środa, 14 lutego 2018

CIEMNOŚCI DEMIRSKI STRZĘPKA TEATR IM. S.ŻEROMSKIEGO W KIELCACH IMKA


Paweł Demirski z Moniką Strzępką spektaklem CIEMNOŚCI nawiązują do prozy Josepha Conrada. Sprawdzają czy świat się zmienił, czy nadal w ciemnościach błądzi akceptując współczesny kolonializm i niewolnictwo, które mają nową, bardziej wyrafinowaną, zawoalowaną formę. Konstytuuje dobrowolne i świadome podporządkowywanie się panującej demokracji w triumfie wolnej woli. Zgodnie z decyzją tych, którzy mają siłę, władzę, kapitał i ostatecznie pozostają nietykalni, niedostępni. Bogaci, cyniczni, bezpieczni, pozostają pewni swego. Zarządzają zagubionymi, żyjącymi w niepewności, strachu. Podział na wyzyskujących i wyzyskiwanych jest wyraźny, złowieszczy, beznadziejnie stały. Choć można odnieść wrażenie, że jedni i drudzy są temu stanowi rzeczy bardziej lub mniej winni.

Gorzka to konstatacja artystycznego rozpoznania, słuszna, celna ale bezowocna. Bo w formie refleksyjnej, ilustrującej nie przeraża, nie oskarża, nie wstrząsa.  Pozbawiona pointy nie roznieca żaru, który zagrzałby do boju, do zmiany.  Dziś tylko mocne, silne, radykalne działania mogą ludzi wybić ze stuporu bezsilności i mentalnego zniewolenia. Dać napęd poczuciu godności, poruszyć sumienie, zmusić do myślenia i działania.Tandem przedstawia, straszy a nie wysadza scenicznym przekazem żenującego status quo obecnej rzeczywistości, które dowodzi tylko, że wszystko od wieków, od zawsze tak ewoluuje, by ostatecznie nic się nie zmieniło. Jakby człowiek, ludzkość była zaprogramowana raz na zawsze, bez możliwości wprowadzenia jakiejkolwiek znaczącej korekty.

Artyści  multiplikują postaci Marlowa/ Tomasz Schimscheiner, Joanna Kasperek/ i Kurtza/Andrzej Konopka, Jacek Mąka/, by pokazać cechy wspólne głównych figur układu społecznego niezależne od czasu i miejsca. Postać obcego, innego, słabego a więc niewolnika, czarnego, kobiety, prekariusza na śmieciówce gra charakterystycznie, sprawnie, w adekwatnych kostiumach Magda Grąziowska a ciotkę doskonała, choć powtarzająca środki wyrazu z poprzednich ról granych w spektaklach Demirskiego i Strzępki, Anna Kłos-Kleszczewska. To zgrabny i ciekawy zabieg. Aktorzy nie zawodzą, wspaniale grają swoje role.

Wszystko, do czego Monika Strzępka z Pawłem Demirskim nas przyzwyczaili, ma tu łagodną, stępioną, analityczną, refleksyjną formę. I charakterystyczny język sztuki i rozwichrzona reżyseria nie mają już tej ostrości, zadziorności. Siły rozsadzania, oskarżania, niezgody, buntu. Jakby artyści stracili impet, serce, nadzieję, wiarę w to, że to działa.  I uznali, że trzeba szukać nowych sposobów komunikowania się z odbiorcami. Jednak to, co proponują nie zaskakuje, nie prowokuje, nie ma nowego kształtu i wyrazu, który by inspirował. Jest produkcją ładną, zgrabną, oczywistą, przewidywalną. Gładką. I łatwą do zignorowania. Estetyka kontynuacji, styl pozbawiony pazura jątrzącego, rozszarpującego święty spokój współczesnego człowieka nie niesie emocji, nie przeszywa energetycznym impulsem zmuszającym do działania, do zmian. Skutkuje obojętnością, nudą.  Znamionuje stagnację twórczą.

Paweł Demirski złagodniał, spokorniał, uległ. Zrezygnował ze wściekłości. Już nie jest furią niezgody, walki, opozycji. Okrzepł. Stał się siłą spokoju. Można odnieść wrażenie, że nie chce szarżować lub nie ma pomysłu na skutecznie działającą dramaturgię; mocną, atrakcyjną, wywołującą radykalny ferment czynu i myśli. Zatrzymuje się na fazie transparentnego rozpoznania i prostego przedstawienia, przewidywalnej analizy, schematycznej wizualizacji refleksji nad konstrukcją i naturą świata, w nim człowieka. Tworzy z Moniką Strzępką demaskujący, ponadczasowy model zachowań, działań ludzkich w abstrakcyjnych, przestrzennych, prawie pustych dekoracjach/tylko fotel dentystyczny i bęben, świetlówki/, na który każdy może przenieść doświadczenie, obserwacje, przemyślenia własne.

W sumie powstał smutny,  bezsilny, znany obraz niemocy człowieka, artystów wobec okrutnej rzeczywistości,  niezmiennej natury ludzkiej. Fundujący przygnębiające rozczarowanie, że niewiele można zmienić, bo ogromna, dostępna powszechnie wiedza nie jest napędem satysfakcjonującego do końca postępu, który uczyniłby życie znośniejszym, lepszym, sprawiedliwszym. Piękniejszym. Świat nadal brutalnie i świadomie budowany jest na przemocy, wyzysku i przelanej krwi a ogrom nieszczęścia, cierpienia, głodu i biedy nie maleje a rośnie w zatrważającej obojętności i milczeniu. Z powodu braku empatii. I co gorsza, wiek niewinności minął bezpowrotnie. Wszyscy w większym lub mniejszym stopniu stopniu są temu winni, za to odpowiedzialni. Kolonizują i są jednocześnie kolonizowani. Stają się niewolnikami i jednocześnie zniewalają. Każdy na własnym poziomie zwierzęcej drapieżności i niezaspokojenia. Pychy. Egoizmu. Pazerności. To są te tytułowe, uporczywie otaczające ciało, podstępnie wypełniające duszę, ciągle zwodzące rozum odmęty niewybaczalnego bezwstydu-generowane przez każdego człowieka, ludzkość całą- CIEMNOŚCI.


CIEMNOŚCI
Reżyseria: Monika Strzępka
Tekst inspirowany „Jądrem ciemności” Josepha Conrada: Paweł Demirski
Scenografia, kostiumy: Arek Ślesiński
Muzyka: Tomasz Sierajewski
Ruch sceniczny: Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka
Światło i projekcje: Jakub Lech
Asystentka reżyserki: Sara Bustamante – Drozdek,
Asystenci reżyserki: Andrzej Błażewicz (AST), Paweł Sablik (AST)
koprodukcja z Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach

obsada:
TA OBCA: Magda Grąziowska
MARLOW 1: Tomasz Schimscheiner
MARLOW 2: Joanna Kasperek
NA STACJACH/CIOTKA: Anna Kłos-Kleszczewska
KURTZ 1: Andrzej Konopka
KURTZ 2: Jacek Mąka

zdjęcie:Jakub Lech

poniedziałek, 12 lutego 2018

OŚCI TEATR SOHO


Spotkanie Pawła Miśkiewicza z literaturą Ignacego Karpowicza w Teatrze SOHO  zaowocowało spektaklem OŚCI, intrygującym obrazem o złożonych relacjach międzyludzkich. To niezwykle sugestywny, dowcipny, przejmujący obraz teraźniejszości. Zbiorowy portret ludzi- zdesperowanych, indywidualistów poddanych presji brutalnej rzeczywistości, którą sami współtworzą, nie bacząc na skutki. Nie znaczy to, że kiedykolwiek było łatwiej, prościej ale jednak wydaje się, że proces nawiązania, utrzymania, rozwoju więzi jest dziś jeszcze nierozpoznany, nieoswojony. Zaskakuje. Ewoluuje, jest nieustającą zmianą. Już na początku spektaklu pada pytanie powracające wielokrotnie: jesteś lewicowcem czy konserwatystą? Jakby bohaterowie musieli się cały czas określać, analizować sytuację, przewartościowywać relacje. Na nowo ich uczyć. Sprawdzać jakie są, co im dają, co niszczą. Gdy już wszystko można a nie wiadomo jeszcze na jakich zasadach, w jakich granicach, perspektywach konsekwencji.

Tak więc z jednej strony na każdym kroku czuje się presję określenia, zdefiniowania, deklaracji kim się jest gdy z drugiej płynne są zasady postępowania i dowolny system wartości. Otwarta, luźna, niezobowiązująca konstrukcja związku. Niby pomaga to bohaterom żyć jak chcą, jak pragną, bo są wolni, jednak czyni ich taki status samotnymi, nieszczęśliwymi, pogrążonymi w wiecznej nerwowości, permanentnej frustracji, bolesnym rozdarciu. I mimo wszystko rozczarowaniu, niepewności, niespełnieniu. Akceptują swoje położenie, rozumieją, usprawiedliwiają, przystosowują się a jednocześnie nie pozwalając sobie na otwarte wyrażenie tego, co myślą i czują. Ostatecznie cieszą się chwilą, tym, co mają tu i teraz. Nie roztrząsają na zewnątrz, nie drążą tego, co niepokoi, boli, dotyka. Cała walka toczy się w nich samych. Jest tylko ich problemem. Tłumiona, lekceważona, neutralizowana tak długo, jak tylko jest to możliwe. Wybucha w samotności. Obracana jest w żart, piosenkę, kolejną przygodę, wcielenie, w kolejny, nawet równoległy związek.

Spektakl otwiera fragment CZERWONEJ PUSTYNI Michelangelo Antonioniego z pogrążoną w depresji Moniką Vitti. Chatka usytuowana na brzegu morza, w której spotyka się z mężem i znajomymi, przeniesiona jest na scenę Teatru Soho /Barbara Hanicka/. Reżyser często korzysta z filmowych scen, przygotowanych na potrzeby spektaklu/równoprawny, ważny, celny środek wyrazu/. Filmowe wtręty poszerzają pole walki. Tworzą dystans, łączą to co indywidualne subiektywnie z tym co zbiorowe obiektywnie i dotyczy wszystkich, nie tylko bohaterów spektaklu.

Paweł Miśkiewicz nie komponuje opowieści rodzajowej, linearnej, tradycyjnej, co skutkuje trudną dramaturgią, opartą na aktorstwie, mocnych, wyrazistych, oryginalnych portretach psychologicznych bohaterów, znaczących fragmentach ich indywidualnych historii. I to jest nadspodziewanie interesujące. Akcja się rozpada, wydaje się niespójna, porwana, poszarpana, jak charaktery i losy postaci, które w takiej rzeczywistości nie czują się pewnie. Zaskakuje niesłychanie pozytywnie fantastyczna rola Romy Gąsiorowskiej. Aktorka  gra Maję, egocentryczną młoda kobietę. Na początku rozbuchaną emocjonalnie, histerycznie pogrążającą się w depresji. Ironiczną, złośliwą, rozchwianą emocjonalnie, niezrównoważoną psychicznie. Dobrze wykształconą, inteligentną nie dającą sobie rady, bo znalazła się na życiowym zakręcie: traci pracę, męża, ma trudny kontakt z synem. Z czasem wycisza emocje, racjonalizuje je, choć nadal nie wie, co dalej robić, jak postępować, by życie nie wymykało jej się z rąk i dawało więcej satysfakcji. Złamana przez sytuacje, poddaje się.O wiele lepiej radzi sobie Ninel grana przez  Iwonę Bielską. To kobieta dojrzała, doświadczona, po przejściach. Opanowana, spokojna, chwyta każde szczęście/młody kochanek, gej zresztą/, świadoma tego, że  życie jest ulotne, chimeryczne, krótkie. Aktorce udało się stworzyć skomplikowaną naturę tej postaci, sytuacji i położenia. Lęk przed napierającą samotnością, śmiercią w otoczeniu kotów neutralizuje każdy przejaw radości. Ninel znosi to z godnością. Poczuciem humoru. Choć znamy jego cenę. Bardzo dobra jest epizodyczna rola Klary Bielawki, wielodzietnej matki Polki rzuconej przez męża, pozostawionej bez środków do życia. Jej bohaterka bezrefleksyjna, zaskoczona sytuacją, nie przejmuje się, poddaje chwili, losowi. Marcin Kowalczyk gra niesłychanie złożoną postać Norberta, rasisty, mizogina, homofoba, jednocześnie kochanka Ninel i drug queen Kim Lee/Hiroaki Murakami/, który jest Wietnamczykiem biznesmenem. Łączy więc ekstremalne skrajności, a jednak daje sobie radę. Poznamy jeszcze pedantycznego Andrzeja i bałaganiarza Krzysia, przedsiębiorczego Maksa i Szymona, męża Mai, z nową partnerką.

Interesujące jest nie skomplikowana erotyczna i emocjonalna natura ich relacji/prawie każdy z każdym był lub jest związany/ ale potrzeba nieustającej kreacji, poszukiwań i sprawdzania siebie, podejmowanie kolejnych prób tworzenia nowego życia. Zachłystywanie się egoistyczną wolnością. I spychany do podświadomości lęk przed przyszłością. Chęć, oczekiwanie zaspokojenia pożądania, natychmiast i w najszerszym, coraz bardziej prowokacyjnym, przekraczającym wszelkie granice wymiarze.  Nikt nie jest tu zadowolony ze swojego życia, z tego co od niego dostaje, kim sam jest. Dominują różne formy tej samej frustracji, wynikające z braku szczęścia, stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa. Wszystko jest chwilowe, ulotne, płytkie. Ale dobrze, gdy w ogóle jest. Tylko lęk rośnie, potężnieje. Staje się główną motywacją. Niewidzialną siłą napędową.

Spotykamy się w tym spektaklu z reprezentacją klasy średniej w jej egotycznym wnętrzu korzystającą z wolności. Ale gubiącą się w meandrach komplikacji interpersonalnych, sprecyzowaniu o co jej tak naprawdę chodzi, na czym zależy. Szukającą zrozumienia, bliskości, bratniej duszy, samej siebie. Uciekającą od samotności do samotności. Świadomą, że DZIWNY JEST TEN ŚWIAT/brawo Kim Lee/. Na szczęście nie jest to smutny spektakl/brawo znakomity w kostiumie raka Michał Wanio/. Bo przecież nic tu nie jest beznadziejne, jednoznaczne, złe. Osądzane, wykluczane, skończone. Pozostają ledwie mgnienia, słabe przebłyski, namiastki wiary, nadziei i miłości pozwalające dalej żyć, nawet jeśli bohaterowie chwytają się ich jak tonący brzytwy.






OŚCI   IGNACY KARPOWICZ
reżyseria: Paweł Miśkiewicz
adaptacja: Joanna Bednarczyk, Paweł Miśkiewicz
scenografia: Barbara Hanicka
kostiumy: Barbara Hanicka, Katarzyna Załęcka
projekcie multimedialne: Przemysław Brynkiewicz, Michał Jankowski
reżyser światła: Marek Kozakiewicz
dramaturg: Joanna Bednarczyk

obsada: Iwona Bielska, Roma Gąsiorowska-Żurawska, Marcin Kowalczyk, Łukasz Garlicki, Szymon Czacki, Hiroaki Murakami, Michał Wanio, Tomasz Włosok, Jan Rogaliński.

obsada filmu: Katarzyna Gniewkowska, Klara Bielawka, Paweł Tomaszewski, Grzegorz Mikołajczyk.

premiera: 13 stycznia 2018

niedziela, 11 lutego 2018

UCZTA GARBACZEWSKI NOWY TEATR


UCZTA Platona, czy może być teatralną ucztą? Te pogaduchy na kacu klinem zapijane. Te potrzeby rozpasanego wyuzdania wywodami filozoficznymi przykrywane. Krzysztof Garbaczewski dosłownie przewrotnie obnaża, do imentu uzasadnianie potęguje. Bawi się, ironizuje, łapie dystans do ciała, bardziej przecież chodzi o kreację racji ducha. Ideę EROSA, OBRONY SOKRATESA. Uwspółcześnioną czyni ją komunikatywną, wymowną, lekką. Filozoficzną, artystyczną, pod każdym innym względem atrakcyjną. Otwartą, bowiem dialogi platońskie nigdy nie definiowały niczego do końca. Były metaforyczne, wieloznaczne, pełne wolnej przestrzeni na nowe rozwinięcia, interpretacje. Stanowiły inspirację. Tak więc witaj UCZTO, inspiracji wariacjo!

Spektakl jest wierny tekstowi, w nowym celnym tłumaczeniu Andrzeja Serafina oddaje charaktery postaci, idee jakie reprezentują, postawy. Nie rezygnuje jednak z nowoczesnej formy dla przedstawienia bardzo starych treści, niosących nadal współczesne znaczenia. Wykorzystuje grafikę komputerową, projekcje nakłada na scenografię inspirowaną kopalnią marmuru, Akropol zbudowany ze sklejki. Ubiera aktorów w adidasy, rajstopy, bieliznę, negatywy tóg greckich, bo są  z czarnych worków foliowych. Ale i rozbiera, obnaża ciało podkreślając, że nagość jest tu najwłaściwszym kostiumem dla pokazania prawdy, piękna, miłości. I bezwstydu. I wstydu.

Garbaczewski, jak zawsze, jest odjazdowy, szalony, zwariowany, prowokujący, pod włos głaszczący nasze poczucie estetyki. Prowokuje, eksperymentuje, zaskakuje. Synchronizuje swoje z naszym poczucie humoru. Czyni całość spójną, harmonijną, zbalansowaną. Dba o właściwe tempo i rytm, stosuje powtórzenie, co porządkuje obraz. Ma wspaniały, złożony z indywidualności zespół aktorski, który potrafi jednym głosem z reżyserem scenicznie z nami, widzami, gadać, bawić się i śmiać. Bez tego aktorstwa wszelkie zabiegi osunęłyby się w banał, błahostkę, w karykaturę, w irytującą, pustą zabawę, drwinę, dziecinadę. Jarmarczny czy kabaretowy obrazoburczy wybryk.

Garbaczewski jednak nie boi się prostych, czytelnych rozwiązań, zabawnych pomysłów scenograficznych, odważnych choreograficznych wtrętów rozwinięć, błazeńskich point. Miesza powagę z wygłupem, żartem, łączy starość z młodością, zderza erotyzm z trudnym wywodem. Tworzy oksymorony sceniczne zestawiając niskie z wysokim, proste ze skomplikowanym, żartobliwe z poważnym, cielesność z duchowością,  miłość z wyuzdaniem, martwe z żywym. I dotyka istoty rzeczy.

Aktorzy odważnie podejmują wyzwania, jakie stawiają przed nimi wymagające role. Naprawdę imponują. Zachwycają. Tylko najlepsi potrafią z takim artyzmem, wyczuciem, celnością mówić tekstem Platona podporządkowując mu tak posłusznie ciało i ducha. Zmysłowo śpiewa  i z godnością schodzi ze sceny wypraszana uporczywie Magdalena Popławska. Cudownym kameleonem scenicznym jest Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, brawurowo zabawna w scenie molestowania przez sklejkowe archetypy mężczyzny i kobiety. Fantastyczny popis choreograficzny daje Jaśmina Polak, pierwiastek żeński w męskim, mówiąc jednocześnie. Pocieszny jest Piotr Polak w udziwnionym kostiumie- instalacji, todze. Bartosz Gelner porusza się swobodnie ubrany w nagość ucznia konfrontującego się z nagością mistrza/odważna scena z Jackiem Poniedziałkiem/. Bartosz Bielenia daje popis aktorskiej metamorfozy, młodości w starca/w pampersie z kijaszkiem w ręku/. Wojciech Kalarus dopełnia swą postacią wesoło filozofujących biesiadników.

Ciekawie wypada scena spotkania młodego Sokratesa, zamierzona groteska mowy ciała Pawła Smagały, z uczonym, spokojnym, zmysłowym wywodem Diotymy,  hipnotyzującej głosem i ukrytym w zjawiskowej prostocie sukni ciele Magdaleny Cieleckiej. Relacja uczeń mistrz, w dodatku piękna kobieta i młody mężczyzna skutkuje spięciem rosnącego pożądania z subtelną mądrością. Przeglądania się jednego w drugim. Łatwo przychodzi uwierzyć, że TO PIĘKNO ZAWSZE JEST, NIGDY NIE POWSTAJE ANI NIE GINIE, NIE ROŚNIE TEŻ ANI NIE MALEJE.

Obrona Sokratesa w monologowym wyważonym występie Jacka Poniedziałka, wygłoszona nago, wybrzmiała jak bezbronna, przegrana, upokorzona choć dumna naga prawda. Stając się na koniec martwym ciałem bez ducha, bez argumentu, bez racji, utrefionym pokarmem dla tych, co pozostali przy życiu słusznie zawstydzeni. Bierzcie i jedzcie. Kosztujcie. To może być rola życia, chyba że Jacek Poniedziałek ją jeszcze inną przebije.

Krzysztof Garbaczewski wyreżyserował pyszną  UCZTĘ. Mimo sztubackich ekstrawagancji udowodnił, że swój teatr konsekwentnie tworzy i  mocno czuje.


UCZTA na podstawie UCZTY Platona

‬Przekład i dramaturgia: Andrzej Serafin
Reżyseria, adaptacja: Krzysztof Garbaczewski
Scenografia: Aleksandra Wasilkowska
Kostiumy, choreografia: Sławomir Blaszewski
Muzyka: Jan Duszyński
Reżyseria światła: Bartosz Nalazek
Wideo: Robert Mleczko
Twórcy VR: Maciej Gniady, Marta Nawrot, Jagoda Wójtowicz

Obsada: Bartosz Bielenia, Magdalena Cielecka, Bartosz Gelner, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Wojciech Kalarus, Jaśmina Polak, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Magdalena Popławska, Paweł Smagała

premiera: 8 lutego 2018
Spektakl dla widzów pełnoletnich.

zdjęcie:1/PAP, Radek Pietruszka, 2/ Magda Hueckel

piątek, 9 lutego 2018

BEZ WYJŚCIA TEATR DRAMATYCZNY



Tytuł spektaklu BEZ WYJŚCIA należy traktować dosłownie. Trzy osoby: dwie kobiety i mężczyzna znajdują się w w sytuacji bez możliwości decydowania o sobie, dokonania jakichkolwiek zmian. Są w klinczu swojej przeszłości, której muszą stawić czoło, są zdani tylko na siebie a wzajemne interakcje ujawniają ich prawdziwą naturę. Demaskują. Obnażają. Pokazują to, co było istotą, przyczyną i skutkiem zachowań, wyborów a będzie decydować o ich ostatecznej ocenie jako człowieku. To czyściec a właściwie piekło. Samo życie. Bez Boga.

Zdarza się, że spekulujemy, jak to jest po śmierci. Jak wygląda sąd ostateczny. Sartre pozostawia go ludziom, jakby oni mogli tylko dokonać sprawiedliwej oceny siebie samych. Tylko człowiek człowiekowi może wyrządzić największą krzywdę, a więc i sobie samemu. I tylko człowiek  może brutalnie, bez emocji, surowo punktować zasługi i winy, podsumować życie drugiego człowieka.  Zastrzelony Józef Garcin, literat i pacyfista,  pokonana przez zapalenie płuc, atrakcyjna i bogata Stella Rigault,  samobójczyni  singielka Inez Serrano, urzędniczka na poczcie, są uwięzieni w pułapce piekielnego kręgu niemożności. Nie mają wyboru, muszą być ze sobą w zamkniętym, pustym,  bez właściwości pomieszczeniu z trzema miejscami do siedzenia. Są zdani tylko na siebie. Nie znają się. Co tu robią, na co czekają, co będzie dalej-nie wiedzą.  Przyszedł czas na zmierzenie się z prawdą o sobie, wzajemne wymierzenie kary. Wizualizuje się na scenie adekwatna, wieczna udręka dla ziemskich grzeszników. Sen mara. 

Jest dowodem na to, że wyobraźnia ludzka jest ograniczona do doświadczenia, jakie zna, jakie jest w stanie sama wypracować. Nic ponadto. Piekło jest w nas, piekło fundujemy innym, nawet nieznajomym. Nie ma końca cierpienie, zło, które człowieka dotyka, które on czyni. Całokształt ludzkiego życia może się tylko na nowo konfigurować, odsłaniać poprzez interpretację, z perspektywy oczu tych, w których się przeglądamy. Stąd ta wielość wariantów tego samego zaistnienia. Poza tym, wystarczy zostawić ludzi samych, a zaraz rozpoczynają grę pozorów, dociekania, drążenia, obnażania, walkę o dominację, o uwagę, znaczenie. Ludzie nie potrafią zachować tajemnicy, nie mogą na dłuższą metę milczeć. W tym wzajemnym ścieraniu, żonglowaniu argumentami, przytaczaniu przykładów z własnego życia, obserwacji zachowań i reakcji rozmówców ujawnia się powoli to kim są w swej istocie. 

Co czeka nas po śmierci? Każdy się chyba choć raz nad tym zastanawiał. Spekulował. Gdybał. Wiemy, ze jedyną pewną rzeczą w życiu jest śmierć. Nie wiemy, co się dzieje dalej. Czy są jakieś ciągi dalsze? Może też nic nie ma. Na pewno nic pewnego. Sztuka BEZ WYJŚCIA jest taką stworzoną dla na spekulacją, mającą na celu zwrócenie uwagi na to, że życie to ciąg zdarzeń, który ma nieuniknione konsekwencje. Obciążające, wpływające na ocenę, samoocenę, bo ta też jest tu bardzo ważna. Sami sobie gotujemy swój los. I choć to banał, nie ma wyjścia, trzeba o tym ciągle przypominać. Powodzenia:)



BEZ WYJŚCIA JEAN-PAUL SARTRE

Reżyseria: Barbara Sass
Przekład: Antoni Libera
Scenografia i kostiumy: Paweł Dobrzycki
Muzyka: Michał Lorenc
Reżyser światła: Wiesław Zdort
Kierownik Produkcji: Mateusz Karoń
Sufler: Barbara Zając

OBSADA:
Garcin: Piotr Grabowski
Inez: Agnieszka Wosińska
Stella: Agnieszka Warchulska
Lokaj: Michał Podsiadło

premiera: 26.09.2014




UPADANIE TEATR POWSZECHNY


UPADANIE to sztuka o polskiej współczesności. O degradacji tradycyjnego życia, które stawia człowieka w stuporze zaskoczenia, bezradności, wyzwania wobec tego, co dalej. O relacjach międzyludzkich wypaczonych, zwichniętych, ułomnych z perspektywy rodziny klasy średniej, jej członków. Czasy są takie, że rodzina nie daje poczucia bezpieczeństwa, jest niestabilna, łatwo może ulec rozpadowi, stare wartości zdewaluowały się, nie mają racji bytu w nowej rzeczywistości, nie gwarantują już szczęścia. Zmiany obyczajowe i społeczne wpływają na komfort życia, który jest zagrożony, niepewny. Stawiają wszystkich wobec konkretnych pytań, zadań, które zmuszają do przystosowania się do nowych, ciągle zmieniających się warunków.

Spektakl osadzony jest w rzeczywistości po transformacji politycznej, ekonomicznej, społecznej i pokazuje, jak poszczególni członkowie rodziny radzą sobie z problemami codziennej egzystencji. Jaki mają stosunek do siebie nawzajem. Co i jak głęboko ich łączy, jakie mają tajemnice, kłopoty, dylematy. Na tym mamy się skupić, bo akcja toczy się na prawie pustej, surowej scenie, nie licząc pianina, czerwonego fotela, telefonu. Jakby proces kształtowania się, budowy związków, relacji ciągle ewoluował, był niedokończony, w nieustającej metamorfozie.

Bohaterowie sztuki noszą imiona grających ich aktorów. Zmysłowa, energiczna, atrakcyjna Ewa Skibińska gra Ewę, zaradną kobietę sukcesu, spełnioną bizneswoman a jednak samotną żonę męża, profesora uniwersytetu, ukrytego homoseksualisty, Arka, w którego wcielił się udanie, balansując pomiędzy pożądaniem a zaspokojeniem, prawdą a kłamstwem Arkadiusz Brykalski. Ewa stara się pomóc swemu bratu Michałowi, świetnemu w tej roli Michałowi Jarmickiemu, który pozbawiony inicjatywy, kreatywności, charakteru, kompletnie nie umie odnaleźć się w życiu. Jest bezrobotny, brakuje mu pieniędzy. Zagubiony, leniwy, roszczeniowy, typowy nieudacznik szuka pomocy u siostry. Utknął w minionym czasie. Jego córka Klara, doskonała Klara Bielawka, spodziewa się niechcianego dziecka i za namową Ewy dokonuje aborcji. To jest sprzeczne z systemem wartości, który reprezentuje ojciec. W dodatku córka Ewy i Arka buntuje się. Sprawia kłopoty, jak to w wieku dorastania, ale gdy jest autorytetem sama dla siebie, nie ma szacunku do innych, bo się w jej oczach kompromitują, to nie ma co się dziwić.

Najistotniejsze jest w tej lekkiej, prostej historii obyczajowej przedstawienie języka komunikacji. I nie jest to ilustracja subtelna a dosadna, mocna, wyrazista. Jakby reżyser podkreślał w sposób szczególnie znaczący, że zależy mu na zaakcentowaniu przyczyny problemu degradacji relacji międzyludzkich. Gdy nie można się porozumieć, zrozumieć, dogadać. Powiedzieć prawdy. Okazać uczuć. Bohaterowie mówią ale nie słuchają siebie nawzajem, emocjonalnie reagują, poza kontaktem wzrokowym wygłaszają indywidualne kwestie, wyrzucają je z niesłychaną szybkością, w sposób mechaniczny, automatyczny argumentują, mając na uwadze nie dobro osoby a ogólnej natury racje. Jakby bali się, nie umieli lub nie chcieli inaczej. Jakby tak naprawdę blisko, głęboko nie byli ze sobą związani. Jakby byli dla siebie nie radością ale zbędnym balastem. Wrogiem.

UPADANIE to jeszcze nie upadek, ale go antycypuje. Dotyczy jednostki, rodziny, dotyczy społeczeństwa ale też teatru. Árpád Schilling przepracował w Teatrze Powszechnym bardzo ważny temat, docieka przyczyny dysfunkcji komunikacyjnej, która tak bardzo zaburza relacje. Jest objawem śmiertelnej choroby. Symptomem jej jest egoizm i pogarda, która uniemożliwia rozwiązywanie wszelkich problemów.

UPADANIE

reżyseria - Árpád Schilling
scenariusz na podstawie improwizacji - Árpád Schilling, Annamária Láng
dramaturgia - Bence Bíró
tłumaczenie - Patrícia Pászt
kierownik produkcji - Ildikó Ságodi
asystentka reżysera - Zofia Gustowska

obsada: Klara Bielawka, Arkadiusz Brykalski, Ewa Skibińska, Michał Jarmicki, Anna Ilczuk, Wiktor Loga-Skarczewski, Julian Świeżewski

premiera:30.01.2017