środa, 15 kwietnia 2015

TATO PAŁYGA BOGAJEWSKA TEATR BAGATELA


To historia rodzinnych relacji w betonowym PRL-u z punktu widzenia dorosłego mężczyzny, który patrząc wstecz rozlicza się ze światem dzieciństwa, wystawia rachunek krzywd rodzicom. O tyle ciekawa, że pokazuje skrzywdzone dziecko bezwzględnie kochające swojego ojca oprawcę. Człowieka zwyczajnego, prostego żołnierza, który popełnia błędy wychowawcze. Z bolesnymi tego konsekwencjami.  

Ojciec umiera, trauma dzieciństwa nigdy. Żywi się wspomnieniem, żeruje na słabości charakteru. Zwłaszcza gdy wiemy, ze nic nie można już zmienić, przeprogramować, skasować z pamięci. Seans dziecinnych lęków i strachów, zagrożeń i upokorzeń nie słabnie na intensywności. Nie da się zlekceważyć. Zapomnieć. Wyprzeć. Krwawi niewidoczna rana wyrzutem słabego chłopca wobec silnego mężczyzny. Syna wobec ojca. Dziecka wobec dorosłego. 

I ten przeklęty krąg dziedziczenia błędów, grzechów rodziców. Przenoszenia je na następne pokolenia. Dziedziczenia. Mimo, że chce się od nich uwolnić. Pragnie je wyeliminować. Rodziców sobie nie wybieramy, ale już ich postawy powielamy. Wbrew sobie. I o tym wiemy. I jak się za to nienawidzimy. Jak bardzo mamy o to do siebie pretensję. Czujemy rozczarowanie. Gorzki smak porażki. Bo trudno schematy zachowań zmienić. Unieważnić. Jaki ojciec, taki syn. Jak ojciec traktuje matkę, inne kobiety, tak i syn nawet w dorosłym, świadomym już życiu. Zbyt duża intensywność potrzeb uczuciowych, opiekuńczych, egzystencjalnych, przypisana jest dzieciństwu, by można było zignorować jego doświadczenie. Matryca osobowości wypala się schematem wypracowanym przez środowisko, w którym się wychowuje, dorasta, żyje. Straconych zachodów rodzicielskiej miłości nigdy się już nie uzupełni, nie nadrobi. Nie zadośćuczyni. Czasu bez ojca. Niedostatku uczuć. Szorstkości relacji i braku zrozumienia. Traum. I wielu odcieni nierozpoznanych przyczyn niezawinionych dziecięcych cierpień.

Ta wiwisekcja dzieciństwa nie epatuje bólem, cierpieniem, dewiacją czy skrzywieniem psychicznym. Przemocą domową. Jest zwyczajnym doświadczeniem, bolesnym ale nie degradującym całkowicie. Jest próbą zrozumienia, przepracowania, oswojenia, uporania się z problemem małego dziecka w dorosłym człowieku. By nie popełnić samemu błędu. Ale jest to niemożliwe, bo w pewnym sensie nikt nie przygotowuje nas metodycznie, merytorycznie do roli ojca, matki, dziecka. Uczymy się od najbliższych. Na bieżąco. Naturalnie od urodzenia. Zaskoczeni sytuacją, pod przymusem, przez przypadek, zbieg okoliczności. Czasem wbrew woli, predyspozycjom, chęciom. A nawet wbrew naturze. Ze społecznym formatowaniem zachowań środowiska, w jakim się żyje. Z tym, co wypada, co nie. Jakie są oczekiwania i presja otoczenia. Czasów, w jakich przyszło dorastać.

Tu  widzimy szczególne  nieprzygotowanie rodziców, ich niedojrzałość. Nieumiejętność wchodzenia w rolę ojca.  Nieporadność, lęk matki w samodzielnym działaniu, w sprzeciwianiu się mężowi. Bo matka, to matka. Słaba kobieta, głupia, podporządkowana całkowicie, bezwarunkowo mężczyźnie. Spętana miłością, powinnością, poczuciem niższości. Religią i wychowaniem. Przekonaniem, ze nie może być inaczej, bo nie ma na to społecznego przyzwolenia. Ubezwłasnowolniona mentalnie i finansowo. Dlatego tak łatwo nią pomiatać, tak bezceremonialnie poniżać. Pomijać. Lekceważyć. Niedostatecznie wykształconą manipulować. Przy akceptującym milczeniu otoczenia. Matka Polka umęczona, oddana rodzinie, podporządkowana. Żyjąca nie swoim życiem. Dla innych.

Strach syna przed gniewem cholerycznego  tyrana ojca zderza się ze strachem nieporadnego, niepokojącego się rodzica o to, że jego dziecko jest niedoskonałe, ułomne. I słabe, bojaźliwe, nadwrażliwe, bo nie mogące się przeciwstawić fizycznej sile ojca, nie da sobie w przyszłości rady. Furia potwora psychicznie molestująca, gwałcąca poczucie bezpieczeństwa. Tresura ośmieszaniem, zastraszaniem, krzykiem łamie wolę sprzeciwu słabszego, bezbronnego dziecka. Czyni spustoszenie surowym traktowaniem. Powściągliwość uczuciowa  jest niezrozumiałą karą. Nieprzystępność rodzica. Okrucieństwo. Niezrozumienie. Toporność, ordynarność, prostactwo, zwykła, codzienna nieporadność i brak przygotowania i doświadczenia ojca potęgują poczucie winy dziecka. Które cierpi i kocha. I tęskni z poczuciem winy, niespełnieniem, nienasyceniem, którego do końca nie rozumie. Nie pozwoli dziecku nigdy dorosnąć. Odciąć się od przeszłości. W dorosłym już mężczyźnie zamieszkiwać będzie nadal wylękniony, spragniony bliskości z ojcem chłopiec.

To niesprawiedliwa walka, nierówna, skazująca dziecko na porażkę. Bo cały ciężar konsekwencji postępowania rodziców spada na dzieci. A te pragną miłości, troski, uczucia, zrozumienia od tych, którzy nie potrafią zaspokoić tych podstawowych potrzeb i jednocześnie cierpią czując się winnym. Bezradność wobec sytuacji kumuluje się. Bezradni są rodzice wobec wyzwań wychowawczych, bezradne są dzieci wobec problemów, których nie rozumieją i które je przerastają. To poczucie niemocy wobec  traumy dzieciństwa, która nie odstępuje ofiary przez całe życie wzbudza współczucie. Pewien rodzaj empatii. Może najważniejsze jest to, że usprawiedliwiamy rodziców, w końcu widzimy jacy byli, są i dlaczego a mimo wszystko akceptujemy ich i w irracjonalnym marzeniu, że nas zrozumieją, przytulą, pokochają, jak my ich kochamy. Im większy rozziew pomiędzy prawdą a oczekiwaniem, tym większa wzbiera potrzeba zaspokojenia tego, czego się nie dostało w dostatecznej intensywności we właściwym czasie. Dla wybaczenia. Zadośćuczynienia. Przywrócenia spokoju. Oddania właściwej miary rzeczom, ludzkim zachowaniom.

Ten teatr syntetycznie pokazuje atmosferę PRL-u. Kontekst wydarzeń. Życie rodziny. I nie jest to tylko obraz czarny, asfaltowy, mroczny. A więc nie jest jednoznacznie to dom zły. Tylko niedoskonały ułomnością , nieprzygotowaniem jego mieszkańców. Gdzie dorosły ze swoim dzieckiem dojrzewa do roli mu przypisanej. I popełnia karygodne błędy. I nie naprawia ich. A brnie dalej czyniąc spustoszenia we wzajemnych relacjach.

To spektakl solidny dramaturgicznie,  choreograficznie dopracowany, poprawnie zagrany, gdzie aktorzy grają na instrumentach, śpiewają. Dowcipnie, z dystansem. W realiach socjalizmu, w środowisku wojskowego drylu, z elementami trillera psychologicznego, co doskonale podkreśla światło, scenografia i kostiumy. Rodzinna drama. Ku przestrodze, ku nauce czułego, uważnego wychowania. Wychowywania siebie nawzajem. 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

DZIADY Radosław Rychcik Teatr Nowy im. T. Łomnickiego w Poznaniu


Radosław Rychcik DZIADY jak perły z korony naszej narodowej spuścizny literackiej przed nas rzuca. Bo tylko dla nas są zrozumiałe w zaproponowanym  kontekście popkultury amerykańskiej. Tylko my jesteśmy w stanie odczytać kody arcydzieła wieszcza w tym puzzlowym obrazku  z wystawy USA cepelii. DZIADY obleczone w kostium pawia narodów, ozute w siedmiomilowe buty nie swoje. Widać taka moda. Taki trend i szyk. Albo kompleks zaścianka. Porywanie się z motyką na słońce.  Bo pomysł udałby się może setnie, gdyby przez obcego nasze dzieło było przełożone, przemalowane, przebrane. A tak, w pewnym sensie, zmuszeni jesteśmy do siłowej interpretacji. Sami sobie zgotowaliśmy ten los. Nam, nie z jednego garnka smakującym dzieła dziwa, to nie zawadza. Wręcz przeciwnie. Dodaje pikanterii, podkręca smak, nawet imponuje. Jest ten spektakl nową zabawką sfokusowaną zarówno na rynek polski, jak i zagraniczny. Ambitnie podkręcającą nasze narodowe ego, z gestem, z rozmachem. Szeroko internacjonalnie pokazane, w poprzek tradycji i przyzwyczajeniom. To dziwadło. Dla nas, Polaków tylko ważne. Hermetyczne dla obcokrajowców. I tak, to co miało przybliżyć, oddala.  Nam się tylko wydaje, że jest inaczej. Nie jest. To przeniesienie, przepisanie DZIADÓW na modłę amerykańską. Teatru na film. Dramatu na rebus, krzyżówkę do rozwiązania, kto jest kim i z jakiej bajki i jaki ma związek z całością. Nie koncentrujemy się na przesłaniu a na roszadach. Ale niewątpliwie jest to fascynujące teatralne poszukiwanie jedności myśli, walki uciśnionych, zniewalanych, wykluczanych bez względu na czas i miejsce choć rozbija dramaturgię dzieła, z którego pozostają pojedyncze pomysły, błyski, lśnienia. Strzępy. Poezja wyparowała. Ostał się nam jeno programowy na nas dryl. Jakbyśmy byli ułomni, niedowartościowani, zakompleksieni. Jakbyśmy w świecie, za którym tęskni każde pokolenie, szukali zakotwiczenia, ratunku szansy. Chowamy się więc wstydliwie ze swym lokalnym wkładem wartości dążących do wyzwolenia narodu uciśnionego, ciemiężonego w formie, która daje szansę na zwrócenie na nas uwagi. I z ostentacją teatralną krzyczymy, że jesteśmy światem całym, nacją zasymilowaną z zachodnim systemem demokracji. My waleczni, duchem wielcy. Bo nasz narodowy skarb, spuścizna przeszłych pokoleń, pojemna jest i otwarta na drastyczną korektę formy, bo treści i tak są mimo cięć i różnic jednakie, a walka marzenia o wolność ludzi wspólne. To zawsze w DZIADACH było. Teraz jednak oderwane zostały od korzeni, pozbawione gruntu, zakotwiczenia źródłowego.

Dziady, my dziady. I DZIADY Mickiewiczwskie naszą tożsamości świadomość z przeszłości ku przyszłości niosą. Mądrości tego i tamtego świata. W nich obcowania. Wszystko zniosą, wszystko wytrzymają, wszystko przetrwają. I niosą taką siłę fatalną a znaczącą, że żadne pomady, nie zatrą ich mocy przesłania. Bezowocne są  próby znalezienia analogii Wielkiej Improwizacji, reżyser więc idzie na skróty i słyszymy Gustawa Holoubka z LAWY Konwickiego. W ciemnościach. Z teatru robi się słuchowisko, bo obraz aktora byłby niekompatybilny z formy całej resztą. Niemoc wobec nowej interpretacji tak ważnego tekstu dowodzi tylko, że trudno zastąpić genialną rolę czymś równie porażającym. Nie znaleziono ekwiwalentu. Robi się jeszcze smutniej, gdy uświadomimy sobie, jak Teatr Dramatyczny stara się na nowo sformatować wielkość giganta polskiej sceny. Ten wybrzmiewa zdumiewająco aktualnie, monumentalnie. Pięknie. Mocno. Wzruszająco. Holoubek wadzi się nie tylko z Bogiem ale i z carem. I zwycięża. Żadne udziwnienie go nie umniejsza. Nie tyka. Może tylko zdziwić kontekst. Może niektórych zaboli. A jeszcze inni tylko ten fragment inscenizacji zapamiętają.

Podobnie jest z tekstem DZIADÓW i ich przesłaniem. A te ubrane w nowy kostium estetyczny, wzmocnione tekstem nie jednym, łączą się z międzynarodówką walczącą o wolność, sprawiedliwość, równouprawnienie, przeciw rasizmowi, wykluczeniu społecznemu, prześladowaniu. Antyortodoksyjne, szalone pokazują, żeśmy to nie jacy tacy polscy a amerykańscy przebierańcy. Cool and fun. Kolorowi. Tęczowi. Kameleony. Dziady oświecone.

"Dziady. Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem (…) na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta"/Adam Mickiewicz „Dziady”- jądro naszej tradycji dramatycznej/. Radosław Rychcik dokonuje czasowej i stylistycznej teleportacji. Jak to w sztuce bywa. Oprócz doszukiwania się sensów, co też autor dramatu miał na myśli, dochodzi nam praca do wykonania, co też reżyser miał na myśli dokonując tak radykalnych zmian w swojej inscenizacji. Zmusza nas do większego wysiłku, pracy. Musimy bowiem znaleźć i  uzasadnić sens jego decyzji. Rychcika gest ma wzbudzić zainteresowanie, ciekawość. Logika szoku, zaskoczenia spełnia wymogi marketingowe. Otwiera rynki zbytu. Zabiegi formalne,  polegające na wydobyciu uniwersalnych, rozpoznawalnych treści wzmocnione scenografią, kostiumami i kultowymi postaciami ze świata polityki, kultury masowej ma wynieść lokalne, zaprzeszłe dzieło na rynek międzynarodowy. Reżyser nie zapanował jednak nad śmiałym połączeniem klasyki ze współczesnymi problemami, z którym mierzy się dzisiejsze społeczeństwo polskie. Ale to chyba go w ogóle nie interesowało. Jest zabawa, wariacja na temat. Śmiała, prowokacyjna. Odlot.

Tekst nie jest ważny, kontekst historyczny też. Ważny jest labirynt znaczeń, znaków. DZIADY to jak gra wirtualna. Ni dramat teatralny, ni film. Mgła łączy wszystko. Przykrywa. Odkrywa. Zamazuje. Miks starych jak świat problemów, pojęć, znaków ujętych w nowej formie. Jakbyśmy za wszelką cenę chcieli zachęcić i szukamy nowego, nawet karkołomnego sposobu dotarcia do odbiorcy. Licząc na to, że to on wszystko zweryfikuje, wypełni. Swoją wyobraźnią, potrzebami, wrażliwością. Stosujemy chwyty, raz błyskotliwe, innym razem zaskakujące i odstające albo nie mające nic wspólnego z pierwowzorem dramatu ale jakby dramatycznie przebijającego się przez bełkot zalewu informacyjnego. Jak w teatralnym spocie polityczno- społecznym. Reklamie. Hasło klucz DZIADY i parada amerykańskich znaków, symboli. Nie ma w tym jednak ducha romantyzmu, poza kontrastującym z całością pod każdym względem HOLOUBKIEM. Który budzi tęsknotę, budzi bunt w nas przeciw złu tego świata. I czujemy tę uzurpację człowieka, by równać się z Bogiem, by móc zmieniać losy milionów ludzi na lepsze. Tylko w tej Rychcikowej tyradzie postaci z różnych porządków, szarży kontrolowanej wyartykułowanego lub wyśpiewanego tekstu, myśli i sensy są pomieszane. Wobec potęgi słowa i myśli poety, cóż analogie filmowe wnoszą? Zamęt tylko. Wobec wrażliwości i czucia poety, cóż analogie przemówień i gestów wnoszą. Świadomość, że sztuka wobec rzeczywistości jest głosem wołającym na pustyni empatii tylko. Wielkość spraw, o które trzeba walczyć są przerabiane na popową papkę i pożerane w kompulsyjnym zwidzie popędu dla najprostszego jego zaspokojenia. O rząd dusz prosi się dziś nie Boga a środki masowego przekazu, generujące nowe wzorce, mechanizmy manipulacji, punkty odniesienia. Urabiają masę ludzką na zaprogramowany obraz i podobieństwo wirtualnych życiorysów, osobowości, planów, projektów. Witajcie w matriksie DZIADY Mickiewicza!!

To jest odważny skok klasyki na płyciznę interpretacyjną. Niestety. Z zamiarem osiągnięcia łatwego efektu, czystego zysku. Nieważne, że jest szalony i nieodpowiedzialny. Kalający świętości. Szarpiący materię dramatu.  Cóż jednak ona? Zużywa się, umiera. I potrzebuje coraz to nowej formy, by podróżując w czasie ocalić ducha, ducha, ducha. Nieśmiertelnego, nietykalnego, świętego. O rząd dusz poprzez nową formę walczyć. Bo ogarnia swym marzeniem, wołaniem, skargą całą ludzkość. Zawsze i wszędzie. Czekam na ofertę DZIADÓW na rynek chiński. Nie pogardzę wizją DZIADÓW bliskowschodnich. Barbarzyńcy ruszyli przecież na podbój świata. Rozbijają w pył na wizji 4000 letnie zabytki i wywożą na zachodzie wyprodukowanym sprzętem. DZIADY Rychcika są forpocztą w sercu Europy. Jednak arcydramat Mickiewicza w tym spektaklu nie w służbie jest wielkiej sprawy a w niewoli zawłaszczającej go naprędce formy. Obcej. Choć znanej. Akceptowanej. Rozpoznawanej. Z chęci zbliżenia. Się podobania. Forma, projekt, koncepcja, zasięg, porozumienie, walka o widza to cel, sens, znaczenia Rychcikowych DZIADÓW. Poetry missing in translation. Na szczęście zawsze można wrócić do źródła. Bez końca będziemy chcieli słuchać HOLOUBKA. Słyszeliście TRELĘ?
Przewodnik:
czarnoskóra służąca Aunt Jenima z „Przeminęło z wiatrem”=Pani Rollison
Joker z „Mrocznego rycerza”=Guślarz
bliźniaczki z „Lśnienia”=duchy dzieci, Józio, Rózia
cheerleaderka=Zosia/skrzyżowanie bohaterek Kill Billa i Grindhouse: Death Proof Quentina Tarantino lub Twin Peaks/
plantator wymachujący biczem=ostatnie widmo
czarnoskórzy niewolnicy=sowa i kruk
stylizacja na rockowego muzyka, 
hipster popijający coca colę=Gustaw – Konrad
Marylin Monroe=dziewczyna  Ewa
Stephena Howkinga=ksiądz
tekst dramatu "zemsta, zemsta na wroga..." śpiewany  gospel, pieśń obnażonych, w łańcuchach niewolników

Ksiądz, Senator i trzech członków Ku-klux-klanu-jedząc mówią i opryskują się jedzona kukurydzą, zastrzeleni przez murzynkę Rollinson zbroczeni kubłami krwi/Django Quentina Tarantin, Zniewolonego: 12 lat niewolnictwa Steve’a
McQueena/
dziewczyny w wieczorowych sukienkach z cekinów świetnie swingujące

chłopaki z High School Musical
Oda do młodości
fragment „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha i opowiadającego swój sen /czarno-biały telewizor/
boisko koszykówki, 
trybuny
automat z coca-colą, popcorn, kukurydza
zasypana czasopismami ława w stylu art-deco z paterą i owocami oraz trzema modernistycznymi krzesłamiwprowadzenie chóru w postaci swingującego tria
kopiowanie wizerunków aktorów i granych przez nich postaci filmowych na scenie
aktorzy w strefie widowni, przed teatrem przed spektaklem
itd


"Dziady" zostały uhonorowane Grand Prix 39. Opolskich Spotkań Teatralnych    
/za łączenie problemów czarnoskórych i "Chaty wuja Toma" z naszymi sprawami, pracę zespołową, spektakl zrobiony perfekcyjnie, bardzo konsekwentnie pomyślany, tekst świetnie mówiony/



DZIADY
Adam Mickiewicz

reżyseria: Radosław Rychcik
scenografia i kostiumy: Anna Maria Karczmarska
muzyka i multimedia: Michał Lis, Piotr Lis 

obsada: Mariusz Zaniewski, Gabriela Frycz, Tomasz Nosinski, Marta Szumieł, Grzegorz Gołaszewski, Martyna Zaremba, Maciej Zabielski, Maria Rybarczyk, Michał Kocurek, Mirosław Kropielnicki, Mateusz Ławrynowicz, Bartosz Roch Nowicki, Andrzej Niemyt, Mariusz Puchalski, Oksana Hamerska, Anna Mierzwa, Julia Rybakowska, Sibonisiwe Ndlovu Sucharska, Muhsin Nassir Ali, Anthony Juste, Emily Wong, Sylwia Achu, Aster Haile, Maria Magdalena Haile, Luiza Avelino Viegas, Leopold Abai, Mandar Purandare
premiera: 22.03.2014
zdjęcia: Kasia Chmura-Cegiełkowska

niedziela, 12 kwietnia 2015

WYCINKA BERNHARD LUPA TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

SURREAL PENCIL DRAWINGS OF LIPS BY CHRISTO DAGOROV

O WYCINCE tyle już napisano, tyle powiedziano. Najwięcej jednak mówi sama sobą. Do każdego z nas innym przekazem, komunikatem, wrażeniem, 
sensem. Przemawia szczerze, uczciwie, głęboko. Najpiękniej artystycznie. Teatr działa. Znów możemy to poczuć, znów możemy z nim razem pomyśleć, wzruszyć się, dotknąć tajemnicy. 

Z pozoru to simply story. Towarzyska bohema artystyczna spotyka się na kolacji po pogrzebie znajomej,Joany, która popełniła samobójstwo. Co jest prawdą, co fałszem? Jakie są więzi, zależności w tym środowisku? Niech żyje sztuka tworzenia czy sztuka przetrwania? Sens. Uwikłanie. Wolność. Śmierć. Wszystko, co i nas, zwykłych śmiertelników, dotyczy. Bo przybliża nas do odpowiedzi na pytanie:czy i za ile błyskotek, obietnic tego świata jesteśmy zdolni do sprzedania, wyrzeczenia się samych siebie. Judaszowy to problem. Piekielnie podstępny. Zabijający boskość w człowieku. Akt czystej kreacji.

Jak to jest, jak się to dzieje, że tak łatwo, wyzwala się w człowieku program na przetrwanie po najmniejszej linii oporu, skłonność do obłudy, przywiązanie do kłamstwa, kompromisu, rezygnacji z siebie, swoich marzeń, walki o swoje, z wolności co to krok po kroku niszczy, unieważnia sens i istotę istnienia /każdego pod każdym względem/. Najpierw jest zachłyśnięcie się możliwościami zmiany świata, dokonania rewolucji, przewrotu. Czuje się moc. Później następuje rozpoznanie rzeczywistości i w niej siebie. Ta konieczność podległości systemowi, by móc w ogóle przetrwać czy zaistnieć zawodowo, poznać jakim się jest naprawdę człowiekiem, jest porażająca. System, za naszym przyzwoleniem, jak żarna 
 w pył mieli nasze marzenia, talenta, kreację. Wycina w nas wszystko co indywidualne, jemu przeciwne, niepoprawne, co mu zagraża. A gdy jest słaby, wszystko nad czym nie jest w stanie panować, na swoją modłę przerobić czy nawet zwyczajnie zrozumieć. System i czas. Słaba natura ludzka ulegająca presji większości, konieczności. To, co prowadzi do wypalenia. Dlatego samobójstwo jest ostatnim możliwym aktem indywidualnej, suwerennej decyzji, manifestem sprzeciwu wobec opresji, która niszczy, nie daje się realizować, nie pozwala zaistnieć na własnych tylko warunkach. Joana, wierna sobie i bezsilna wobec oporu świata wobec jej osobowości, jej sztuki, niezakłamana i czysta, w pijanym zwidzie doszlusowuje do samobójczego końca manifestu wolności i wyzwolenia. Nie mogąc się sprzedać, umiera. I nie wzrusza świata, nawet tego najbliższego. Tego, co zna jej wartość, potencjał, bezkompromisowość. Większość w żaden sposób jej nigdy nie wspomogła. Oprócz Thomasa. Jego twórczość ratowała jej życie. Nadawała sens. Ale to było za mało. System jej nie chciał.

Jaką siłę, determinację, gen uporu trzeba mieć w sobie-kimkolwiek jesteśmy-by zrealizować to, co z mocy swojej istoty, uznajemy za słuszne, właściwe, konieczne. Jaki talent, niezależność/ też tę finansową/, imperatyw wewnętrzny, pakiet argumentacyjny, by iść i walczyć o swoje -poprzez siebie dla innych- pod prąd dominującej większości, mimo napierających trudności, niemożności, ograniczeń. Jak pogodzić konieczność współistnienia indywidualizmu, nawet skrajnego, ze zbiorowością, która chcąc się rozwijać i wzmacniać, winna wspomagać go a w istocie eliminuje, wycina, niszczy. Czy zauważamy ten moment sprzeniewierzania się sobie. Zdrady. Staczania się. Niewidzialnego jeszcze upadku. Tchnienia zła.

A przecież jak buszujący w zbożu chcemy zatracić się w naturze, chcemy wracać do źródła, do matecznika, do lasu. Tam szukać wszelkiej inspiracji. Chcemy wykrzyczeć, wykreować swój bunt wobec tłamszącego, zniewalającego nas świata. Czekającego na nas ale na własnych warunkach akceptacji, zrozumienia, finansowania. Chcemy zaistnieć swoją indywidualnością, odrębnością. Niby mamy do tego prawo, niby jesteśmy wolni. I silni. Utalentowani. Gdzie i kiedy się to bogactwo roztrwania, gubi, wypala, wycina pokazuje Bernhard, Lupa, artyści Teatru Polskiego we Wrocławiu, aktor Teatru Narodowego w Warszawie. Bo w obszarze sztuki najbardziej namacalne, bolesne, niszczące jest to przymuszanie do wyparcia się siebie. Dobrowolne ubezwłasnowolnianie. Splątanie wolności z instytucjami ją finansującymi. Zależności kreacji ze sprawowaną nad nią władzą. 

Ci, co się poddali, snobi, megalomani i pozoranci, nie są puści, przegrani, bezwartościowi, bezproduktywni. Oni przepełnieni są porażką, butą, sprzeniewierzeniem się sobie, swoim marzeniom, talentom. Są dowodem na zwycięstwo mieć nad być. Trwać nad tworzyć. Budzą litość i żal ale i zrozumienie. Ale i przerażenie, że jest to możliwe. Zdumienie, że są kontynuacją przymusu podporządkowania większości. Sami tworzą opresyjny, środowiskowy system wobec którego boją się wyrażać swoją postawę zarówno młodzi artyści, James and Joyce,/tylko w łazience lub na uboczu/, jak i sam Bernhard na koniec kłamiący, że nie napisze o tym spotkaniu ani słowa. Wszyscy indywidualnie tańczą, jak im zagra większość. Dlaczego? Młodzi się boją, starzy nie chcą stawać oficjalnie wspak. Tu niemożliwe jest starcie. Racji, poglądów, doświadczeń. Szkiełka i oka kontra czucie. To zwycięstwo materialnej formy przetrwania, pozoru sukcesu, pozycji towarzyskiej, społecznej, które żeruje na tkance twórczej. Odsłonięty bez znieczulenia krajobraz klęski intelektualnej, wypalenia artystycznego, słabości natury ludzkiej. Wycinka. Bez możliwości ratowania się, bez możliwości powrotu do źródeł. Nie ma się więc gdzie skryć, nie ma gdzie przeczekać kryzys. Na wszystko jest już za późno. Nie ma do czego wrócić, co rozwijać, ocalić. Zbiorowość nie może pomóc Joanie, nie próbuje nawet. Jak może pomóc samej sobie? Spotyka się, by będąc razem wchodzić na nowe poziomy szaleństwa indywidualnych porażek, jak w BOLERZE Ravela. Jak w prozie Bernharda. Która melodyjnie wspina się po spirali coraz to nowych uzasadnień, opisów, szczegółów, kontekstów, by w końcu zacisnąć pętlę. Pisarz przenosi na czytelnika swoje udręczenie, szaleństwo w poszukiwaniu sensu, nieustępliwość w docieraniu do prawdy . Wwierca się w jego umysł  i serce namolnym powrotem do problemu, ciągłym rozpamiętywaniem, nieustannym roztrząsaniem argumentów, uzasadnień, powodów. Jakby nigdy nie chciał zapomnieć. Jakby nigdy nie chciał zrezygnować. Jakby całe jego jestestwo było zbudowane z bólu, cierpienia, pretensji i żalu. Tak, że nie mamy wątpliwości, że kiedykolwiek mógłby odpuścić walkę o swoje, o nasze. Wygrywa swoimi wypowiedziami słowne bolera. W końcu dając tak pełny obraz zjawiska, problemu, że stajemy się nim samym. Czujemy jego niechęć, nienawiść wypływające z miłości i troskę w nadziei, że wiedza o zaistniałym złu coś może jeszcze zmienić. Cokolwiek. Trzeba przebić się przez tę skorupę niechęci, utyskiwania, krytyki, by zstąpić do głębi jego uczuć i motywacji tego twórczego działania. Jemu również, jak Joanie, twórczość ratuje życie.Ta nieustępliwość, uporczywe parcie pod prąd, bezkompromisowość ujawnia czułego, odważnego artystę, któremu zależy, który musi świadczyć prawdę za wszelką cenę. A ta jest też taka, że zarówno realizowanie swoich planów twórczych jak i sprzeniewierzanie się im, jest sytuacją, która degraduje człowieka, niszczy go. A w końcu zabija. Joana ginie, toksyczne artystycznie towarzystwo wzajemnej adoracji to środowisko zombie. Thomas żyje choćby tylko po to, by opowiedzieć o tym. Ale w jakim jest rozdarciu, konflikcie!

Lupa pięknie Bernharda czuje, ale i na scenie uspokaja, uśrednia nie rezygnując z jego przenikliwości spojrzenia, celności oceny, jedni przekazu, spójności diagnozy rozumu i serca. Przy czym nadaje mu głębię. Thomas/Skiba jest zdumiewająco monochromatyczny. Nienapastliwy, niesfrustrowany, spokojny a refleksyjny, wycofany, stonowany, empatyczny. Jakby przyglądając się swoim znajomym, czuł się jednym z nich. Widząc ich upadek, myśli o zagrożeniach dla siebie. Wyciszona,  konsekwentna interpretacja działa z  jeszcze większą mocą. Bo człowieka ciągnie do bratnich dusz, nawet upadłych. Nie istnieje w próżni. A również poprzez nich. Dla nich. Zajmuje się wiwisekcją artystycznego środowiska, bo mu na nim zależy, bo był z nim związany. I w jakiś sentymentalny sposób nadal jest ten świat mu bliski. Rozpoznaje swoje uczucia. Zastanawia się, jak jednocześnie można kochać i gardzić. Bo Bernhard kocha to umarłe, zamordowane w nich marzenie, wolność, talent. Tęsknotę za autentycznością. Jest na całe towarzystwo ubrane w obłudę i kompromis wściekły, widząc roztrwoniony potencjał twórczy, klęskę szansy na wielkość. To, co miało być kreatywne i silne, jest miałkie i słabe. Samolubnie, fizjologicznie zapatrzone tylko w siebie. 

Tylko bezkompromisowość daje szansę ocalenia ducha. Joana traci życie ale jest do końca wierna sobie. Jest ofiarą systemu, który jej nie chciał, który ją odrzucił. Jest jednostką, której bliskie jej środowisko nie pomogło. Jedynie grając czuła, że żyje. Bernhard wie, że będzie pisać o tym, co widział, przeżył. A jednak kłamie przyrzekając, że wszystko zachowa dla siebie i zbuntuje się dopiero poprzez twórczość. Tylko partner samobójczyni potrafi powiedzieć wprost, co myśli, czuje. I wychodzi. Jest spoza układu. I zna inną Joanę.

Bo oceniać człowieka można z różnych punktów widzenia. Jako człowieka, jako artystę. Kim chciał, kim mógł być i kim w istocie był. I to na przestrzeni całego życia. Bernhard brutalnie, z pogardą, nienawiścią a za nim Lupa ale i z czułością i dystansem odsłania tą wieloznaczność zaklętą w człowieku. I pokazuje, jak trudno go jednoznacznie ocenić. A tym bardziej potępić. Im bardziej jest krytyczny, tym bardziej widzimy, jak bardzo mu na tych ludziach zależy. Ułomnych, niedoskonałych, ale jednak mu bliskich.Jest jednym z nich, z tych czujących głębiej,mocniej ale z tą różnicą, ze nie zaprzedał duszy diabłu/posady, zaszczyty, pieniądze, prestiż/. Dlatego ich zdrada tak go boli, tak dotyka. Tak przyciąga, nęci, nie pozwala pozostawić ich samym sobie.Bez upuszczenia krwi. Bez wbicia kija w mrowisko.

WYCINKA to teatr artystycznie autorski. Nowoczesny, nam współczesnym dedykowany. Szlachetnie klasyczny. Scenografia, wideo jest komplementarnym bohaterem sztuki, muzyka jej siostrą i bratem. Światło światem równoległym, rozszerzającym, pogłębiającym pole widzenia i podskórnego czucia. Matką i ojcem jest Bernhard adoptowany przez Lupę. Nie wiem, czy to już nie jedna osoba. Persona. Aktorzy to mądre, zdolne piekielnie, błyskotliwie dzieci. Kochający swych rodzicieli, przewodników, partnerów. A my, widzowie? Ja, w każdym razie, podążam za nimi. Są mi bliscy. Tak bardzo. Bo widzę ich wysiłek, trud w docieraniu do mnie. Tą uporczywość w szukaniu właściwego sposobu porozumienia, wyrażania siebie. Z szacunkiem, uczciwością, mozołem. Odwagą i bezkompromisowością. Gdzie wszytko coś znaczy i tak się dostraja, komponuje doskonale, że czar teatru działa i chroni jego z nami tajemnicę artystycznego obcowania. 

I tak Bernhard czerpie z siebie i otoczenia uporczywie, obsesyjnie, natarczywie, odważnie. Nakręca spiralę emocji, napięcia jak w BOLERZE Ravela, w jego rytmie, tempie przybliżając się do kulminacji prawdy. Za cenę wykluczania, samotności, cierpienia, walki z samym sobą i światem, który i czeka na to, co ma do przekazania i który jednocześnie walczy z nim, nie rozumiejąc lub bojąc się jego przekazu, intencji, celu. Lupa czerpie z  Bernharda, siebie i otoczenia konsekwentnie, bezkompromisowo, mistrzowsko. I w rytmie, tempie BOLERA Ravela konstruuje swoją hipnotyczną, senną, spójną wypowiedź artystyczną. Precyzyjną, plastyczną i melodyjną, ostrą i czułą. Jest współczesnym, żywym przykładem jak można, można i trzeba walczyć o wierność sobie w przekazie prawdy o świecie, o człowieku, o artyście. Za cenę możliwości porażki, konfliktów, niezrozumienia, oporu a nawet odrzucenia przez poprawną, betonową większość. Artyści, aktorzy też czerpią z siebie, z Lupy, Bernharda, otoczenia polifonicznie, perfekcyjnie, precyzyjnie. Wygrywając aktorskie BOLERO. Ryzykując osobiste odkrycie w pełnym zaangażowaniu w proces twórczy, który jest wymagającą bestią, gotową zniszczyć najdelikatniejszą tkankę uczuć i wrażliwości w człowieku. Ale bez tego niemożliwe jest przekroczenie własnych możliwości, ograniczeń, niedoskonałości.  Tylko najwięksi są gotowi na takie starcie, na taki proces sprawdzania siebie.  I my, im podobni. Choć każdy odrębny i wolny. A łączy nas teatr. Zaczarowani artyści, zaczarowane kreacje, zaczarowana sztuka. 


Spektakl
fot. Natalia Kabanow, Teatr Polski we Wrocławiu

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/207007.html    WYCINKA 
    Thomas Bernhard
  • na podstawie przekładu MONIKI MUSKAŁY
  • adaptacja, reżyseria, scenografia i reżyseria światła KRYSTIAN LUPA
  • apokryfy KRYSTIAN LUPA i improwizacje aktorskie; cytaty z dzieł Jeannie Ebner i Friederike Mayröcker; myśli Joany w Sebastiansplatz VERENA LERCHER (Graz)
  • kostiumy PIOTR SKIBA
  • oprawa muzyczna BOGUMIŁ MISALA
  • wideo KAROL RAKOWSKI i ŁUKASZ TWARKOWSKI

OBSADA

  • improwizacja na temat Cold Song Henry’ego Purcella w Sebastiansplatz MIECZYSŁAW MEJZA
  • asystenci reżysera OSKAR SADOWSKI, SEBASTIAN KRYSIAK (PWST), AMADEUSZ NOSAL (PWST)
  • koordynator projektu MAGDALENA PŁYSZEWSKA
  • inspicjent EWA WILK
  • sufler MAGDALENA KABATA
  • charakteryzacja MATEUSZ STĘPNIAK, MARIANNA BARTNICKA
  • garderobiane ANNA DOBOSZ, LUCYNA DOMAŃSKA, BEATA MAZURKIEWICZ, JOANNA ZBOROWSKA
  • montażyści ADAM BURACZEK, BOGDAN DYLĄG, DAMIAN DYLĄG, MIROSŁAW GOŁĘBIOWSKI, GRZEGORZ KLOC, PAWEŁ STANASZEK, GRZEGORZ SZNAJDER, ŁUKASZ SZYSZKA
  • rekwizytor MAREK IWANASZKO
  • realizacja światła DARIUSZ BARTOŁD, PAWEŁ OLSZEWSKI
  • realizacja projekcji DARIUSZ BARTOŁD, KAZIMIERZ BLACHARSKI
  • operator kamery MAREK STUPKA
  • realizacja dźwięku TOMASZ ZABORSKI, WOJCIECH BIELACH, MARCIN NIEBOJEWSKI
  • współpraca scenograficzna w zakresie wykonania projektu technicznego PIOTR CHOROMAŃSKI

piątek, 10 kwietnia 2015

JERZY GRZEGORZEWSKI IN MEMORIAM



fot. Marta Ankiersztejn /na zdjęciu plakat Jerzego Grzegorzewskiego i jego fotel ofiarowany mu przez Leszka Orzechowskiego/

"Gościu ty ciała mojego i druhno,
Co pójdziesz teraz w ostępy ciemności,
Twarde i nagie, i pełne bladości,
A żartów stroić już zwykłych nie będziesz."
/HADRIAN "Animula vagula, blandula" /

9 kwietnia 2015 r. minęła dziesiąta rocznica śmierci Jerzego Grzegorzewskiego. Jedynie DUSZYCZKA jest jeszcze grana w Teatrze Narodowym w Warszawie. To teatr żywy. Niesie przez czas zjawisko artystyczne jakim był jego twórca. Kim był? Co znaczył? Co pozostało? Dopóki żyją ci, którzy go znali, kochali, cenili, przyjaźnili się z nim, nie wszystek umarł. I widzowie, którzy byli wierni jego twórczości. Oglądali i przeżywali jego teatr. Zapis filmowy jego sztuk, wszelkie opracowania, książki, obrazy, udokumentowane wspomnienia to wszystko będzie jedynie namiastką. Okruchem rozbitego zwierciadła. Wyobrażeniem budowanym z rozpadających się powidoków pod wpływem czasu, zapomnienia. Ale to naturalna kolej rzeczy. NIEUNIKNIONA. BRUTALNA. OCZYWISTA.

Oby tylko duszyczka plastycznego palimsestu teatru  Grzegorzewskiego przetrwała uwolniona od cielesności, kontekstu, ograniczeń. Poza cierpieniem istnienia, bólem tworzenia, śmiercią, miłością, wiarą, poczuciem piękna. I dywagacją o konsekwencjach ich obecności lub nie we współczesnym człowieku.

Przetrwa wspomnienie artyzmu tego teatru, niesionej przez niego tajemnicy. Poczucie uczestniczenia w niezwykłym dziele tworzenia. Przez człowieka dla ludzi. Z uczciwością, pietyzmem, szacunkiem do siebie samego i tych, z którymi swoją pracę tworzył i do których ją kierował. Bez wyjątku do wszystkich uczestników tego niezwykłego zjawiska jakim jest teatr. Aktorów, pracowników technicznych, sceny i zaplecza oraz widowni. Czas był dla niego ważny, praca nad sztuką, wzajemne rozumienie się i czucie z aktorami. Autor sztuki, przesłanie, myśl szczera, intencja okupiona wysiłkiem twórczym, poczucie odpowiedzialności i misji. Kontynuował konsekwentnie teatr narracji plastycznej. Będąc biblistą wobec słowa- poetyckiego, naturalnego -darzył je miłością, szacunkiem. Uważał, że jest głównym nośnikiem istnienia autora i tego, co go otacza. 

Nie bez znaczenia, wpływu na jego spektakle teatralne miało jego wykształcenie plastyczne. Poszukiwanie przedmiotów, eksponatów dekoracji, przetwarzanie je, przystosowanie do potrzeb sztuki było istotnym elementem procesu twórczego. Przywiązywał do nich wielka wagę. Przywiązywał się. Używał w kolejnych sztukach, tak, ze znów stanowiły istotny element rzeczywistości scenicznej. Ale tez szanował pustkę sceny, doceniał milczenie. Zakłócić je mogła tylko uzasadniona propozycja, bo przecież, tak uważał, nie można jej zapełniać byle czym, byle jak. Nie stosował chwytów, byle czego, by wypełnić czas aktora, widza. Grzegorzewski w trakcie swej pracy nad spektaklem miewał długie chwile zawieszenia, milczenia, znikał, by znaleźć swoją przestrzeń, przedmioty, pomysły. Należało cierpliwie, spokojnie czekać, obdarzając go kredytem zaufania gdy zwlekał z decyzjami, długo się namyślał, szukając natchnienia. Zawsze  udawało się ze spektaklem na czas zdążyć. Zwłaszcza, że praca przebiegała, co wyjątkowe i ważne, w absolutnym zrozumieniu, bez kłótni, pozorowania, udawania. Jego inspiracja, energia wyzwalała w aktorach, współpracownikach wyżyn twórcze. Jerzy Grzegorzewski nie analizował z aktorami tekstu. Nie było pytań, kłótni, sprzeczek w sprawach fundamentalnych, bo albo aktorzy wchodzili w przedsięwzięcie albo nie. Reżyser doskonale się rozumiał ze swymi współpracownikami/wspólny język, podobna wrażliwość/. Był uczciwy, nie gwałcił tekstu, czekał aż dojrzało w nim dzieło, koncepcja wystawienia. Muzyka była ostatnim dotknięciem, szlifem, zwieńczeniem. Dzieła były zasadne, musiały czemuś służyć, nie zawsze miały uzasadnienie czy wyjaśnione były do końca. Stąd tajemnica. Niedopowiedzenie.

Grzegorzewski był uważnym obserwatorem życia zewnętrznego, stosował meta język, który jednych do niego przyciągał, innych odpychał. Ważny był dla niego początek pracy, struktura dzieła, proces, który się tworzył a nie z góry realizowany plan działania, odczytane intencje twórcze i budowanie napięcia w sztuce. Ważny był dla niego widz. To był wspaniały człowiek i ktoś, kto potrafił drugiego człowieka obdarzyć przyjaźnią. Niesłychanie sentymentalny i wrażliwy. Empatyczny, wrażliwy o dobrym sercu. Tak go wspominają aktorzy, z którymi współpracował i przyjaciele. A także pracownicy techniczni, których wypowiedzi świadczą o bliskich relacjach z reżyserem, który cenił, szanował i znał ich warsztat, rzemiosło, często z nimi rozmawiał, monitorował przebieg prac, inspirował, ukierunkowywał. Uczestniczył w projektowaniu i wykonaniu, bowiem nigdy nie było profesjonalnych, ostatecznych projektów przedmiotów, kostiumów, rekwizytów. To właśnie film z ich udziałem można obejrzeć na wystawie eksponatów scenograficznych w Teatrze Narodowym. W nowej odsłonie. W nowej roli. 

Poważnym przedsięwzięciem Grzegorzewskiego było wskrzeszenie Teatru Narodowego po trudnych czasach jego niebytu artystycznego. Przez pięć sezonów pracy zbudował Teatr Narodowy, dom Wyspiańskiego.  Stworzył zespół, program a przede wszystkim określił kierunek i charakter teatru. Jerzy Grzegorzewski miał trzy inspiracje, miłości: Wyspiańskiego, Witkacego, Różewicza. To był gigantyczny program artystyczny, ambitny, poważny. I Grzegorzewski go realizował. W dużej mierze mu się udało. Zrealizował 12 spektakli a jeszcze 3 za dyrekcji Jana Englerta. Choć miał trudne relacje z publicznością, krytyką teatralną/konflikt z Romanem Pawłowskim/ ze względu na sposób bycia, egalitaryzm swojej sztuki oraz braku zainteresowania mediów/ nie był faworytem prasy/. Konsekwentnie jednak tworzył teatr totalny dbając o wysokiej klasy wydawnictwa, znaczące plakaty teatralne, realizowany program edukacyjny.

Dla mnie spotkanie JERZY GRZEGORZEWSKI IN MEMORIAM w Teatrze Narodowym była nową odsłoną wybitnego reżysera. Bardzo intymną, czułą. Osobistą. Miałam nadzieję, że przybliży mnie do zjawiska artystycznego, jakim był, jakim pozostał. Bo jego, sztuka, choć utrwalona na taśmie filmowej, ułomnie, z określonego, ograniczonego punktu widzenia,  jest nadal niezwykła. Stanowi dla mnie jedyną materię, którą mogę badać swoją wrażliwością. Można kręcić nosem, wybrzydzać, marudzić, pomniejszać ich wartość w stosunku do sztuki żywej teatru ale to jedyne dowody jego pracy, wielkości talentu, artystycznej wrażliwości. Można było obejrzeć OPERETKĘ Gombrowicza, SĘDZIÓW na podstawie S.Wyspiańskiego/21 kwietnia 2015 r. wyemituje TVP Kultura/, HAMLETA S.Wyspiańskiego. Nagrania sztuk zrealizowanych w Teatrze Studio można obejrzeć w Instytucie Teatralnym. 

I trzeba oglądać spektakle Jerzego Grzegorzewskiego, by wiedzieć dlaczego wielkim artystą był. I jest. Jest, póki my żyjemy i chcemy, by jego duch mieszkał między nami. Duszyczka. 

środa, 1 kwietnia 2015

DZIADY ZADARA TEATR POLSKI WROCŁAW


Dla mnie dziś jest jasne, że dopiero po wystawieniu całości DZIADÓW będzie można je ocenić. Ten gigantyczny projekt. Mega przedsięwzięcie. Ogromny wysiłek twórczy. W ostatecznym kształcie ujawni się zamiar, forma nienaruszonej przez reżysera treści autora, działanie dzieła.  Jeśli tekst cały wypowiedziany co do litery, to i spektakl cały zagrany do ostatniej sceny. Jak wszystko to wszystko. Tak, trzeba je obejrzeć gdy będzie skończone.  Teraz to jednak work in progress. A więc Zadara, co do Mickiewicza, już na początku jakiś taki niekonsekwentny, teatr pokawałkowany proponuje. Podzielony na części. Nie interesują mnie intencje, konieczności, ograniczenia. Nieprawda, interesują. Ale jak całość to całość. S&D też obiecywali, że wszystkie części KLĄTWY wystawią razem w teatrze za jednym posiedzeniem, w cenie jednego biletu. Chyba nie było maratonu pod kocykami, jak wcześniej planowano. Dlaczego plany spełzły na niczym?

Sam pomysł wystawienia DZIADÓW bez cięć, skrótów, ingerencji, zmian jest ciekawy. Ale jakby z góry usprawiedliwiający, że jeśli nie wyszło, to nie my. Tak, jesteśmy ciekawi tego, czego nie znamy. Co można przeczytać ale się nie chce, bo nie ma czasu, bo się nie musi. W teatrze łatwiej docierać do przekazu, chwytać sensy, smakować piękno. Bo, że ten tekst jest piękny już wiemy, wiemy a priori. Znamy, bo są dostępne kreacje HOLOUBKA, TRELI, ZAPASIEWICZA, innych.

Ale na całość też trzeba mieć pomysł interpretacyjny. Nie wystarczy zabieg formalny. Poza tym oczywistym, by tekst był zrozumiale wypowiedziany, by brzmiał współcześnie. Wtedy, czytelny i usprawiedliwiający pomysł konstytuujący, będzie satysfakcjonujący. I tu mamy nad czym się zastanawiać. Czy rzeczywiście kongenialne przeniesienie na scenę tekstu jest wystarczające do uznania, że to produkt udany? Historycznie pewnie tak. A artystycznie? Zobaczymy, czas pokaże.

To przedstawienie, na dzień dzisiejszy, nie jest spójną, równo zagraną całością. Mocnym przekazem. Poruszającym dziełem. Jest dopiero wstępem. Przedsmakiem. Koniecznie do obejrzenia raz jeszcze. Częściej dziś śmieszyć, bawić może, irytować niż porywać. Nudzić dłużyznami monotonnie deklamowanymi lub wyśpiewanymi. Co rozbija dramaturgicznie, obniża napięcie. Nie jesteśmy przecież Mickiewiczowi współcześni, mamy już inną wrażliwość, jesteśmy w innym kontekście historycznym.

I wszystko dosłowne, akuratne. Gdzie dzieci, tam są dzieci. Gdzie starzec, tam starzec. Jak ma Zosia być gdzieś między ziemią a niebem, to wisi zawieszona, unosi się, buja bez nadziei na zmianę. Jak baranek, to kukła klekocącego zwierzęcia. Jak motylki, to motylki. I tak dalej, i tak dalej . Im głębiej w las, tym więcej drzew. Dosłownie. I więcej śmieci, również tych spadających z góry w plastikowych workach. Jako scenograficzna ilustracja. Słowo ciałem się na scenie staje. W mgle scenicznej zanurzone. No, maluch jeszcze, płonące ogniska, pustostany z graffiti, muzyka z magnetofonu, ślady nowoczesności, tropy współczesne. Ale jakieś nieskładne z wykonaniem, ironiczne karykaturalnie.  Zabawki, igraszki, śmieszki takie. Co to je nazbyt lekko można traktować, niezobowiązująco. Ale przyznać trzeba, że się je dobrze pamięta. Są tak absurdalne, irytujące lub dziwne. Siedzący w pierwszych rzędach cały czas zanurzeni są we mgle.

Może dlatego tak bardzo podoba się katorżniczo wypracowana kreacja Porczyka. Zapiera dech. Fascynująca. Dynamiczna, dosłowna, ubrana w kostium współczesny, nadekspresję gry aktorskiej. Wszystkiego jest nadmiar. Wszystkiego naddatek. Róg obfitości. Kotłuje się w Gustawie jakaś miłości niespełnionej a wyśnionej siła fatalna, namiętny kochanek, zdradzony, oszukany, porzucony a jednak żar młodości straconej na nowo roznieca pragnienia przeżywania wszystkiego od nowa. Miota nim i kręci po scenie. Buzuje niepokój, agresja, podejrzenie, uczucia sprzeczne, ekstremalne, niemożność nagięcia innych do swojej racji. Szamotanie się czucia w logice uzasadniającego to czucie pragnienia ciała. Siłowe uzasadnianie. Dramatyczne. Szalone. Budzące grozę, lęk, zdziwienie. Szok. Ale ten Gustaw jest nam na swój sposób bliski. Rozpoznajemy go. Nadpobudliwy, nakręcony, nieskoordynowany, zaburzony, nieprzewidywalny jakby był pod wpływem, na haju mieszanki miłości, cierpienia, zdrady w dawce ekstremalnej każde. Mowa ciała z całą jego charakteryzacją, fryzurą, kostiumem to obraz miotającej się furii, frustracji, bólu, cierpienia. I jakiejś podskórnej czułości w tym nieokrzesaniu, toporności, grubiaństwie. Zakochany bez pamięci, beznadziejnie. W wiecznej tęsknocie. Pogoni za nieosiągalnym spełnieniem. Uwierającym rozczarowaniem. Wizualizuje czyste uczucia przeżywane  bez końca, których nie sposób zrozumieć, unieważnić, pomniejszyć. Szlachetność intencji grubo przykryta  pozorem gwałtowności. Subtelność niecierpliwością. Miłość żalem. Pretensją, rozczarowaniem.  Gorzki to smak zmarnowanego życia. Gustaw Porczyka to czuły barbarzyńca. Niby swój, a jednak obcy. Wykluczony z życia. Którego się boimy, ale któremu współczujemy. Nie potrafimy pomóc. To postać z horroru. Ogromna rola. Zdominowała całość przedstawioną. Przyćmiła resztę. Pomniejszyła ją.

Znów zwyciężyła koncepcja, kreacja, pomysł konsekwentnie poprowadzony instynktem talentu. Uporczywie pociągnięty bardzo długą sekwencją tekstu do końca. Może razić przerysowanie, absolutny naddatek ekspresji. Ale widać to szaleństwo, zatracenie w cierpieniu, szukanie w tym swoim zniszczonym przez siebie życiu sensu. Upiór samobójcy, mara romantycznego kochanka budzi w nas ambiwalentne uczucia. Fascynację, ciekawość ale i strach.  Zastanawiamy się, jak nadwrażliwość, wybujała uczuciowość oraz skrajny indywidualizm mogły doprowadzić do takiej tragedii. Gdy karą za pogwałcenie praw boskich i naturalnych (odebranie sobie życia) jest na nowo odgrywane misterium nieodwzajemnionej miłości, zdrady, żalu, śmierci. Udało się Porczykowi pokazać te wszystkie stany upiornego zatracenia w cierpieniu z miłości. On jeden w pełni rozwinął swój zawiły uczuciowy wątek. To współczesny Gustaw.

Jednak nie do końca w tym DZIADÓW bogactwie wszystkiego jest zrozumiałe przesłanie, myśl jasna. Koncepcja. Miesza się stare z nowym. Zderza. Jedno wadzi drugiemu. Potyka się o siebie. W starciu bezpośrednim zgrzyta. Kontynuacja obrządku dziś jest nieuzasadniona. Niezrozumiała. Może dlatego wypada karykaturalnie. Nie aluzyjnie, ironicznie, satyrycznie a płytko śmiesznie. Nie ma w tym przekazie płynności, estetycznej jednorodności. Konsekwencji. Jakby pomysły ad hoc nie zostały przemyślanie obrobione,  bez korekty włączane do spektaklu. Paradoksalnie ten nadmiar zżera, zamazuje samą treść, a więc i jej sens. A kwestie,  jeśli są źle wyartykułowane,   pozostają niestety nieczytelne. Widz gubić się może w tym Zadary mateczniku akcji, Mickiewiczowskim oceanie słów. Co ma rozjaśnić, zaciemnia. Nie ma więc estetycznej jedni, poziomu takiego wykonania, który wydobyłby dla nas nowy, istotny przekaz na nasze czasy. Na dany moment ziemia się nie zatrzęsła. Jedynie trzęsły się brzuchy ze śmiechu, chichu. W mózgach shake up. Mimo nieskalanej reżysersko treści prawie całości.

Nie lubię, gdy się na mnie szykuje plany artystyczne, projekty twórcze, gotowe szablony interpretacyjne, najwyższe racje twórców/wygłoszone przed spektaklem, po spektaklu w mediach, gdzie się tylko da przy okazji/ i z góry narzuca mi, co mam myśleć i czuć, jak odbierać przekaz, to co słyszę i widzę. Z moim ex ante zadowoleniem w pakiecie. Ja muszę być, zdaniem reżysera, fun and happy. Muszę mlaskać z zadowolenia. Kiwać głową na tak. Otóż nie muszę. Nie musi mi się podobać. Nie musi mnie ten spektakl przekonywać. Nie musi mi się zadowolenie ulewać. I choć doceniam wysiłek wszystkich, oglądam spektakl z zainteresowaniem, bo teatr umożliwia mi zapoznanie się z całością Mickiewiczowskiego tekstu, to nie powala mnie ten przekaz Zadary na kolana. Nie unosi ponad. Udowadnia, ze trzeba mieć od siebie coś własnego, osobnego do przekazania, choćby ten bonus współczesny, a nie tylko gołe słowo w dosłownej ilustracji  przez poetę dane. Trzeba je umieć użyć, obrobić, wypowiedzieć. Trzeba tchnąć weń współczesnego ducha. Ale szczerze, prawdziwie, czule. Tak, by wybrzmiało wiarygodnie, uderzyło swą mocą prosto w serce, jak nie w serce to w rozum. A nie tylko obśmiało rzeczywistość sceniczną ironią. Mamy się nie dystansować a wnikać głęboko w przesłanie. Najgłębiej jak się da tylko. Gdy zawodzi szkiełko i oko. Tak, by słowo rozbijało konwencje, rzeczywistość widzialną.

A DZIADY Zadary są śmieszne. Są pomieszaniem porządków. Są błądzeniem w ciemnościach bez ścieżki interpretacyjnej. Migoczące światła dają obraz rozedrgany, rozproszony, niepełny. Choć nie mamy wątpliwości co do tego, że wszyscy się bardzo, bardzo starają. I bardzo, bardzo im zależy.

Artyści chyba nie mają do nas, widzów, zaufania. Nie dowierzają naszym dobrym intencjom. Nie zauważają otwartości, ciekawości. I myślą, że widzowie nie widzą ich pewności siebie, zaciekłego bronienia swego, uporczywego wracania tylko do ich punktu widzenia. Poczucia, że nie o dialog tu chodzi, wspólną komunikację a o posłuszne słuchanie tych, co na pewno wiedzą lepiej, bo trzy lata nad tematem pracują. Rozczarowani na wstępie, że nie kupujemy kota w worku. My też ciężko pracujemy. I też się bardzo, bardzo staramy. I bardzo, bardzo nam zależy.


DZIADY, części I, II i IV, oraz wiersz "Upiór"
Adam Mickiewicz 
reżyseria: Michał Zadara,
dramaturgia: Daniel Przastek,
kostiumy: Julia Kornacka i Arek Ślesiński,
scenografia: Robert Rumas, światło i
wideo: Artur Sienicki,
muzyka: Maja Kleszcz i Wojciech Krzak.
Premiera: 15 lutego, Teatr Polski we Wrocławiu
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/199560.html