środa, 3 stycznia 2018

GOLEM TEATR ŻYDOWSKI


W GOLEMIE Mai Kleczewskiej pamięć jest głównym, przewodnim tematem, bohaterem, problemem. Ona jest najważniejsza. I również walka o nią. Czas, polityka, fatum, człowiek ją zaciera, udziwnia, wypacza, zakłamuje, uśmierca. W jaki sposób zachować ją w formie niezdeformowanej, nieprzetworzonej, czystej? Jak o historii mówić, jak ją utrwalać, przechowywać? By nie była martwa, pusta, nic nie znacząca. Unieważniana. By nadal świadczyła prawdę o istocie rzeczy.

GOLEM  ma zbawić, uratować świat. Ocalać od zapomnienia. Może być wszystkim. Zależy, co mu jego stwórca, człowiek, swoim tchnieniem, potrzebą, koniecznością przypisze, jakie nada mu znaczenie, czego go nauczy, co w niego wgra, jak go zaprogramuje.  Mityczny twór z gliny i mułu to tylko punkt wyjścia. GOLEM może być robotem, dziełem Frankensteina, fantomem, androidem, hostem, duchem, zjawą, człowiekiem, wszystkim innym. To nośnik pamięci, bo o nią tu chodzi. Ale też o każdego widza. To jego percepcja rejestruje, układa, tworzy ostateczną kompozycję z proponowanych przez artystów skrawków opowieści, postaci, tekstów, sytuacji, obrazów. Widz więc w pewnym sensie staje się też Golemem, tyle tylko, ze sam dla siebie w dowolnym czasie, z wybranej przez siebie perspektywy, we własnym tempie, kombinacji, intensywności zwiedza tą przestrzeń galerii czy muzeum z eksponatami, instalacjami, obiektami teatralnymi, bo nie ma tu podziału na scenę i widownię. Komponuje i zapisuje obraz, który zostanie w jego pamięci. Te same zdarzenia każdy z widzów inaczej zarejestruje, utrwali. Przeżyje. Sam dokona wyboru, podejmie decyzję z jak bliska, w jakiej kolejności zapozna się z tym, co proponują artyści. Ale i zda się na przypadek, poprowadzenie przez aktorów. Podąży za propozycjami scenicznymi aranżowanymi w różnych miejscach w tym samym czasie jednocześnie. W pełnej wolności. W nieskrępowanej ekspresji. Bez przymusu. Bez rygoru konwencji, kanonu, przyzwyczajeń. Bez żadnych ograniczeń. Sam bezpośrednio nie wchodzi w interakcje. Ale on sam ma znaczenie. Stapia się, doskonale komponuje z  poszczególnymi scenami, obiektami, instalacjami. Jak w tym obrazie lustra weneckiego, które łączy, stapia osoby znajdujące się po obu jego stronach. O tę jednię tu chodzi. O to stopienie, wzajemne przenikanie. Oddziaływanie. Tworzenie. Proces utrwalania, wzmacniania poprzez sztukę.

Widz, który ma się otworzyć i czuć nieskrępowany podczas spektaklu, wkracza w przestrzeń ogromną, otwartą. Jak do nowoczesnego muzeum, galerii, teatralnego miejsca pamięci. W odgrywane światy równoległe, które się zapętlają, powtarzają, reprodukują po wielokroć, w założeniu bez końca, bez początku. Spotyka osoby, zjawy, powidoki, zmaterializowane wizje, wspomnienia, relacje przyjmujące kształt i formę figury wyobrażeń, pamięci, przeczuć, podejrzeń, obaw. Wizualizujące się stany emocjonalne i psychiczne. Obrazy przyczyny i skutku. Motywacje tych, którzy przeżyli zagładę i nie chcą o niej mówić i przyszłe pokolenia, które przeczuwają grozę skrywanej tajemnicy ale chcą się z nią zmierzyć. Widz podejmuje decyzje, dokonuje wyboru. Lub porusza się trajektorią przypadkową, kierując się instynktem, ciekawością. Spektakl jest produkcją Teatru Żydowskiego więc i on jest tu bohaterem. I historia Żydów. I Holocaust. I świat cały. Spektakl pęcznieje, przechodzi w kolejne poziomy, porusza różne tematy, rozpracowuje alternatywne podmioty znaczeń. Ma formę niezwyczajną, wyjątkową, nowatorską.

Ten spektakl, performens, instalacja, projekt dekonstruuje i konstruuje. Składa, łączy historie, narracje, wspomnienia, interpretacje w sposób nieoczywisty, nielinearny, odrębny. Modeluje. W potrzebie poznania  konieczności rozwikłania, ustalenia, odkrycia tożsamości.  Pobudzenia indywidualnego przeżywania widza. Może najmniej dąży do zrozumienia. Tworzy możliwości. Widzowie swobodnie poruszają się w teatralnej rzeczywistości. Wydaje się, że mają  kontrolę. Decydują o wszystkim.  Ale tak nie jest. Mają poznać działanie pamięci, która przyjmuje różną formę, kształt, postać. Fragmentaryczną w treści, zaskakującą w emocjach, rozszerzaną poprzez skojarzenia. Przywracają pamięć wypartą, wypieraną. Przemilczaną, zamilczaną. Ukrytą. Cierpiącą. Toksyczną. Skazaną na śmierć przez żywych i umarłych.

Spektakl w reżyserii Mai Kleczewskiej z dramaturgią Łukasza Chotkowskiego jest niezwykły, wyjątkowy, zjawiskowy. To uruchomienie, uaktywnienie widza, wpisanie go w obraz sceniczny, nadanie jego obecności statusu szczególnej ważności, zaproszenie go do procesu twórczego jest nie do przecenienia. Inaczej dociera przekaz gdy się do aktorów można zbliżać jeśli się tego chce, potrzebuje. Inaczej zupełnie się przeżywa, gdy można obserwować w epicentrum instalacji, gdy widz prowadzony jest przez obiekt/aktora za rękę. Gdy osoba widza, jego rzeczywistość, jego pamięć, prawda stapia się z tą inicjowaną teatralnie na żywo. To rozbija obojętność, skraca dystans, działa  ekspansywnie, z efektem nie do przewidzenia. Tego doświadczenia nie da się z niczym porównać. Kolejnym przekroczeniem byłoby wchodzenie widzów w różne role, granie postaci. To by prowokowało jeszcze silniejsze zaangażowanie i  oddziaływanie sztuki. Na pewno byłoby trudniejszym, bardziej wymagającym, bardziej ryzykownym do przeprowadzenia artystycznie i logistycznie przedsięwzięciem. Ale jest to możliwe.

DYBUK był wprowadzeniem, przygotowaniem, powtórką z mitologii, tradycji i kultury żydowskiej dla poradzenia sobie ze stratą, dla ocalenia pamięci, świadomości, własnej tożsamości, sensu i spełnienia. MALOWANY PTAK to kontynuacja, konfrontacja z tym, jak pamięć pracuje, jak działa, jak się zmienia, jak jest interpretowana, w jakim celu wypierana, manipulowana, obrabiana. Do czego użyta. To wstrząsające oskarżenie i pytanie o sprawiedliwość, o kondycję, naturę człowieka, relacje międzyludzkie, winę i karę, bo to człowiek człowiekowi jest w stanie wyrządzić największą krzywdę. GOLEM jest projektem z przeszłości dla przyszłości, programem ratunku, koncepcją ocalenia, sposobem zachowania tego, co najważniejsze. Nie tylko faktów ale i emocji, uczuć, przeczuć, tożsamości. Nie tylko wszystkiego, co jest najważniejsze dla Żydów, Teatru Żydowskiego ale dla wszystkich, kimkolwiek jesteśmy. To nauka, że nic nie jest wieczne, dane raz na zawsze, że należy wybaczać lecz pamiętać. Tak, pamięć świadczy, przestrzega, upomina się. Decyduje o przetrwaniu. W tym sensie każdy człowiek jest GOLEMEM. Nie każdy GOLEM człowiekiem.

Nie dajcie sobie wmówić, że ten spektakl nie działa. Doświadczcie go, sprawdźcie na sobie. Tu nie będziecie stawiani pod ścianą, zmuszani do czegokolwiek, uwięzieni w fotelu, w narzuconym czasie. Tu każdy jest wolnym kreatorem. To nieprawda, że te instalacje-obiekty nie składają się w całość. Są też kompatybilne z DYBUKIEM i MALOWANYM PTAKIEM. Wszystko jest doskonale przemyślane. Ten tryptyk jest jednym z najpiękniejszych, najczulszych, najmocniej działających projektów teatralnych, jakie znam. W dodatku mądrym. Wrażliwie uwrażliwiającym.  Mocno angażującym emocjonalnie. Cieszę się, że wszystkie trzy spektakle zobaczyłam, przeżyłam i pamiętam, nadal pamiętam. Na zawsze pozostaną we mnie, ze mną. Poprzez mnie żyć będą dalej i dalej. Jestem GOLEMEM.

Teatr Żydowski swoją najnowszą trudną historią/brak siedziby/, artystyczną działalnością udowodnił, że TEATR to spektakle, byty niezależne same w sobie, i my/artyści, widzowie, wszyscy z nim związani/. Dopóki będziemy pamiętać, czym jest dla nas, jakie może wywołać emocje, reakcje, wrażenia, dopóty będzie istniał. Nawet jeśli nie będziemy potrafili ich nazwać, zdefiniować, opisać. Bo wystarczy nam sił, energii, by o niego walczyć. Powodzenia:)

GOLEM
Reżyseria: Maja Kleczewska
Dramaturgia: Łukasz Chotkowski
Scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
Scenografia, światło, video: Wojciech Puś
Muzyka: Cezary Duchnowski
Kostiumy: Konrad Parol
Asystent reżysera: Damian Josef Neć

Obsada: Gołda Tencer, Barbara Szeliga, Joanna Przybyłowska, Kaya Kołodziejczyk (gościnnie), Małgorzata Gorol(gościnnie), Wanda Siemaszko, Jerzy Walczak, Michał Czachor (gościnnie), Henryk Rajfer, Piotr Sierecki, Marek Węglarski.

W spektaklu wykorzystano fragmenty:

„Kaspar” Petera Handke, tłum. Grzegorz Sinko
„1945 Wojna i pokój” Małgorzaty Grzebałkowskiej
„Golem” Halperna Lejwika, tłum. Olek Mincer
Historie z tomów „Dzieci Holocaustu mówią” – „Turkowice” Adama Pruszkowskiego, „Mała szmuglerka” Jadwigi Kotowskiej, „Szafa świętej Moniki” Andrzeja Czajkowskiego, „Bałam się tylko mamy” Haliny Szostkiewicz i „Dziewczynka, która nie płakała” Margarity Turkow

Premiera 2 grudnia 2017, TR Warszawa / ATM Studio, ul. Wał Miedzeszyński 384

Golem - Premiera III części tryptyku
http://ksiazki.onet.pl/maja-kleczewska-swiadkowie-zaglady-nie-powiedzieli-nam-wszystkiego-wywiad/831er6
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/252022.html
https://kultura.onet.pl/teatr/z-dystansu-golem-rez-maja-kleczewska-teatr-zydowski-w-warszawie/633696e

wtorek, 2 stycznia 2018

OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU STARY TEATR W IMCE


Spektakl OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU w reżyserii Wojtka Klemma opowiada o rodzinie w sposób szczególny,  przewrotny, podstępny. Na scenie występuje  aktorska rodzina Peszków. Dojrzały Jan Peszek gra tu dziecko o imieniu Otto, jego syn, Błażej, ojca Johanna a synowa, Katarzyna Krzanowska, matkę Anne. Przyglądamy się portretowi rodziny we wnętrzu dziecięcego pokoju. Na niewielkiej przestrzeni białego kwadratu wypełnionej trzema pastelowymi pufami, wielkimi kolorowymi klockami, dwiema roślinami w doniczkach Johann, Anne i Otto uwięzieni są w świecie rytuału dnia powszedniego, a tak naprawdę niedojrzałości, banalnych, naiwnych zachowań, zwyczajnych obaw i naturalnych lęków.  W permanentnym niespełnieniu, błądzeniu, pogubieniu. Ojciec pracuje przy obsłudze ksera, jest niespełnionym artystą. Nadopiekuńcza, toksyczna matka wychowuje dziecko. Rodzice nie radzą sobie ze sobą, z życiem, nie radzą sobie z wychowaniem syna.  Mimo, że się bardzo starają, nieszczęśliwi, przewrażliwieni, sfrustrowani, słabi powodują, że dziecko dziedziczy wszystkie ich strachy i lęki.  Proces destrukcji relacji rodzinnych, związku małżeńskiego jest powolny, długotrwały, podskórny. Paradoksalnie wygląda niegroźnie, a nawet zabawnie, bo rozmywając się w codzienności, przy braku dobrej komunikacji i bagatelizowaniu problemów skutecznie można ukrywać kłamstwo, maskować prawdę.

Prawie niewidocznie przebiega walka pomiędzy ojcem i matką, niespodziewanie pojawiają się napięcia pomiędzy rodzicami a synem, enigmatycznie sygnalizowany jest wpływ i rola dziadków w tym rodzinnym układzie. Zauważalne są tylko pojedyncze symptomy, znaki. Reakcje, miny, gesty. Niezrozumiałą nieporadność, wstydliwa bezradność wobec kryzysowych, trudnych sytuacji.Ujawniane są  namiastki, strzępy niepokojących informacji. Bagatelizowane są spięcia, neutralizowane pretensje, zagadywane problemy. Dominuje infantylizm. Jakby dziecięce podejście, niedojrzałość miała wszystko usprawiedliwić. Rozmydlić. Pozorna harmonia, ład, zabawa czy bezpieczna, sterylna atmosfera upewniają, że jest to jednak spektakl o prawdziwym życiu.

Okazuje się, że pojawiające się rysy na sielskim, beztroskim, radosnym obrazie rodziny w jej wnętrzu nie znikają a kumulują się i ostatecznie doprowadzają do rozbicia tego toksycznego, niewydolnego układu. Brak rozwiązywania zarówno poważnych, jak i błahych problemów skutkuje katastrofą. Wielką porażką, która jest wypadkową wszelkich błędów i wypaczeń. Zaniechań. Wiecznej niedojrzałości dorosłych. Co stanowi pewne zaskoczenie, bo na pierwszy rzut oka było fajnie i przyjemnie. Ironicznie. Zabawnie. Miło.

Rodzina to interaktywna konfiguracja nieprzewidywalnych wyzwań, do których trudno się przygotować. Nie zawsze oczywistych sytuacji. To gra pozorów. Mozolny proces wspólnego dojrzewania, uczenia, poznawania. Balansowania na linie niepewności, kompromisu, zaufania. W wielkim strachu, głębokiej obawie przed znanym i nieznanym. Ciągłej bezradności wobec nieuniknionego. Permanentnej słabości. Zmieniających się wymagań, obowiązków, powinności, zdarzeń losu. Odpowiedzialności ponad siły. To nieskończone dostosowywanie się do siebie, do sytuacji, które zaskakują i wymagają szybkiej reakcji. A ponieważ każdy człowiek to świat odrębny, niedoskonały a życie jest dynamiczne, zmienne, nigdy nie jest to zbiór puzzli, który tworzy perfekcyjny, idealny obraz miłości i szczęścia. Z pokolenia na pokolenie. Na wieki wieków.

Spektakl ten głównie śmieszy i bawi, rozczula, zaskakuje nieoczywistym, gorzkim zakończeniem. Prosty w treści i formie, nie jest łatwy do zagrania. Tym większa zasługa aktorów, wspaniałej rodziny Peszków. Brawo!


OJCIEC MATKA TUNEL STRACHU
PRZEKŁAD: IWONA NOWACKA

REŻYSERIA I SCENOGRAFIA: WOJTEK KLEMM
KOSTIUMY: JULIA KORNACKA
MUZYKA: DOMINIK STRYCHARSKI
INSPICJENTKA: SUFLERKA EWA WRZEŚNIAK

OBSADA:
KATARZYNA KRZANOWSKA
BŁAŻEJ PESZEK
JAN PESZEK

PREMIERA: 22 MAJA 2015 R

zdjęcie: Teatr IMKA

MĄŻ I ŻONA TEATR POLSKI

MĄŻ I ŻONA Aleksandra Fredry w reżyserii Jarosława Kiliana to bardzo udana produkcja teatralna. Już wchodząc na widownię, siadając w fotelu czujemy, że będzie interesująco, ze będzie wspaniale. Obiecuje to piękna, elegancka scenografia wizualizująca wnętrze domu marzeń w stylu art deco z niepokojącym widokiem, jak z mrocznego horroru, wdzierającym się przez okno.  Zdradza cały zamysł inscenizacyjny komedii, której beztroskę zabawy, perypetii zdrad małżeńskich, komfortowego, próżniaczego życia elit zakłócają symptomy nadciągającej wojny, katastrofy, końca tego przedstawianego świata. 

Poznajemy młodych bohaterów, którzy bezpruderyjnie choć za zasłoną starej, dobrej hipokryzji, śmiało sobie poczynają w  relacjach damsko-męskich. Korzystają z życia, możliwości, każdej nadarzającej się szansy, by zaspokajać swoje zachcianki, potrzeby erotyczne. Rekompensują swoje porażki, wykorzystują sposobność, by osiągnąć własne cele. W tej lekkiej, przyjemnej, słodkiej egzystencji opakowanej luksusem, sprowokowanej nudą widać rysy samotności, zagubienia i dekadencji ludzi goniących za doznaniem rozkoszy, która prowadzi donikąd. Zuchwałość poczynań, płytkość i miałkość gier miłosnych dowodzą  niedojrzałości małżonków,  fasadowości instytucji małżeństwa, braku działania zasad moralnych, które się tu łatwo lekceważy, bez trudu omija, bez wyrzutów łamie. Co prawda młodość musi się wyszumieć, młodość musi eksperymentować, sprawdzić, doświadczyć zanim okrzepnie, wejdzie w stare koleiny ale ta nieznośna lekkość zdrady, akceptacja rozwiązłości, powszechność obłudy pokazuje zmurszałość systemu, który konstytuuje powierzchowność związków międzyludzkich, degraduje moralnie i uczuciowo ludzi.   

Fredro, za nim Kilian, nadal pokazują prawdę o pogoni ludzi za namiastką, iluzją. Zatraceniem człowieka w grze pozorów. Jego balansowaniu na powierzchni, ucieczce przed wnikaniem w głąb, drążeniem istoty rzeczy. Ilustrują naturę człowieka, który mając wszystko/młody, piękny i bogaty/, ciągle niezaspokojony, szybko znudzony, niechętny wszelkiemu wysiłkowi, gorączkowo na oślep nowych podniet, kolejnych obiektów pożądania szuka. Nie boi się konsekwencji, nie obawia błędów. Brnie ślepo w przygodę, podejmuje ryzyko. Gubi miłość, bo wybiera żądzę. I wkłada w to wiele wysiłku, energii. Karmi pychę, zaspokaja próżność. Uprzedmiotawia, co w nim, w innych żywe. Bawi się, nie walczy. W kamuflażu doskonałej formy nęci, przyciąga, mami osuwając się w śmieszność i banał. Niefrasobliwie dobre, wartościowe życie sprowadza do farsy, dziecinnej igraszki.

I jest zabawnie, cudownie. Każdy dostaje to, w co wydaje się mu, że wierzy. Ale chwytając przelotną okazję, traci coś zawsze. W końcu odkrywa, że wymogów życia nie da się oszukać. Zasad ostatecznie złamać. Wszystko wraca na swoje miejsce, choć wiemy, że raz przekroczone granice nigdy nie zamykają się na przeżycie nadarzającej się przygody. Mimo czającej się grozy w tle. Mimo świadomości porażki, nadciągającej katastrofy. Pamięć miłego doznania, pokusa jest zbyt silna.

Taki jest ten teatralny obraz. Doskonały ze skazą. Nutą zepsucia. Wymazywanym cieniem grzechu. Wypieraną perspektywą wojny/zabawa maskami gazowymi, radiowe przemówienie Becka, syrena przeciwlotnicza/. Wszyscy wydają się szczęśliwi, beztroscy, bezkarni. Radzą sobie jak mogą. Prowadzą grę na wielu frontach. Ponętna Elwira Marty Kurzak, zdradzana żona zdradza męża, hrabiego Wacława Maksymiliana Rogackiego z przyjacielem domu Alfredem Piotra Bajtlika. Pokojówka Justysia Lidii Sadowej, ładna, zaradna, sprytna dziewczyna ostatecznie przegrywa, chcąc zyskać najwięcej. Manipuluje, intryguje wykorzystując swoje zalety charakteru, urodę/flirt z Alfredem i Wacławem, próba kompromitacji Elwiry, oczekiwanie, że Kamerdyner z nią wyjedzie/. Tylko Kamerdyner Tomasza Błasiaka zachowuje profesjonalny dystans i dyskretnie, milcząco obserwuje, podejmuje rozsądne decyzje.

MĄŻ I ŻONA w świetnej reżyserii i sugestywnym opracowaniu muzycznym Jarosława Kiliana to wspaniała rozrywka, interesujące, bardzo dobre przedstawienie. Wszystko w nim gra. I zachwycająca, wyrafinowana artystycznie scenografia, i piękne, stylizowane na okres międzywojenny kostiumy Doroty Kołodyńskiej, i ruch sceniczny Iwony Runowskiej, łącznie z symboliczną sceną końcową. Atutem dopełniającym jest zdyscyplinowana, spójna, zespołowa gra aktorska z wybijającą się rolą pokojówki Lidii Sadowej. To młodość, energia, zapał są napędem spektaklu, który pokazuje, że komedia salonowa hrabiego Aleksandra Fredry nadal bawi i uczy. Nadal celnie komentuje rzeczywistość, prześwietla naturę człowieka.

MĄŻ I ŻONA Aleksander Fredro
reżyseria: Jarosław Kilian
scenografia i kostiumy: Dorota Kołodyńska
ruch sceniczny: Iwona Runowska
projekcje: Jagoda Chalcińska
opracowanie muzyczne: Jarosław Kilian

obsada: Maksymilian Rogacki, Marta Kurzak, Piotr Bajtlik, Lidia Sadowa, Tomasz Błasiak

premiera: 18.05.2017

wtorek, 19 grudnia 2017

PURE RAMONA NAGABCZYŃSKA NOWY TEATR


PURE to =czysty+kompletny+zupełny+niewinny =TYTUŁ projektu Ramony Nagabczyńskiej. Spektaklu złożonego z trzech komplementarnych części konsekwentnie, spójnie rozwijających temat CIAŁA. Mowy ciała. Jego ekspresji, potencjału, piękna. I siły. Oddziaływania i znaczenia w przestrzeni, jeśli tylko w sposób znaczący się je "użyje" wpisując w kontekst muzyki, koloru, światła. Jeśli uruchomi się je myślą, choreografią, zsynchronizuje z równie silnymi przekaźnikami informacji, emocji, wrażeń,  uczuć, wzmacniającymi recepcję- budzącymi wrażliwość, uruchamiającymi wyobraźnię.

W części pierwszej, gdy wchodzimy na widownię, Ramona Nagabczyńska już ćwiczy, pręży się, rozciąga, wykonuje układy. Jest jedną z nas. Ubrana w czarne spodnie, żółty sweter, czarne adidasy jest wirującą materią uwikłaną, zamkniętą, ograniczoną  jasnym, zupełnie pustym otoczeniem- klatką oświetloną mocnym światłem naturalnym. Widzimy dynamiczne ciało w statycznym miejscu bez właściwości/przestrzenne tabula rasa/. Ramona  koncentruje się na ruchu, bada możliwości, potrzeby, ekspresję  materii, samą siebie. W ten sposób poznaje, sprawdza, ćwiczy. Komunikuje, przemawia, opowiada, ilustruje. Organizuje  i wypełnia przestrzeń, jakby to, co ciało miało wyrazić -tak, jak potrafi, umie, może-było najważniejsze. Wzrok kobiety podąża za ruchem rąk, innych części ciała, uważnie obserwuje, dziwi się, zdumiewa. I to tak, jakby ono tylko było ważne, ignorując otoczenie. Ten ruch ciała przemieszczającego się po całej przestrzeni bada ją, tą przestrzeń, również. I to tak, jakby przy okazji ekspansywnie chciało poznać, oswoić zawłaszczyć, naznaczyć sobą to sceniczne terytorium.

Wszystko wypływa z wewnątrz do zewnątrz osoby. Ją wyraża. Opisuje. Choć emocjonalne, uczuciowe, abstrakcyjne, związane jest z formą, układem, ograniczeniami. Co nadaje znaczenie całej reszcie dopełniającej/muzyka, kolor, światło, miejsce/. Przestrzeń wokół ciała nabiera znaczenia w związku  z nim samym. Jest tłem, które w niczym nie może przeszkodzić, ani zakłócić, ani nic dodać od siebie. Obojętne i neutralne, wyczyszczone. Pozostaje prawie niewidzialne. Nieistotne.

W części drugiej Ramona zrzuca z siebie to wszystko, co maskowało ciało.  Odkrywa je, uwalnia. Ustatycznia w sposób szczególny. Nie chce już, nie potrzebuje żadnego kamuflażu. Stoi tyłem do widowni, jak na dnie  oceanu zanurzona w czerwieni krwistego światła zmieniającego się na zielono-niebieski, gdy tylko mrużymy oczy/efekt czary-mary/. Drży od czubka głowy po stopy przez kolejne części ciała, jakby oddzielnie badała  jego motorykę, giętkość, sprawność w rytmie głośnej, przepięknej muzyki Vivaldiego w opracowaniu Maxa Richtera. Nie wiadomo czy to światło swoją barwą a muzyka brzmieniem odzwierciedla stan ducha ciała, które całkowicie wtopione jest w to, co je wyraża, pobudza, bada czy może jest odwrotny kierunek oddziaływania -to ciało z epicentrum emanuje tak sugestywną mocą, emituje pulsującym drżeniem oddziałując na całą, już nieobojętną, bo znaczącą przestrzeń.

W części trzeciej ciało Ramony staje się posągowo statycznym, bezosobowym, bez właściwości, płci czarnym kształtem człowieka. Tym razem to otoczenie ożywa, pulsuje migoczącym ostrym światłem, widzimy w centrum mroczną sylwetkę a wokół niej błyski bieli i czerni zmieniające się zgodnie z brzmieniem agresywnej muzyki. Role się całkowicie odwróciły. To cała przestrzeń znacząco drży a ciało jak demiurg, demon czy moc czarnej materii z niepostrzeżenie wolno unoszącą się dłonią nonszalancko, z dezynwolturą stoi niewzruszone, nie wiadomo czy przodem, czy tyłem do nas skierowane. Ono jest. Spokojne wobec szalejącego wokół niego żywiołu światła i dźwięku, furii otoczenia, które może być wizualizowanym zarówno jego/ciała/ światem wewnętrznym, jak i zewnętrznym, na który ma wpływ kompletnie go kształtując. W pozie całkowitego niewzruszenia. Pewności, siły. Panowania.

Całość jest piękna, mądrze przemyślana. Harmonijna. Mocna i porywająca. Energetyczna. Zjawiskowa. Prosta i czysta w myśli, w formie. Otwarta na interpretacje. Ramona w PURE pokazała proces twórczy. Tą energię, której siłę, właściwość sama w sobie wyszukała, poznała i ukształtowaną wydobyła i  przeniosła na otoczenie. Włączając w to widzów. To kolejny silnie działający na wyobraźnię i wrażliwość projekt po MORE, jaki widziałam. I jestem znów zachwycona.:)


PURE
Choreografia, koncepcja, wykonanie: Ramona Nagabczyńska
Muzyka: Max Richter na podstawie Czterech pór roku Antonio Vivaldiego
Reżyseria świateł: Ramona Nagabczyńska, Maciej Połynko
Produkcja: Teatr Maat
Partner: Centrum w Ruchu
Kurator programu tańca Radykalna bliskość: Mateusz Szymanówka

foto1: Maciej Rukasz
foto2: Bartosz Stawiarski

wtorek, 12 grudnia 2017

marat/sade COLLEGIUM NOBILIUM


Wawrzyniec Kostrzewski reżyserując marat/sade Petera Weissa w Akademii Teatralnej z IV rokiem studentów Wydziału Aktorskiego potwierdza swoją klasę. Proponuje spektakl niesłychanie przejrzysty, spójny, teatralny. Harmonijny. W jednej prostej, sugestywnej scenografii, ilustracyjnym, współczesnym kostiumie charakterystyki postaci, z przemyślaną, wyrazistą choreografią, płynnie przeprowadza od epizodu do epizodu energetycznie grających aktorów. Wszystkich, bo żaden nie opuszcza ani na moment sceny wzmacniając tym intensywność swej obecności w wypowiedzi sztuki. Każdy z nich raz jest na pierwszym, raz na drugim planie. Innym razem w tle służy spektaklowi jako statysta. Ruch sceniczny jest dynamiczny, wycyzelowany, zmienia się jak w kalejdoskopie tworząc sceny- obrazy. Te są atutem spektaklu. Plastyczną ilustracją, mocną wypowiedzią.

Reżyser delikatnie, sprawnie łączy główne idee, problemy, przebieg Rewolucji Francuskiej ze współczesnością, charakterystykami postaci, sytuacjami, co podkreśla wymiar uniwersalny. Przeszłość jasno wykłada sens zachodzących procesów w teraźniejszości. Jak na czasy buntu, przeprowadzania radykalnych zmian politycznych i społecznych, dramatycznej nieprzewidywalności akcja sztuki przebiega nadspodziewanie spokojnie, gładko, naturalnie. Panuje porządek. Ład. Wyłożony jest prosto logiczny stan rzeczy. Emocje są kontrolowane, powściągnięte, pod nadzorem pewności rozumu, który gasi pożary, wyjaśnia, kontroluje. Pojawiająca się niepewność, niepokój, brud rewolucji, okrucieństwo terroru, groza dyktatury wiadomo z czego tu wynika i ku czemu zmierza. Brakuje pasji, żaru, by można było choć przez chwilę doświadczyć rewolucyjnego porywu serca, poczuć moc ducha, determinację działania i cenę poświęcenia, które choć skazane na klęskę, działają energetycznie. Podtrzymywałyby wiarę w iluzję wolności, równości, braterstwa. Mamiłyby przeżyciem rzadkiego szczęścia podbudowującego nadzieję, że zmiana jest możliwa, postęp w zasięgu spełnienia, a świat i ludzi można uratować, ocalić przed nimi samymi. Jakimś cudem.

Piękno symbolicznego obrazu skutecznie gasi dydaktyczna wykładnia treści. I jest to zabieg celowy. Kilka razy wypowiadany jest na scenie komunikat, że to jest tylko teatr. Tu nie mamy przeżywać, tu mamy myśleć, kalkulować, uczyć się. Wyciągać wnioski. Dlatego każdy gest jest ważny, konsekwentny, wysublimowany. Znacząco celebrowany. Wzmacniany. Podkreślany na wiele sposobów. Proporcje racji Marata i Sade'a są skrupulatnie wyważone. Balansuje wola walki, działania, wprowadzania w czyn idei poprawiania, doskonalenia świata z przekonaniem, że zaspokojenie żądzy władzy i potrzeb życia jednostki są najważniejsze a świat niech radzi sobie sam, bo jest niereformowalny, cyklicznie powtarza te same błędy z powodu raz na zawsze ukształtowanej, zdeterminowanej, określonej natury ludzkiej.

Okazuje się, że ta przejrzysta forma oswaja zbrodnię. Rozsądnie ją tłumaczy, metodycznie znieczula. Nie dopuszcza do wzmocnienia pewności siebie woli walki, działania, poczucia przez widzów uniesienia, nie daje energetycznego wzmocnienia. Nie wybija, nie unosi ponad poziomy. Może rzeczywiście trzeba chłodno racjonalizować? Pod przykrywką walki z chorobą, w teatrze poprzez sztukę przepracowywać. By sprostać rodzącej się na powrót tyranii, niebezpiecznej dyktaturze, powracającym widmom rewolucji, okrucieństwom wojny. By stawić czoło obliczom współczesnej  ideologii, demagogii, manipulacji bardzo szybko wkraczającym na ścieżki niskich pobudek, partykularnych interesów, wygodnego spokoju, poczucia bezpieczeństwa. Propagandy ukrywającej błędy i wypaczenia zachodzących zmian pod maską obojętności konformizmu. Hurra optymizmu!!

Dlatego szafot pozbawiony jest gilotyny, słyszymy tylko jej złowieszcze ostrze dźwięku. Z konstrukcji zwisają powrozy. Niezapętlone jeszcze otwierają perspektywę możliwych złowieszczych splątań. Cały mechanizm zabijania- człowieka, idei, nadziei, wiary, miłości- wizualizują ludzie. I jest to widok hipnotyzujący. Zadawana śmierć jest w oczywisty sposób tylko metaforyczna, alegoryczna, na dodatek piękna. Zapadają więc w pamięć obrazy egzekucji, ale też pływającego po scenie w wannie Marata, czy burzliwych obrad Zgromadzenia Narodowego/parlamentarnych/, kroczenia ku MARATOWI w wannie bosej CORDEY z czarnym, lakierowanym butem szpilką/=nóż/ przeciąganym po desce szafotu.  Nieznośny, drażniący, ostry zgrzyt narzędzia zbrodni jak dźwiękowy synonim opadającego ostrza gilotyny i widok stojących obywateli trzymających w napięciu drugi but czyniący ich współwinnymi zbrodni czy w finale przejście wszystkich przez wannę Marata to wspaniałe sceny. Zbrodnia ma tu zawsze wymiar zbiorowy, zbiorowa też jest odpowiedzialność.

Ale to jest teatr w teatrze, zakład psychiatryczny, cały obłąkany współczesny świat. Rewolucja Francuska celnie puentuje zgwałcone naturą człowieka jego własne marzenie. Jednostka, społeczeństwo, przypadkowa zbiorowość są pogrążenie w nieustannej walce. W chaosie. Wszyscy przechodzą przez wannę demagoga Marata ale też posłuszni są dyktatowi egotyka Sade'a. Fundamentalne sprzeczności się ścierają a ostatecznie małostkowości wygrywają.

Jak znaleźć spełnienie? Którąkolwiek podąży się drogą/ np. Marata czy Sade'a/, poniesie się klęskę. Nie oszuka się natury człowieka, zbudowanego na jego kształt i podobieństwo świata.  Jak można więc ocalić siebie? Jeśli każda idea się wynaturza, obraca przeciw sobie, każdy zapał wypala,  kłamstwo ubiera w prawdę, wygasza pasję a życie jest snem nic nie znaczącego szaleńca, marionetki, obywatela. Generującego każdą rewolucją morze łez i krwi. Rozczarowania. Buntującego się po to tylko, by nic się nie zmieniło. Zostaje powracające echem bicie zranionego śmiertelnie serca/powtarzany w spektaklu głuchy dźwięk/. Pozostaje dystans. Teatr i zabawa formą. Może jednak wiara. Naiwna nadzieja, że się kiedyś człowiek opamięta, jakimś cudem zmądrzeje, dorośnie do formatu swego utopijnego wyobrażenia.

Tymczasem bawi ten teatr w teatrze. Bo daje dużo satysfakcji, działa jego teatralność. Sprawia przyjemność sprawność warsztatu artystycznego. Równa gra aktorska, zaangażowanie całego zespołu. Pociąga estetycznie, drażni intelektualnie. Uwodzi jego konstrukcja, kształt i forma. Nie wyprowadzi jednak nikogo na ulicę. Bo komunikuje dystans, daje poczucie bezpieczeństwa. Rozbraja napięcie. Przywraca spokój. Jest dla bezczynności usprawiedliwieniem. Umywa za nas ręce. Wypowiedziawszy swoje, zamyka usta. Trzeba by o wszystkim na powrót zapomnieć.  Albo się obudzić. Lub na nowo narodzić. Albo się zatracić. I w końcu udoskonalić. Spuścić ze smyczy furię niezgody na stan rzeczy. I rzucić się szaleńczo do gardła szaleństwa. Człowiek potrafi. Sztuka też potrafi. Lecz nie tu i teraz. Nie tym razem. Teraz jest pięknie, teraz jest wspaniale. Brawo!

marat/sade
Autor utworu dramatycznego – Peter Weiss
Autorzy przekładu – Andrzej Wirth i Joanna Kulmowa
Opracowanie – Wawrzyniec Kostrzewski
Reżyser – Wawrzyniec Kostrzewski
Asystent reżysera – Mateusz Weber
Scenografia i kostiumy – Ewa Gdowiok
Muzyka – Mateusz Wachowiak
Współpraca choreograficzna i taniec – Vova Makovskyi
Opracowanie muzyczne – Anna Grabowska
Reżyseria światła – Wojciech Suleżycki

OBSADA:

COULMIERE - Hanna Skarga
WYWOŁYWACZ - Agata Różycka
ROSSIGNOL - Anna Lemieszek
CORDAY - Zofia Domalik
POLPOCH - Dawid Ścupidro
KOKOL - Karolina Charkiewicz
MARAT - Marcin Stępniak
SIMONA - Sonia Mietielica
SADE - Maciej Babicz
ROUX - MIchał Klawiter
DUPERRET - Vova Makovskyi

premiera: 8 grudnia 2017

fot. Bartek Warzecha / bartekwarzecha.com