środa, 20 stycznia 2016

NORA STENKA TEATR TELEWIZJI

Nora

Z takim teatrem każdemu po drodze. Uzmysławia, co znaczy i sobą niesie doskonały tekst dramatyczny, jak ważny jest warsztat aktorski i talent artysty, siła interpretacji. Wolność i bezkompromisowość w okowach motywacji, skutków i przyczyny. Jej pojemność, uniwersalność. Kompozycyjne piękno. Spotkanie komunikatywności sztuki z jej tajemniczością współczesnego przesłania.

Zjawiskowa jest w tym wypadku kreacja aktorska Danuty Stenki. I równie ważna koncepcja reżyserska Izabelli Cywińskiej. Jedno uzupełnia drugie, wzmacnia siłę i wagę wypowiedzi scenicznej. Decyduje o całokształcie artystycznym, który przekłada się jasnym komunikatem na rzeczywistość nas współczesnych, wieczne tu i teraz. Bo w istocie dotyczy bezpośrednio relacji pomiędzy różnymi światami dwojga ludzi: kobiety i mężczyzny, męża i żony, matki i ojca, pana i władcy i jego własnością.  I warto przejrzeć się samemu w cudzie, na który czekają oboje, w który wierzą, by związek był możliwy, prawdziwy, spełniony. Tajemnicą pozostaje, jak to się dzieje, że jednym cuda się zdarzają, drugim nie.

Wszystko konfrontowane jest parami. Dwie kobiety/jedna już wdowa, pracuje i nie ma dzieci, druga nie pracuje i ma dzieci/,  dwóch mężczyzn kochających tę samą kobietę/mąż i cichy, wierny wielbiciel/, dwoje amoralnych, występnych bohaterów/mężczyzna i kobieta/, dwie pary/ jedna się po 20 latach łączy =cud dokonany, a druga rozpada=cudu nie ma, mąż zaczyna wierzyć, że się dokona, żona już nie/. Symetria, równowaga, różnorodność. Przepływ energii pomiędzy bohaterami. Miłość roztrwoniona, pozór uczucia głębokiego, dojrzałego Nory i Torwalda, miłość mająca szansę się spełnić, akceptujących się wzajemnie partnerów Krystyny i Krogstada. Wszyscy przechodzą próbę dojrzałości i prawdy o sobie samych i o sobie nawzajem. I choć następują rozstrzygnięcia decydujące, to jednak nie ostateczne.

Kobieta i mężczyzna nie są sobie równi. W "Notatkach do tragedii współczesnej" Ibsen napisał: "Istnieją dwa rodzaje praw duchowych i dwa rodzaje sumień - dla mężczyzn i dla kobiet. Przedstawiciele obydwu płci nie rozumieją się nawzajem, ale w praktycznych sprawach życiowych kobiety osądzane są według prawa męskiego, tak jakby nie były kobietami, lecz mężczyznami. W rezultacie żona będąca postacią w sztuce nie ma pojęcia co jest dobre, a co złe; jest zupełnie zdezorientowana przez naturalne uczucia z jednej oraz uznanie władzy z drugiej strony." 

Nora ratuje życie mężowi, w dobrej wierze, pod wpływem impulsu prawdziwej miłości, pożyczając pieniądze od Krogstada. Nie wie o jego niemoralnej przeszłości. Ryzykuje bardzo, bo czyn swój ukrywa przed mężem i nie wie tak naprawdę z kim wiąże ją pożyczka pod weksel, na którym w dodatku widnieje podrobiony przez nią podpis już nieżyjącego ojca/data trzy dni po jego śmierci/. Mężczyźni nigdy nie zgodziliby się, by kobieta, i to w tak podejrzany sposób, zdobywała pieniądze, które ich będą ratować. Dumni i honorowi, godni szacunku, moralnie czyści. Mąż ocenił czyn Nory jako niemoralny, lekkomyślny, godny potępienia. A to był dowód miłości. Odruch czystego serca, silnego uczucia mającego nadzieję, że mąż przyjmie ten dar i będzie wdzięczny. Tak się jednak nie dzieje. Torwald zamroczony lękiem o konsekwencje, niesubordynacją żony, potępia ją i chce ukarać odebraniem dzieci. Reaguje jak rasowy prawnik, obywatel, chrześcijanin, ojciec dbający o moralność, dobro rodziny i społeczności ale nie jak kochający, jak to wcześniej deklarował, mąż, kochanek. Nie widzi i nie docenia czystej intencji, mocnego uczucia, wielkiego ryzyka jakie podjęła żona.  Liczy się tylko wizerunek zewnętrzny jego i rodziny. Nora już wie, że jej czyn, jak papierek lakmusowy, bezwzględnie ujawnił jej położenie, pozycję a przede wszystkim brak wzajemności i równości, brak miłości męża. To było tylko pożądanie, traktowanie jej jak męską wyłączną własność. Podwójną, co deklaruje mąż w momencie, gdy Krogstad zwrócił papiery i uznał całą sprawę za zakończoną. Torwald ogołocony, bezradny, bezsilny-dosłownie i w przenośni- pozostał w łóżku sam opuszczony przez Norę. Chyba zrozumiał swoje położenie, bo teraz on deklaruje, że czekana na cud. Ona już nie.

Piękna jest metamorfoza Nory Danuty Stenki. Od naiwnej na pozór, na pewno zakochanej w mężu pięknej trzpiotki, kusicielki, uwodzicielki po mądrą, rozsądną, konsekwentną, świadomą siebie w męskim świecie kobietę, która dopiero teraz musi poznać prawdę o sobie jako matce, żonie, człowieku. Dotąd ufna i wierna mężowi, oddana i podporządkowana, wychowana według szablonu wzorowej, szczęśliwej matki i żony, bawiła się w domu lalek, sama traktowana jak lalka. Ale zaszła zmiana i Nora nie boi się stawić jej czoła. Zachowuje się jak mężczyzna. Takiego wyboru dokonała. Taką postawę przyjęła. To jej decyzji teraz mąż musi się podporządkować skompromitowany, ośmieszony w jej oczach, co wydaje się ważniejsze niż to, co świat na to by powiedział. Nora wchodziła wcześniej w rolę, jaką od niej oczekiwano świadomie, z oddaniem wierząc, że jej miłość równa jest miłości, jaką darzy ją mąż. Miała prawo tak sądzić po tym, jak ją traktował. Cieszyła się, że może dla niego zaryzykować swoją pozycję pożyczając bez jego wiedzy i zgody pieniądze, bo jego życie ważniejsze jest od norm społecznych. Liczyła na cud myśląc, że on to doceni, zrozumie i jeśli zajdzie konieczność wybaczy. Będzie jej wdzięczny. Cokolwiek się stanie, uratuje ją, jak ona go uratowała. Oczekiwanie, że miłość wszystko co nienormatywne unieważni, uskrzydlała ja i cieszyła. Tymczasem mężczyzna jej życia zawiódł. Rozczarował ją okrutnie. Boleśnie. Ale to jej nie złamało a jeszcze bardziej wzmocniło potrzebę szukania swojej tożsamości i zrozumienia tego, co się stało. I dlaczego. Mąż zdradził ją. Ale nie z inną kobietą a ze światem, własnym o nim wyobrażeniu i wiedzy, na którego ocenie, opinii bardziej  mu zależało niż na uczuciu żony. W jego mniemaniu żona kłamała, ukrywała prawdę przed nim, nie była posłuszna zasadom, które ustalił i to było dla niego najważniejsze.

Izabella Cywińska pozwoliła się odkryć tej stronie dramatu, która najistotniej dotyka najgłębszej struny relacji międzyludzkiej. Sprawdza prawdomówność uczuć. Ich moc, która przejawia się w działaniu. I bezkompromisowo stawia diagnozę,  wyciąga wnioski i powoduje konsekwencje. Bez znieczulenia. Bez retuszu. Przymykania oka. I to jest największa wartość tej inscenizacji. Piękna i prawdziwa.

Taki teatr uzależnia. Powoduje, że raz obejrzany wyzwala potrzebę ciągłego poszukiwania kontynuacji, powtórek. Przywołuje pragnienie z nim obcowania. Przywiązuje do sztuki.
Szukajmy więc, nie odpuszczajmy, nie zrażajmy się inscenizacjami, które nas zawodzą, rozczarowują. Szukajmy dalej! Uporczywie, bez końca. Cuda się zdarzają. Zdarzają. Powodzenia!:)

NORA
Autor: Henryk Ibsen
Reżyseria: Izabella Cywińska
Przekład: Jacek Frühling,
scenografia: Teresa Gruber
kostiumy: Irena Biegańska
muzyka: Jerzy Satanowski
zdjęcia: Zbigniew Wichłacz

występują: Danuta Stenka (Nora), Janusz R. Nowicki (Torwald Helmer), Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Krystyna Linde), Janusz Michałowski (Doktor Rank), Henryk Bista (Krogstad), Anna Wróblówna (Helena)

PREMIERA 5.12.1994

foto:http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/23345525/nora



wtorek, 19 stycznia 2016

FARSA NA TRZY SYPIALNIE COLLEGIUM NOBILIUM



Na jednej scenie trzy sypialnie, cztery pary, różne konfiguracje relacji pomiędzy bohaterami. Światło, kostiumy, muzyka i gra indywidualizują wypowiedzi sceniczne. I ostatecznie mamy do czynienia z komedią romantyczną niż farsą, której znamiona niewątpliwie są. Brakuje galopującego tempa, choć dzieje się, oj, dzieje. Brakuje wygrania, podkręcenia komediowego wszystkich możliwych sytuacji. Jest energia młodości, jest zapał. Dynamika wypracowanych, doprowadzonych do perfekcji kompozycyjnej scen, gestów, układów, ruchu. Precyzja wykonania. Absolutne domknięcie  portretów postaci scenicznych, dokładnie wyretuszowanych technicznie, warsztatowo podkręconych. Skutkuje to w odbiorze przerysowaniem charakterów, co nie jest złe jeśli zaakceptuje się taką konwencję wykonania. Konwencję dystansu, jasnego, wyraźnego komunikatu, że to tylko teatr, bez przemycenia niuansów prawd psychologicznych, magii, dreszczu emocji najczulszych. Dzieje się to kosztem lekkości, subtelności, niewymuszonej delikatności energii uczuć pomiędzy bohaterami. Widzimy i czujemy, że to tylko zabawa, gra, symulacja. Doskonale odrobiona lekcja. Bezpieczna, rozrywkowa, na precyzyjnie wypracowanym poziomie. Podzielony na sprawiedliwe osiem smakowych porcji tort teatralny. Brakuje szarży krystalicznie czystego talentu komediowego, tego błysku powstającego w konfrontacji osobistych predyspozycji aktora z potencjałem jaki niesie sztuka, grana postać. Brakuje jeszcze umiejętności dostosowywania gry aktorskiej do reakcji publiczności, zgrania energii sceny i widowni, która przyjdzie z czasem, z nabywanym doświadczeniem i większą swobodą poruszania się w materii teatralnej, panowania i korygowania zachowań scenicznych, elastyczności, giętkości w grze. Dlatego tak ważne jest, by sztuka była grana jak najczęściej. Doświadczenia nic nie zastąpi.

A warto sztukę obejrzeć nie tylko ze względu na aktorskie dokonania studentów, reżyserię ale i na samo przesłanie. Opowiada ona o perypetiach uczuciowych trzech młodych par małżeńskich/Zuzanna i Trewor, Kate i Malcolm, Jane i Nick/ i jednej dojrzałej/Delia i Ernest/- rodziców jednego z bohaterów/Trewora/, jednocześnie teściów /Zuzanny/- która też ma swoje problemy. Okazuje się, że każda z par musi pracować nad sobą, nad partnerem, nad związkiem a proces ten nigdy się nie kończy. Autor precyzyjnie opisuje każdą postać, pozwala poznać specyfikę relacji pomiędzy małżonkami, charakteryzuje każdy związek interpersonalny. Otrzymujemy wielowariantowy portret współczesnego związku we wnętrzu. Z całym bagażem przeszłości, niezaspokojonymi potrzebami, sprecyzowanymi oczekiwaniami, doznanymi rozczarowaniami. Rozjazd pomiędzy tym, co można od partnera dostać a czego się w istocie pragnie. Nie pomagają w tym trudności w komunikowaniu się, kłopoty w rozpoznawaniu i rozumieniu wzajemnych potrzeb. Problemy nie wynikają z braku uczucia ale z nieumiejętności czy niemożności jego spełnienia się. Praca nad związkiem to nieustające work in progress. Nie można sobie odpuścić, samolubnie myśleć tylko o sobie, uznać, że wystarczy ze sobą tylko być. Trzeba się kochać, lubić, szanować. Brać pod uwagę każde dziwactwo, przyzwyczajenie, słabość, hobby, nikt przecież nie jest doskonały. Należy słuchać, ze sobą rozmawiać. A nie zawsze jest to możliwe. Nie wiadomo, co i jak robić. I każdy ma sposób, by się ratować w opresji, choć oczywiście chętnie korzysta z pomocy innych, czasem nadużywając przyjaźni, cierpliwości, gościnności. Co w tym wypadku jest bardzo zabawne.

Sztuka mówi też o tym, że nie zawsze wiemy, nawet z racji swojego wieku czy doświadczenia, jak rozwiązać problemy swoje i innych.  Nie zawsze można pomóc, dać radę, zaordynować gotowy przepis na ratunek. I to też jest normalne. Ale zawsze można spróbować być cierpliwym, znosić rozczarowania, objawy rozpaczy, histerii, mimo że są uciążliwe, nie w czas, przerastają możliwości pomocy. Zawsze trzeba wsłuchać się w człowieka, zwłaszcza wtedy, gdy jest nam bliski. Bo może powinien być nam bliższy niż my sami dla siebie samych. I ważniejszy od nas w kryzysowym dla niego momencie. Tak więc w związku-małżeńskim, rodzicielskim, przyjacielskim, innym-egoizm, egocentryzm, narcyzm ma ograniczone prawo bytu. Raczej empatia, otwarty, ciepły stosunek jest mile widziany. I choć zawsze oczekujemy wzajemności, czasem trzeba znaleźć w sobie siłę, by nie żądać jej na siłę od innych.

Sztuka niesie ogromną ilość drobnych ale bardzo znaczących obserwacji o ludziach i ich wzajemnych relacjach. Jest świetnie napisana, dlatego nie moralizuje, nie poucza wprost. Niewątpliwie krytycznie patrzy na związki, wszelkie związki. Ale przede wszystkim odnosi się do nich z czułością i ciepłem. Z troską. By miłość nie przekształcała się w piekło bycia ze sobą z konieczności, w samotności i niespełnieniu. W tęsknocie za okazaniem prawdziwego uczucia, bez zaborczości, pasożytowania na tych, którzy nas kochają. Bardzo, bardzo uogólniając, można by powiedzieć, że wszystkie pary w sumie tworzą jedną, na różnym poziomie zaawansowania związku, zaangażowania, kryzysu, czasu. Najpierw Trewor i Zuzanna-para poszukująca potwierdzenia, wzajemnej akceptacji, niedojrzała, szalona. Mariaż pięknej, pogubionej, niezrównoważonej psychicznie wariatki, nie potrafiącej poradzić sobie ze sobą i partnerem, stosującej mantrę na uspokojenie z playboyem, maminsynkiem, Piotrusiem Panem. Faza Jane i Nick- to para, w której każde egoistycznie zapatrzone jest w siebie i swoje potrzeby, które dopiero rozpoznają i oczekują wzajemności ale jeszcze bez powodzenia. Jane, była dziewczyna Trewora, zmysłowa, o rozbudzonych potrzebach seksualnych młoda kobieta oczekuje od  partnera zaspokojenia. Tymczasem Nick to stanowczy narcyz,  egoista, ostra odmiana egocentryka, zazdrośnika rozpaczliwie oczekującego czułości, opieki, uwagi, obecności, zainteresowania żony.  Z kolei Kate i Malcolm to stadium pary na poziomie zabawy związkiem. On choleryk, zapalony majsterkowicz, oddany swojej pasji bez reszty, zapatrzony tylko w siebie, nie liczy się z Kate, choć niby wszystko dla niej robi. Zaspokaja własne pasje, choć rezultat jest komiczny. Ale nie dla Kate, która nie potrafi powiedzieć mu, co tak naprawdę myśli i czuje. Malcolm nie zauważa żony potrzeb, pragnień, marzeń. To jemu Kate ma się podporządkować, ulec, do niego dostosować. Zrezygnować z siebie. A Kate- czuła, wrażliwa, kochająca, zalotna- potrzebuje kochanka, takiego jakim mógłby być Trewor. W końcu dojrzałość Delii i Ernesta, pary znającej siebie na wylot, mogłoby się wydawać, że już idealnej. A jednak nuda i rutyna, wygoda i przyzwyczajenia powodują, że relacje nie satysfakcjonują i nie spełniają oczekiwań. Delia, kobieta w średnim + wieku, perfekcyjna pani domu, mamuśka z pretensjami, stereotyp teściowej chce jak najlepiej dla wszystkich. Stara się ona, stara on ale również ich relacje wymagają przepracowania i naprawy. Jest wiele do zrobienia dla ich związku i każdego z osobna.

Każda z par pokazana została w swojej złożoności. Poprzez sypialnie, które wiele mówią o związkach, o tym, co wokół nich się dzieje. Jednej z nich - Trewora i Zuzanny- spektakl nie wizualizuje scenografią. Choć matka, Delia, wiele by o tym mogła powiedzieć.  Zuzanna i Trewor przetaczają się przez sypialnie pozostałych, jakby dojrzewali do ostatecznej decyzji, by być razem, bo są dla siebie stworzeni, choć o tym nikt, włączając ich samych, nie był do końca przekonany. To, co się wydawało niemożliwe/ocalenie związku/, ze względu na ich charaktery, temperament, potrzeby, mentalność, okazało się być naturalnym procesem poznawczym siebie nawzajem. Ale też ile wysiłku i poświęcenia od rodziców, przyjaciół wymagało znoszenie ich obojga-indywidualnie i w duecie!!! Mieli szczęście, że wszyscy okazali się przyjaźnie nastawieni. Wytrzymali. Ale chyba tak powinno być!!:)

Każda z postaci scenicznych w równym stopniu jest ważna dla przekazu sztuki i  dla aktora stanowi wyzwanie, daje duże możliwości zaprezentowania warsztatu, pokazania stopnia opanowania techniki gry aktorskiej, zaprezentowania siebie, swoich talentów, dojrzałości profesjonalnego przygotowania. Poza tym komedia, farsa jest bardzo trudnym, wymagającym gatunkiem do grania. Tekst sztuki, precyzyjnie napisany, nie rozwiązuje a priori wszystkich problemów scenicznych. Sztuka winna bawić, śmieszyć, dawać taką dawkę prawdy o relacjach międzyludzkich, by była lekką, przyjemną, niewymuszoną na siłę lekcją życia. Studenci Anny Seniuk są na dobrej drodze. Powodzenia:)

FARSA NA TRZY SYPIALNIE
tekst: Alan Ayckbourn
tłumaczenie: Gustaw Gottesman
reżyseria: Anna Seniuk
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
muzyka: Maciej Małecki
choreografia: Izabela Chlewińska
scenografia: Anna Sekuła
asystent reżysera: Paweł Ciołkosz
obsada:
Jane – Joanna Sokołowska
Zuzanna – Julia Łukowiak
Delia – Wiktoria Wolańska
Kate – Karolina Bacia
Nick – Maciej Zuchowicz
Malcolm – Kacper Burda
Trewor – Marek Gawroński
Ernest – Adam Machalica

premiera: 13.01.2016

http://www.rdc.pl/podcast/wieczor-rdc-farsa-na-trzy-sypialnie/

fot: Bartek Warzecha

poniedziałek, 18 stycznia 2016

THERMIDOR TEATR POLSKI

Marcin Kwaśny

Thermidor był to jedenasty miesiąc we francuskim kalendarzu rewolucyjnym. Trwał od 19 lipca do 17 sierpnia. 27 lipca 1794 (9 thermidora roku II – według kalendarza rewolucyjnego) została obalona dyktatura jakobinów, a dzień później Maksymilian Roberspierre został zgilotynowany. Robespierre to wizjoner, mózg rewolucji francuskiej, dyktator idei zdolny w jej imię do wielkiej zbrodni, tyranii, despotyzmu, co miało zmienić ludzi, a poprzez nich świat cały. Chciał uwolnić człowieka od spuścizny przeszłości. Historycznej, mentalnej, organizującej życie osobiste i społeczne na starych zasadach. Tak, by narodził się nowy w człowieku duch. Konstrukt samodzielnie decydujący o sobie. Solidarny z innymi ludźmi w działaniu i życiu. Silnie związany braterstwem we wspólnym dążeniu do świadomego doskonalenia człowieka, odważnego przeobrażania, budowania na nowo świata. By był lepszy, czynił wszystkich ludzi wolnymi i sobie równymi. Ale jak przeprowadzić szybko tę rewolucję myślenia i działania, gdy umysł jest zniewolony dotychczasowym życiem, zdeterminowany zaprzeszłym systemem wartości, skostniałym, niewydolnym układem społecznym? Na początek w zakresie jednego narodu, jednego kraju. Odpowiedzią jest terror. Eksterminacja. Wojna. Innego sposobu nikt nie wymyślił. Ten był ekstremalnie śmiały i dawał nadzieję na skuteczność. Strach, przemoc, terror w służbie rewolucji doprowadziły jednak nie do jej ostatecznego zwycięstwa a do upadku.
Szymon Roszak
Szalony to zamysł realizowany na tak dużą skalę w tak krótkim czasie. Niemożliwy ostatecznie do osiągnięcia. Poza zasięgiem możliwości i Robespierre, sam osłabiony chorobą, ma tego świadomość. Przeczuwa spisek na własne życie, czuje realne zagrożenie. Śpieszy się. Do końca nie chce zrezygnować z walki, pogodzić się z porażką. W tym momencie rewolucja jest Saturnem, zjadającym własne dzieci. Strach przed śmiercią, możliwą w każdej chwili powoduje, że dotychczasowi bracia w walce jednoczą się w spisku. Chcą powstrzymać Robespierra, by ratować siebie i własne rodziny. O tym jest sztuka. O genezie upadku wielkiej, wspaniałej idei wymagającej wielu ofiar. O mechanizmach władzy, o bezwzględności w dążeniu do jej zdobycia i utrzymania, knowaniach, nieufności, mediacji w konstruowaniu spisku, który musi być skutecznie, sprawnie przeprowadzony, a wyrok natychmiast wykonany. Ale unicestwi głównego architekta rewolucji, obróci jej ideę w piękne, skąpane we krwi marzenie. Ochrona własnej skóry, interes osobisty zwyciężył ją, pokonał. Strach przed śmiercią.

Tomasz Błasiak
Robespierre przegrał, rewolucja przegrała, bo skala zmian przerosła możliwości panowania nad nimi. Starach przed utratą życia okazał się wielką, decydującą przeszkodą w jej powodzeniu. Podobnie jak bezwzględne uwikłanie w politykę jednostki, która w gruncie rzeczy sama nie była w stanie zjednoczyć zbiorowości wokół idei. Nie miała godnego siebie następcy. Dopiero Hitler, Stalin i inni późniejsi dyktatorzy, tyrani potrafili przeprowadzić zmianę mentalności na niespotykaną skalę. Dokonując eksterminacji milionów ludzi, w wyniku prowadzenia wojny, w wyniku prowadzonej polityki wewnętrznej. Ci dyktatorzy, tyrani potrafili zarządzać strachem. W czasie rewolucji francuskiej, wielkiego terroru lud-głodny, w fatalnym położeniu egzystencjalnym- nie bał się, cierpliwie znosił wszelkie niedogodności, był nadal za dokonującymi się zmianami. To elita kierująca rewolucją zbuntowała się, zorganizowała, znalazła sposób, by pozbyć się swego przywódcy. Ze strachu przed utratą własnego życia. Ze strachu przed skalą krwawego terroru. Ze strachu przed zemstą.
Szynon Kuśmider

Wyeliminowanie Robespierre'a, człowieka, dla którego najważniejszą wartością rewolucji francuskiej była wolność, równość obywateli, który starał się, by egalitarne i uniwersalne zasady społeczne i polityczne obowiązywały nie tylko w zapisach prawa, w działaniach legislacyjnych francuskiego Zgromadzenia, a później Konwentu Narodowego, ale także w praktyce rządu demokratycznego, było dla Przybyszewskiej, zafascynowanej rewolucją i jej przywódcami, równoznaczne z upadkiem Republiki i jej ideałów. Noc z 7 na 8 termidora jest więc wybrana nieprzypadkowo. Tej nocy przywódcy termidorian ostatecznie zdecydowali o ataku na Jakobinów i Komitet, ta noc jest ostatnią chwilą republikańskiej demokracji i jednocześnie początkiem nowej formacji politycznej - termidoriańskiej burżuazji.
Hubert Paszkiewicz
Problem Robespierre'a polegał na tym, że w swej pogoni za szybkim osiągnięciem celu, nie docenił swego otoczenia, stracił ideowych, oddanych, wiernych braci w walce, stracił kontakt z rzeczywistością, zignorował ją, poświęcił dla realizacji idei i choć był bardzo silnym, charyzmatycznym przywódcą, to strach, który wyzwolił, skonsolidował jego dotychczasowych współpracowników przeciw niemu. Ci postanowili za wszelką cenę go powstrzymać. Stawką było ich życie. Dowodzi to sprzeczności dobra jednostki z dobrem ogółu. Konieczności poświęcenia. Ofiary muszą być, nie uniknie się ich. I nie jest to kwestia skali śmierci ale skali strachu, jaki śmierć wyzwala. Indywidualnej śmierci, wymiernej, odczuwalnej na własnej skórze. Ta zbiorowa jest porażająca ale mniej namacalna, bezpośrednia. Zawsze dotyczy kogoś innego. Mimo wszystko innego. Nawet, jeśli to jest ktoś najbliższy. Braterstwo w walce o lepszy świat zawiodło pokładane w nim nadzieje. Wolność oddaliła się i skryła w ludzkim marzeniu. A równość pozostała tylko wobec śmierci, nigdy wobec życia.

Adam Machalica
Wkraczając do teatru, zanurzamy się w surową ciemność, depresyjny mrok. Zasiadamy wokół solidnego, potężnego drewnianego stołu- rzeźnickiego, negocjacyjnego, ofiarnego- ponad którym zwisają rzeźnickie atrybuty/haki, noże, tasaki, itp./ na solidnych, złowrogich łańcuchach. Znamiona przemocy, cierpienia, klęski.  Z nieboskłonu teatralnego sufitu spadają czerwone krople do białych miednic tworząc stygmaty oceanu przelanej krwi w imię wyższości wcielanej w życie przemocą nowej idei kosztem ludzkiego życia, nośnika starej, zużytej starej idei. W naszej przytomnej obecności przywódcy rewolucji dokonują spiskowej egzekucji nad słusznością rewolucyjnych zmian. Decydenci świadomie ją swym strachem gilotynują. Spada zasłona i jak kurtyna wyznacza nieprzekraczalną granicę lęku. Oto jak małe, jednostkowe JA potrafi unieważnić wielkie zbiorowe MY. Oto jak wielkie jednostkowe JA nie potrafi samo przekształcić wielkiego zbiorowego MY. Rewolucja upadnie. 
Krzysztof Paszkowski

Dramat Przybyszewskiej, intensywny, mroczny, bogaty to doskonały materiał teatralny do przemyśleń nad istotą władzy, walki o nią, przyczyn upadku wielkich idei, konieczności ponoszenia ofiar przy ich wprowadzaniu w życie. Małości i wielkości ludzkiej myśli, wolności wyobraźni. Ograniczeniach człowieka w konkretnym działaniu. Jako jednostki i ogółu. Tekst jest ciekawie skomponowany. Najpierw poznajemy i obserwujemy spiskowców. Później ich spotkanie z Saint Justem, nadzieją Robespierre'a. By w końcu poczuć nadchodząca klęskę rewolucji w bezpośredniej rozmowie Robespierre'a z Saint Justem. Poznać anatomię upadku wielkiej idei. Przybliżyć się do niej. Mieć poczucie straconej szansy. Na próżno przelanej krwi. Czy aby na pewno na próżno? Będzie przecież inspiracją dla potomnych. Polem doświadczalnym. Natchnieniem. Punktem odniesienia.
Krystian Modzelewski 


Obsada męska, mocna, barwna. Obrazująca urozmaicony krajobraz osobowości, charakterów, postaw. Umiejętności walki o swoje cele. Plejada osób tworząca obraz typów ludzkich będących u władzy. Pragnących przeżyć. Poznajemy ich bliżej, odkrywają się ich motywacje, mentalność, aspiracje, zdolności. Również wady i ograniczenia. Władza to ludzie a nie bezduszny twór, automat, maszyna. To oni, konkretni, wsobni, charakterystyczni, decydują ostatecznie o wszystkim. I o tym warto pamiętać. Wojna, rewolucja, władza jest, jak autorka dramatu Stanisława Przybyszewska, rodzaju żeńskiego ale to mężczyźni są bohaterami zdarzeń, demiurgami, narratorami.  Głównymi sprawcami przyczyn i skutków.  


THERMIDOR
Autor: Stanisława Przybyszewska
Przekład: (z niemieckiego) Stanisław Helsztyński
Opracowanie tekstu: Janusz Majcherek
Opracowanie tekstu: Edward Wojtaszek
Reżyseria: Edward Wojtaszek
Scenografia: Weronika Karwowska
Muzyka: Tomasz Bajerski
Światło: Mirosław Poznański
Projekcje: Filip Tarczewski ZOOM MEDIA

Obsada:
Carnot: Sławomir Głazek
Fouche: Tomasz Błasiak
Collot:Szymon Kuśmider
Vilate: Hubert Paszkiewicz
Billaud: Szymon Roszak
Barere: Krystian Modzelewski
Tallien: Adam Machalica
Saint-Just: Krzysztof Kwiatkowski
Robespierre: Marcin Kwaśny 


Premiera: 07.11.2015, Scena Kameralna


fot. Bartek Warzecha

sobota, 16 stycznia 2016

WOJNA TO TYLKO KWIAT TEATR WARSawy



Wojna to tylko kwiat

To tylko straszliwy kwiat
Rośliny, która jest Życiem;
To tylko wybuch i kolor
Ciernistych, codziennych pnączy,
Krzewiących się dziko i bitnie;

To tylko okropny kwiat
Tego co jest -
Płomienny, aż w oczy kole,
Oczy nasze, płaczące obficie!

Kwitnąć musi, aż nie przekwitnie,
Na upiornej tracąc czerwieni,
Aż się w strzępy zżółkłych gazet nie przemieni,
Aż parady swojej nie zakończy...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

WOJNA TO TYLKO KWIAT przekonuje nas Hanna, była dziennikarka, korespondentka wojenna, bezrobotna, kobieta, matka, żona w ostrej fazie stresu pourazowego próbująca wrócić do normalności po doświadczeniu wojny. Dotyk zła jednak nie da się zagłuszyć, unieważnić, pominąć. Rozkwita w kobiecie, żywi się nią i niszczy. Nie pozwala jej wrócić ani na wojnę, za którą ciągle tęskni, ani do życia jakie wiodła przed karierą reportera wojennego. Już nigdy nie będzie niewinna. I czysta. Wolna od stygmatu tego, czego doświadczyła, czego zaznała, co przeżyła. Brakuje jej atmosfery zagrożenia, podwyższonego poziomu adrenaliny, wykonywania nie tylko pracy ale poczucia wypełniania misji, uczestniczenia w walce ze złem. Nie może się odnaleźć w normalnym świecie. Nie pasuje do niego, nie nadaje się, nie może na powrót przystosować, bo jest tak różny od tego, co dawało napęd do życia i pracy. Działania. Ani pomoc męża, ani obecność syna, ani działania psychoterapeutyczne kolejnych psychologów, psychiatrów  nie polepszają jej stanu psychicznego. Nie znajduje pracy. Nie potrafi się skomunikować ze światem ani w nim funkcjonować. W tym wolnym, zamożnym, bezpiecznym miejscu, które powinno być dla niej domem. Lecz nie jest. Poszerza tylko pole bitwy. Bo wojna to tylko kwiat, który rozkwitł w niej, nadal żywi się nią i niszczy.

Świat realny miesza się jej ze wspomnieniami wojny. Jej obrazami. I płonie żywym ogniem. Wdziera się w każdą sferę życia. Czas przeszły ingeruje w teraźniejszy, eksploduje w jej głowie jak granat i rozsadza psychikę. Niszczy jej życie, dekonstrułuje porządek. Już nie zazna spokoju. Nie odnajdzie się w codzienności. Nie pomoże rutyna, podejmowane działania. Ani miłość dziecka i obowiązki w stosunku do niego/brak instynktu macierzyńskiego/, ani miłość męża, który jej nie opuszcza w potrzebie. Nic już jej nie pomaga nie ratuje. Nie potrafi się skomunikować ze światem, nie umie, choć bardzo chce z nim rozmawiać. Zagubiona, zdezorientowana gubi się. Odrzucona przez świat sama też go odrzuca. Fuck, fuck!!

Ciało i umysł kobiety to krajobraz  po wojnach, które  przetoczyły się przez nią jak przez podbijane terytorium. Sama się na nie wybrała z własnej nieprzymuszonej woli. Na własną odpowiedzialność. Dokonywała wyboru, nie raz, nie dwa. Uzależniła się. Wpadła w nałóg. Oddychać chce nadal zapachem wojny, poszukiwać chce sensacji, pokazywać ból i cierpienie, relacjonować prawdę a nawet, jeśli nic się nie dzieje, nieprawdę poprzez jej kreację, konfabulację, prowokowanie zdarzeń.

Bo cel uświęca środki. Świat syty i wolny, nieczuły i obojętny czeka na krwawą relację. Na sensację. Na coś, co go znów na chwilkę tylko zainteresuje, wybije z nudy, marazmu. A to jest coraz trudniejsze w dobie konkurencyjnych relacji wojennych w mediach, ich manipulacyjnej roli, maksymalizacji zysku, minimalizacji kosztów i strat, dla których czas reklamowy i prestiż wynikający z pokazanego newsa jest priorytetem. Dążenia do trwania w błogostanie świętego spokoju, żądzy podglądania z dystansu a nie bezpośrednie w wojnie uczestnictwo społeczeństw zachodnich.

Z jednej strony chcemy poznać prawdę o wojnie, mieć jej obraz w sobie dla siebie, by wyrobić sobie osobiste zdanie, ale mimo istnienia wolnych mediów trudno oczekiwać od nich obiektywizmu, pełnego obrazu, z drugiej boimy się wojny i przed nią uciekamy. W relacjach, nawet najbardziej profesjonalnych, solidnych zawsze otrzymamy fragment, namiastkę. Nawet jeśli jest to bezpośrednia transmisja. Prawda o wojnie, która toczy się w Hannie też jest tylko przetworzoną przez artystów relacją, sygnałem, która  daje nam odczuć, że kontakt ze złem, okrucieństwem tego świata, nawet poprzez obserwację, nie jest bezpieczny. Wywołać może syndrom uzależnienia, oderwania, który nie pozwala już nigdy wrócić do normalności.  Nie jest obojętny, zawsze zostawia ślad, skazę niszczącą. Nawet izolacja, całkowite wycofanie, dystans nie spowoduje ukojenia, nie uciszy podświadomości, nie zresetuje pamięci. Bezsilność kobiety samotnie zmagającej się z wojenną traumą, stratą pracy, problemami komunikacyjnymi z najbliższym otoczeniem zamyka ją w szklanej klatce. Ogranicza i więzi. Uszczelnia. Czyni z niej kolejną ofiarę wojny.

Hanna Agnieszki Przepiórskiej, mimo że znajduje się w strefie pokoju, jest na wojnie. Nigdzie nie czuje się bezpiecznie. Wysypuje pustynny piasek z żołnierskich butów, nosi marynarkę z napisem PRESS, zakłada plecak. Jest gotowa na wszystko. Walczy. Z wojną, która nadal w niej się toczy, z obrazami, które wdzierają się w jej normalne życie i niszczą je, walczy z inercją i bezsilnością swoją i ludzi, do których docierają informacje o wojnach, z tymi, którzy mogliby mieć jakiś wpływ na przebieg zdarzeń lecz nic nie robią.  Bo za wszystkim kryje się interes, pieniądze, władza. Oglądalność, popularność, sława powiększająca żerowisko zła dla rozkwitającego kwiatu wojny.

Piotr Rowicki, autor cyklu monodramów I BĘDĄ ŚWIĘTA, TATO NIE WRACA i WOJNA TO TYLKO KWIAT, konsekwentnie, ciekawie przepracowuje traumy współczesnych kobiet/ żałoba po stracie męża polityka czyli kobieta wdowa, dzieciństwo bez ojca czyli kobieta sukcesu, praca, media, wojna czyli kobieta uzależniona/. Mężczyzna z czułością, przenikliwością charakteryzuje kondycję kobiety w realiach życia, które ją przerastają, są niezwykłym wyzwaniem.  Mam nadzieję, że będzie okazja  zobaczenia w Teatrze WARSawy wszystkich trzech spektakli, wspaniale, dynamicznie wykonanych przez Agnieszkę Przepiórską, doskonale wyreżyserowanych przez Piotra Ratajczaka. To dopiero będzie mocne uderzenie! Czekam, czekamy!


WOJNA TO TYLKO KWIAT
Autor: Piotr Rowicki
Reżyseria: Piotr Ratajczak
Asystentka reżysera: Joanna Kruk
Scenografia i kostiumy: Katarzyna Adamczyk
Wizualizacje: Magdalena Ziarnik
Choreografia: Arkadiusz Buszko

Występuje: Agnieszka Przepiórska

Premiera: 12.01.2016
Plakat teatru WARSawy

czwartek, 14 stycznia 2016

UDAJĄC OFIARĘ OCH-TEATR


Sztuka jest o rezygnacji z życia, wyparciu się go. Wchodzeniu w rolę ofiary, stawaniu się nią w momencie rozczarowania rzeczywistością, jaką się postrzega przez własne doświadczenie, w wychowaniu powielającym czarnuchę mentalną pokolenia rodziców. Jakby się nic nie mogło, nie było w stanie zrobić, zmienić. Ojciec młodzieńca, absolwenta filozofii pracującego w milicji w charakterze ofiary przy wizjach lokalnych, Walii, ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, matka z "wujkiem Piotrem" chcą być razem. Nie wiedzieć dlaczego bystry chłopak wybrał prostacką dziewczynę, która jest jego narzeczoną i w dodatku ona spodziewa się niechcianego przez niego dziecka. Otacza Walę martwy, głupi świat głupio żyjących ludzi, głupio mordujących najbliższych. Wydawać by się mogło inteligentny Wala nie znajduje dla siebie i innych ratunku i pogrąża się w nim ostatecznie. Wiemy przecież, że kto z kim przestaje, takim się staje. I to jest ten przypadek. Stylizowany cokolwiek na hamletowski.

Każdy z bohaterów buduje indywidualne i zbiorowe światy z jednej strony dostosowujące się do wymogów, zasad, warunków panujących w danym  miejscu i czasie/Rosja i może nie tylko, tu i teraz/, z drugiej pozwalające się ukryć, uchylić, wymigać przed odpowiedzialnością, podejmowaniem ryzyka, rozwiązywaniem problemów. Jakby prawdziwe życie zastępowane było nędzną, śmieszną imitacją, podróbą, namiastką, kliszą, powtórką podłej egzystencji, kondycji, życiorysu, postawy, tematu, problemu, zjawiska niż mogłoby być naprawdę. I nie ma się co przejmować. Trzeba udawać, naginać, kombinować. Gdy nie ma odwagi, zdolności, dojrzałości, możliwości, chęci. I jest na to powszechne przyzwolenie. Nie ma konsekwencji. Bo to gra, w której uczestniczą wszyscy bez wyjątku. Lęk przed śmiercią, jest tak naprawdę lękiem przed życiem.  Nędznym, podłym, zabójczym. Skażonym grzechem rodziców wychowywaniem dzieci na swój obraz i podobieństwo.Utopionym w wódce. Postrzeganym przez większość w kategoriach łatwego, miłego, prostego, bezproblemowego, bezrefleksyjnego lawirowania. Bez zobowiązań. Bez obciążeń. Bez radości, szczęścia, sensu, celu. Jakby życie dokonywało zbrodni na jednostce, a wizja lokalna nie pozwalała dotrzeć do prawdziwych przyczyn, motywacji stanu rzeczy, bo uzasadnienie skrojone jest według z góry zaplanowanego szablonu, pod prostą tezę. Dlatego nie dowiemy się, dlaczego mordercy zabijają. Świat wokół wyjaśni to po swojemu, zgodnie z własną logiką, mentalnością. A przyczyny tego są tak absurdalne, monstrualnie nieoczywiste, że aż śmieszne.

Z pozoru bardzo zabawna jest ta rzeczywistość przedstawiana i ucieczka w niebyt Wali. To wycofanie. Bunt, opozycja wobec dojrzałego życia. Brak motywacji, pozbawienie się przez siebie samego perspektywy samorealizowania. Gdyby nie była fałszywym, wydumanym pójściem najprostszą drogą rezygnacji. Bo niezrozumiałe jest zaniechanie walki, odpuszczenie sobie. I pójście w tym wyborze w zaparte. Z usprawiedliwieniem, że świat jest tak absurdalny i banalny, zepsuty i wynaturzony, głupi, że nie warto już- w nim z nim- żyć dalej. Nie warto. Wybór Wali ostatecznie udowodnił zwycięstwo tej rzeczywistości, tego świata nad nim. Wala poddał się na jego warunkach. Przyjął jego reguły gry.

Do takiego końca doszlusował Wala. Niczym Hamlet stawia na nie być niż być. Słucha głosu nieżyjącego ojca. Walczy z matką, prowokuje wuja, ignoruje dziewczynę. Jest życiowym impotentem. Neguje i odrzuca wszystko. Doświadcza zepsucia, miałkości, powierzchowności tego świata. I nadwrażliwy, inteligentny zbyt mocno  odczuwa jego karykaturalny wymiar. Wyolbrzymia go, wynaturza.  Widzi tylko to, co niedoskonałe, ułomne, fałszywe. Porzuca nadzieję na zmianę. Pozytywną. Chce ukarać winnych, nie dopuścić do szerzenia się zła. I czynem chce dowieść, że prawdziwym przestępstwem jest urodzenie człowieka, wrzucenie go w życie z wyborem być albo nie być. Wala wybiera nie być, bo wtedy nic go z nikim nie łączy, nie wiąże. I sam ma poczucie, że go nie ma. Ostatecznie zerwał ze wszystkimi, którzy go znali, byli mu bliscy lub z nim spokrewnieni. Obraził się na świat, olał go i stał się z własnego wyboru jego kolejną tragiczną ofiarą.

Jakieś to wszystko szczeniackie, popaprane, niepoważne. Dziecinne. Bezwstydnie naciągane na siłę pójście po najmniejszej linii oporu. Bojące się nie tego, co trzeba a najstraszniejsze jest to, że to deklarowane  przez Walę "nigdy", oznaczające wyparcie się prawdziwego życia/nigdy trwałego związku, nigdy dziecka, nigdy akceptacji drugiego człowieka, itd/ nigdy się nie skończy.  Prowadzi do klęski.

Sztuka chce nas przekonać, że realia życia wywierają presję na jednostkę, by do końca wyrzekła się siebie. By stwarzała się nie dla siebie samej ale dla otoczenia i podporządkowała się mu, służyła na jego warunkach. A one są podłe, niskie, brudne. Małe, prymitywne. Martwe. Niegodne świadomego siebie i świata. Dotykające tylko powierzchni istoty rzeczy. Całkowita negacja jest reakcją obronną. Podobnie jak śmiech. Ale nie prowadzi do szczęśliwego rozwiązania. Pewnie dlatego, że go nie ma.

Postać Wali udaje tylko Hamleta, sztuka dramat Szekspira, aktorzy, że są śmieszni. Jakby dokonywała się kosmiczna pomyłka. Kto pamięta czy zna czasy socjalizmu, kto bacznie obserwuje obecny kociokwik medialny i zna realia życia współczesnego człowieka dostrzeże aktualny przekaz sztuki. Filmy Barei też są nadal śmieszne, bo właśnie śmiechem najskuteczniej zagłusza się lęki egzystencjalne, dystansuje się do absurdów rzeczywistości. Oswaja myśl, że należy być kameleonem, by w świecie przetrwać. Trzeba oszukiwać, kiwać, kręcić, naginać, lawirować, manipulować, wywierać presję. Przebierać się na scenie lansu i podróbek, second handu mentalności. Choć nikt tego nie uczy, a świadomość życia w beznadziei, kłamstwie, obłudzie budzi w człowieku obrzydzenie do siebie samego. Wstręt. Pozbawia szacunku we własnych oczach, pokory, spokoju. I w skrajnym przypadku skutkuje całkowitą negacją i wycofaniem. Destrukcją. Ta niemożność pogodzenia się z rzeczywistością jaka jest z brakiem umiejętności poradzenia sobie z nią i sobą, znalezienia wyjść awaryjnych, dających nadzieję pozytywnych rozwiązań doprowadza do dramatu.

Sztuka wyreżyserowana pewną ręką Krystyny Jandy i bawi, i daje do myślenia. W tonacji Koladowych przerywników muzycznych/ostatnio też Sajnukowych/, w barwie scenicznych kostiumów, rekwizytów, wyrazistości, malowania grubą kreską jasnego przesłania. Grają aktorzy mniej znani, jakby wyszli z tłumu, spośród nas. Albo z telewizora. Adam Serowaniec, znany z telewizyjnego GOGOLA w reżyserii Jerzego Stuhra, niesie sobą naturalną delikatność, subtelność poety inteligenta skażoną wewnętrzną walką. Elżbieta Jarosik to rozbrajająco bezsilna matka, rozdarta pomiędzy synem a nowym wybrańcem życia. Mirosław Kropielnicki, Kapitan /śledczy/, buduje barwną postać pokolenia rodziców Wali, która pokazuje, jak dorośli, odpowiedzialni za pokolenie Wali właśnie wchodzące w życie, jest zagubiony, zdezorientowany, otumaniony rzeczywistością, której wydaje się w ogóle nie rozumieć. Co uzmysławia nam, że dorosłość nie oznacza dojrzałości, choć się z nią automatycznie kojarzy. Uroczy jest Bilguun Ariunbaatar w roli zakochanego w swojej ofierze mordercy. Fantastycznie mocną, charakterystyczną rolę tworzy Elżbieta Romanowska. Jest krzykliwą, prymitywną, wiedzącą swoje, bezproblemową młodą dziewczyną. Najbardziej komediowo dominuje zaskakująca Izabela Dąbrowska, świadek w sprawie, kelnerka w barze sushi, zabawnie wystylizowana na Japonkę, Gejszę. Potrafi doskonale poprzez pijacki grymas, przymuloną alkoholem gadkę  przemycić prawdę o sobie i świecie, który ją więzi, wymusza na niej absurdalność zachowań, działań. Brawo! Pięknie aktorzy prezentują się przy oklaskach, nie udają radości, satysfakcji z wykonanych zadań. Po prostu są radośni, szczęśliwi, zadowoleni. I my, widzowie, też. Mamy nadzieję, że nie staniemy się ofiarami, możemy je co najwyżej poudawać. Od czasu do czasu w czasach powszechnego udawania. Nieustającej kreacji kłamstwa, obłudy, hipokryzji, wszelkiej poprawności. Ale koniecznie z nutą ironii, dystansem, poczuciem humoru. Z przymrużeniem oka. Wiedząc swoje. Robiąc swoje.

UDAJĄC OFIARĘ   Oleg i Wladimir Presniakow
Tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
Reżyseria: Krystyna Janda
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Scenografia: Joanna Maria Kuś
Dźwięk: Michał Tatara
Asystent scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy i asystent reżysera: Jan Malawski
Asystentka producenta wykonawczego: Doda Szacka
Obsada: 
Izabela Dąbrowska, Elżbieta Jarosik, Elżbieta Romanowska, Agata Sasinowska, Bilguun Ariunbaatar, Piotr Borowski, Mirosław Kropielnicki, Sylwester Maciejewski, Adam Serowaniec, Jędrzej Taranek, Michał Żurawski, Stanisław Brudny (głos)