środa, 7 lutego 2018

KOCHAM TEATR TELEWIZJI

"Rio" Marka Kochana w reżyserii Redbada Klynstry-Komarnickiego. Emisja 12 lutego 2018.
Kocham Teatr Telewizji miłością pragmatyczną a nie fanatyczną. Pragnę przypomnieć wszystkim fakt oczywisty, że jest niezwykły ze względu na swój status i zasięg. Rolę i misję. Wielodekadowe trwanie. Do niedawna poziom artystyczny. Ten jednak nie zawsze musi, choć powinien, być najwyższych lotów. Ważne jest, że kultura wysoka, trudna, zazwyczaj w najświetniejszym wystawieniu trafia do każdego domu, daje szansę rozbudzenia zainteresowania teatrem i tą jego siłą fatalną, która zwykłych zjadaczy chleba w anioły przerabia; daje wiarę w potęgę sztuki, która czyni nas lepszymi już przez sam fakt z nią obcowania, która uszlachetnia też poprzez pokazanie tego co nieszlachetne, niedobre, niskie. Która nas przeorze, zasieje ziarno i cierpliwie czekać będzie z nadzieją na efekty. Teatr Telewizji nielicznych przecież spektakli to dar bezcenny dla tych tak licznych, którzy nie mogą, nie są w stanie, których nie stać, by być /w ogóle, często/ w teatrze żywym. Ceny biletów są coraz wyższe, kosztuje też dojazd do teatru. Coraz mniej mamy czasu na kontakt ze sztuką. Nie chcę słuchać, że to sztuka elitarna. Bo TT rozsadza swym znaczeniem tego typu argumenty. Jest mainstreamem. Na poziomie wrażliwości, wyobraźni, estetyki barier nie ma. 

Rozumiem niepokój a nawet oburzenie Andrzeja Horubały dotyczące obecnego poziomu artystycznego Teatru Telewizji, nie rozumiem jego sugestii, że Teatr Telewizji jest niepotrzebny/lepiej przeznaczyć pieniądze na filmy, inne produkcje/.  Śmieszy mnie reakcja Piotra Zaremby, który potraktował tak osobiście i dosłownie to, co pisze dziennikarz-recenzent. Każdy ma prawo do wypowiedzenia swojej opinii. Każdy inny ma prawo się z nią nie zgodzić.  W dodatku internet przejmuje władze nad światem, również recenzenckim, jest tym barbarzyńcą, który zawłaszcza odpuszczone rewiry przeznaczone do publikowania. Bo mu się na to pozwala, bo może, bo chce.  Bo tej potrzeby dzielenia się ze światem tym, co w nas się rodzi, nikt nie jest w stanie zahamować. Dlatego artyści są/muszą być wolni, niepokorni, uporczywie dążą do tego, by ich wypowiedzi artystyczne za wszelka cenę zaistniały, skonfrontowały się ze światem zewnętrznym, odbiorcą. Żaden zakaz, ograniczenie tego imperatywu wyrażania się nie powstrzyma. Im więcej ograniczeń, tym większa siła odśrodkowa. Zawsze można znaleźć sposób, by zrobić, co się chce, pragnie, o czym się marzy.

Teatr Telewizji może i ma dziś nienajlepszy okres. Irytujący szczególnie tych, którzy znają jego nieśmiertelne, wartościowe produkcje, rejestracje ale to nie powód, by całkowicie go zniszczyć. Jego siłę, poziom i wartość tworzyli artyści najlepsi, najciekawsi, najzdolniejsi. Dlatego ryzyko niepowodzenia artystycznego było minimalizowane już w zarodku projektu. Ale trzeba pamiętać, że każda sztuka, a więc również i teatralna, to rewir wysokiego ryzyka, olbrzymiej odpowiedzialności. Mimo zgromadzenia najlepszych komponentów, dzieło może się nie udać. I to bardzo. Klapa wliczona jest w tą działalność. Szczególnie gdy wtrąca się, moderuje polityka, interes, niekompetencja, brak spójnej, konsekwentnej wizji i właściwego zarządzania. Niestety.   
          
Jednak nie wylewajmy dziecka z kąpielą, nie pozwalajmy sobie na fochy, dąsy,  pozy. Miny polskie.  Walczmy o Teatr Telewizji, o jego wysoki artystyczny poziom. Piszmy o nim, rozmawiajmy, dyskutujmy. Nie myślmy tylko o sobie. Mamy naprawdę wspaniałych artystów, cudownych aktorów, obiecujących reżyserów, nieprawdopodobnie różnorodne spektakle w teatrach, nowe sztuki gotowe do wystawienia. Największą widownię w kraju. To olbrzymie bogactwo, potencjał, który czeka na wykorzystanie. Zaistnienie. Tak, by ci, którzy nie mają z różnych względów dostępu do teatru, mogli nadal nim się cieszyć. Sami ocenią prędzej czy później, wierzę w to bardzo, czy jest dobry, czy zły. Najważniejsze, by mieli szansę zobaczyć, poczuć, pomyśleć. Wyrazić własne zdanie, jakie by nie było. Tak hartuje się stal. Tak rodzi się potrzeba, która rozwija
się w imperatyw obcowania ze sztuką, nie tylko teatralną. Zaufajmy im. Pomóżmy.

Tak więc Teatr Telewizji powinien przede wszystkim być. Tak jak każdy inny teatr. Wielokrotnie potwierdził, że potrafi być medium niezależnym, wybitnym artystycznie. Jaki jest, niech każdy sam ma prawo oceniać. Recenzenci niech robią swoje. Czy robią? Nie sądzę. Wymagam, by nie recenzowali widzów a spektakle. Oczekuję też, że nie będą wykorzystywać spektakli przeciwko teatrowi jako instytucji. Mówienie mi jako widzowi, co mam oglądać lub nie, co ma mi się podobać lub nie, nawet jeśli jest mocno merytorycznie uzasadnione, jest kuriozalne. Bo traktowanie mnie, jak i każdego innego widza, z pogardą /poczuciem wyższością, lekceważeniem, niedocenianiem/ dyskwalifikuje tę osobę; jako recenzenta i jako człowieka. Im bardziej się wynosi, tym bardziej się w moich oczach poniża. Powodzenia:)


poniedziałek, 5 lutego 2018

ILUZJE COLLEGIUM NOBILIUM


ILUZJE Iwana Wyrypajewa opowiadają historie dwóch małżeństw, jednocześnie czworga dozgonnych przyjaciół, zwykłych ludzi z perspektywy starości, w momencie odchodzenia. Gdy wydawać by się mogło, że bohaterowie znając się na wylot,  żegnając się z życiem, nie mają absolutnie już nic do stracenia. I to jest jeszcze jedna iluzja zafundowana przez autora widzom. Dopóki człowiek żyje, zawsze może coś się wydarzyć, zwłaszcza gdy ma niezwykłe poczucie humoru. Te wyznania, wspomnienia, przebłyski świadomości, olśnienia co jest pragnieniem, co zmyśleniem, co prawdą a co kłamstwem w jednym wypadku przywraca  staruszków do życia, w innym doprowadza do śmierci. Są elementem gry, w której się uczestniczy, dopóki się jeszcze funkcjonuje, jest, żyje.

Wyrypajew napisał swą sztukę niełatwą do przedstawienia na scenie, dla aktorów 30-35 letnich, myśląc chyba, że bohaterowie w tym wieku, już nieco doświadczeni, trochę dojrzali, będą generacją, która pod wpływem wniosków płynących z przytaczanych historii ma szansę zweryfikować własne postawy, sprawdzić uczucia, będzie w stanie coś z własnym życiem jeszcze zrobić, coś w nim zmienić, bo mają perspektywę czasu, burzenia i tworzenia. I Agnieszka Glińska podporządkowała się temu wymogowi. W jej spektaklu wystąpili  aktorzy w średnim wieku. Dorota Landowska, Dominika Ostałowska, Krzysztof Stroiński/the best/, Łukasz Lewandowski zabawnie, z poczuciem humoru, lekko demaskują w monologach bezsens poszukiwania ideału miłości, zastanawiania się czy była prawdziwa, wzajemna, gdy długoletnie, trwałe związki już się spełniły, a życie dobiega końca.

Sam Wyrypajew zaangażował Annę Dymną, Krzysztofa Globisza, Juliusza Chrząstowskiego, Katarzynę Gniewkowską. Skutkowało to relacją bardziej dojrzałą, ostateczną, dokonaną. Głęboką. Refleksyjną, poważną.  Aktorzy dają odczuć siłę wspomnienia, jego intensywność, znaczenie.
Jakby to nie do bohaterów sztuki należały opowiadane historie ale do aktorów, co miało wypracować efekt bardziej autentyczny, wiarygodny, bezpośredni. Osobisty a nawet prywatny. Gdy aktorzy nie grają a są postaciami sztuki.

Wojciech Urbański idzie w tym względzie jeszcze dalej, wyreżyserował ILUZJE ze studentami IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie. I odniósł sukces. Okazało się, że opowiadanie o meandrach uczuciowych bardzo, bardzo dojrzałych ludzi z perspektywy młodości ma swój urok, wdzięk, czar. Niezwykłą lekkość oczywistego dystansu. Relacje pozbawione są goryczy, żalu, wahania, poczucia porażki, osobistego stygmatu doświadczania. Wybrzmiewają jak ulubione bajki z morałem. Łagodnie uczące, delikatnie sugerujące. Ciepłe, czule, uspokajające. Z poczuciem humoru. Niegasnącą ciekawością.  Oczekiwaniem odkrywania nowych lądów. Bo w tym wieku, tak naprawdę, ma się jedynie wyobrażenie czym może być miłość dojrzała, prawdziwa, stała, jaki może być związek, który  kształtował się, ewoluował, trwał przez całe życie. Tworzy się awatary pragnień, modele, będące osobistą projekcją własnych oczekiwań, potrzeb. Iluzji. Wszystko jest przed nimi, gdy tymczasem ich bohaterowie wszystko mają już za sobą. Zaskakujące może się wydać, jak bardzo są do obie podobni, tylko na innym poziomie wiedzy, osobistego doświadczenia, w innych relacjach, konfiguracji priorytetów, hierarchii wartości.

Ważne jest kto opowiada, przytacza, relacjonuje. Nawet jeśli aktor jest biernym przekaźnikiem, nie gra, nie wchodzi w rolę a neutralnie pozostaje obok swojej postaci, bohatera. Wiek, wygląd, brzmienie głosu, intonacja narzuca interpretację, decyduje o perspektywie. Kieruje myśli odbiorcy w określonym kierunku. Młodość aktorów wnosi tu w sposób automatyczny i naturalny element poznania, świeżości, energii, która skutkuje dystansem do opowiadanych zdarzeń. Ociepla bardzo wizerunek bohaterów sztuki, każe ze zrozumieniem, przymrużeniem oka traktować ich jak duże, mogące sobie już pozwolić na błędy dzieci, a ich relacje jak naukę, przestrogę, trening zafundowany wnukom przez dziadków, którym wszystko się ma prawo mieszać, zaciera się ostrość widzenia, szwankuje pamięć ale dociekanie jak było czy jest w istocie, dążenie do zdefiniowania swoich uczuć, prawo do ich wyrażenia jest nadal mocne, gorące, jasne. Rozczula ich starcze błądzenie, zadawanie sobie niepotrzebnego bólu, ciągła niepewność w zmieniającym się świecie. Rozczula też to młodzieńcze opowiadanie o iluzjach, w których zaklęta jest prawda o człowieku, jego potrzebie miłości, bliskości, przyjaźni, zrozumienia. Stałości.

Wszyscy aktorzy cały czas są na scenie. Stanowią zespół, opowiadają indywidualnie, bo nie wchodzą w relacje, nie ma dialogów, sytuacji wymuszających interakcje.  Są głosem, który dopiero wkracza w życie. Uczy się, próbuje. Cały czas zwróceni twarzą do widowni, szukają w niej potwierdzenia, akceptacji, stanowiąc sami dla siebie siłę, wzajemne wsparcie. Umieszczeni w surowej, minimalistycznej scenografii, będącej jedynie punktem wyjścia, przestrzenią otwartą, nieokreśloną, umowną, metaforyczną, szukają, jak bohaterowie sztuki swego miejsca w świecie, własnego obrazu spokoju, szczęścia, ukojenia. Także systemu wartości, punktów stałych, co mogą im podpowiedzieć choćby kosmici. I tak nie unikną podszeptom podstępnych iluzji, zwodniczych fantazji, przeżyją niejedno zaćmienie słońca, które zaburzy ich jasność widzenia ale nie zakwestionuje faktów, jeśli naprawdę prawdziwie kochali i żyli.

Brawo! Kolejny interesujący spektakl, po OTELLU i marat/sade, bardzo dobrze zagrany. Drodzy widzowie, nie przegapcie. Drodzy aktorzy, grajcie, grajcie. Powodzenia:)


ILUZJE Iwan Wyrypajew

Reżyseria: Wojciech Urbański
Asystent Reżysera: Karolina Szczypek
Scenografia i kostiumy: Ewa Gdowiok
Muzyka: Wojtek Urbański
Światło: Paulina Góral
Ruch sceniczny: Aneta Jankowska

Obsada:
Karolina Charkiewicz
Zofia Domalik
Anna Lemieszek
Agata Różycka
Hanna Skarga
Marcin Bubółka
Michał Klawiter
Vova Makovskyi
Henryk Simon
Marcin Stępniak
Kamil Suszczyk

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego.

Premiera 3 lutego 2018 r.

niedziela, 4 lutego 2018

ŚMIERĆ DANTONA TEATR NARODOWY


ŚMIERĆ DANTONA jest o procesie umierania tego, co reprezentował Danton. Dotyczy więc też śmierci Robespierre'a, śmierci Rewolucji Francuskiej. Przesądza o niej moment, w którym Robespierre decyduje się pozbyć Dantona, jej głównego ideologa, twórcy i charyzmatycznego przywódcy, i dalej twardo, bezwzględnie brnie w krwawy terror. Gdy ujawnił się śmiercionośny potencjał idei walki za wszelką cenę a wyznaczony cel uświęcał środki. 

Spektakl spięty jest klamrą pysznej, radosnej, smakowitej sceny zabawy, w której uczestniczą Danton/w okularach przeciwsłonecznych/, jego przyjaciele i żona, jakby rewolucja nigdy nie zaistniała. Jakby nic się nie wydarzyło. Tort krojony tasakiem na początku spektaklu i zachłannie, łapczywie jedzony palcami na końcu znamionuje wielki apetyt na słodkie, dostatnie, radosne życie dostępne nielicznym, tym co mają władzę i  świadomie ignorują napierającą wygłodniałą, spragnioną /równości, wolności, braterstwa/ niewidzialną tłuszczę, mającą te same potrzeby, pragnącą podobnie korzystać z życia. Symptomem zmian, niepokojącym elementem jest bałagan/stosy ubrań, gruzu, palonych książek=wszelkich ofiar?/ w obrębie stalowej konstrukcji wieży, symbolu rewolucji, którego szczytowym punktem jest szafot z niewidoczną gilotyną. Biesiadnicy ignorują wszystkich i wszystko-  zaspokajając swoje potrzeby i zachcianki/Danton/ lub kontynuując diabelski, eskalujący zbrodnią plan terroru/Robespierre/, bo wiara w zwycięstwo umarła, szansa na osiągnięcie celu przepadła w morzu przelanej krwi. Ten piękny, przepełniony radością życia obraz drwi sobie z tego zła jakie się wydarza. Pomija go, unieważnia. Pokazuje marzenie spełnienia, zaspokojenia, pełni. Jest punktem odniesienia, perspektywą spojrzenia na wszelkie zmiany, mniej lub bardziej radykalne. A może to oskarżenie, że ukrytą motywacją wszelkiego ludzkiego działania są niskie pobudki, zaspokojenie podstawowych potrzeb egzystencjalnych: wyrwany światu kęs tortu, seks, poczucie swobody, spokoju wśród przyjaciół, najbliższych. Cudowna scena, wspaniały pomysł. Uzmysławiający, że nawet odrobina zwykłej przyjemności, szczęścia w życiu może być zagrożona, odebrana, może być poza zasięgiem.

ŚMIERĆ DANTONA opowiada o zmierzchu rewolucji z perspektywy jej przywódców, o podziale na szczytach władzy, który wpływa na klęskę prowadzonej polityki. To symboliczny obraz naszych czasów. Profetyczne tu i teraz klęski mającej swe źródło w indywidualnej, samotnej, słabej naturze człowieka, jej ograniczeniach, ambicjach, możliwościach. W jego kompleksach i marzeniach.  Osobowości i charakterze. Przyczyna porażki rewolucji pochodzi z niewydolności procesu decyzyjnego, nieumiejętności dostosowania polityki do dynamicznie zachodzących  zmian. Pojawiających się zagrożeń. Ma podłoże psychologiczne. Danton wie, ze jest wypalony, rewolucja przegrana i sam nie jest w stanie znaleźć sposobu na jej ratowanie. Robespierre wybiera drogę zła, destrukcji, wykorzystuje wszelkie możliwości realizacji swego planu dla osiągnięcia celu.

Robespierre Przemysława Stippy to figura zimnego rewolucyjnego fanatyka, twardego autorytetu moralnego/cnota o podłożu religijnym/, który idzie w zaparte i kontynuuje terror. Zamienia XVIII- wieczny czarny, wytworny kaftan, pończochy, perukę, buty na szary, współczesny garnitur. Jego sprzymierzeńcy czynią podobnie. To współczesna generacja polityków cynicznych, idących niezgodnie z prawem do celu. Jest symbolem bezwzględnego dyktatora, metodycznie manipulującego procesem oskarżenia, członkami Trybunału Rewolucyjnego, kształtującym nieprzychylne nastawienie opinii publicznej do Dantona, żywiołowego realisty, którego improwizowana mowa obronna nie jest w stanie go ocalić. Ostatecznie bezwzględna taktyka Robespierre'a zwycięża z Dantona improwizowaną retoryką. Nieprzystępny, nieprzejednany, zamknięty w sobie, wyalienowany Robespierre  wykonuje osobiście /w spektaklu/ wyroki śmierci, jest katem. Po długiej rynnie gilotyny zsuwają się symboliczne zakrwawione kapuściane głowy Dantona i jego przyjaciół. Oni obok ucztując, skandują uciesznie po każdym kolejnym ścięciu. Wiecznie żywi. Nieśmiertelni. Niezniszczalni. Robespierre spogląda na nich z szafotu, obserwuje ich z góry. Dla niego taki dystans jest poza zasięgiem. A uczta trwa. Zamordowanie radości równości, wolności, braterstwa ducha nie jest możliwe.

I znów lud/nieobecny fizycznie na scenie/, jego racja przegrywa, choć jest zaakcentowana w rozmowach, dyskusjach. Wszystko, co najważniejsze dzieje się w głowach i sercach przywódców. Oni kształtują i wpływają na opinię publiczną. Na organa wydające wyroki/Robespierre wpływa na zmiany w prawie sądowym/. Oni są winni, ponoszą odpowiedzialność za zwycięstwo czy klęskę politycznych działań.

Oskar Hamerski to doskonały Danton, żywioł nad którym nikt nie ma władzy. Osobowość charyzmatyczna, radosna, wiarygodna. Przywódca z instynktem wyczuwającym przeciwnika, prawdziwe nastroje, oczekiwania ludu. Umysłem, czuciem, diagnozą wybiegającym w przyszłość. Realnie oceniającym sytuację, celnie przewidującym bieg zdarzeń. Wie, że został pokonany przez własną niezdolność wybrnięcia z pogarszającej się sytuacji. Używa życia jak rasowy hedonista, ateista. Rezygnując z terroru, wydaje na siebie wyrok i ma tego świadomość. Przy czym nie wierzy, że może być aresztowany, sądzony, stracony. I to za sprawą Robespierre'a.  Nie przewidział, że jego rozpustne, hulaszcze życie zostanie brutalnie wykorzystane przeciwko niemu.

Robespierre Stippy i Danton Hamerskiego to skrajnie różne postaci, postawy, charaktery, mentalności. Politycy. Podkreśla to dobitnie konsekwentna gra aktorska, kostium/Stippa ostatecznie współczesny, Hamerski do końca XVIII-ny/, charakteryzacja/Stippa ma twarz gładką, pobieloną, jak maska, Hamerski naturalną, rozpromienioną, z niepokornym zarostem/. Porozumienie, wspólne kontynuowanie rewolucji, prowadzenie polityki jest niemożliwe, bo jest to aż nadto wyczuwalne, deklarowane, widoczne. Proces ten akcentują ich zachowania, mediacje, rozmowy, konfrontacje. Niemałe znaczenie odgrywają pojawiające się kobiety, ubrane w spektakularne, przerysowane suknie, wielkie peruki, dodatki, ucharakteryzowane jak ofiary przemocy/rozmazany makijaż, porwane rajstopy, peruki rozczochrane, itd.= wspaniała robota, świetny efekt, oczu nie można oderwać, brawo Katarzyna Borkowska!/. Choć wydaje się, że żyją jak chcą i umierają z własnej woli. Są świadome swojego położenia, miejsca i roli. Zadowolone, radosne, swobodne, wolne. Jednak żona Dantona, Julia/charakterystyczna w tej zmiennej roli Wiktoria Gorodeckaja/, zbyt histerycznie, zbyt długo się na początku spektaklu śmieje a potem posłusznie, spokojnie popełnia samobójstwo. Jest w ciąży, co podkreśla tragizm sytuacji. Marion/intrygująca, bardzo dobra rola Patrycji Soliman/ zbyt szczegółowo, uporczywie uzasadnia swój status zadowolonej dziwki.

Śmierć Dantona, Robespierre'a i rewolucji ma tu charakter symboliczny, bo terror, dyktatura, przemoc, manipulacja i opresja w polityce zmienia w czasie tylko swój zakres i formę. Co do swej istoty, jądra ciemności, nigdy nie ginie. Historia udowodniła, że ciągle potężnieje, przekracza granice.  Rewolucja Francuska ofiarowała ludzkości w swej historycznej perspektywie zarówno dobro demokracji, jak i zło totalitaryzmu. Którą opcję społeczność dziś wybierze, jak konstrukcję rewolucyjną wykorzysta, czym ją wypełni/wspaniała obrotowa, stalowa, ażurowa scenografia Barbary Hanickiej/, zależy od decyzji każdego człowieka, choć na nią starają się wpływać politycy. O tym należy pamiętać, mieć na uwadze przy okazji każdego wyboru nowej władzy, wyboru konkretnego, nie tylko znanego sobie z imienia i nazwiska, polityka.

Barbara Wysocka wyreżyserowała bardzo dobry spektakl. Stworzyła z aktorami postaci charakterystyczne, sceny znaczące. Nawiązujące inteligentnie, subtelnie do bieżących wydarzeń życia politycznego, naszych nowych wspaniałych czasów. Scena klamra z tortem jest genialna: sugestywna, metaforyczna, po prostu piękna. Chciałoby się przyłączyć do Dantona, do biesiadników, którzy poza czasem, ignorując realia życia i śmierci, śmieją się, bawią, naprawdę wolni żyją, żyją, żyją.

ŚMIERĆ DANTONA   Georg Büchner
Tytuł oryginalny: Dantons Tod
Autor przekładu: Wilam Horzyca
Reżyseria: Barbara Wysocka
Scenografia: Barbara Hanicka
Kostiumy: Katarzyna Borkowska
Muzyka i opracowanie muzyczne: Barbara Wysocka
Reżyseria światła: Artur Sienicki

Obsada:
Jerzy Danton – OSKAR HAMERSKI
Legendre, Hérault-Séchelles – KAROL DZIUBA
Kamil Desmoulins – MATEUSZ KMIECIK
Lacroix – MATEUSZ RUSIN
Robespierre – PRZEMYSŁAW STIPPA
St.Just – PAWEŁ TOŁWIŃSKI
Barère – KACPER MATULA
Collot d’Herbois – PAWEŁ PAPROCKI
Fouquier-Tinville - oskarżyciel publiczny – KINGA ILGNER
Herman - przewodniczący Trybunału Rewolucyjnego – WALDEMAR KOWNACKI
Julia - żona Dantona – WIKTORIA GORODECKAJA
Lucylla - żona Kamila Desmoulins – MICHALINA ŁABACZ
Rozalia – ANNA LOBEDAN
Adelajda – MARTA WĄGROCKA
Marion – PATRYCJA SOLIMAN

Premiera:3 lutego 2018

Fot. Maciej Landsberg

środa, 31 stycznia 2018

NAD CZARNYM JEZIOREM TEATR ATENEUM


Jak poradzić sobie z samobójczą śmiercią 14-letnich dzieci, jak ją zrozumieć, zaakceptować, dalej po stracie żyć? Oto problem przed którym stoją rodzice Fritza i Niny, współczesnego Romea i Julii, mimo że minęły już cztery lata od tego tragicznego w skutkach wydarzenia. Poprzez uczestnictwo w sztuce, również i my, widzowie stawiamy sobie te same pytania. Jesteśmy tak blisko bohaterów, że bliżej już się nie da. Bo poznajemy charaktery, osobowości, życiorysy,  głębokość relacji, bliskość więzi pomiędzy bohaterami, słuchamy, jak roztrząsają, co się wydarzyło i dlaczego, staramy się razem z nimi poznać całą prawdę, bez względu na to, jaka by nie była, w malutkiej salce SCENY 61, cóż z tego, że pustej, szarej, oświetlonej tylko trzema białymi neonami. Z biegiem czasu- przynoszącym coraz więcej informacji, emocji, napięć- mamy szansę poczuć to, co czują zrozpaczeni, zagubieni, chorzy z bólu i cierpienia rodzice. Nie radzą sobie ze śmiercią dzieci, jak nie radzili sobie ze swoim życiem. Po to jest ta nasza z nimi bliskość, by zrozumieć, że między nimi jej nie ma. Po to jesteśmy tylko my i oni, by wypełnić pustkę, która w nich rośnie i tak im doskwiera, więzi. By nic nie odwracało uwagi od tego, co wypełza z wnętrza postaci, z pamięci i toksycznie poraża bezsilnością, samotnością, zagubieniem. Uświadamiając, że każdy może znaleźć się w podobnej sytuacji, gdy musi się zmierzyć ze śmiercią, żałobą, akceptacją odejścia.  I nie będzie mógł uciec. To klaustrofobiczne położenie wizualizuje mała przestrzeń z kilkoma drzwiami do wyjścia dla sytuacji bez wyjścia bohaterów i widzów, ich cieni, którzy podobnie jak oni szukają rozwiązania zagadki, tajemnicy życia i śmierci. W tym wypadku miłości dla śmierci. Śmierci z miłości. Bo wiemy już, wiemy to na pewno, że MIŁOŚĆ TO ŚMIERĆ, ŚMIERĆ TO MIŁOŚĆ A TO TU JEST NIEFAJNE.

Co zastanawia, bo dlaczego ma być fajnie? Muszą być fajni rodzice, ich dzieci, fajne życie wspólne i indywidualne. Nie było i młodzi postanowili wylogować się z tego świata. Łatwo żyli, łatwo pożegnali się z życiem.  Nie z jakiegoś dramatycznego, konkretnego powodu ale w buncie młodości i miłości nieprzygotowanej do walki o siebie. Wiedzieli, że rodzice swą walkę przegrali. Fritz i Nina nie zdecydowali się, by być razem. Wystarczyło im wyobraźni i sił, by umrzeć  razem.

Sztuka Dei Loher ostro rozprawia się z dysfunkcyjną rodziną, słabością jej członków. Jest poważnym oskarżeniem. Iwonie Kempie, reżyserce spektaklu, i aktorom udało się pokazać przyczyny jej rozpadu poprzez charakterystykę postaci rodziców, ich relacji, więzi. Opis ich egzystencji, historie, zachowanie. Żałoba, która się nie może skończyć wydaje się zasłużoną karą za zmarnowane życie, śmierć dzieci, nieumiejętność zrozumienia, co się tak naprawdę wydarzyło. Nic dziwnego, że ból potężnieje i niszczy każdego z nich. Rozmawiają na zgliszczach. Sami są niezdolni do życia. Trwają dalej, raczej na złe niż na dobre. Zło się nie odstanie. Ból nie minie.  I  wiemy o tym dzięki aktorom, którzy skutecznie grą aktorską nakręcają tę sprężynę rosnącego napięcia i niszczącej rozpaczy. Do jednego nieszczęścia jakim jest porażka ich związków, doszła tragiczna śmierć dzieci. Związani są jedynie tą relacją, jak im się wydawało, niezawinionego przez siebie cierpienia.

Cloe Agaty Kuleszy jest najbystrzejsza. Ambitna, zdolna, zapracowana materialistka kieruje browarem i chce osiągnąć sukces. Walczy. Zapewne nie miała czasu dla syna, który tak naprawdę nie był złym dzieckiem. Cloe na początku jest najbardziej ze wszystkich spokojna i wycofana,  jakby panowała nad sytuacją. To tylko poza, gorset pozwalający jej pracować, żyć dalej,  zajmować się innymi.  Zobaczymy jednak jej przenikliwość, czułość, wolę walki, choć z powodu lojalności do męża, przywiązania i odpowiedzialności za niego i browar zrezygnowała z tego, by zmienić życie. A miała szansę, mogła!

Jej mąż, Eddie Sławomira Maciejewskiego, jest całkowitym jej przeciwieństwem. To bezbarwny,  adecyzyjny, znudzony, nieodpowiedzialny słabeusz, mąż i ojciec. Wszystko, co odziedziczył, co żona wypracuje, najchętniej by rozdał. Buja w obłokach. Beztrosko przemyka przez całe życie. Ale kocha Cloe. Przynajmniej tak twierdzi.  Nieobecny w życiu żony i syna- nie znał go dobrze, nie mógł mieć wpływu na ukształtowanie silnego charakteru. Nauczyć go mógł tylko życia po najmniejszej linii oporu, bez walki. Fritz się destrukcyjnie buntuje; rozbija nowy, szklany stół i zostawia 90 euro. Umieszcza w środku tej demolki lapidarny list pożegnalny, który jest oskarżeniem rodziców i uzasadnieniem samobójstwa. Chce dotknąć ich do żywego, wie na czym im najbardziej zależy. Szczególnie matkę.

Else Magdaleny Schejbal jest krucha, nadwrażliwa, całkowicie się rozsypuje. Choć docieka, drąży, pyta. Podporządkowana, słaba, uległa, całe życie się dostosowywała do decyzji męża, Johnny'ego. Wykonuje nudną,spokojną pracę w księgowości, w skutek czego była coraz bardziej niezadowolona z życia, sfrustrowana, nieszczęśliwa, co tłumiła, ukrywała. Ale nieszczęśliwa matka to nieszczęśliwa córka. Else skupiona na sobie, nie zauważyła prawdopodobnie, że Nina staje się taka jak ona.

Johnny Wojciecha Brzezińskiego jest typem niespokojnego, ciągle szukającego swego miejsca pracownika banku. To on narzucał żonie i córce nieustanne przeprowadzki, tak że nigdzie nie czuły się u siebie. Chciał przenieść się do miasta, sam o to prosił pracodawcę, miał nadzieję na awans. Wada serca Else, którą ma od urodzenia, jest jego wadą. Z lęku o zdrowie i życie żony obsesyjnie obserwuje ją w dzień i w nocy. Nina pewnie ten lęk ojca dziedziczy. Boi się o matkę, którą kocha. Boi się żyć. Johnny skoncentrował się na żonie, nie zdążył poznać i zrozumieć córki. Po jej śmierci nie jest w stanie pracować, załamał się. Przeżył, ona nie była w stanie. Jak matka podporządkowała się swojemu partnerowi, którego kochała. I ta słabość charakteru, lęk, że się z nim rozstanie, bo ojciec znów w nowe miejsce wyruszy, prawdopodobnie sprawiło, że zgodziła się popełnić razem z nim samobójstwo.

Wszyscy się kochają ułomną miłością. Młodzi niedojrzałą, szaloną, rodzice wypaloną, opartą na przyzwyczajeniu, poczuciu obowiązku. Ale mają siebie. Dwa małżeństwa, cztery osoby nie mają szans, by wszystko rozpocząć od początku; stracili złudzenia, zbyt są doświadczeni. Poza tym prawda o nich, dzieciach, powodach ich śmierci jest lekcją spóźnioną. Nie przyniesie ulgi, nie ukoi bólu tylko go oswoi, wyciszy, stłumi. Z nieumiejętności  zmiany, wsłuchiwania się w siebie, w innych, z braku rozpoznawania co jest fałszem a co prawdą pozwoli zaledwie dalej trwać.

Agata Kulesza stworzyła najlepszą rolę spektaklu: skupioną, skontrastowaną, dramatyczną, konsekwentną. Poraża jej sceniczna metamorfoza, siła odkrywanej prawdy o bohaterce, przekonuje ból po stracie syna, współczucie okazane Else. Magdalena Schejbal nie radzi sobie z artykulacją, intonacją, interpretacją tekstu, szczególnie na początku spektaklu. Nie znajduje pomysłu, jak grać, jakby nie była pewna jaki portret psychologiczny swojej bohaterki chce nam przedstawić. Tekst sztuki jest szczególny, trudny i nie podpowiada prostego wyboru. Panowie również mają problemy ze swoimi postaciami, by były bardziej przekonujące. Bo wszystko jest zaklęte w słowach, w opowiadanych wspomnieniach, historiach. W ich wybrzmieniu, oddziaływaniu na aktorów a poprzez nich na widzów. To one mają nieść ból, lęk i emocje. Mają decydujący wpływ na to, czy przybliżymy się do zrozumienia tego, co się tak naprawdę NAD CZARNYM JEZIOREM wydarzyło.


NAD CZARNYM JEZIOREM DEA LOHER

przekład – Grażyna Kania
reżyseria i opracowanie muzyczne – Iwona Kempa
scenografia – Justyna Elminowska
reżyseria światła – Mateusz Wajda

Występują:

Cleo – Agata Kulesza
Else – Magdalena Schejbal
Johnny – Wojciech Brzeziński
Eddie – Sławomir Maciejewski

premiera: 28.01.2018

fot. Bartek Warzecha

wtorek, 30 stycznia 2018

SKŁODOWSKA. RADIUM GIRL TEATR PAPAHEMA TEATR WARSAWY


Spektakl SKŁODOWSKA. RADIUM GIRL zaskakuje. Zaskakuje bardzo, bardzo pozytywnie. Okazało się, że o Marii Skłodowskiej-Curie i czasach, w których przyszło jej żyć, można opowiadać mądrze, z niezwykłą lekkością, pomysłowością, pasją. W dynamicznym tempie i zmiennej formie, w przeplatających się różnych scenicznych narracjach, bezkompromisowo i szczerze, niezwykle dowcipnie, otwarcie poruszając intymne, trudne tematy dotyczące kobiety, matki, żony, kochanki, ikony polskiej i światowej nauki/dwa Noble/, człowieka z krwi i kości. W czasach twardego, nieprzejednanego patriarchatu, opresyjnej dominacji męskiej kontrolującej, hamującej emancypacyjne dążenia, potrzeby, możliwości kobiet.

Sukces tego biograficznego spektaklu to kompozycja tekstu sztuki, jego nowoczesny język oraz błyskotliwa reżyseria Agaty Biziuk i bardzo sprawne warsztatowo aktorstwo, które imponuje doskonałym przygotowaniem i kondycją.  Reżyserka ma koncepcję, wypracowaną wizję efektu, jaki chciałaby uzyskać a aktorzy wiedzą, co i jak mają grać. Nie ma przestojów, wahania, rozwleczenia, zawieszenia akcji. Dzięki temu widzowie nie mają szansy się nudzić, bo ciągle zaskakiwani są interesującym ujęciem, ciekawą interpretacją przedstawianego tematu. Spektakl przebiega imponująco sprawnie. Paulina Moś, Helena Radzikowska, Paweł Rutkowski, Mateusz Trzmiel wspaniale graja, śpiewają, tańczą. Wymagająca, ilustrująca choreografia Anny Sawickiej-Hodun wnosi zaskakujące rozwiązania do artystycznej wypowiedzi, buduje nastrój, decyduje o charakterze scen lekkich, komediowych, poważnych, lirycznych, metaforycznych. Duże znaczenie informacyjne, kompozycyjne odgrywają projekcje Patryka Bychowskiego. Gify, memy, mini filmy dokumentalne fantastycznie celnie uzupełniają,  wzmacniają, wzbogacają przekaz swoją skrótową, metaforyczną, skondensowaną, atrakcyjną wizualnie formą. Podkręcają tempo, pozwalają w krótkim czasie przekazać wiele niezbędnych, ciekawych informacji. Łączą, zestawiają to, co wydawało się nie do pogodzenia ale dzięki temu nie przytłaczają szkolnym, nudnym, martwym dydaktyzmem. Mówią językiem jasnym, komunikatywnym, nowoczesnym. Wyśpiewują  biografię hip-hopem. Posługują się skrótem, symbolem, znakiem. Kontrolowaną improwizacją. To olbrzymi plus, zaleta spektaklu  i umiejętność artystów, by tak przekazać skomplikowaną, niełatwą wiedzę o epoce, o człowieku, Polsce i Polakach, świecie, by opowieść nie została zignorowana, zbanalizowana. By śmieszyła, nie ośmieszała.  By ożywiła, ociepliła wizerunek, pokazała, jak bardzo  Skłodowska-Curie jest cenna i bliska. Na czym polegała jej wyjątkowość. Wielkość.

I udało się przedstawić w spektaklu Marię Skłodowską-Curie jaką była. W prostej, sugestywnej scenografii/zielone beczki na odpady chemiczne, klisze rentgenowskie, wzory związków chemicznych rozpisane na podłodze/kreda/, beczkach/farba/, wyświetlane na ścianach, ekranie/ i kostiumie/czarne ubranie i suknie, zmyślne, fantazyjne stroje do piosenki/. W geście, czynie, piosence, w tym promieniowaniu pasją i siłą człowieka, który pragnie być sobą, realizować marzenia, rozwijać siebie, spełniać swoje powołanie, przeznaczenie, misję. Za wszelką cenę. Marii chyba wszystko się udało w warunkach wysoce niesprzyjających, wrogich a nawet opresyjnych. Musiała walczyć o prawo do studiowania, publikowania, uczenia na Sorbonie. Walczyła z seksizmem, opinią publiczną. Była niestrudzona w swojej pracy naukowej. To daje nadal nadzieję, że każdemu udać się może, jeśli tylko wystarczy determinacji, odwagi, szczęścia. Talentu. Inspiracji. Olbrzymiej, tytanicznej pracy. I świadomości, że sukces ma też zawsze swoją cenę. Zobaczyć można  metamorfozę Marii, jej drogę do niezależności, samostanowienia. Do miłości. Do bycia kobietą równą mężczyźnie, traktowaną jak mężczyzna, mającą takie jak on prawa. Pięknie pokazuje to scena, w której Helena Radzikowska zdejmuje swoją czarną suknię Marii i zakłada ją Mateusz Trzmiel. Teraz on jest Marią. Jak każdy z  pozostałych aktorów. Jak każdy z nas, który dziś ma większą niż ona szansę, by coś w życiu osiągnąć. Oto wymiar Skłodowskiej, kobiety rozsadzającej wszelkie ograniczenia. Człowieka stającego się kim się czuje, kim pragnie być. Z woli rozumu i duszy całej. Zgodnie ze swoją naturą.




Kreatywność, zaangażowanie i doskonałe wykonanie zadań przez wszystkich artystów sprawia, że jest to spektakl niezwykły. Dający teatralny a jednak bliski prawdy obraz swego bohatera. Inspirujący i żywy. Budujący. Wzmacniający nadzieję i wiarę w to, że chcieć to móc, że marzenia się same nie spełniają ale należy podjąć trud ich spełnienia. I w tym znajdować cel, radość i sens życia. A to, co w nim złe, nieprzewidywalne i trudne może hartować wolę, wzmacniać charakter do walki, by przetrwało w człowieku to, co dla niego najważniejsze. Dla Marii była to miłość. Do ludzi, do siebie samej. Do swej pracy i jej efektów/rad, polon, karetka do prześwietleń,../. Jej się udało, a nam?



To zdumiewające, że w krótkim czasie trwania spektaklu można tak wiele dowiedzieć się o postaci, którą się dotąd znało i  ceniło ale z rezerwą, dystansem i chyba, mimo wszystko, obojętnością. Maria Skłodowska -Curie to postać gigant. Dzięki temu wspaniałemu spektaklowi już nie zimne, obojętne, hermetycznie pomnikowe dobro narodowe i światowe a bliska, żywa, swoja, nasza cudowna, promieniująca energią, miłością ale i , niestety, zabójczym promieniowaniem dziewczyna, popkulturowa supermenka, SKŁODOWSKA. RADIUM GIRL. Poznajcie ją. Naprawdę warto.


SKŁODOWSKA. RADIUM GIRL 
Tekst i reżyseria: Agata Biziuk
Scenografia: Katarzyna Pielużek
Muzyka: Natasza Topor
Projekcje: Patryk Bychoski
Choreografia: Anna Sawicka-Hodun
Reżyseria światła: Maciej Iwańczyk
Plakat: Paweł Brajczewski
Konsultacje chemiczne: Marzanna Rutkowska

Obsada: Paulina Moś, Helena Radzikowska, Paweł Rutkowski, Mateusz Trzmiel

Spektakl zrealizowany dzięki wsparciu finansowemu Miasta Białegostoku oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego.

fot.: Andrzej Saramonowicz

trailer:  https://www.youtube.com/watch?v=BPiucpHVxUk