środa, 14 października 2015

ROSMERSHOLM IBSEN SPOTKANIE TEATRÓW NARODOWYCH 2015


 Fot. Sören Vilks

Goście IV-go Spotkania Teatrów Narodowych, artyści DRAMATEN ze Szwecji, przypomnieli nam wagę dramatu, w którym walczy idea z ideą, człowiek z człowiekiem, wartość z wartością. Pokazali wpływ obcego na starą, tradycyjną, zmurszałą strukturę rodziny, który niczym ostry, drapieżny klin wbija się w monolit wypracowany przez wieki. Starcie emancypacji płci z miłością. Zderzenie wolnej woli, wolnego wyboru z powinnością, obowiązkiem. Ocenę udziału mediów w walce politycznej. Związki między nauczycielem a uczniem. Relację przyjaciół; prawdziwych, wiernych, na dobre i na złe, na zawsze. Spektakl stawia pytanie czy kobieta i mężczyzna mogą tylko się przyjaźnić, a ich związek może pozostać całkowicie niewinny i czysty wobec domniemania trójkąta małżeńskiego. Tematów jest tak wiele, są w takim splątaniu, że dochodzenie bohaterów do istoty rzeczy, do prawdy, wymaga dużej determinacji i samozaparcia. Odwagi, otwarcia, miłości. Zwłaszcza gdy ich intencje są niejasne, motywacje tajemnicze, przeszłość nieznana. Jak oddzielić ziarno od plew, prawdę od kłamstwa?

Spektakl jest sesją psychoterapeutyczną, kiedy krok po kroku zbliżamy się do odsłonięcia złożonej natury kobiety i mężczyzny i ich związków, relacji międzyludzkich, uwarunkowań społecznych, kulisów walki politycznej. Warstwa po warstwie odrzucany jest fałsz, demaskowany pozór uczciwych, szczerych zewnętrznych zachowań, co prowadzi do ujawnienia sedna wszelkich motywacji. Otrzymanie odpowiedzi na pytania: kim bohaterowie w istocie są, na czym im zależy, co jest dla nich najważniejsze, do czego są zdolni, na co ich stać, dokąd zmierzają, to cel sztuki, która jest zapisem dramatycznym walki autora o czystość etyczną i wolny rozwój jednostki, prawo człowieka do własnych przekonań i swobody myśli, wolności ograniczonej jedynie odpowiedzialnością za swoje czyny. Ale tę piękną ideę artysty, choć daje nadzieję, życie rozbija w pył. Pozostawia potencjalną możliwość, miraż pragnień piekielnie trudnych do osiągnięcia, zestaw marzeń nie do zrealizowania, cel połączenia miłości własnej i miłości do drugiego człowieka niemal nie do zdobycia. I wytrwanie w wierności, prawdzie w stosunku do siebie samego i jeden do drugiego/człowieka/ jest nieosiągalne. Bo ludzie i ich historie nie są konstruktami prostymi, które łatwo można by wyzerować w dowolnym momencie życia. Bagaż przeszłości, również przeszłych pokoleń, obciąża skuteczność działania w przyszłości, jeśli oczywiście jej całkowicie nie umożliwia. To jednak utopia, bo życie zwyczajne, codzienne, nie wyidealizowane jest o wiele bardziej skomplikowane, nieprzewidywalne, złożone. A ludzie obciążeni grzechem niejednym. Takim, który można wybaczyć ale nie można mu zadośćuczynić. Zło się dokonało, jest nieodwracalne. Ograniczona do minimum gra aktorska, brak reżyserii, dosłowność gestu scenicznego powoduje oderwanie przekazu od podstawy dramatu Ibsena.

Służyć ma temu scenografia, kostium, ruch sceniczny, projekcje, światło, co bardzo uwspółcześnia przekaz, ma go nam przybliżać, pozwala bezpośrednio dotykać  problemów, zagadnień, zjawisk nas dotyczących. Aktorzy własnymi rękami tworzą przestrzeń, stawiają panele: szare, proste, jak rzeczywistość twarda, wyrosła z pracy przeszłych pokoleń ale przecież przez współczesnych potwierdzana ich osobistym wkładem w akceptację ciągłości pokoleniowej spuścizny. Będzie się później przewracać z łomotem ta pozorna bezpieczna, trwała, wydawać by się mogło, opoka pod naporem akcji, wagi zdarzeń. Ostatecznie runie w momencie całkowitego wyzwolenia się bohaterów z wszystkiego, co ogranicza lub zniekształca, zafałszowuje prawdę o nich. To na tym tle pojawiać się będą olbrzymie, ruchome portrety przodków, obrazujące ich reakcje mimiczne na to, co się dzieje. Nieme jednak, bezgłośne ale znacząco obecne. To na nich pojawi się podwójny portret Rebeki- kobiety intruza, która przewróci do góry nogami cały dotychczasowy świat domowników- ilustrujący jej złożoną naturę, sytuację, znaczenie. Delikatne to gesty sceniczne, przejrzyste, subtelne, proste. Jak znacząco bose i obute stopy. Kostium szary, prosty, współczesny w drugim akcie intensywnieje. Podkreśla krystalizowanie się, cementowanie nowej sytuacji bohaterów. Bo wszystko im bliżej prawdy bardziej zdecydowanie się określa.

W ukształtowany przez normę, etykę, wiarę przeszłych pokoleń świat dojrzałego, bezdzietnego małżeństwa wnika nowa, młoda, atrakcyjna kobieta, potrafiąca zawłaszczyć dla siebie zainteresowanie, akceptację, coraz większą sympatię i zaufanie domowników. Zaniedbywana, ignorowana, wbijana w poczucie winy za brak dziecka, nie mająca wspólnego języka z mężem żona, uważana za szaloną, nadwrażliwą osobę, która zyskuje towarzyszkę do spacerów, rozmów, zwierzeń, znajduje zainteresowanie u kobiety, jak się jej wydaje, takiej jak ona. Pełen wątpliwości, buntu, wobec narzuconego mu wychowaniem, wykształceniem, pochodzeniem i religią gorsetu tradycyjnych norm pastor, znudzony mężczyzna, zawiedziony mąż, niespełniony ojciec ma w swym polu działania osobę, która wyzwala w nim siłę działania, pomaga podjąć decyzję o zmianie życia, utwierdza w wyborze nowej drogi moralnej. Jest dla niego inspiracją, podporą, wsparciem w przemianie duchowej. Otwiera przed nim nowe możliwości. Jest idealnym przyjacielem. Osobą, bez której nic o nim bez niej.

Dziewczyna manipuluje małżeństwem. Żona Beata dostrzega, że przyjaźń obojga dojrzewa do miłości. Jej miłość widzi zdradę męża, choć on ją wypiera ze świadomości i zaprzecza,że jest zafascynowany, zauroczony Rebeką. Nie uświadamia sobie, co tak naprawdę czuje. Beata jest przez Rebekę oszukiwana, okłamywana. Popełnia samobójstwo w akcie miłości do męża, chcąc go całkowicie uwolnić od zobowiązań, co pozwoli mu zrealizować wszelkie plany. Skacze do wodospadu. I to obraz spadającej wody widzimy na początku sztuki, podkreślany piękną muzyką, która uzmysławia, że nowe otwarcie w życiu wymaga ofiar, konieczności zostawienia za sobą wszystkich spraw, nawet tych najbardziej bolesnych, wywołujących poczucie winy, rodzących wyrzuty sumienia, towarzyszące wyborowi do końca życia. Ale trzeba je znieść, trzeba mieć na to siłę. Jak również na to, by unieść cały bagaż wniesiony przez nową miłość. Całą nieznaną dotąd przeszłość, uknuty, niecny plan podboju ludzi i miejsca w akcie wyzwolenia się z biedy, w akcie emancypacyjnym jako kobiety i człowieka, który chce pójść własną drogą. I gdy, jak się wydaje, wyznali sobie wszystko, wszystko wyjaśnili i uzmysłowili, mogą trzymając się za ręce wyznać sobie miłość i pójść drogą Beaty. Drogą wyzwolenia. Uwolnienia. Zburzenia całego świata wokół/spadające z hukiem wszystkie panele na raz/. Śmierci lub działania w zgodzie ze samym sobą. Razem. Jeden dla drugiego stworzony. Będą mieć siłę rzucić się w wodospad, ku któremu zdążają pewnym, spokojnym, opanowanym krokiem. Lub ku wyzwaniu, celowi, który wypracowali.  Ku ostatecznej próbie. Gdy przeszli tak wiele razem, tak wiele razem przeżyli. Wybaczyli sobie i zaakceptowali siebie takimi, jakimi się do końca poznali, jakimi naprawdę są. Z bólem wyrządzonej krzywdy żonie. Ze świadomością odrzucenia dawnego świata wartości/zdrada tradycji, przyjaciela, odrzucenie bycia autorytetem moralnym dla buntowników Petera Martensgarda/. Zrezygnowali z tak wielu spraw, wartości, osób. Wodospad czeka. Oczyszczenie, chrzest, inicjacja. Nowa wiara na nowej, wywalczonej przez siebie, drodze życia. Na własnych warunkach, w poczuciu odpowiedzialności za własne czyny.



ROSMERSHOLM HENRYK IBSEN

reżyseria: Stefan Larsson
scenografia i światło: Jens Sethzman 
kostiumy: Ditte Krestesen
charakteryzacja: Melanie Åberg

obsada:
Rebekka West- Livia Millhagen
Johannes Rosmer -Jonas Malmsjö 
Rektor Kroll- Peter Engman
Ulrik Brendel- Rolf Skoglund
Peter Mårtensgård -Danilo Bejarano
Helseth- Emma Brommé

KUNGLIGA DRAMATISKA TEATERN (DRAMATEN)




niedziela, 11 października 2015

RYBKA CANERO MACHULSKI TEATR TELEWIZJI


fot. materiały strony internetowej Teatru Telewizji

Dziś ja będę rybką canero. Wgryzę się w ten spektakl, pod powierzchnię Machulskiego autorskiej kolejnej komediowej wiwisekcji rodziny polskiej a poprzez nią nas, Polaków. Na pierwszy rzut oka wszystko jest najwyższej jakości. Willa wypasiona, z kominkiem, skórzanymi kanapami, politurą na meblach-siedlisko dobrze sytuowanej inteligenckiej klasy średniej. Gwiazdorska obsada, a priori gwarantująca zainteresowanie widzów i wysoki poziom wykonania. Fabuła sensacyjno- obyczajowa. Wartka, dowcipna, zaskakująca. Strzelba, która wystrzeliła, motyw, który zabił i jednocześnie wyzwolił. Rodzinę od nienawidzącego ją seniora rodu, jego samego od rodziny, którą, jak twierdzi w filmowej wypowiedzi, głęboko i szczerze pogardza, ma jej dość. Bo też to szczególna menażeria figur nie znających się w ogóle, jakby rodzina była tylko instytucjonalną, sparciałą, ze starości rozsypującą się fasadą, pozorem, sztucznym tworem na siłę skleconym, utrzymywanym przy życiu, przez przypadek skupiającą osoby, które każda żyje własnym, nieznanym pozostałym członkom tej mikro społeczności, życiem. Łączą ich oczywiście więzy krwi ale poza tym każdy żyje na innej, znanej sobie tylko planecie, jest odrębnym, bardzo szczególnym bytem.

Marianna-aktorka telenoweli, młoda celebrytka, singielka zajęta własną karierą-co nie chce rodzić ale chce posiadać dziecko for fun i dla fanów i pro forma więc idzie na skróty i jak na członka społeczeństwa konsumpcyjnego przystało, je kupuje. Oczywiście nielegalnie. Czas nagli, nie ma na co czekać, po co zbędne formalności. Zaraz je ochrzci, mimo że jest ateistką. Samodzielna, zorganizowana, absolutnie poza uczuciem, empatią, angażowaniem się w związki uczuciowe. Jej brat, Zen, jest gejem dokonującym właśnie coming outu, zakłada biuro podróży sfokusowane na Holandię ze względu na marihuanę, in vitro, aborcję, eutanazję, małżeństwa i adopcję dla homoseksualistów, bardzo rozwojowe obszary biznesowe. Ale kasę na rozkręcenie interesu najpierw miał dać dziadek, teraz ojciec. Jego chłopak kręci, nie do końca jest szczery, od razu widać, że najważniejsze w ich homoseksualnej relacji jest wątek merkantylny. Nie wróży to stałości związku. Nie wydaje się, by był na dobre i na złe. I aż śmierć ich nie rozłączy. Rodziców już nic nie łączy, za chwilę rozwód, każdy oficjalnie chce jak najszybciej pójść swoją drogą. Mamusia w kierunku romansu z młodym, a jakże, mężczyzną. Ojcu wszystko jedno gdzie, z kim, aby uwolnić się tylko jak najszybciej. Między dziadkami tym bardziej od dawna nic nie ma, zwłaszcza, że jedno już w proch się obróciło za sprawą drugiego. Przy czym babcia jest zdrową inwalidką, inteligentną kobietą udającą zaawansowaną demencję. Wujek zgrywa rymującego idiotę, po czym zaskakuje nas swoim całkiem nieźle zorganizowanym życiem. Jest prezesem świetnie prosperującej firmy consultingowej. Nieszkodliwym, sympatycznym playboyem. A kim był w Afganistanie? mój boże!  Olivier, zarówno domniemany chłopak Marianny, jak i domniemany ojciec jej dziecka, to nieudacznik lawirant. I jeszcze ujawniająca się jak w telenoweli, przez nikogo nieznana, córka denata, kolejny członek rodziny, zaskakująco wszystko dziedziczy. Dziadek się mści, nawet po śmierci wpływa na życie rodziny. Mamy też parę policjantów, którzy prowadzą śledztwo w sprawie samobójstwa dziadka, w które nikt tak naprawdę nie wierzy. On jakiś niewydarzony, ona ambitna i dociekliwa.

Nic się  tu nie zgadza. Wszystko zaskakuje. Łącznie z zakończeniem. Jest śmierć, nie ma pogrzebu. Niby jest stypa po dziadku ale to stypa po zabójstwie instytucji rodziny. Jest śmiesznie jak w kabarecie na poziomie telenoweli z wątłym, naciąganym, poszlakowym wątkiem kryminalnym. Wszyscy się nie znoszą i nie potrzebuje nikt nikogo. Żadnych więzi, relacji, opcji wspólnych. Chyba, że przyjmiemy, iż wszyscy chcą się od siebie jak najszybciej uwolnić, tworząc konstelację singli. I choć, jak widzimy, są zadowoleni a nawet szczęśliwi, łącznie z denatem dziadkiem, który de facto "uciekł" od znienawidzonej rodziny, to jednak ta radosna galopada na wstecznym od wspólnego życia, które wydaje się niemożliwe, bo każdy okazał się nie tym, kim w istocie był, jest papierowa, zaledwie zarysowana. Krwiożercza natura życia dla siebie poszczególnych członków rodziny pożera wszelką chęć wspólnotowego życia. Pasożytnicza mentalność tuczy się kosztem najbliższego.

To może jednak nie śmieszyć. Gorzko słodki obraz świata rozśrodkowanego. Osłabionego. Z tęsknotą za pełną wolnością. Ale taką, która skutkuje życiem w pojedynkę, na własnych tylko warunkach, dla siebie. Bez miłości, uczucia, ewentualnie w chwilowym, merkantylnym związku z opcją na sukces, robienie kariery, pieniędzy, szumu wokół siebie. Rodzina to przeżytek, zbędne obciążenie czy zobowiązanie. Jeden dla drugiego staje się rybką canero, ewentualnie mocniejszą kombinacją: rybki canero i rybki fugu. Konstatacja autora sztuki, że realia życia narzucają nam pasożytnicze skłonności, odczłowieczające relacje międzyludzkie, bo sprowadzają się tylko do wygody egzystencji, przyjemności, całkowitej wolności nie jest wesoła. Szczególnie gdy wyjaławiają, czynią człowieka pustym, próżnym, samolubnym, zapatrzonym w siebie tylko narcyzem.

Zastanawiam się dlaczego przy tak błyskotliwym pomyśle, potencjale zaplecza artystycznego powstaje jednak spektakl zaledwie letni. Łatwo mu zarzucić dominujący efekt telenoweli, grę aktorów jakby obok postaci, na jednym tonie, płasko, jednowymiarowo a nawet zdawkowo. Może to same, pozbawione głębi, archetypy -wydestylowane z realu, ociosane z rysu różnicującego, szczególnego, wsobnego, pozbawione głębi psychologicznej. Nastawione na zgrywę, fun kabaretowe marionetki, puste, wydrążone figury. To nie cechy charakteru, osobowość je nam przedstawiają a fabuła, jak w kalejdoskopie układająca się konfiguracja akcji. Każda postać to  nie tylko osoba ale nośny medialnie problem, zjawisko, temat społeczny, socjologiczny, środowiskowy, kontrowersyjny politycznie. Życie backstage celebryty, playboya niby super macho ciężko pracującego na finansowanie swoich zachcianek, miłostek, dojrzałej kobiety spragnionej męskiego zainteresowania, słodkiej nagrody za długoletnie oczekiwanie na zemstę ignorowanej, zdradzanej, oszukiwanej babci, chcącego uwolnić się od rodziny męskiego grona: dziadka, ojca, geja w związku. Męskich zniewieściałych, młodych nieudaczników-słabych, niesamodzielnych, uzależnionych finansowo od innych:wnuk, jego partner, Olivier.

Na pewno wielu widzów będzie ten spektakl bawić. I dobrze. A jednak rozśmieszać będzie nie fun sytuacyjny, słowny, postaci a to, co sami sobie dopowiadamy, nadbudowujemy z tego, co wiemy na poruszony przez autora temat, z własnego doświadczenia, wyobrażenia, wspomnienia poprzednich ról występujących w spektaklu aktorów. Których dobrze, bardzo dobrze z tv, teatru znamy, znamy.

To może śmieszyć. A tak naprawdę z kogo się śmiejemy? Z samych siebie, of course. Z samych siebie.:) :) :)


RYBKA CANERO
Autor i reżyseria: Juliusz Machulski
Zdjęcia: Krzysztof Buchowicz
Scenografia: Wojciech Żogała
Kostiumy: Ewa Machulska
Muzyka: Piotr Majchrzak
Dźwięk: Jerzy Orlecki

Obsada: Andrzej Zieliński (Ignacy Vogel), Ewa Wiśniewska (Eliza Vogel), Jan Englert (Profesor Stefan Vogel), Agnieszka Wosińska (Klara Vogel), Aleksandra Domańska (Marianna Vogel), Cezary Pazura (Bolo Lachowicz), Katarzyna Warnke (Joanna Peterko), Piotr Głowacki (Olivier Romiasz), Dawid Ogrodnik (Zenon Vogel), Bartosz Porczyk (Stanisław Katadreuffe), Maja Ostaszewska (komisarz Kaja Zaremba), Cezary Kosiński (aspirant Roch Kolski)

wtorek, 6 października 2015

FRANCUZI WARLIKOWSKI NOWY TEATR


Oniryczny, eteryczny teatr hipnotyzujący widza, który zniesie 4,5 godzinny spektakl. Jest widzem ciekawym, ufnym. Poszukuje zjawisk niebanalnych w sztuce. Zna, lubi, uwielbia lub chce poznać  teatr Krzysztofa Warlikowskiego, jego aktorów, stylistykę, formę wypowiedzi, sposób komunikacji, kompozycji przekazu. Intelektualnie wyśrubowaną narrację, tematy trudne, przeestetyzowane, rozwleczone do granic wytrzymałości, a nawet łamiące kręgosłup przyzwyczajeń, preferencji, racji. Stereotypów, skostniałych systemów wartości. Pamiętajmy, że artyści mieli kilka miesięcy na przenicowanie, skomponowanie, dopracowanie całości. Treści, tematu, problemów, formy. Portretów scenicznych swoich bohaterów. My, widzowie, nie mamy tej szansy. Mamy mniej czasu. Otrzymujemy produkt gotowy. Ale czy my jesteśmy nań gotowi? Każdy musi przekonać się o tym osobiście. Jeśli tylko się zdecyduje.

FRANCUZI. A może Niemcy, Austriacy, Polacy. Europejczycy. Ludzie. Słowami Prousta, Racine'a, Celana, Pessoa. Francja, elegancja, dekadencja. Homoseksualizm. Wykluczenie. Zmierzch, rozpad, upadek. W perspektywie katastrofy wojny. Wiek dojrzały galopujący w starość. Czas stracony i odzyskany. Chyba nie utracony, bo cyklicznie nakręcający sprężynę zachowań, zdarzeń, człowieka. Wyrafinowana forma dla wielkiej samotności. Nienasyconego pożądania. Pragnienia bycia sobą. Fizjologicznego głodu miłości. O niej poprzez zazdrość, zawłaszczenie, przemoc, układ społeczny przykrywający wszelką rozwiązłość i wyuzdanie, rozpasanie seksualne. A więc i hipokryzja. Wielkie piękno natury człowieka ze skazą skłonności grzesznych, destrukcyjnych, zakazanych. Zło rewersem dobra. Władzą nad drugim człowiekiem. Jednostek, grup, narodów.

Zło potrafi być nie tylko intrygujące ale i piękne. Ból potrafi być nie tylko  niszczący ale i twórczy. Wykluczenie, bez względu na przyczynę i rodzaj/wykształcenie, pochodzenie, religia, preferencje, wartości, itd/ równie wyniszczające, unicestwiające, zabójcze. Nie ma wyjątków. Są podwójne standardy. Hipokryzja, obłuda. Maska. I akceptacja inności, jeśliś nasz, z nas, mój, dla mnie. Zawsze, prawie zawsze, można jednak sobie poradzić w okolicznościach braku akceptacji społecznych. Ukryć się. Kamuflować. Czuć względnie bezpiecznie. Małżeństwo bez miłości, homoseksualista w rodzinie, która zawsze będzie go chronić, lesbijka kochanką mężczyzny, żona kokotą nimfomanką.

Warlikowski nie liczy się z czasem. Rozciąga swoją narrację do granic recepcji. Jakby chciał byśmy nie byli na końcu spektaklu tacy sami jak na początku. Nie śpieszy się, nie kondensuje w czasie. Nakłada warstwę na warstwę. Klisze na klisze. Plany sceniczne zwielokrotnia. Jednocześnie obserwujemy rozmowę arystokracji, boks szklany/laboratoryjna zamknięta przestrzeń z taneczno-seksualną ilustracją/oraz panoramiczny obraz video. Innym razem koncert wiolonczelowy, intrygujący, nowoczesny, niepokojący z narracją filmową w tle/wizualizacja homoseksualnego mitu o stworzeniu świata z człowiekiem hermafrodytą/, publicznością uwięzioną w boksie-odizolowaną, sterylnie zabezpieczoną, odgrodzoną, w innym, swoim tylko świecie oraz nami, widzami. Akcje na wielu planach, wzmacniające jedna drugą. Jak w życiu. Wielowymiarowość głębi. Real, podświadomość, pragnienie.

W dobie fali naporu innej cywilizacji, wdzierającej się w przestrzeń starego świata europejskiej kultury znów rośnie strach. Przed ujawnianiem tożsamości i wykluczeniem strach tych, którzy przybyli i tych, do których przybywają. Czas Charlie Hebdo. Terroryzmu. Podboju demograficznego. Barbarzyńców. Idzie nowe, nie rozpoznane do końca zagrożenie. Nowy świat majaczy na osi czasu. A zależności społeczne, polityczne, religijne -w skostniałej, pustej, zafałszowanej, pięknej ale niesprawczej estetycznie formie- nadal są takie same jak zawsze. Zalęknione, zachowawcze, wyjałowione, nieprzystosowane do poradzenia sobie z kryzysem, problemem, niezdolne do zmian. Zaskoczone jak u Prousta wojną. I jak kiedyś wszyscy, wszyscy bez wyjątku, byli za ten stan winni, tak i dziś są winni. I będą winni. I jak Pompeje zastygną w swej wstydliwej formie niemożności na reakcję, na jakikolwiek ratunek w obliczu nowego, niebezpieczeństwa, zagłady. Zło, strach, instynkt w człowieku się przyczaja, i jeśli mu na to pozwolić, podnosi łeb i uderza. Bezpardonowo, silnie, niszcząco.  Nie nauczyliśmy się niczego? Na błędach? Dzięki doświadczeniu, literaturze, sztuce, nauce. Sztuka, jej moc i wysiłek jest nieskuteczna? Zawodzi. Straciliśmy czas?  My, FRANCUZI. My,Polacy. My, Europejczycy. My, ludzie.

Na ścianie scenograficznej zegar bezdusznie tyka. Tyka rzeczywistość. Nas tyka. Odmierzył spektaklem nadal ocalony czas przeszłości, odzyskany czas dla przyszłości.

Aktorzy, to jedna wielka rodzina. Grają bez zarzutu wchodząc bez trudu w wiele różnych, wymagających artyzmu, warsztatu, kondycji ról. Tragiczny, zazdrosny, zaborczy Mariusz Bonaszewski-sama perfekcyjna naturalność, siła głosu. Jak to działa! Magdalena Cielecka-powściągliwa elegancja przykrywająca wulkan emocji i samotności, figura okrutnie podporządkowana normie. Biel i czerwień kostiumu jak zimny ogień jej natury zniewolonej konwencją. Głos z mocą głębi. Ewa Dałkowska-wyniosła forma królowej, księżnej.Dostojeństwo dojrzałego aktorstwa. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik - zawsze zdumiewający naturalnością perfekcji kameleon sceniczny. Tajemnicą pozostają dla mnie jej cudowne, zaskakujące metamorfozy. Marek Kalita-potrafił swoją uciążliwą czasem manierę tym razem w doskonałą postać psychologiczną obrócić- stała się nienachalną, skutecznie działającą metodą budowania odrębnej, wyróżniającej się prawdą postaci/perełka/. Bartosz Gelner intrygujący, różnorodny, konsekwentny /narrator w pierwszej roli, ale też cud baletnica/. Jacek Poniedziałek bez zmian, constans, gra siebie. I Odetta Mai Ostaszewskiej pozwalająca sobie na bycie tym, kim jest naprawdę, bez kamuflażu, wstydu, hipokryzji. Otwarta, bezpośrednia, szczera, naturalna kipi energią, seksualnością, niepohamowaną rozwiązłością. Nie udaje, nie gra, nie maskuje się kłamstwem, kostiumem, obłudą. Co za lekkość, swoboda, wdzięk! Zjawiskowa, hipnotyzująca widza Agata Buzek, fantastycznie wpięła się w zespół, doskonale się z nim komponuje /gra, śpiewa, tańczy/. Intryguje, fascynuje, nie można od niej oderwać wzroku. Brawo!!! Maria Łozińska to kwiat, który może dopiero rozkwitnąć. Claude Bardouil , niemy krzyk ilustracji, działa podprogowo na widza, skutecznie. Maciej Stuhr na widzów krzyczy, świeci im po oczach-wejście rozjuszonego wojownika/żołnierza/ brutalnie burzącego święty spokój i dystans niemych, biernych, wycofanych, bezpiecznych na widowni, obserwatorów. Świetny zabieg dramaturgiczny. Wojciech Kalarus, Piotr Polak dopełniają, uzupełniają. Michał Pepol przenosi akcję na metaforycznie muzyczny poziom/pięknie!/. Paul Celan mówi swój wiersz. Owacje na stojąco!!

Spektakl jest piękny. Pięknie wystawiony, pięknie zagrany poza czasem w pięknej, umownej, przestrzennej, abstrakcyjnej scenografii, w perfekcyjnym, znaczącym, jak spod igły kostiumie, czasem w tajemniczo intrygującej charakteryzacji, w baletowym, hipnotyzującym, pantomimicznym ruchu scenicznym z obrazem filmowych impresji. Mikroporty -nowoczesny, wygodny sposób wzmocnienia głosu. Ale w tej olbrzymiej, przestrzennej kubaturze dźwięk się emancypuje. Zaczyna żyć na własnych zasadach. Pogłos, brzmienie odrywa go od postaci, staje się bytem obok. Snuje się, podąża za osobą jak metafizyczny cień. Porcelanowy efekt echa. Dodatkowo rozciągający narrację w czasie. Budujący nastrój odklejania się myśli, wrażenia, uczucia od podstawy. W sumie rokoko teatralne. Róg obfitości. Uczta. Ale czy nie jest to pusta, bo bezsilna forma, gra słów, tekstów, treści, obrazów, walka sztuki dla sztuki? Bo prawdziwy teatr zdarzeń ma miejsce w realu. Bo prawdziwe życie jest gdzie indziej.  Kamufluje się, jeśli jest za słabe, by z podniesioną głową, bez fałszywej maski, walczyć o swoje i wygrać. Spektakl pomaga w tej walce, by czas na nią poświęcony nie był czasem straconym. By nie było na wszystko za późno.


FRANCUZI 
reżyseria: Krzysztof Warlikowski
adaptacja:Krzysztof Warlikowski, Piotr Gruszczyński
współpraca:Szczepan Orłowski
scenografia: Małgorzata Szczęśniak
reżyseria świateł: Felice Ross
muzyka: Jan Duszyński, z wykorzystaniem kompozycji Pawła Mykietyna "Utwór na wiolonczelę i elektronikę"
ruch: Claude Bardouil
wideo: Denis Guéguin
animacje: Kamil Polak

Obsada: Agata Buzek, Magdalena Cielecka, Ewa Dałkowska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Maria Łozińska, Maja Ostaszewska, Claude Bardouil, Mariusz Bonaszewski, Bartosz Gelner, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Zygmunt Malanowicz, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Maciej Stuhr, wiolonczela: Michał Pepol.

Produkcja: Nowy Teatr, koprodukcja: Ruhrtriennale, Théâtre National de Chaillot (Paris), Comédie de Geneve, Comédie de Clermont-Ferrand, La Filature (Mulhouse), Le Parvis - Scene Nationale Tarbes-Pyrénées.

W spektaklu wykorzystano fragmenty następujących utworów literackich:
„W poszukiwaniu straconego czasu” Marcel Proust w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, Macieja Żurowskiego i Juliana Rogozińskiego
„Ultimatum” Fernando Pessoa w tłumaczeniu Mateusza Rulskiego-Bożek
„Fedra” Jean Baptiste Racine w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego
„Fuga śmierci” Paul Celan

W spektaklu wykorzystano fragmenty następujących utworów muzycznych:
„Kartka z albumu. Utwór na wiolonczelę i taśmę” Paweł Mykietyn
Nokturn cis-moll nr 1, op. 27 Fryderyk Chopin
„Dziadek do orzechów” Piotr Czajkowski
„Peleas i Melisanda” Claude Debussy
„Żydówka” Jacques Fromental Halévy
„I’m Waiting Here” i „Wishing Well” David Lynch
„Lujon” Henry Mancini
„Also sprach Zarathustra” Richard Strauss

W spektaklu wykorzystano fragmenty następujących filmów:
“L'Hippocampe” (“Konik morski”), 35 mm film, 1933 Jean Painleve (1902-1989)
©LES DOCUMENTS CINEMATOGRAPHIQUES
Zdjęcia roślin i owadów © BBC Motion Gallery / Getty Images Polska premiera - 3 października w ATM Studio (Wał Miedzeszyński 384) w Warszawie. 

FUGA ŚMIERCI  Paul Celan

CZARNE mleko poranku pijemy je wieczór
Pijemy je w południe o świcie pijemy je nocą
Pijemy pijemy
Grób kopiemy w powietrzu tam się nie leży ciasno
Człowiek mieszka w tym domu który się bawi z wężami ten pisze
Pisze gdy zmierzcha do Niemiec złoto twoich włosów Małgorzato
Tak pisze wychodzi przed dom i gwiazdy migocą przyzywa gwizdem
swe psy
Gwizdem wywleka swych Żydów każe im kopać grób w ziemi
Nam rozkazuje teraz zagrajcie do tańca

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy o świcie w południe pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Człowiek mieszka w tym domu który się bawi z wężami ten pisze
Pisze gdy zmierzcha do Niemiec złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit kopiemy w powietrzu grób tam się
nie leży ciasno

Krzyczy głębiej wrzynajcie się w glebę wy tutaj a wy tam
śpiewajcie i grajcie
Chwyta za broń u pasa i wymachuje oczy jego niebieskie
Głębiej wryjcie łopaty wy tutaj a wy tam dalej grajcie do tańca

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe o świcie pijemy cię wieczór
Pijemy pijemy
Człowiek mieszka w tym domu złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit ten człowiek się bawi z wężami

Krzyczy słodziej zagrajcie śmierć ta śmierć jest mistrzemz Niemiec
Krzyczy ciemniej ciągnijcie po skrzypkach a z dymem wzlecicie
w powietrze
Grób wtedy macie w chmurach tam się nie leży ciasno

Czarne mleko poranku pijemy cię nocą
Pijemy w południe śmierć jest mistrzem z Niemiec
Pijemy cię wieczór o świcie pijemy pijemy
Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko

Człowiek mieszka w tym domu złoto twoich włosów Małgorzato
Psy swoje na nas poszczuje grobem obdarzy w powietrzu
Z wężami się bawi i marzy śmierć jest mistrzem z Niemiec

Złoto twoich włosów Małgorzato
Popiół twoich włosów Sulamit

tłumaczenie: Stanisław Jerzy Lec

poniedziałek, 5 października 2015

BIAŁE MAŁŻEŃSTWO TEATR NARODOWY W WARSZAWIE



To spektakl dla dorosłych, nadal doskonały temat współczesny. Aktualny. Gorący. Dotyczący życia erotycznego, budzącej się seksualności, intymnych relacji małżeńskich, problemu uczuć rozdartych pomiędzy sercem a powinnością, instynktem a zakazem, wpływu nałożonego na nie kagańca społecznych reguł, religijnych przykazań, etycznych norm, moralnych zasad. Bezwzględnie, metodycznie wpajanych od dzieciństwa, brutalnie narzucanych, egzekwowanych, kontrolowanych. Obwarowanych sankcjami. Z odium poczucia winy, w kontekście grzechu, w okowach tabu. W rygorze czystości, powściągliwości, pozoru poprawności. I rewers, jak reakcja na akcję, pokazujący odreagowanie na surowe dobre wychowanie. Eksplozja naturalnej ciekawości, zaspokajanej instynktownie, przypadkowo, na własną rękę u młodych i żądzy, wyuzdania, sięgania po owoc zakazany u dorosłych, nawet mocno dojrzałych. Także ważny aspekt emancypacji erotycznej kobiet. Sięgających bezpruderyjnie po swoje mężczyzn dojrzałych i zupełnie zagubionych, nieporadnych mężczyzn młodych. I to w obrębie domu rodzinnego.  Co jeszcze bardziej wyostrza zjawisko. Brak metodycznej edukacji, wychowania seksualnego, zaspokajanie ciekawości intuicyjną, przypadkowo zdobytą wiedzą. W niezdrowej atmosferze naruszania tematów tabu. W efekcie obserwujemy brak samoświadomości siebie w sferze uczuć, orientacji we własnej i płci przeciwnej seksualności. Przypadkowe odkrywanie własnej tożsamości erotycznej. Z tym, że Paulina to córeczka tatusia, a Bianka mamusi. Ich młode wcielenia.

Niezdolność do skonsumowania miłości, niemożność celebrowania jej, w dzisiejszym dla nas ujęciu tu i teraz, to mógłby być rewelacyjny temat. Atrakcyjny, nośny, ważny. Inicjacja. Impotencja. Abstynencja. Emancypacja. Rozpasanie. Niewinność i żądza. Potrzeba a niemożność miłości. Wszystko dozwolone, dostępne. Bez gry wstępnej. Gdy  nie ma czasu współczesny człowiek- przepracowany, zmęczony, obarczony zbyt wieloma obowiązkami-również na życie intymne, wychowywanie dzieci, przygotowanie ich, uświadomienie im niebezpieczeństw czyhających w świecie dorosłym, internetowym, w sferze publicznej.Chwytający w przelocie każdą okazję. Przy ogólnym przyzwoleniu. W publicznym, medialnym zasięgu. Z nieograniczoną, stosunkowo łatwą, natychmiastową dostępnością. Konsumpcja seksu na własnych zasadach. A pokazane w spektaklu symptomy dewiacji to igraszki niewinne, delikatnie, subtelnie, taktownie prześmiewczo spłycające stan faktyczny. Mroczny, mocny, niebezpieczny, niszczący. Miłość, relacje międzyludzkie, prokreację. Skutkujący zapaścią demograficzną, w której tkwimy, pogrążamy się. Z jednej strony minimalizujący swoje zobowiązania do wystarczy być razem, bez konsekwencji, odpowiedzialności, z drugiej rozszerzający się nurt absolutnej, niepodważalnej wolności w sferze seksualnej, normowanej już dzisiaj tylko i wyłącznie prawem. Wszystko inne- zdrowy rozsądek, poczucie przyzwoitości, dobro dzieci, normy etyczne, ostracyzm środowiskowy-spuściła nasza epoka lekką ręką decyzji publicznych, przyzwolenia do szamba.  Reżyser nie podjął tego wątku. Ujął wszystko w czystą, taktowną formę. Ograniczył umownością, symbolem, groteską. Zdystansował problem, zaznaczył go tylko. Pozbawił niepokoju, drapieżności kontrowersję. Ładnie przedstawił fakty. Uświęcił je scenografią konfesjonału, tajemniczości, intymności. Zamknął bezpiecznie w zarysie ogólności, typologii. Zakamuflował w ścianie. Ukrył w tle. O uczuciach opowiada bez emocji. Maluje piękne czyste, zimne sceny ujęte w karby poprawności formalnej. Wyczyszczone z cech szczególnych, osobniczych. Ale ten ogień wewnętrzny, jaki, jeśli jest, uwalniany jest poprzez postać. I niewątpliwie doświadczeni aktorzy radzą sobie znacznie lepiej od młodzieży, która dopiero uczy się sztuki panowania nad rolą. Konsekwentnym jej budowaniem, utrzymaniem napięcia. I gdy reżyser nie pomoże, gubią się w przebiegu zdarzeń, rola rozłazi się im i traci impet, wyrazistość, pazur działania dramatycznego .

Spektakl wyraźnie dzieli sferę seksualności na moment inicjacji, dojrzałości i starości, świat męski i żeński, fasadę relacji i to, co kryje. Pokazuje skutki i przyczyny. Wiarygodni są doświadczeni aktorzy, stare związki i relacje, zagubieni młodzi i nie zrozumiały ich wybór miłości w czystości. Choć Paulina Pauliny Korthals to wulkan budzącej się seksualności, niepohamowanej ciekawości. Pewnie, przekonująco ale powściągliwie, jakby bała się wyznawać najskrytsze sekrety, choć czyni to jak na spowiedzi dojrzałej mężatki, Edyta Olszówka, wyznaje, że nigdy nie kochała, nie kocha męża i nie pokocha go nigdy. Nie dlatego, że nie była w stanie, ale dlatego, że wychowanie ukształtowało ją na kobietę zimną, nieprzystępną, nie potrafiącą okazywać i przyjmować uczuć. Jej postać jest oskarżeniem surowego, powściągliwego purytańskiego traktowania w dzieciństwie. Izolacja od prawdziwego życia, nieumiejętność okazywania gorących uczuć ukształtowała ją na kobietę oziębłą, nieczułą, pogubioną. Spragnioną miłości porcelanową figurę zastygłą w formie normy, zakazu, obowiązku, podporządkowania. Zbigniew Zamachowski, mąż sceniczny, to rozpasany erotoman, który nie przepuści żadnej kobiecie. Jest zabawny, zalotny, uroczy, przekonujący, by każdą zdobyć, choć go to wyraźnie już męczy. Zalicza wszystko, co mu się nawija, żadnej kobiety nie kocha.  Nawet córek, jedną z nich w nocy molestuje. Podobnie niewinny na pozór dziadek, niby nieszkodliwy, żartobliwy, stary mężczyzna ale lubieżnik, bierny pedofil, aktywny fetyszysta. Mężczyźni, cienie  postaci niepokojących, mrocznych, odpychających kreatur. Impotenci uczuciowi i seksoholicy/mąż, dziadek/ lub impotenci seksualni i romantycy/Beniamin/. Pozostają nieszkodliwymi wybrykami natury, którym wszystko uchodzi płazem. Kobiety nie narzekają, dziewczynki nie protestują, poddają się dyktaturze erotyki męskiej. To nie boli, nie uwiera, nie udziwnia. Świat erotyki żeńskiej jest bezwolny, podporządkowany, ograniczony. Akceptuje narzucone zasady gry przez patriarchat. Buzuje pod przykryciem, powściągany na siłę. Przemilcza skandal, wchłania upokorzenia, zajada bezwstyd i oswojony lęk wyrafinowanymi czekoladkami. Groza jest znieczulana. Potwór usprawiedliwiony. Trauma oswojona. Zachowania naganne normalne. A nieobecność seksualności u młodych małżonków, niemożność okazywania sobie uczuć, tłumaczona skazą genetyczną obojga. Zimna, porcelanowa, krucha, zamknięta w sobie, jak matka, ona, Bianka, Paulina Szostak. Delikatny, wymuskany, bujający w obłokach poezji, prawiczek, on, Przemysław Stippa. Kumulacja niemożności konsumpcji miłości teoretycznej. Białe małżeństwo. Ona w scenie końcowej, jak biała, święta hostia -w sukni ślubnej-w centrum, w pełnym strumieniu światła. Ofiara na ołtarzu boskiej miłości bliźniego swego. Dla nieba, nie ziemi. Lub jak biała błyszcząca beza. Na której widok aż mdli. Sama myśl konsumpcji odpycha. Wywołuje odruch wymiotny. Kastruje każde głębsze uczucie. Uśmierca apetyt na miłość, pożądanie. Przerażające. Białe małżeństwo.


BIAŁE MAŁŻEŃSTWO

autor: Tadeusz Różewicz
reżyseria: Artur Tyszkiewicz
scenografia: Justyna Elminowska
muzyka: Jacek Grudzień
reżyser światła: Mateusz Wajda
ruch sceniczny: Jarosław Staniek

obsada: Paulina Szostak/Bianka/, Karolina Korthals/Paulina/, Edyta Olszówka/matka/, Anna Ułas/kucharcia/, Zbigniew Zamachowski/ojciec/, Jerzy Łapiński/ dziadek/, Przemysław Stippa/Beniamin/, Kinga Ilgner/ciotka/.

piątek, 2 października 2015

OBWÓD GŁOWY TEATR NOWY W POZNANIU TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu (fot. Jakub Wittchen)

Wojna ma wiele twarzy okrucieństwa zadanego niewinnym. Oto jedno z nich.
Spektakl dotyczy ofiar LEBENSBORNU, odbierania dzieci polskim rodzicom i wysyłania ich do Niemiec. To zupełnie inna historia niż dzisiejsze interwencje władzy, stosującej bezwzględnie prawo dla dobra dzieci, ich ratunku, bo opiekunowie zawiedli. Rzecz dzieje się w czasie II wojny światowej. Spektakl oparty jest na faktach. Relacje pochodzą od dorosłych, z długiej perspektywy czasu. Rachunek krzywd w rysie historycznym, to, co zostało, osadziło się we wspomnieniu, psychice i nadal żyje, ingeruje, nie daje o sobie zapomnieć. Otrzymujemy dane, kontekst, daty i osoby, miejsca. Przyczyny zestawione ze skutkami. Cierpienie z miłością. Rozdarcie z tęsknotą za poczuciem bezpieczeństwa, tożsamości, przynależności kulturowej, narodowej, mentalnej. Dylematy dzieci uwięzione w dorosłych osobach. Niesienie przez czas doświadczenia niezawinionej kary wymierzonej przez dorosłych. Nawet po zakończeniu wojny. Po dziś dzień. Pewnie po kres życia. Ważne jest, że zawsze jest pokazane otoczenie dzieci, co doświadcza, czuje, jak traktuje dzieci. Motywacje członków rodzin, ich położenie. Uwikłanie w zdarzenia, wojnę. Co ciekawe zarówno z ich  punktu widzenia, jak i dzieci. Kiedyś i dziś, co jeszcze bardziej odsłania zaistniałe komplikacje.

Bardzo gorzka to lekcja. Do osobistego odrobienia. Również przez nas, widzów. Bardzo ważny to spektakl, bo dotyka niezabliźnionej rany.  Prawda nie ma jednego, jednoznacznego waloru oceny, zrozumienia. Mieni się wieloma odcieniami racji. Jest trudna, bolesna, splątana. Gdy ma się dwie mamy, które równie mocno kochają, które równie mocno się kocha. Z przyczyn od dzieci, od rodziców niezależnych. Suma miłości obu mam to dar, ale dopiero po latach zrozumiany, doceniony. Po drodze było cierpienie, walka z niesprawiedliwym losem. W nurcie wydarzeń okupiona rozdarciem, gdy najpierw siłą dziecko zabrano biologicznej matce, po wojnie siłą oderwano od matki, z którą dziecko się zżyło, emocjonalnie związało, na zawsze pokochało. I więcej łączy je z matką, która wychowała niż z matką, która urodziła. Status tych dzieci był trudny. To gdzie i z kim właściwie dla ich dobra winny być, to wybór salomonowy. Spektakl do tych wszystkich trudności w transformacji tożsamości, narodowości, ukrywanych emocji, wspomnień dociera. Ciekawie je pokazuje. Odkrywa meandry uczuć. Rekonstruuje historie dzieci, później już ludzi dorosłych. Po spektaklu, w trakcie dyskusji, mamy szansę posłuchać, poznać Alojzego  Twardeckiego i Alodię Witaszek.

Jest też przypadek, gdy się pamięta z dzieciństwa tylko rodzinę niemiecką i jej wychowanie, troskę, staranie. Z nią wiążą uczucia, edukacja, język. A z niezrozumiałych, krzywdzących przyczyn dziecko wbrew jego woli, przeciwko jego dobru, zostaje przeniesione do innego kraju, do nowego dla niego środowiska. Wszystko się zmienia nie raz, nie dwa. Z Polski do Niemiec. Z Niemiec do Polski. W różnym momencie dzieciństwa. Konieczność całkowitego przystosowania się, zaakceptowania nowych warunków życia w tak młodym wieku skutkuje traumą, buntem, odrzuceniem, skrywanym przeżyciem, chronionym tajemnicą w swojej tylko pamięci, rozumieniu tego, czego się doświadczyło, choć nie chciało. Poczucie bezbronności wobec zdarzeń, zagubienia po przeniesieniach w nowe, nieznane miejsca, kolejne opuszczenie najbliższych w zderzeniu z wielką potrzebą miłości i przywrócenia  straconego poczucia bezpieczeństwa to główny problem, z którym dzieci musiały sobie poradzić wobec bezdusznego z nimi postępowania i to wielokrotnie. Dzieci przechodziły z rąk do rąk. Traktowano je instrumentalnie. Mierzono je,  badano antropologicznie, oceniano wartość i decydowano, co dalej z nimi zrobić. Nie miały żadnego wpływu na to, co się z nimi działo. Ideologia, polityka, system, wojna, sąd, dorośli decydowali.

Takich przypadków było wiele. Sama znam dwa w rodzinie, kiedy dzieci poddane były selekcji ale niezależną, nieoficjalną decyzją Niemców, pozostały w Polsce. To napięcie, lęk, zanim przystojny, elegancki, inteligentny oficer, który w jakiś tajemniczy, mroczny sposób fascynował, którego się bało,  powiedział: "Irene, nein", "Du, nein" pamiętają obie dziewczynki, dziś babcie, po dziś dzień i nie zapomną nigdy. Krótkie przeżycie, gdy czuły zagrożenie, obawę oddzielenia od ich rodziców, lęk przed nieznanym, przeżyły bardzo mocno. To wiem z ich bezpośredniej relacji. I niosę ze sobą w ich imieniu dalej.

Tak i te historie, najpierw opisane w reportażu, teraz pokazane w spektaklu pozostaną z tymi, którzy się z nimi zapoznają. Bo nie sposób przejść na nimi obojętnie.  Może czegoś nauczą. Ale o tym zdecyduje każdy indywidualnie. W konfrontacji z samym sobą.

Cieszy mnie kolejny spektakl, który wiąże się z historiami, tożsamością, historią lokalną. /np.:KORZENIEC, PIĄTA STRONA ŚWIATA/. Opowiadający o losach ludzi z konkretnego regionu. Przepracowujący istotne, typowe dlań problemy, zjawiska, tematy. Ważne nie tylko dla tych, których bezpośrednio dotyczą ale też dla wielu, wielu innych ciekawych tego świata obserwatorów. Ten spektakl winien wyruszyć w podróż. Początkiem tej misji jest pokaz telewizyjny. Brawo!

Brawo Poznań, brawo Teatr Nowy!!!!



OBWÓD GŁOWY
na podstawie reportażu Włodzimierza Nowaka „Obwód głowy”, fragmentów książki „Szkoła janczarów", wykorzystano też listy do niemieckiego przyjaciela” Alojzego Twardeckiego oraz materiały prasowe i archiwalne

Reżyseria: Zbigniew Brzoza
Dramaturgia: Wojciech Zrałek-Kossakowski
Tłumaczenia, konsultacje i trening językowy: Iwona Nowacka
Scenografia i kostiumy: Justyna Elminowska
Realizacja projekcji video, reżyseria świateł: Prot Jarnuszkiewicz
Muzyka: Jacek Grudzień

Obsada: Dorota Abbe, Małgorzata Łodej-Stachowiak, Daniela Popławska, Julia Rybakowska, Janusz Grenda, Nikodem Kasprowicz, Aleksander Machalica, Szymon Mysłakowski, Mariusz Zaniewski

Spektakl Teatru Nowego w Poznaniu. Premiera: 24 października 2014, Scena Nowa

zdjęcie ze strony internetowej Teatru Telewizji /http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/21437193/obwod-glowy/