czwartek, 18 czerwca 2015

PRZYSZŁOŚĆ CIAŁA KOMUNA//WARSZAWA

Widzowie grzecznie podporządkowują się artystom, neliczni tylko są performansooporni. Ale tak ma być. Każdy sam tworzy ostatecznie własny świat sceniczny.
Przy wejściu na salę każdy widz otrzymał książeczkę z tekstami, ilustracjami i wyciętą "chmurką" /centralnie na każdej stronie/. I,  JEŚLI CHCIAŁ, mógł przez nią oglądać świat. Świat sceniczny. Widz wybiera, decyduje, co chce zobaczyć. Jaki fragment rzeczywistości, który wycinek artystycznego imaginarium, jaką część propozycji performansu. To artysta umożliwia mu kreację, daje do ręki instrumentarium. Inicjuje wszystko podczas spektaklu ale o niczym nie przesądza. Widz czuje się swobodnie. Ale winien być aktywny. Choć nie musi. W komponowaniu, w wyborze co z czym połączy, w jakich proporcjach, częściach. Bo równolegle głos z offu mówi żartobliwie, dowcipnie, zabawnie, filutnie po angielsku. W przestrzeni scenicznej postać androgeniczna, w peruce, srebrnym kostiumie właściwie się nie porusza a zastyga w znaczących pozach, kompozycjach świetlnych ze swoimi cieniami. Drugi głos próbuje moderować, sugeruje działania, ale to przecież widz decyduje ostatecznie co i jak zobaczy, w jakiej konfiguracji. Wcześniej, na czas czy później. Jest wolny. Niczym nieograniczany. A moderowany sugestią, propozycją, rzeczywistością sceniczną. 
Taki obraz widać z drugiej strony lustra.
Każdy widz wnosi na spektakl swój świat, cały bagaż siebie, własny ładunek ciekawości, oczekiwań i nastawienia. Mile są widziane: otwartość, uwolnienie wyobraźni, chęć zabawy, przeżycia przygody. Wrażliwość jest pożądana, poczucie humoru i dystans. A wtedy wszystko może się zdarzyć. I dzieje się, dzieje. Performans atakuje wszystkie zmysły. Zajmuje maksymalnie uwagę. Tematem. Światłem, kolorem, dźwiękiem, tekstem, ruchem scenicznym, kompozycją. Pozwala wystrzelić myślą w przyszłość, w kosmiczny świat mentalny i estetyczny. Proponuje spotkanie ze sztuczną inteligencją. Chyba jednak na poziomie dzisiejszego wyobrażenia jak to ewentualnie może być kiedyś, kiedyś tam w nieokreślonej do końca czasoprzestrzeni.  A każdy ostatecznie pisze własną historię, maluje własny obraz nie ruszając się z miejsca. W sobie. I tak to jest. Wszystko, cały świat z nas pochodzi i do nas wraca. Do nas się odnosi, o nas zabiega. W nas jest zakres wrażliwości, moc jej urzeczywistnienia, siła sprawcza. Czy ciało jest ważne? Takie przecież niedoskonałe, wrażliwe, nietrwałe. Może zastąpi je maszyna. Program maszyn, przedmiotów, rzeczy. Coś, czego nasza wyobraźnia jeszcze nie ogarnia. Czy cała sfera możliwości intelektualnych, analitycznych, mentalnych, osobowościowych, w końcu uczuciowych człowieka da się zaprogramować a więc ująć w program komputerowy? Może to tylko kwestia czasu i możliwości. Może. Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę, że jest to realne. Bo człowiek nie chce się zatrzymać w żadnej dziedzinie, w żadnych granicach. Jakby miał zaprogramowany gen szalonych eksperymentów, sięgania po boską kreację, wyznaczania sobie celów niemożliwych, poza zasięgiem w momencie wyklucia się pomysłu. Może jednak tylko fantazji. Bo to stare, dobre, wydumane, wyśnione, wykoncypowane majaki ale możliwe, jak się z czasem okazuje, do zrealizowania marzenia ludzkości. Zawsze sięgamy po owoc zakazany, co dopiero przeczuwany zaledwie. Tacy jesteśmy. A jakie będą te przyszłe byty doskonałe, na nasz obraz i podobieństwo na początek przynajmniej ukształtowane?  Jakie będą, gdy się uwolnią od swego ojca i matki i staną się istnieniem samodoskonalącym się stale, bez końca? Tak, to dopiero pobudza wyobraźnię. Wyzwala potencjał spekulacji. Lubimy to. Śnimy o tym. Choć możemy się do tego nie przyznawać.

Ale czy kiedykolwiek nie potrzebowaliśmy ciała? Czy dziś już nie potrzebujemy? Tylko wtedy, gdy nas zawodzi.  Przyszłością ciała, jak dotąd, jest jego śmierć. Niebyt. Z pyłu powstaje i w pył się obraca. I uniemożliwia życie wieczne. Choć wiemy, że nie wszystek umrzemy. Coś zawsze zostaje, przynajmniej przez jakiś czas. Ale czy zapewni nam to sztuczna lub jakaś inna inteligencja, byt o nieokreślonym statusie cielesnym? Nie odpowiemy na te pytania dopóki nie będziemy wiedzieli, gdzie i jak rodzi się świadomość. Na razie bez ciała sobie nie radzi. Ciało jest jej do istnienia niezbędnie konieczne, potrzebne. Jesteśmy bardzo cielelesnomyślni. Ciało nas definiuje, sytuuje społecznie, itd. I oczywiście nas ogranicza, więzi, uwiera a nawet boli.

Zawsze  patrzymy na siebie i świat używając ciała. Inaczej byłoby to niemożliwe. Na razie. I nadal widzimy fragment tego kosmosu, który nas otacza i definiuje. Nawet patrząc bardzo, bardzo daleko w przyszłość. Zawsze więc jest to cytat rzeczywistości, realu i wirtualu, w "chmurce". Bez względu na to, ile stron ma książeczka, która składa się na nasze życie, mentalność, ogląd stanu rzeczy. Wiadomo jednak, że zawsze wychylimy głowę poza to, co nas ogranicza. Używając, korzystając z ciała. 
Świat sceniczny łączy się ze światem widowni w jednię. Nic o jednych bez drugich.
Przygotowanie prawie godzinnego performansu to olbrzymi wysiłek za stosunkowo małe pieniądze/zdradzam, to 10 000 zł/. Trzeba się wykazać determinacją, wielkim hartem ducha, tężyzną woli zjednoczonych sił ludzkich i logistycznych, by projekt przygotować i przeprowadzić na czas, w wyznaczonym kosztorysie. Widzowie tego do końca nie wiedzą. Nie uświadamiają sobie ogromu pracy, zarówno koncepcyjnej, jak i organizacyjnej. Wszystko to wyzwala ogromne napięcie i oczekiwania. Tak artystów, jak i w końcu widzów. Ci domyślają się, że zostaną zaskoczeni i będą musieli się mniej lub bardziej podporządkować w swobodnym, prowokującym skądinąd świecie zasad performansu.

Na moim spotkaniu autorka performansu, Agata Siniarska, dała popis dodatkowy. Całkowicie spontaniczne, emocjonalne podziękowania, prezentację artystów biorących udział w projekcie, o czym ze zdenerwowania zapomniała po premierze. Emocje sięgały zenitu. Wzruszenie moje, innych widzów, także. Zobaczyć tak wielkie, odkryte emocje artysty, zaangażowanie w pracę nad przekazem swojego świata uczuć, myśli i wrażliwości tak, by to ująć w spójną wypowiedź artystyczną i oczekiwanie, jak to przyjmą inni jest bezcenne. Cudownych artystów mamy. Szczerość, prawda i bezpośredniość kontaktu są ich orężem. Czuli są artyści pragnący nadać kształt artystyczny swoim wizjom. Odważnie oddają je światu. I cierpliwie czekają na informację zwrotną. Czuła jest sztuka. Delikatna, subtelna, wrażliwa. I tak bardzo chce do nas dotrzeć, w nas się zagnieździć i się po naszemu, indywidualnemu, już dalej rozwijać. 

środa, 17 czerwca 2015

AKTORZY ŻYDOWSCY SMOLAR TEATR ŻYDOWSKI

Aktorzy żydowscy / proj. Filip Zagórski

Tu zaszła zmiana. Najpierw były obchody 65 rocznicy istnienia Teatru Żydowskiego uświetnione spektaklem DYBUK w reżyserii Mai Kleczewskiej, łączącym tradycję i nowoczesny, udany dyskurs teatru z widownią na temat ciągłości kulturalnej, istoty tego, co łączy, co spaja, co jest istotą tożsamości tego miejsca. Szczególnego, ważnego, odrębnego. Był pytaniem o jego rolę, wagę i znaczenie. Przełomowy spektakl Mai Kleczewskiej otworzył Teatr Żydowski na nowoczesność, dokonał bardzo odważnej rewizji spuścizny historycznej, kulturalnej, rozszerzył ją o wątki osobiste artystów z teatrem związanych, historie prawdziwe i w nowej formie pokazał swój potencjał. Jak w soczewce skupił charakterystykę tego teatru,  więź emocjonalną, przywiązanie, oczekiwania, nadzieje twórców, aktorów i widzów. To była bardzo ważna wypowiedź artystyczna. Piękna. Ciekawa. Przejmująca. Nie będąca wstrząsem a nowatorską kontynuacją.

Ciąg dalszy nastąpił. Spektakl AKTORZY ŻYDOWSCY w udanej, balansującej wszystkie elementy sztuki reżyserii Anny Smolar jest wspaniałą, naprawdę cudownym rozwinięciem dyskusji jaką rozpoczął teatr z widzami na temat swojej  kondycji, rozumienia współczesnej roli i planów tego tętniącego życiem miejsca. Proponuje kontynuację nowego otwarcia. Zaczyna od religijnego obrządku żydowskiego, modlitwy, prezentacji swoich aktorów, wypowiedzi bardzo intymnych, autorskich. Ale znów w nowoczesnej  teatralnej formie! Naprawdę imponującej, odważnej , istotnej. Lekkiej oprawie, patchworkowej konstrukcji, osobistej ekspresji. Ujmującej bezpośredniością, szczerością ważkiej treści. Przez to wiarygodnej. Zaprasza widzów do bliższego poznania teatru, jego aktorów, głębszego i szerszego zastanowienia się, jaki ten teatr powinien teraz być, jaka rolę ma pełnić, które przedstawienia i w jakiej formie winien wystawiać. Dotyka tematu, jak się ze sobą nawzajem -aktorzy, artyści, twórcy -rozumieją, dogadują, jak ze sobą obcują -starzy i młodzi, Żydzi i Polacy, doświadczeni i zupełnie niedoświadczeni-w kontekście budowania więzi z widownią. I to jest właśnie ważne. Publiczność czuje otwartość, życzliwość, uwagę na sprawach teatru i na niej samej skupioną. Spektakl stawia pytania, które są również ku niej skierowane.  Scena z widownią stała się jednią. Żywym, pulsującym organizmem, któremu zależy na tym szczególnym miejscu dla budowania, tworzenia wspólnego, artystycznego przeżycia. To rodzi nadzieję na przyszły rozwój teatru. Porozumienie. Bo artystom zależy. I widzom przecież też.

Propozycje, punkt wyjścia. A więc tradycja, religia, kultura, historia, żydowskie kanoniczne dramatyczne pozycje  grane w tym teatrze od zawsze. Ale też otwarcie na nowe trendy, zmianę formy artystycznej wypowiedzi, ekspresji. Nowe teksty, nowa dramaturgia. Dyskusja, tematy dotyczące relacji polsko- żydowskich. W spektaklu aktorzy zastanawiają się nad rolą teatru, poruszają trudne dla siebie i widzów tematy własnej tożsamości, sygnalizują konieczność zmian ale w bezpośredniej więzi z historią, kulturą, religią żydowską, bo czerpiąc z tych źródeł zbudowano fundament, na którym powstał, wyrósł, rozwinął się i trwał tyle lat Teatr Żydowski. I pragnie się rozwijać nadal. Ale musi się zmieniać, dostosowywać, eksperymentować, uwspółcześniać. Poszerzać przestrzeń tematyczną. Co czyni tym spektaklem.

Spektakl. Na wypełnionym drobniutkim gresem, piaskiem, prawie pyłem podeście i wokół niego rozgrywa się nielinearna akcja spektaklu. Raczej narracja złożona z grup tematycznych.  Z rytmem, melodią perkusji w tle. Aktorzy przedstawiają się widowni, opowiadają historie związane z ich pochodzeniem, zawodem, pracą w teatrze, życiem poza nim.  Odbywa się próba nowego spektaklu. Zamieszanie wokół niej, dyskusja, negocjacje, rozmowy. Aktorzy stąpają na bardzo wrażliwym gruncie. Podatnym na zmiany. To oni odciskają swój ślad na powierzchni zdarzeń. Decydują o kszyałcie wysiłku artystycznego. Jaki przekaz powstanie, co będzie niósł i znaczył. Czuła to materia, delikatna, złożona. Dlatego tak ważne są informacje, propozycje, wątpliwości, wahania wysyłane w stronę widowni, by dobrze poznała teatr, ludzi go tworzących, cele, historie i możliwości tego miejsca. Bo to będzie przestrzeń przekazu, komunkacji, porozumienia i wspólnych działań z widzami. Otwarta Teatru Żydowskiego przestrzeń. Dla dyskusji poprzez twórczość, teatralną propozycję artystyczną.

Aktorzy żydowscy. Stanowią mniejszość większości. Ale czy na pewno? Co znaczy być aktorem żydowskim? Jakie wymogi musi spełniać? Kim jest, kim się staje? Aktorzy, których poznajemy w czasie spektaklu, są świetni. Poznajcie ich. Spektakl czeka. Teatr zaprasza. A wtedy bedziecie mniejszością wiekszości, która po spotkaniu ze sztuką Teatru Żydowskiego w świat będzie niosła przekaz artystycznej więzi, która buduje, łączy, nie jest obojętna na to, co się z nami wszystkimi dzieje tu i teraz, bez względu na pochodzenie, status, przeszłość. Która stawia problemy i je rozwiązuje, nie zamyka się w stereotypach przeszłości. Nie boi się zmierzyć z tabu. I chce iść naprzód. Co będzie dalej? Zobaczymy. Mam duże, rozbudzone tymi dwoma spektaklami nadzieje. Powodzenia!


AKTORZY ŻYDOWSCY
reżyseria:Anna Smolar
scenariusz i dramaturgia: Michał Buszewicz
scenografia i kostiumy: Anna Net
muzyka na zywo: Dominika Korzeniecka

obsada: Ryszard Kluge, Mariola Kuźnik, Joanna Rzączyńska, Izabella Rzeszowska, Małgorzata Trybalska, Jerzy Walczak

premiera 29.05.2015

http://teatrdlawas.pl/artykuly/587-anna-smolar

poniedziałek, 15 czerwca 2015

MARY STUART KULESZA DUDA-GRACZ ATENEUM

header

Wyrok. W czerwieni światła widownia, niczym we krwi skąpany współwinny oprawca, zaczyna niemo obserwować studium człowieka w obliczu śmierci z nieodwołalnym terminem wykonalności. Wtedy, gdy nie można już w żaden sposób uciec i trzeba sytuacji stawić czoło.Takim, jakim się jest naprawdę. Bez kłamstw i  manipulacji. Krętactw. Zwykły człowiek, bo z krwi i kości istota, ale też królowa, mówiąca: „W moim końcu jest mój początek”, staje wobec kata, personifikacji śmierci, rozjuszona  rozpaczą bezsilności, jak zaszczuty zwierz w klatce, w szoku, w klinczu panicznego lęku. Wycieńczona, osłabiona, złamana. Odrażający strzęp ludzki. Sama wola, instynkt życia. Wśród sępów, marnych sług. W całej mizerii upadku. W akcie desperacji, samotnie dojrzewa do zaakceptowania nieuniknionego końca, który przyjmuje ostatecznie w pełnej godności postawie. Nie ma innego wyjścia. Poza tym całe życie była uczona póz, postaw, nawet wbrew swojej naturze. W godzinie śmierci jest już figurą opanowaną.

A jednak żyje, co miało umrzeć. Nadzieja. Instynkt życia.Wzruszająca jest ta transformacja od stanu całkowitego rozpadu ducha w ruinie ciała, roztrzęsienia, emocjonalnego rozchwiania poprzez poddawanie się rytuałowi normalnego życia, zwykłych czynności do pokonania lęku przed śmiercią i nadspodziewanie spokojnego jej przyjęcia jako naturalnej kolei losu, konsekwencji własnych wyborów i czynów. Dla życia po życiu. Z myślą o przyszłości funkcjonowania swojego mitu po śmierci. Przemiana z obrazu pokonanego dostojeństwa do wizji statycznej, przewidywalnej, opanowanej roli ofiary, ale królowej.  Zombie w kukłę. A jednak człowieka. Z piętnem ludzkiego losu, niejednoznaczności, sprzeczności. Bo Mary jest już pokonana. Przez królową Elżbietę, przez ponad dwadzieścia lat więzienia, izolację od wszystkiego, co ważne i żywe. Ona jest już po drugiej stronie lustra. Musi tylko ten stan zaakceptować, oswoić. Przyjąć do wiadomości. I okiełznać najpierw w sobie poczucie człowieka zniszczonego, pokonanego, by zagrać rolę królowej Szkocji do końca. Bo silniejszy jest w tym wypadku gorset funkcji godności i medialnego wizerunku niż balast osobistych krzywd, niesprawiedliwości i upokorzeń.

Wiemy, wiemy, że życie to śmiertelna choroba. Śmierć  jest Marii cieniem. Dopiero gdy jej samej dotyczy, świadomość nieuchronności, stan terminalny wywołuje całkowitą dysfunkcję, rozpad osobowości i świata wokół. Szok, bunt, zaprzeczenie, wyparcie. Sprawia ból zaskakujący, niepożądany, obezwładniający. Zwłaszcza, że nie jest wynikiem choroby, wypadku, starości. Maria Stuart mogła by jeszcze cieszyć się w najlepsze życiem. I Maria, żywy trup, w takim stanie właśnie jest na początku. Przerażona, zaprzeczająca wszystkiemu i pragnąca żyć nadal. Jeszcze wspomina swoją urodę, miłości, władzę, rangę- panowanie nad życiem swoim i innych. Teraz jest już po wszystkim. Niepodobna do siebie z przeszłości -stara, wyniszczona fizycznie i duchowo, zapuszczona, zaniedbana, w obleczeniu całkowitego upadku i opuszczenia przez świat i ludzi jest w klatce więzienia i własnej niemożności.  A jednak przechodzi metamorfozę. Gdy się modli. Gdy myśli o swym przeszłym życiu królowej, gdy majaczy, że zostanie świętą męczennicą. A grupka życiowych niedobitków pomaga jej przywrócić pozory godności. Kat /śmierć czeka jak punkt stały w życiu i czasie. Obnażony, nie mający nic do ukrycia, bezpośredni i szczery. Witalny, spokojny, pewny. Opoka, przyjaciel prawie, mroczny przedmiot pożądania. Bo przecież ten stan degradacji, upokorzenia Marii trwa od tak dawna. Nie umarła więc musi być zgładzona. Maria na pewno o tym wie, że ten moment mógł nadejść. Jej wola jest już stępiona latami bezowocnego wyczekiwania i walki. Śmierć przyniesie kres upokorzeniu i zakończy ból. Daje szansę na nieśmiertelność, choć to tylko płonna nadzieja, marna pociecha, ostatni akord dumy. Tak bardzo chce jeszcze żyć, chwyta się najmniejszej szansy. Wola życia jej nie opuszcza. Pisze listy do tylu  ważnych dla niej i świata osób, rozdaje resztki swoich kosztowności. Choć to ruchy puste, bez znaczenia, bez szans na odwrócenie złego losu.

Jak to jest wiedzieć, że to już ostateczny koniec i nie ma odwrotu? Gdy nie ma ucieczki, szansy, nadziei. Jak to jest? W teatrze obserwujemy ten stan po obróceniu człowieka w nicość, jeszcze za życia starcie na proch, kimkolwiek by nie był. W procesie brutalnego unieważnienia. Sprowadzenia go wyłącznie do fizjologii. Zbędnego społecznie balastu. Ale tak, by o ty upadku dokładnie wiedział. Doświadczał go, przeżywał i cierpiał. Ze świadomością i pamięcią kim był, kim jest nadal, kim mógłby być. Gdy pozostaje już tylko przeżycie tego okrucieństwa. Przyzwolenie na nie.

Biel, czerwień, czerń. Królowa w zbrukanej bieli, w jej wspomnieniu w bieli nieskazitelnej, oblekana w krwistą więzienną czerwień i dostojną śmiertelną czerń to trzy kroki oswajania śmierci. Droga przez życie poprzez ogień tlącej się jeszcze woli walki w upokorzeniu, degradacji i samotności ku otchłani niebytu. Wokół niej taniec upodlenia i gnębienia mający złamać hart ducha, ubezwłasnowolnić duszę i ciało, zniszczyć mentalnie. Taniec śmierci, kolejne epizody nikczemności życia i ludzi. Teraźniejszość mieszająca się z przeszłością. Królowa katoliczka mordująca własnego męża. Święta uzurpatorka ze zbrodnią, podłością i zdradą w życiorysie. Szalony strzęp człowieka obleczony w pozór dostojeństwa, godności, spokoju i opanowania.  Jakaś niekonsekwencja, fałsz. Splątanie. W tonacji wynaturzenia Hieronima Boscha. W nastroju pieśni i dworskim tańcu. W karykaturze wykonania. Umowności gestu. Grymasie twarzy Mary Kuleszy. Skrócie scenicznym. Diabolicznych figurach psów, jedynych przyjaciół, jak twierdzi królowa. Nie ma wątpliwości, że jesteśmy na samym dnie, zanurzeni w banał i mizerię prozy życia u kresu wszystkiego. Taka to historia gdzie nie ma nadziei a możliwe jest tylko zachowanie pozorów. Władzy, świetności, piękna, godności. Koniec nie ma koloru optymizmu. Obraz jest wystudiowanym fałszem. Doskonałym kłamstwem. Łączy się z tym, co nieprzeniknione, tajemnicze, ostateczne.

Spektakl.  Ciekawy, przyzwoicie wyreżyserowany , o silnym działaniu plastycznym z wyrazistymi rolami. Bardzo dobrze, równo zagrany. Przemyślany i konsekwentnie poprowadzony. Brawo Agata Kulesza! Brawo Agata Duda-Gracz!

A jednak całokształt pozbawia widza przeżycia dramatu w wymiarze uniwersalnym. Tak, by poczuł jego działanie osobiście. Wszystko jest jakby na miejscu i w zrozumiałym kształcie ale pokazane z dystansem. Nie ma wstrząsu. Elektryzującej emocji. Przejęcia losem królowej winnej swojego upadku czy zwykłego człowieka w trybach historii, w niej uwikłania i zależności, który doświadcza ekstremalnych stanów świadomości swojej podłej kondycji. A dramat niesie taki ładunek. W tym wypadku tylko potencjalnie. Drażni zbytnie wyeksponowanie roli Niemca, pomocnika kata, dziecka prawie. Jego wynaturzona figura, bełkot, mord, co prawda podkreśla jak wszystko inne/muzyka, śpiew, makijaż, kostiumy/ karykaturalność i rodzajowość obrazu, osobliwości scenicznych, postaci ale zbyt często nie buduje a rozbija napięcie. Kat z toporem jak kosą śmierci jest doskonały, fantastyczny, wspaniale kontrapunktuje, sprowadza do rzeczywistości.

Właściwie po co nam taki spektakl?  Co współczesnego niesie, jakie przeżycia oferuje? Obserwację sprawności reżyserskiej, kunsztu aktorskiego, doskonałej symbiozy plastyczności krajobrazu scenicznego z wewnętrznym światem . I prawdę, że ból odchodzenia i sam moment śmierci każdy przeżywa samotnie, opuszczony przez świat cały, mimo że nas otacza, dusi, uwiera, to przecież wdziera się do jaźni i ciągle podsyca pragnienie życia. I wiarę, i nadzieję na ratunek. Człowiek sam musi z niego zrezygnować i zapanować winien nad swoimi emocjami. A więc przychodzi chwila rezygnacji z walki, by można było przyzwolić sobie na odejście. Najlepiej w spokoju. I jest to ostatnia mobilizacja wszystkich sił, jakie jeszcze zostały, by przynajmniej na zewnątrz okazać opanowanie, w przypadku Mary Stuart wystawione na żer tłuszczy karmiącej się nadzieją przeżycia sensacji, by nie dać satysfakcji królowej Elżbiecie cieszącej się upadkiem bezsilnej ofiary a przede wszystkim tym, że ma w końcu problem Mary Stuart z głowy. Najpierw siostrę zneutralizowała, pozbawiła wszystkiego. Spowodowała, że świat o niej zapomniał i nie chciał się o wojującą katoliczkę upomnieć, by już całkowicie bezbronną, pozbawioną znaczenia i sił, królewskim wyrokiem ściąć na szafocie. Ale to już inna historia.


MARY STUART Wolfgang Hildesheimer
przekład: Dorota Sajewska
reżyseria i scenografia: Agata Duda-Gracz
ruch sceniczny: Tomasz Wesołowski
muzyka: Maja Kleszcz, Wojciech Krzak
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
asystentki reżysera: Agata Schweiger, Dagmara Olewińska

Obsada : Agata Kulesza, Paulina Gałązka, Przemysław Bluszcz, Wojciech Brzeziński, Grzegorz Damięcki, Bartłomiej Nowosielski, Tomasz Schuchardt.

Premiera spektaklu 16 maja 2015.
http://www.polsatnews.pl/wideo-program/wysokie-c-mary-stuart-w-teatrze-ateneum_6353936/
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/202572.html?josso_assertion_id=F3F73DE7ED91D77B
www.e-teatr.pl/pl/artykuly/202593.html
http://www.aict.art.pl/loia-mainmenu-71/3651-strojenie-do-mierci
http://www.teatr-pismo.pl/po-premierze/1193/ostatnia_noc_mary_stuart/

środa, 10 czerwca 2015

ZUZANNA I STARCY MĄDZIK WROCŁAWSKI TEATR PANTOMIMY


Jak opisać słowami, co się słów wyrzeka? Otula nas w ciemność a samo z niej wynurza jakby wydobyte z niebytu. Ledwie wyczuwalne, widoczne, uchwytne. Przeczucie, wrażenie, intuicja. Obraz bez konturów, kantów, z jądra ciemności. Ku prawdzie skierowany, jej pięknu, wieloznaczności. Jest w tym czułość, zachwyt i zdumienie. Nad złożoną naturą człowieka, nieprzeniknioną, z jego potrzebami, pożądaniem, instynktem życia. Pragnącym miłości, osiągania celów niemożliwych do zdobycia, sięgania po ideały jakie by nie były. Jako przejaw żywotności ducha mimo uwiądu ciała. Witalności myśli, wyostrzenia zmysłów, które zdają się być nieokiełznane żadnym zakazem, ograniczeniem, prawem. Wspomagane wolną wolą grzesznego sięgania po świętość.

Historia Zuzanny z Księgi Daniela, estetyka Caravaggia, Georgesa de la Toura, fascynacja światłem Rembrandta, powietrzem i przestrzenią Vermeera, muzyka Kaczmarka tworzą Mądzikową symboliczną wizję o treściach metafizycznych. Prowokują wyostrzenie wszystkich zmysłów dla kontemplacji ruchomej ekspresji malarskiej. Ta działa jak marzenie senne lub halucynacja. Magia. Bo wszystko jest nieostre, niewyraziste, niejednoznaczne. Ruchy zwolnione, dyskretne, subtelne ale precyzyjne. Oniryczne. Światło jak oko boga wybiera tylko te fragmenty ciała, szczegółu, maluje znaczenia nasyceniem koloru, komponuje głębię i zbliżenie-wnika i odkrywa duszę człowieka, jaka jest naprawdę. Świat fizycznego ograniczenia płynnie rozszerza o to, co podswiadome, intuicyjne, pierwotne. I potrafi w ten sposób poprzez czucie, nie umysł, rozumieć pozawerbalnie, jakby u źródła; czystego, nieskalanego grzechem zbędnych śmieci, szumów, słownych kłamstw i zwodów, matactw. 

Dotykamy zmysłami ruchomego obrazu. Wysublimowanego, wymuskanego, urzekającego. Obrazu o wiecznej tęskocie za pięknem, doskonałością, cudowną młodością, życiem wiecznym poprzez fascynację kobietą i jej urodą. Dowiadczamy wizualizacji pogoni za władzą nad tym, co niemożliwe. Widzimy pożądanie zakazanego owocu, otumanienie pragnieniem nieosiągalnego. Żądzę posiadania. Próbę zdobycia władzy nad cudzym życiem poprzez pozbawione rozsądku klony starców, ślepo biegnące za namietnościami w zatracenie. To podążaniem stóp mężczyzn za stopami dziewczyny rozpoczyna się seans. Uruchamia magię sztuki. Ale ideał się oddala, unosi ponad. Na szczyt, który jest poza zasięgiem, obleczony symbolicznie czerwoną suknią żądzy. Lubieżnik może tylko po kres dni śnić, marzyć, wić się w ograniczającym jak sam grób niespełnieniu. Każdy za siebie. Za karę. Bo taki los. Taki wybór. Nie, taka natura ludzka.



Leszek Mądzik, jak sam stwierdził przed spektaklem, dojrzewał do milczenia na scenie, jak inni dojrzewają do elokwencji. Bo, jak twierdzi artysta tworzący spektakle autorskie, słowa zagłuszają, co naprawdę czujemy doświadczając prawdy. Tak, to szczerość i prawda przez niego ujęta w formę daje największą szansę na kontakt z widzem. Rzeźbiąc światłem w ciemności sięga po głębię filozoficzną. Bada granice między jednym a drugim. Światłem wyodrębnia, co ważne, istotne, piękne. Ciemność jest przestrzenią, która ukrywa, jest kontrastem, niepokojącym tłem dla jasności tego, co po odrzuceniu wszystkiego, co fałszywe, powtarzane, dekoracyjne, zbędne zostaje. To z ciemności wyłania się istota rzeczy w ubogiej, prostej, lapidarnej formie dla skondensowanej,wieloznacznej treści, która ma nie pozwolić widzowi na obojętność. Ma nie zwodzić widza. Ale w istocie to wyzwolone napięcie dramaturgiczne go uwodzi. Bo ten ruchomy obraz jest piękny. Symboliczny. Niejednoznaczny. Ma czar. Klimat dotykania zjawisk niezwykłych. Plastycznie doskonałych. Wspaniale łączy się z muzyką. I pozostaje z widzem na zawsze, bo w istocie wyraża prawdę uniwersalną o człowieku a więc i o nim samym. Tak, to było piękne, fascynujące przeżycie. 


ZUZANNA I STARCY                                                                                                       
scenariusz, reżyseria, scenografia i kostiumy: Leszek Mądzik
muzyka: Jan A. P. Kaczmarek
obsada: Izabela Cześniewicz, Agnieszka Dziewa, Aneta Piorun, Artur Borkowski, Mateusz Kowalski, Radomir Piorun, Krzysztof Roszko, Mariusz Sikorski, Krzysztof Szczepańczyk

premiera: 19 kwietnia 2013

zdj. Magdalena Franczuk/mat. teatru




czwartek, 4 czerwca 2015

LALKA. NAJLEPSZE PRZED NAMI FARUGA TEATR POWSZECHNY



LALKA.Najlepsze przed nami według Bolesława Prusa w reżyserii Wojciecha Farugi to spektakl postdramatyczny dla tych widzów, którzy lubią niebanalną, trudną  przygodę teatralną. Z przepisanym tekstem powieści, z bohaterami, którzy odsłaniają nam to, co niekoniecznie powiedział o nich w swej powieści pisarz. To jest teatr dla każdego odważnie, samodzielnie myślącego widza, nie bojącego się ryzyka w kontakcie ze sztuką. 

Chcecie wierzcie, chcecie nie wierzcie ale mnie się ten spektakl podoba. Nie to, że wszystko jest idealnie, zgrabnie zszyte a trafione w punkt sceny i interpretacje rekompensują wpadki, wyciszają zgrzyty scenograficzne, zapożyczenia że ha, ha. Mnie się podoba taki teatr. Tętniący życiem, nieoczywisty. Zaskakujący. Wymagający. Wychodzący ze starej ramy. W którym trzeba gmerać, szukać, kombinować, myśleć. I nie wszystko jest w nim jasne, przejrzyste, linearne.  Z dodanym koniecznie komentarzem, opracowaną wykładnią, załączoną interpretacją, że ho, ho. Lubię tę chropowatość, niedoskonałość, ułomność. Pęknięcia, przesunięcia, skoki w bok  tej teatralnej kreacji zaskoczenia. W tym zmaganiu się z materią sztuki. W tym zastanawianiu się, co twórcy mieli na myśli. I czy im się udało. Ajaj!!!

Bo LALKA Bolesława Prusa to klasyka, w dodatku lektura bardzo obowiązkowa. Przez to często znienawidzona. Systemowo, metodycznie, przymusowo przerabiana w szkole. Przenicowana. Rozkładana na części, ze sztywnymi, schematycznymi postaciami archetypami, rozpoznanymi motywacjami i narzucanymi obowiazującymi interpretacjami. Gdyby tak LALKA w teatrze była wystawiona po bożemu ze znaną wszystkim kanoniczną odsłoną absolutnie wierna powieści i temu, co autor miał na pewno na myśli, to nie byloby już co z nią robić, a spotkanie ze spektaklem przerodziłoby się tylko w obcowanie z nudną, przewidywalną, może nawet estetyczie zadawalającą pozycją rozrywkową z pretensjami do czegoś więcej. Wystarczyłoby być na widowni i cmokać z zadowolenia, że to co na scenie, to i w powieści i w naszej głowie. Mniam, mniam. Jak dobrze, jak bezpiecznie, jak spokojnie. A tu na scenie szast prast myk, zmiana, psikus posdramatyczny. Jakieś nieznane schody interpretacyjne, dyskomfort estetyczny, przedstawienie na inne tory myślenie przestawiające. W rozszerzonym labiryncie akcentów i znaczeń, który wykorzystuje stare w nowym kontekście. W rozpoznawalnej strukturze funduje współczesną obróbkę tekstową, przepisanie, dekonstrukcję i budowę pogłębionych, choć przecież znanych do bólu postaci. Jedne się zmieniły, inne rozwinęły, niektóre przedefiniowały. A więc nie jest to adaptacja prosta i łatwa. A zamiast z góry oczekiwanego zadowolenia, grzecznego podążania za znanymi wątkami, uzgadniania protokołu zgodności charakterystyk postaci/w powieści i tych scenicznych/ otrzymujemy łamigłówkę, rebus, poszukiwanie w spektaklu nowych sensów, znaczeń, tropów. Tak skonstruowany spektakl zmusza widza do większego zaangażowania, aktywności, wykonania dodatkowej pracy. Porównywania, przewartościowywania tego, co się zna z tym, co dopiero poprzez spektakl poznaje. Schematy nie pasują, klisze się nie nakładają. Na nowo trzeba składać sceniczne puzzle. Myśleć, myśleć, myśleć. Zastanawiać się czy działa czy nie działa. Gra czy nie gra nam w głowie i w duszy.

Teatr nie ma obowiązku kompatybilnie łączyć się z powieścią, z dramatem. Ma prawo iść swoją drogą. Problem tylko w tym, czy to, co proponuje jest ekwiwalentem dokonanych zmian. Czy jest konsekwentne, spójne, sensowne. Ma uzasadnienie. Czy nas zainteresuje, porwie, zauroczy. Bo nauczeni jesteśmy, by wszystko pasowało do siebie, wywoływało oczekiwane wrażenia, wyzwalało oczywiste emocje, doprowadzało do znanych puent. Tego właśnie chcemy. Ale tak nie musi być, nie musi. Choć upieramy się, że chcielibyśmy dokładnie wiedzieć, znać odpowiedzi na wszystkie pytania  po co i dlaczego. Dążymy do tego za wszelka cenę. Chcielibyśmy pójść grzecznie za lekturą, od początku poprzez kulminację do końca. Jak nas nauczono. A tu spektakl proponuje nieoczekiwane rozwinięcia. Trzeba się przeprogramować. Otworzyć. Zakasać rękawy. Do roboty zabrać. I zanurzyć w akcji powieści na nowo przez teatr ukształtowanej.

Lalka,  bezwolnie posłuszna zabawka. Rzecz, przedmiot, obiekt, istnienie. Uległa, poddająca się woli moderatora, który jest demiurgiem, sam ją tylko określa, nadaje jej życie, kształtuje charakter. Puszcza w ruch, jak bączka. Bierze w posiadanie. Bawi się. Osiąga cele. Lalka, zabawka upragniona przez dzieci, dziewczynki. Które ćwiczą się w przysposabianiu do dorosłego życia. Nasłuchują, co świat od nich potrzebuje, żąda, wymaga. Przystosowują się do jego rytmu, tempa i poziomu. Wchodzą w rolę. Są to role narzucone, wymagane, oczekiwane, akceptowane. Mężczyźni też są lalkami. Używają kobiet lalek, lubią się nimi bawić. Kształtują je dla siebie. Wypełniają swoimi projekcjami, potrzebami, oczekiwaniami, fantazjami. Tresują. Uzależniają. System- sutener opresji i przemocy -na to przyzwala, pomaga, przygotowuje. Konsekwentnie wymusza odgrywanie ról matki, żony, kochanki, prostytutki. Z człowieka czyni zabawkę. Kobiety i mężczyźni pozwalają się uprzedmiotowić.  Gdy są słabi, nie mają wyjścia. Charakteru. Rozumu. Siły przebicia. PIENIĘDZY.

Wokulskiego poznajemy w sektaklu w momencie gdy ma pełne instrumentarium, by dostać w życiu to, co chce, na co zasługuje, co mu się należy. To ważne, bo z punktu widzenia zwycięzcy obserwujemy i oceniamy całe jego dotychczasowe życie ale też życie i kondycję tych, których w przeszłości i teraz, po powrocie z wojny, spotyka. Z którymi w ważny dla niego sposób był i jest związany.  Narracja nie jest linearna, przejrzysta, oczywista a splątana. Jak to w życiu bywa. Z czasem porządkujemy akcję a z powieści wiemy, że najpierw poddał się rzeczywistości w jakiej żył. Poznawał reguły gry. Zasady, które pozwalają przejąć inicjatywę, zdobyć i utrzymać władzę. Decydować o swoim życiu poprzez decydowanie o życiu innych ludzi. Z natury nie jest jak Rzecki lalką podporządkowaną, szukającą spokoju, pracy na warunkach innych. Wokulski najpierw przez małżenstwo, potem na wojnie-wiemy, że niekoniecznie w czysty sposób- krok po kroku staje się tym, który ma wpływ. To pieniądze i oczywiście ciężka praca oraz predyspozycje do podejmowania ryzyka, stawiania na jedną kartę całego majątku dzień po dniu, są środkiem osiągnięcia celu. Za cenę, której wysokość on tylko zna. Nie jest niska. Drugie małżeństwo, tym razem z Łęcką, miało mu umozliwić awans społeczny. Być kolejnym krokiem w karierze. Kochał ale nie był kochany. Choć mógłby być. Z jednej strony jest przykładem drapieżnego kapitalisty, z drugiej nieporadnego emocjonalnie chłopca, romantyka. Mentalnie jest zdobywcą, wojownikiem uczuciowo niedojrzałym, nieporadnym. Ale skutecznym manipulatorem. Gdy dojrzewa wie, że za wszystko trzeba zapłacić. Nie ma nic za darmo.Wszystko ma swoją cenę.  Każda decyzja, wybór, działanie. Lub jego brak. Niemożność. A rozczarowanie, poczucie porażki, niespełnienia jest naturalną konsekwencją walki o swoje miejsce w świecie. Stanowi o smaku zwycięstwa. Jest w pakiecie prawdy o życiu i wartości człowieka.Wokulski potrafi kupić szczęście innym, sobie nie potrafi. Pragnie tak bardzo, że traci umiar, rozeznanie i nie umie obrócić tego, kim jest, co zdobył, do czego doszedł, na swoją korzyść.

To spektakl o nas. Jesteśmy jak Wokulski, dojrzali od samego początku, opanowani, pozbawieni złudzeń, znający ludzi i życie, system nas definiujący, jakby okrzepli w postawie eksperymentatora w życiu swoim i innych ludzi. Wokulski ciągle obserwował, prowokował doświadczanie siebie i innych w poznawaniu i wytyczaniu granic, przekraczaniu ich. To bolesne, okrutne, brutalne postępowanie. Chłodne, bezlitosne, z dystansem. Z jednej strony bada wszystko otwartym umysłem zapalonego naukowca ale podsumowuje z bezwzglednością zimnego hazardzisty. To powoduje, ze spektakl jest ciągłą symulacją postaw, wyborów, decyzji i wiwisekcją ich konsekwencji. Dlatego słyszymy od początku, choć o tym dobrze wiemy, że jest to przedstawienie. Przedstawienie, przećwiczenie, sprawdzenie, właśnie symulacja. Propozycja, możliwy, bo nie wykluczony stan rzeczy, bieg wydarzeń, zmienna pojemność charakterystyk postaci. Izabela jest lalką współczesnej generacji. Świadoma swej sytuacji, doświadczona, nauczona przez życie walki, pokory, konieczności przystosowania się. Potrafi być gorzka, ironiczna, sarkastyczna, bezpośrednia, jasno stawiająca sprawy. Zdystansowana. Bezwolna wobec losu ale oddająca cios za cios. To lalka z krwi i kości. Model z powieści mocno zmodernizowany. W której cierpienie i niezgoda na konieczność zachowań wymuszonych przez normy społeczne, towarzyskie budzi sprzeciw.

 Kobiety w ogóle w tym spektaklu są bardzo ciekawe. Jak Ochocki Adamczyk jako wyemancypowana pani naukowiec. Kobieta jest lepiona na obraz i podobieństwo mężczyzny/poziom intelektualny, zamiary,  plany, aspiracje/, ale nie podporządkowuje się bezmyślnie, ślepo. Ma oczy szeroko otwarte, drapieżny apetyt na życie, realizację swoich własnych celów, potrzeb. Jest bytem świadomym, pełnokrwistym choć nie do końca samostanowiącym. Nie czeka. Walczy, podejmuje wyzwania. To nie podgatunek człowieka. Niewolnik. Kobieta tu brzmi dumnie. Choćby w swoim buncie, świadomości, sprzeciwie, samodzielnym wyborze i wypowiadaniu zdania, realizacji pragnień. Traktowania siebie i innych poważnie. Otwarcie mówi prawdę, również o swoich uczuciach. Gdy trzeba z dystansem, gdy trzeba drapieżnie.

Spektakl wyzwala kobiety z Prusa narracji uprzedmiotowiającej je w czystej formie. Gdy są pustymi, bezwolnymi marionetkami w rękach patriarchatu. Nadaje im rysy tragiczne, ludzkie, męskie. Stają się nie tylko mrocznym przedmiotem pożądania ale równoprawnym partnerem mężczyzn. Choć startują z poziomu znacznie niższych możliwości. Ale kto jak kto, Wokulski to doskonale rozumie. On też walczył przez całe życie o wszystko. Nie przebierając w środkach. Idąc na całość. Bez sentymentów, wyrzutów sumienia. Biegł za światem. Karierą, awansem, miłością. Galopował.

Twórcy spektaklu ośmielają widzów do samodzielnych eksperymentów na dziele doskonałym. Nie uznają świętosci. Proponują wariacje na temat. Zrywają z pokorą, uniżonością w stosunku do klasyki. Otwierają prowokacyjnie, co juz wydawać by się mogło na wieki wieków zamknięte, skostniałe, zapszeszłe. Wchodzą w dyskurs. A że iskry lecą, krytycy się burzą? To stara śpiewka, że reżyser nie istnieje, zapożycza, pomysły kopiuje, akorzy w koncepcji się gubią i kierują własnym instynktem i doświadczeniem, a wszystko wydumane niemożliwie. W dodatku kanony interpretacyjne spektakl podważa, nadbudowa jest współczesna, a właściwie za współczesna i na wyrost. I wystarczyłoby tylko zawierzyć pisarzowi, jego oglądowi miasta i w nim życia. Niech więc ortodoksi wracają do książki, filmu, serialu,wspomnień ze szkoły, wykladni. Kanonu.

Gubimy się, my widzowie, może i aktorzy się gubią nie grając zbyt przekonująco. Ale, kto nie szuka, nie błądzi. A spektakl nas wyzwala. Tworzy piękne sceny, nowy porządek. Uczy zuchwałości, eksperymentu. Uwalnia od zakazu nietykania raz sformułowanej myśli, pogladu, wykładni. Zachęca do stawiania w wątpliwość świętości, poszerzania pola widzenia. Byśmy nie stawali się lalkami, marionetkami /na przykład w rękach krytyków, nauczycieli, tych, którzy z racji zajmowanej pozycji, tytułu zawsze wiedzą lepiej/. Przedmiotami z zaprogramowanym na stałe myśleniem.

I choć w życiu za wszystko trzeba płacić prędzej czy później, nie bójmy się eksperymentu w obszarze sztuki. Ta jest szczodra, a wysokość ceny rekompensuje wartość przygody z wyobraźnią, wolnością ekspresji uczuć, emocji, marzeń. Powodzenia. Nie rezygnujmy z przygody w teatrze. Najlepsze przed nami.


Lalka.Najlepsze przed nami według Bolesława Prusa

reżyseria - Wojciech Faruga
scenariusz sceniczny - Wojciech Faruga / Paweł Sztarbowski
scenografia, kostiumy, reżyseria światła - Agata Skwarczyńska
dramaturgia - Paweł Sztarbowski
muzyka - Joanna Halszka Sokołowska / z zespołu Der Father
asystent reżysera - Damian Kwiatkowski

obsada:  Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Maria Robaszkiewicz, Anita Sokołowska, Joanna Halszka Sokołowska, Julia Wyszyńska, Jacek Beler, Marcin Czarnik, Michał Jarmicki, Piotr Ligenza, Michał Tokaj


zdjęcie: Magda Hueckel