natalia Kalita, Rafał Maćkowiak, Maria Maj, Marta Ojrzyńska, Jacek Romanowski, Małgorzata Zawadzka, Mirosław Zbrojewicz, oraz Oksana Czerkaszyna (gościnnie)

Uwagi: 
koprodukcja TR Warszawa i Narodowego Starego Teatru w Krakowie; premiera przełożona z 20.04. na 20.06.2021 ze względu na obostrzenia pandemiczne

fot. Monika Stolarska

niedziela, 15 stycznia 2023

FRANKENSTEIN TEATR IM. STEFANA ŻEROMSKIEGO W KIELCACH



Remedium na całe odczuwalne zło tego świata jest sen o dobru. Uwolnione o nim marzenie. Radykalna zmiana. Co umarło można wskrzesić, co ukryte można pokazać, co zabronione zmienić, przeżyć. Co wyparte przyjąć, zaakceptować, ożywić. Można poczuć, co jest znieczulone i, co najważniejsze, być, kim się jest naprawdę, choćby to było niewiarygodne, na pozór absurdalne. Wbrew wiedzy, logice, ustalonemu porządkowi. To może być oswajanie traum, fatum, lęków(ich wizualizacja, personifikacja). Inspiracja. Pomysł na przełamanie impasu, pokonanie poczucia klinczu, stanu niemożności, cierpienia. Konwencja snu, jego specyficzna narracja, niezwykła estetyka, dezorientująca konstrukcja zestawiająca zaskakujące sceny, nastroje obrazów i dźwięków to artystyczna wizja Jędrzeja Piaskowskiego, reżysera, oraz Huberta Sulimy, autora adaptacji i dramaturga spektaklu FRANKENSTEIN w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Moim zdaniem.

Dlatego scenografia Anny Marii Karczmarskiej i Mikołaja Małka wzmocniona muzyką Jacka Sotomskiego, kostiumami Rafała Domagały, choreografią Szymona Dobosika i reżyserią światła Moniki Stolarskiej  komponuje psychodeliczną pastelową, maksymalnie zredukowaną do znaku, nastroju, symbolu formę. Bardzo uproszczoną, odrealnioną, paradoksalną. Wprawiające w zdumienie zestawienia kolorów (srebrny strumyk, seledynowy drapieżny księżyc), kształtów (zaczarowany las/wysokie góry/zniekształcone głowy), scen (taniec monstrualnych much, realistyczne sceny), rekwizyty- akcenty(np. ludzkie serce z tętnicami, które są też błyskiem piorunu), monotonna, wyciszona muzyka z akcentami klasyki, popu, buduje absurdalną atmosferę, niepokojący nastrój ni to horroru, ni thrillera. Cały zespół aktorski zamysł twórców doskonale rozumie, czuje, konsekwentnie za nim podąża. To, co jest straszne, nie dotyka, jest zneutralizowane. Frankenstein zwyczajowo postrzegany jako potwór, monstrum, dziwadło, jest tu przyjemniaczkiem, hipsterem, gejem. Jednym z nas. Nie sposób się go bać. Wiemy, jakim jest bohaterem, ale nie czujemy lęku za sprawą narracji, charakteryzacji, gry aktorskiej. W końcu śnimy we śnie sztuki.

Tym samym dokonuje się reinterpretacja stereotypu wcielonego zła, wizualizacji pychy człowieka, który chce być równy Bogu. Doprowadza to do oswojenia i akceptacji figury/tworu/człowieka, którego należy się bać, wykluczać, unikać, eliminować. Wobec którego trzeba być uważnym, ostrożnym, zdystansowanym. Twórcy, zestawiając elementy groteskowe, komiczne z tragicznymi, poważne z zabawnymi, łącząc realne z nierealnym( konkretni ludzie i duchy), wyolbrzymiając rekwizyty (kula u nogi, ogromne serce), personifikując zwierzęta(zabawne muchy) rozmywają ostrość, wyrazistość, jednoznaczność ocen, postaw, wartości. Tworzą alternatywny, tragikomiczny obraz świata. Relatywizują. Łamią schematy. Dystansują się, zbaczają ze starych, zużytych szlaków interpretacyjnych. Pokazują, że na wszystko można spojrzeć inaczej; bez zahamowań,  uprzedzeń, szablonów.  Uwalniają podświadomość, pozwalają jej rządzić człowiekiem, by mógł on poznać siebie w pełni, by poczuł jak to jest być innym, autentycznym sobą. Jeśli pojawia się fałsz, kłamstwo, zmyślenie, udziwnienie to inspiruje się prawdą. Jak to we śnie, niemożliwe jest możliwe.

Doktor Frankenstein i Frankenstein, jego alter ego, to jednia. Pozorny konstrukt sprzeczności, niekonsekwencji, paradoksów. Rodzący się w strumieniu podświadomości zaprzeczającej lub stającej tylko w kontrze z wiedzą nabytą(książka Mary Shelley). FRANKENSTEIN- spektakl jest obrazem Doriana Greya. Widzimy ładne obrazki, dobrych ludzi, łagodne dobrotliwe potwory ale w istocie podszyte to jest ukrywanym monstrualnym lękiem, niepewnością, poczuciem odrzucenia, brakiem pewności siebie, akceptacji. U Piaskowskiego to doktor-milczący, zamknięty w sobie introwertyk, przerażony psychopatycznie wyglądający typ- wydaje się być złem realnym. Jego dzieło nie budzi grozy a sympatię, wyzwala przyjazne odruchy. Zaniepokojenie prowokuje swym zachowaniem twórca; "ja" ambitne, ztraumatyzowane, bo ekstremalnie bojące się śmierci i "ja" marzące o nieśmiertelności, tworzące poza czasem rozwijające się ciągi dalsze, optymistyczne, radosne, dobre. Szczęśliwe. Marzenie senne godzi sprzeczności.

Ambiwalencja to słowo klucz dla tego spektaklu. Wywołują ją  sprzeczne emocje, uczucia, stany świadomości uwolnione od kodeksu poprawności tożsamościowej, społecznej, moralnej. Rozpięcie między niemożliwym a pożądanym jest przestrzenią, w której rodzi się nowe. Tego dowodzi Piaskowski z Sulimą. Tworzą estetykę, interpretację literackiego utworu odmienną od wszystkiego, co dotąd się znało, bo jest dwuznacznie, tajemniczo, nieoczywiście. To zaskakuje, zmusza do myślenia, przewartościowań. Gwarantuje niezłą robotę z samym sobą, bo każdy chce wiedzieć, czy to, co się dzieje na scenie, ma dla niego sens, wartość, znaczenie. W sztuce też o to przecież chodzi. 

Pokazanie tego paradoksu, zmiana sensów, podważenie kanonicznego odczytania dzieła literackiego prowadzi do zaskakujących efektów. FRANKENSTEIN Mary Shelley w teatralnej odsłonie Piaskowskiego i Sulimy staje się pretekstem do opowiedzenia ich własnej historii o człowieku, który tylko w marzeniu sennym jest sobą- znieczulony, wolny i szczery. Sen jednak przemija, a twarde życie toczy się nadal według niezależnych od niego warunków. Dlatego musi to być sen śniony we śnie. Po kres, aż stanie się silną wizją, nową, otwartą na niekończące się zmiany rzeczywistością. Calderon już w swej sztuce dowodził, że życie jest snem, świat wielkim teatrem. Przeżywaną iluzją, złudzeniem. 

Podstępnie prosty, naiwny, dziecięcy w swej plastyczno- muzycznej wymowie spektakl nie jest wbrew pozorom łatwy w odbiorze. Przez widzów może nie być zrozumiała interpretacja postaci, których charakterystyka i znaczenie zostało odwrócone, rozdwojone, splątane. Widmo matki Mary Shelley przemyka po scenie. Autorka się nie pojawia. Doktor, tajemniczy, kreatywny, ambitny człowiek z własnych traum, słabości, mroków duszy, z tego, co w nim umiera, lub wydaje się umarłe, tworzy Frankensteina.  W istocie siebie samego. To akt desperacji umożliwiający przybliżenie się do tego, co paraliżuje, zmierzenia się z samym sobą odrzucanym, niechcianym przez siebie i świat a jednak integralnie własnym, tak naprawdę niezbywalnym. Tym samym stwór, żyjący w nim samym- obcy, dziwny, przerażający, wywołujący lęk - jest jego integralną częścią, składającą się na złożony obraz siebie, który trzeba dobrze poznać, oswoić, zaakceptować. I go polubić. Nie można tego stanu rzeczy zlekceważyć. Nie da się niechcianej części siebie wyeliminować, zabić. Piaskowski z Sulimą i zespołem aktorów, twórców proponują nowe odczytanie FRANKENSTEINA. Przedstawiają złożoną naturę człowieka, która nie jest zamysłowi Mary Shelley obca, choć może się wydać z pierwowzorem sprzeczna, w swej konstrukcji niespójna. Radykalne zmiany w interpretacji jej dzieła wymagają niestandardowego na jego teatralne wcielenie spojrzenia. JA, FRANKENSTEIN w każdym z nas istnieje. Miłych snów, we śnie, nie tylko tym teatralnym. 



FRANKENSTEIN Mary Shelley

Tłumaczenie: Maciej Płaza
Reżyseria: Jędrzej Piaskowski
Dramaturgia i adaptacja: Hubert Sulima
Scenografia: Anna Maria Karczmarska i Mikołaj Małek
Kostiumy: Rafał Domagała
Muzyka: Jacek Sotomski
Choreografia: Szymon Dobosik
Reżyseria światła: Monika Stolarska

Obsada:

Dagna Dywicka
Ewelina Gronowska
Joanna Kasperek
Beata Pszeniczna
Mateusz Bernacik
Jacek Mąka
Wojciech Niemczyk
Andrzej Plata
Dawid Żłobiński



fot. Monika Stolarska/mat. teatru

czwartek, 12 stycznia 2023

MARIA STUART TEATR NARODOWY W WARSZAWIE



MARIA STUART Friedricha Schillera w przekładzie Jacka St. Burasa, reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego, oprawie plastycznej Mirka Kaczmarka jest propozycją ambitną, spójną, solidną. Mimo odległego od współczesności czasu akcji, miejsca, osób wnikliwie bada naturę władzy, ludzi, którzy mają odwagę po nią sięgnąć, mówi o jej cechach uniwersalnych. Powściągliwość środków wyrazu, minimalizm formalny, otwieranie spektaklu na różne interpretacje, wspaniałe aktorstwo, z wybitnymi rolami Danuty Stenki i Wiktorii Gorodeckiej, to jego mocne atuty. Interesuje mnie taki teatr, zachwyca.

Domykająca się albo rozsadzana od wewnątrz betonowa konstrukcja ścian scenografii, zabezpieczone meble, jakby były chronione przed razami, uszkodzeniem czy solidnie przygotowane do mających nastąpić zmian, wstrząsów, dewastacji tworzy nastrój sytuacji, lateksowe oślizłe suknie-czerwona, ognista Marii Stuart, czarna, dramatyczna królowej Elżbiety- są jak wizualizujące je osobowości w kontekście sytuacji życiowych, osadzone w surowym, prawie pustym, pozbawionym rodzajowości, życia otoczeniu. To rozszerzające się lub kondensujące pole walki o przetrwanie. O władzę. O słuszność. Nieśmiertelność. Pojawiające się rekwizyty mocno podkreślają reprezentujących władzę ludzi. Cudownie kolorowe, soczyste jabłko, zapach dymu z pasją palonego papierosa wyrażające witalność, ekspresję, żar temperamentu walczącej o tron, o życie Marii są bolesną opozycją dla martwej otuliny betonu, szkieletu psa, porwanego czarnego kostiumu zastygłej w stuporze niewzruszonej determinacji kontrolującej sytuację Elżbiety, która troszczy się nie o ludzi a o rośliny, bo to ociepla jej wizerunek. Liczą się tylko one, walczące ze sobą królowe. Co ciekawe, to wyraziste, mocne kobiety toczą zażartą grę o władzę a  mężczyźni mają szansę jedynie sięgać po wpływy. Posłużono się nimi. Byli użytecznymi żołnierzami, których się, gdy trzeba, wykorzystuje, usuwa, poświęca.  A jednak to ich nieudolność, pazerność, miłość, zdrady, słabość, fanatyzm religijny ostatecznie przypieczętowały los Marii, zaprowadziły na szafot, doprowadziły Elżbietę do politycznego coming outu. 


Okazuje się, że polityka nie ma płci. Mężczyźni to satelity głównych graczy, łatwo wypadają w niebyt ze swych orbit. Danuta Stenka w roli królowej Elżbiety fenomenalnie ilustruje proces ujawniania swego samodzielnego, niezależnego, bezwzględnego rządzenia. W finale z królowej, z kobiety przekształca się w pozbawionego człowieczeństwa terminatora, cyborga, maszynę. Udowadnia, że tylko pozbawiona emocji, wszelkich uczuć, sentymentów postawa pozwoli jej na skuteczne rządzenie. Jest na to w pełni gotowa. Jej wściekłość wynika z rozczarowania, że nie wystarczy mieć czyste, dobre intencje, być łaskawym, kochającym, miłosiernym władcą. Skuteczna jest tylko siła, przemoc, eliminacja. Stracone złudzenia co do prawdziwej natury władzy bolą najbardziej. To nie jest tragedia człowieka, bo Elżbieta Stenki od początku jest tym, kim tak brutalnie przedstawia się na końcu spektaklu. Już w pierwszej scenie, która zaczęła się zanim widzowie usiedli na swoich miejscach, jakby nieobecna, wycofana, zimna, beznamiętnie ich obserwowała, nieruchomo siedząc w swoim fotelu-tronie, obok którego stał szkielet psa, martwy synonim wierności, przywiązania, miłości. Już wtedy była sobą; dojrzałym, pewnym siebie, swej siły, doskonale przygotowanym do swej roli bardzo inteligentnym,  niebezpiecznym politykiem demiurgiem.  Cały przebieg wydarzeń służył jej tylko za uzasadnienie przedstawienia się, kim tak naprawdę zawsze była. Na koniec, rozczarowana, zawiedziona, rozjuszona nie musiała już się maskować, grać, udawać, pytać o (niechcianą) radę. Potrafiła obrócić na swoją korzyć wszystko, co się działo wokół niej. Doprowadziła do tego, że to inni byli przekonani, że swoimi działaniami, postawą, słabością stworzyli ją tak okrutną, nieczułą, złą. Nie ona, oni byli winni. 

To dopiero sztuka polityki: odwrócić perspektywę, stworzyć uwiarygodniającą własne decyzje narrację, przekonać wszystkich, że ścięcie Marii, wykorzystanie chaosu spowodowanego odkryciem spisku jest jedynym słusznym rozwiązaniem!!!  Elżbieta nie ewoluowała, nie uczyła się, nie potrzebowała nikogo do tego, by móc sprawować władzę. Poznajemy ją w momencie, gdy ma pełną samoświadomość siebie, swej pozycji, siły, możliwości. Politycznego talentu. Zarządza emocjami, kontroluje ambicje, decyduje sama. Stara się tylko, by poprzez innych wyrażało się i uzasadniało to o czym ona wie doskonale znacznie wcześniej. Sztuka rządzenia nie polega na brutalnym otwartym narzucaniu swojej woli, choć tak w istocie jest, ale by wszystkim się wydawało, że to oni są autorami, przyczyną i skutkiem zdarzeń. Również tego nieludzkiego oblicza władzy, która wygrywa wszystko.  

Maria Stuart Wiktorii Gorodeckiej, królowa Szkocji, jest żywiołem, kobietą, matką, królową działającą instynktownie, według przewidywalnych schematów. Ma apetyt na życie, jest barwnym, pełnym pasji, ciepła ptakiem, jednak skazanym na oczywistą porażkę. Walczy o swoje życie do końca. Bezskutecznie. Bo jest słabsza, emocjonalna, mniej sprytna. Pozbawiona popleczników, bez szczęścia. W polityce nie wystarczy mieć racji. Nawet dysponując mocnymi kartami, trzeba umieć nimi wygrywać. Maria wypracowała wizerunek przyjaznego, rodzinnego, wiernego religii katolickiej przywódcy. Samotna, chłodna, introwertyczna Elżbieta  w tym względzie z nią przegrywa i w końcu decyduje się na brutalne działanie. Jest typem pragmatycznego polityka, pokerowego gracza, który konsekwentnie buduje przestrzeń dla swej wszechwładnej tyranii. 

Grzegorz Wiśniewski wyreżyserował spektakl ważny, przejrzysty, logiczny. A przy tym intensywny, emocjonalny, poruszający. Pozwalający przyjrzeć się mentalności, racjom, intrygom polityków, tym istotniejsze, że z dominującej perspektywy kobiet. Zaproponował obraz demaskujący niejednoznaczne oblicze władzy, która dla swej sprawczości, musi porzucić wszelkie uczucia, wątpliwości, sentymenty. Przeprowadził dowód na to, że sukces polityka okupiony jest zawsze zdradą czułej natury ludzkiej, zagłuszeniem ambicją nadziei na szczęście, w ekstremalnym wcieleniu unicestwieniem w sobie do cna człowieczeństwa. W dążeniu do zwycięstwa Elżbieta okazała się lepiej przygotowana, mocniej zdeterminowana, o wiele zdolniejsza. Groźna, bezwzględna, podstępna, grając pierwsze skrzypce, pozostaje w niemym cieniu, jak niewidzialny stwórca, niewinny tyran, z wyższej konieczności cnót moralnych zdrajca. Scena  początkowa jest końcową. W pewnym sensie każdą. Pozbawiony życia robot na zimno, w mrożących krew w żyłach warunkach, przenika wszystko i tym życiem metodycznie skutecznie zarządza.

Ale to imię i nazwisko królowej Szkocji jest tytułem dramatu. Śmierć jest końcem jej życia, politycznej kariery ale starego porządku w nowym wcieleniu przerażającym początkiem. Przedzieranie się przez kłamstwo, pozór, kamuflaż do istoty rzeczy, jej prawdy czy supportowanie słabszego, przegranego, pokonanego jest w sztuce, każdej sztuce zarówno interesujące, jak i wzruszające. Cóż z tego, że Maria przegrywa gdy pozostaje w nas, widzach, jej unieważniający śmierć apetyt na życie. Z jej wiarą na życie wieczne.




MARIA STUART Friedrich Schiller

Autor przekładu: Jacek St. Buras
Reżyseria: Grzegorz Wiśniewski
Scenografia, kostiumy, światło, projekcje wideo: Mirek Kaczmarek

Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

wtorek, 25 października 2022

DEKALOG TEATR NARODOWY W WARSZAWIE

Zdjęcia Natalii Kabanow ze spektaklu DEKALOG w reżyserii Wojciecha Farugi Teatru Narodowego są wspaniałe.  Wyostrzają kontury, nasycają barwą, wychwytują przemykającą poetyckość obrazu scenicznego. Podkreślają wagę koloru, znaczenie światła, wpływ kompozycji dla wydobycia pozawerbalnej narracji. Zatrzymują w kadrze to, co w czasie spektaklu istnieje przez mgnienie i co w ciągu szybko następujących po sobie zdarzeniach niepostrzeżenie przemija, przepada. A przecież każde zdjęcie stanowi jakby niezależny świat. Malowniczy obraz. Snuje pełne napięcia, emocji opowieści. Warto do nich wracać, bo przywołują z pamięci poszczególne sceny, w konsekwencji cały spektakl. Nie konkurują z nim lecz mogą pogłębiać jego rozumienie, podkreślać jego znaczenie. Tak jak DEKALOG teatralny wobec filmowego.


DEKALOG dotyczy perspektywy chrześcijańskiej, konserwatywnej, zachowawczej, mającej na celu ustanowienie i narzucenie niewzruszalnego porządku moralnego, etycznego, boskiego z myślą o pięknie harmonii świata, ratunku ludzi, w warunkach idealnych, jasnych, czystych. Tymczasem życie jest bardzo kreatywne, nieprzewidywalne, skomplikowane. Piesiewicz z Kieślowskim w swoim mini serialu o tym samym tytule pokazują sytuacje złożone, niejednoznaczne, graniczne. Budzące wątpliwości, burzące spokój ducha, powodujące zamęt myśli. Każdy odcinek cyklu dotyczy jednego przykazania, tymczasem Wojciech Faruga, reżyser spektaklu w Teatrze Narodowym, cały DEKALOG pokazał w jednej teatralnej odsłonie. 

To było karkołomne, bardzo trudne zadanie. Adaptacja teatralna Davita Gabuni wymuszała konieczność dramaturgicznego spiętrzenia w jednym czasie i miejscu wielu wątków, osób, postaw, problemów, kwestii, które w dodatku miałyby wydźwięk współczesny a najlepiej uniwersalny. Koncepcja seminarium etyki, gdzie zgromadzeni przywołują z własnego doświadczenia, z zasłyszenia przykłady sytuacji moralnie wątpliwych, niejednoznacznych, trudnych. Każdy opowiada historię, jednocześnie jest narratorem i bohaterem, słuchaczem, obserwatorem i aktywnym uczestnikiem, co ma zbliżyć wszystkich do siebie, wytworzyć atmosferę wspólnotowości, sugerować, że są to problemy, dylematy zarówno indywidualne, jak i zbiorowe. Przedstawione przypadki potencjalnie dotyczą każdego człowieka, rodziny, społeczności, relacji. Publiczność też jest częścią tego spotkania, konsekwentnie swoją obecnością dopełnia krąg zainteresowanych.


Projekt Farugi rezonuje z realizacją filmową tandemu Piesiewicz-Kieślowski, oparty jest przecież na jego scenariuszu filmowym, osadzony jest w tym samym okresie historycznym, odnosi się więc do tych samych historii, osób ale jednocześnie na scenie mocniej powiązanych dramaturgicznie, tworząc bardziej urozmaiconą artystyczną formę, splątaną narrację, złożone portrety psychologiczne postaci. Aktorzy grają więc wiele ról, ich bohaterowie pojawiają się w różnych wątkach rozszerzając zakres osobowościowych archetypów, ich figur społecznych: kobiety, mężczyzny, dziecka, ojca, matki, męża, żony, naukowca, studenta, brata. Pozwala to na odwrócenie perspektywy. U Piesiewicza i Kieślowskiego jeden odcinek DEKALOGU przepracowywał jedno przykazanie, u Farugi, Holewińskiej i Gabuni postacie zmagają się (człowiek z boskim przykazaniem) z nie jednym. Tematem jest nie nakaz moralny, imperatyw etyczny ale sytuacja, ludzkie działanie rodzące konsekwencje, które stają się niezawinioną/zawinioną karą. 


Twórcy świadomie nawiązują do filmowego DEKALOGU. Projekt zyskał na intensywności wynikającej ze złożoności wielowarstwowego przekazu, ale wyraźnie stracił na sile oddziaływania. Może dziś mamy wiedzieć nie czuć, myśleć a nie poddawać się emocjom. I jest to trudniejsze zadanie. Znajomość filmowego DEKALOGU wiąże się z konkretnym jego doświadczeniem, pamięcią, oczekiwaniem. Propozycja teatralna z tym również się zderza. Raczej nawiązuje, odnosi się, mierzy. Widzowie, który znają filmowy DEKALOG, jednak ciągle go z tym scenicznym porównują.  Zapewne zastanawiają się, co wynika z tego dawnego i obecnego przekazu i odbioru. Faruga nie ułatwia recepcji swego dzieła.

Nie ma jednoznacznej korelacji przyczyna- skutek, ofiara-kat, wina-kara. Odnieść można wrażenie, że zacierają się granice między dobrem a złem. Wszystko się relatywizuje.  Komplikuje w ocenie moralnej. Kwestionuje się dekalog, który, jak się wydaje, jest tu życzeniowym, martwym zapisem. Boga nie ma, bo milczy, dopuszcza do śmierci dzieci, na zło nie reaguje. Opowiedziane historie dowodzą, jak trudno jednoznacznie przychodzi ocenić przyczyny ludzkiego zachowania, jak trudno znaleźć odpowiedź na podstawowe pytania. Żaden kodeks nie działa prewencyjnie, nie uchroni człowieka przed popełnieniem błędu. Przed bólem, udręką. Nie ma nadziei. Ludzie skazani są na wielką samotność, sami dla siebie są sędziami i jedyną wiarą, miłością, nadzieją. Pozostaje tylko pogodzić się z tym jaki jest świat, ludzie, życie. Trzeba tylko pamiętać, że na wiele przypadków losu nie ma się żadnego wpływu. Bóg pozostaje odległą, by nie powiedzieć obcą, nieprzeniknioną tajemnicą nawet dla tych, którzy w niego wierzą. Nic ludzi nie ocali, nic im nie pomoże. I  tylko fakty, a poprzez nie ufne otwarcie się na drugiego człowieka, wejście w jego położenie, motywacje, historie, nie dekalog a dialog, szczera prawda w żywym, bezpośrednim kontakcie przynieść może uzdrawiające zrozumienie, osłabić może cierpienie. 

Dlatego użyto głównie szkiełka i oka, choć  czucie i wiara silniej mówią do widzów w teatrze, w rewirze sztuki. Przecież wzrusza "taniec śmierci" na lodzie ojca z martwym dzieckiem (Karol Pocheć i CÓRKA), którzy w rozpaczy, w bezradności są jednią. Budzi ogromne rozterki wyznanie uczuć ojcu/córce w niepewności pokrewieństwa(Edyta Olszówka, Wiesław Cichy). Paraliżuje widok bardzo młodego człowieka(Paweł Brzeszcz), mordercy, którego ból życiowych doświadczeń, wstrząsa niekontrolowanie panicznym strachem. Martwy za życia nadal boi się śmierci, nie kary Boga lecz samosądu, niezrozumienia przez ludzi. Dlatego do końca informuje, wyjaśnia, tłumaczy. Cierpimy z kobietą i mężczyzną z powodu niemożności odwzajemnienia miłości, bo tak naprawdę jej w nich nie ma, gdy kieruje nimi tylko żądza i jej instrumentalne, zimne zaspokajanie (Małgorzata Kożuchowska i Paweł Brzeszcz, Adam Szczyszczaj, Karol Pocheć, Mateusz Kmiecik). Czujemy ciężar niesionej na barkach odpowiedzialności, od której nie można się uwolnić(Karol Pocheć i Małgorzata Kożuchowska). Mamy wyrzuty sumienia za skazanie swą decyzją dziecka na pewną śmierć(Sławomira Łozińska) a jednocześnie płonie w nas całe życie cierpienie dziecka za wyrządzoną mu krzywdę (Gabriela Muskała). Ale odczuwamy ulgę, wybaczamy, kiedy wiemy dlaczego siebie/innych wykorzystujemy, ranimy, zabijamy. Kiedy już na pewno wiemy. Znamy prawdę. Choć to jeszcze mocniej dotyka. Stąd seminarium, badanie, odgrywanie, wchodzenie w rolę, przepracowywanie. Choćby tylko poprzez obserwację okiem widza.

Tak, twórcy milczą o Bogu, jak i on milczy wobec własnej niekonsekwencji, okrucieństwa, deklarowania tylko do człowieka miłości. Unieważniają dekalog, którego człowiek nie jest w stanie stosować, bo mu się ciągle z różnych przyczyn, niekoniecznie z własnej winy, sprzeniewierza. Pozostaje więc na scenie życia tylko słaba, niedoskonała istota, stwarzana przez siebie samą na obraz i podobieństwo swoich czasów, uwarunkowań, która ma dociekać prawdy, która ma szukać po kres wyjaśnienia i nigdy, przenigdy nie będzie w dążeniu do pojednania z samym sobą/bliźnim, do miłości siebie/bliźniego swego i zrozumienia siebie/bliźniego ustawała. Trudna to nauka, czuła wskazówka. Perspektywa bez metafizyki. Do wolnego wyboru drogowskaz sztuki.


Wojciech Faruga(reżyseria), Julia Holewińska(dramaturgia), Davit Gabunia(adaptacja), Katarzyna Borkowska(scenografia, kostiumy, światło), Bartosz Dziadosz(muzyka), Krystian Łysoń(choreografia) z aktorami Teatru Narodowego podjęli się ambitnego zadania. Efekt ich starań publiczność nagrodziła standing ovation. Krytycy mają wiele wątpliwości, a ona doskonale zrozumiała.


DEKALOG
reżyseria: Wojciech Faruga
adaptacja: Davit Gabunia
dramaturgia: Julia Holewińska
scenografia, kostiumy, światło: Katarzyna Borkowska
muzyka: Bartosz Dziadosz
choreografia: Krystian Łysoń

premiera: 8 października 2022 r.

wtorek, 18 października 2022

REHAB.WSZYSTKIE BITWY AMY WINEHOUSE TEATR ŻYDOWSKI

 

Jeżeli myślicie, że po spektaklu REHAB. WSZYSTKIE BITWY AMY WINEHOUSE wyjaśni się do końca tajemnica krótkiego życia i tragicznej śmierci wokalistki, czy rozwieją się wszelkie wątpliwości co do przyczyn jej uzależnienia, jesteście w błędzie. Spotkanie ze sceniczną zmultiplikowaną postacią  Amy nie ukoi poczucia straty a jedynie przybliży nas do niej, pozwoli poznać przejmującą historię uzależnienia, uczestniczyć w procesie przekuwania życiowych doświadczeń, osobistych dramatów, uczuciowych niepowodzeń, emocjonalnych huśtawek w bardzo osobistą twórczość. Obserwacja pięciu wcieleń Amy, które  na koniec spektaklu stapiają się wizualnie w jednię (ta sama żółta sukienka, charakterystyczna fryzura, makijaż, czerwone buty) wyzwala wiele wzruszeń, niesie moc doznań, które prowadzą do konstatacji, że narodzinom wielkiej sztuki towarzyszy ogromna samotność, niezrozumienie, udręka. Tłumienie  frustracji, niezaspokojone pragnienie miłości skutkuje coraz silniejszym uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, toksycznych relacji z opcją świadomego samozniszczenia(rezygnacja z leczenia, ucieczka od szukania ratunku), odcinającym Amy od poczucia winy, rozczarowania ludźmi i światem, od konieczności walki o siebie, o swoje, o wszystko. Ostatecznie pozostaje twórczość-przejmująca, szczera, prawdziwa. W niej jest swym najwspanialszym,  nieśmiertelnym wcieleniem. Życie przegrywa, wycofuje się, osuwa w niebyt, oddając sztuce wszystko. W niej zaklęta jest istota personifikującego się cierpienia. Piętno niemożności wyjścia poza ograniczenia. Usprawiedliwienie. Postawa skazanego na przegraną. Wyrażanie poprzez siebie każdego innego człowieka. 

Środkowa część Teatru Żydowskiego na ulicy Senatorskiej 35 przekształcona została w wybieg ze świetlnymi błyskawicami, z lustrzano-stalowymi kolumnami, łączącymi niebo z ziemią, wyznaczając rewir dramatu osobowości spalającej się w pragnieniu miłości, boksującej się ze światem. Scenografia tworzy wizualny labirynt-przejrzyste, pozbawione ścian więzienie, w którym rozgrywa się teatralny pokaz wcieleń Amy Winehouse. W klaustrofobicznych warunkach nie można być już chyba bliżej  splątanego uzależnieniami życia, w nieustającej kreacji, w walce, między depresją a manią, w bólu istnienia, w samotności, w zatwardziałym parciu do nieuchronnego upadku. Przy deficycie uczuć, w klinczu uzależnień od ludzi i używek. Wystawione na widok publiczny niepokorne dziecko, krnąbrna, uparta dziewczyna, młoda kobieta z osobowością borderline poddawana jest nieustannej krytycznej ocenie, presji świata. Legenda Amy Winehouse trwa a uzależnienie od alkoholu jest udziałem wielu innych osób. Spektakl dedykowany jest tragicznie zmarłej w 2020 roku aktorce Teatru Żydowskiego Ewie Greś. 

Mocnym argumentem scenicznej narracji są aranżacje Jacka Mazurkiewicza z ilustracjami choreograficznymi Krystyny Lamy Szydłowskiej, kostiumami i fenomenalną scenografią Ewy Łanieckiej, co oddaje stan psychiczny, emocjonalny Amy i razem z charakteryzacją Małgorzaty Jankowskiej wizualizuje wyrazisty styl wokalistki. Przede wszystkim jednak to Małgorzata Majewska, Monika Chrząstowska, Adrianna Dorociak, Sylwia Najah, Ewa Tucholska, ich aktorstwo, temperament i interpretacje piosenek  podnoszą temperaturę zdarzeń, decydują o nerwie tej historii. Definiują Amy, Żydówkę, jako przykład osoby nadwrażliwej, niestabilnej, żyjącej w chaosie, toksycznych relacjach, niebezpiecznych związkach, silnych uzależnieniach. Kobiety w różnym wieku malują czerwoną szminką usta, rysują charakterystyczną czarną kreskę na powiekach, ubierają się jak Amy i opowiadają o jej życiu, sygnalizują przyczyny, kreślą proces destrukcji prowadzący do przedwczesnej śmierci. W sytuacji bez wyjścia, gdy prawie każdą walkę przegrywa walkowerem. Komunikuje się ze światem poprzez kolejne piosenki.

Ten spektakl to doskonały twórczy koncept, wspaniała artystyczna robota. Nad wszystkim czuwa reżyserka i autorka scenariusza Karolina Kirsz. Zadbała o to, byśmy poczuli, zrozumieli, że wszystkie bitwy Amy Winehouse mogą dotyczyć w większym lub mniejszym stopniu każdego z nas. Obejrzyjcie. Nie przegapcie. Powodzenia:)

REHAB.WSZYSTKIE BITWY AMY WINEHOUSE

reżyseria, scenariusz: Karolina Kirsz
muzyka: Jacek Mazurkiewicz
scenografia i kostiumy: Ewa Łaniecka
choreografia: Krystyna Lama Szydłowska
światło: Monika Sidor
charakteryzacja: Małgorzata Jankowska
producentka :Roksana Szmigiero


obsada: Małgorzata Majewska, Monika Chrząstowska, Adrianna Dorociak, Sylwia Najah, Ewa Tucholska

premiera: 14.10.2022

fot. Maurycy Jan Stankiewicz