sobota, 11 lutego 2017

BERLIN ALEXANDERPLATZ TEATR STUDIO


Historia Franciszka Biberkopfa, zwykłego człowieka, który po odbyciu kary za zabicie w afekcie swojej dziewczyny wychodzi na wolność i postanawia żyć uczciwie a przynajmniej inaczej niż dotychczas, staje się punktem wyjścia do opowiedzenia o Berlinie, o świecie, o życiu jednostki w zbiorowości zdominowanej przez zło, i mimo najszczerszych chęci, czynionych deklaracji bohatera, nie pozwala mu się wybić na niezależność, nie przyniesie spokoju czy szczęścia. Nie ma nadziei. Nie ma pocieszenia. Raz obudzone demony zła, czynią człowieka swym niewolnikiem. Można się tylko pogrążać głębiej i głębiej aż nic nie zostaje poza śmiercią. Witajcie w świecie poza czasem, poza miejscem. W piekle uniwersum zawsze i wszędzie!

Zanurzamy się z bohaterami sztuki w przestrzeń wieloznaczną, wielofunkcyjną, pojemną w intensywnych kolorach płonącej, wibrującej czerwieni, nigdy nie gasnącego światła, bo przecież nikt tu nie śpi. Miasto cały czas tętni życiem, rewiry jego działalności przenikają się- to intensywnieją , to łagodnieją-nigdy nie zaznając banalnego spokoju. Berlin płonie ogniem pożądania, którego nie  jest w stanie zaspokoić. Światy interesów, rozrywki, normalnego, zwykłego życia przenikają się wzmacniając intensywność obrazu rzeczywistości zdominowanej przez krajobraz ludzki: bogaty, kolorowy, mieniący się jak rajskie ptaki. Pulsuje tu życie w rytmie załatwianych szwindli, przekrętów, świata przestępczego, który dokonuje gwałtu na słabych,  naiwnych, wykluczonych.

Ulegamy koszmarowi sennemu scen impresji nawiązujących do popkultury a więc uproszczonego, spłaszczonego treściowo a rozbuchanego formalnie obrazu, który łączy postać głównego bohatera. Nastroje filmów Tarantino, Scorsese, Lyncha, Wendersa, Fossa, Viscontiego, Almodóvara, Fassbindera, teatru Piny Bausch/korowód chóru/, sugerują płynność historyczną, gdzie Berlin jest tyglem wszelkich dewiacji, zmian, trendów, mód, gdzie proponując człowiekowi pozorną wolność ekspresji brutalnie wizualizuje system opresji, zniewolenia. Franciszek wolny, piękny i młody mógłby robić, co tylko zechce a jednak cała jego droga ku dobru kończy się klęską. Za każdym razem gdy próbuje żyć tak jak wybrał, okoliczności, którym ulega, ściągają go na ziemię. Jakby nie było drogi ratunku. Znikąd pomocy. Nie może uciec od siebie, swego przeznaczenia. Franciszek z własnego wyboru przechodzi różne przemiany. Najpierw uległ impulsowi, zabił w afekcie. Odbył karę i poczuł, że ma szansę, wyrzekł się więc zła, które poznał. Ale ono go nadal fascynowało, osaczało. Reinhold, uosabia tego mrocznego demona, który go tak pociągał i brał w swe władanie. Dopełnia to środowisko prostytutek i kochanek, banda przestępcza i anioły, które wprowadzają pozorny porządek w dominujący chaos.

Interesująca jest ta plejada półświatka otaczająca Franciszka. Niezwykle barwna. Niejednoznaczna.  
Fantastyczna Halina Rasiakówna na czele kolorowej bandy gangsterów budzącej raczej śmiech niż lęk, z zabawnym Marcinem Pępusiem, mrocznym Andrzejem Szeremetą, wyrazistym Marcinem Bosakiem. Krzysztof  Zarzecki w roli demonicznego Reinharda/między innymi/ budzi grozę, jest dopełnieniem Franciszka, jego cieniem, mrocznym, złym, bezwzględnym jego alter ego. Przystojny, postawny, uwodzicielski Robert Wasiewicz jako transwestyta wcielający się z gracją,wyczuciem w kobiety upadłe przyciąga uwagę, emanuje energią, poczuciem humoru. Inteligentna, ostrożna, doświadczona Ewa Eweliny Żak i młodziutka, delikatna, subtelna Mieze Anny Paruszyńskiej stworzyły interesujące role kobiet dostosowujących się do sytuacji, jakie im los przynosi.  Akceptują je, poddają się im, ulegają. Wzruszający, przejmujący jest Stanisław Brudny w roli Nachmana. Wydaje się być zagubiony albo wycofany. Skromny, wystraszony, jakby nie rozumiał tego świata lub nigdy się doń nie nagiął. Katarzyna Warnke i Tomasz Nosiński to duet znakomity, hipnotyzujący, perfekcyjny w swej roli mistrzów ceremonii, komentatorów, wykonawców piosenek. Zadania aktorskie są bardzo wymagające, trudne, wielorakie. Niektórzy aktorzy grają po kilka ról. Tworzą wielobarwny tłum, magmę, środowisko, w którym dominuje zło. Społeczeństwo anonimowych obywateli miasta, świata Zachodu, który deklarują wolność, swobodę a tak naprawdę zniewala, ubezwłasnowolnia, nie czyni człowieka szczęśliwym. Zewnętrzna powłoka, piękno cielesności do tego stopnia mamią, mydlą oczy orgią barw, błyskotek, potencjalnych możliwości, że nie pozwalają od razu dostrzec pustki wewnętrznej, zagubienia, zależności środowiskowych, społecznych, które mocno ograniczają jednostki. Ukrywają, że balansują na granicy życia i śmierci.

Nie dziwi w tej sytuacji kreacja Bartosza Porczyka. Mocna, dominująca cielesność, która kryje słabego, ulegającego łatwym wpływom ducha, prezentuje nam osobowość niestabilną, chwiejną, miękką, nijaką. Piękno, które kamufluje zło. Doskonałość, która maskuje  pustkę wewnętrzną, moralną, zakłamanie, brak charakteru, woli. Jego Franciszek jest człowiekiem bez właściwości, nie budzi emocji, tak bardzo się stara zsynchronizować z tłem, otoczeniem. Jest jak tabula rasa za każdym razem gdy próbuje się zmienić. I za każdym razem, i słusznie, brzmi dla nas nienaturalnie nijako, fałszywie. To, co z pozostaje w pamięci, to powłoka człowieka, którego w istocie w ogóle nie znamy. Nic dziwnego, że nic do niego nie czujemy. Los jego jest nam obojętny. Poza kulminacyjnym momentem gdy siedzi wysoko na rusztowaniu, jak Anioł z filmu NIEBO NAD BERLINEM Wima Wendersa, a u stóp konstrukcji pulsuje wielobarwna, rozbawiona tłuszcza, przeszywa tą sztucznie radosną atmosferę groza. Jakby ostatecznie Franciszek już nie chciał czy nie mógł się zdecydować, by do niej przyłączyć. Alienuje się, opuszcza świat żywych, ucieka. Anioł Wendersa z miłości, z zachwytu nad pięknem świata ludzkiego pragnie stać się człowiekiem, by z nim współodczuwać. Franciszek, człowiek świadomy siebie i ciemnej strony mocy natury ludzkiej, opiera się, nie ulega temu magnetyzmowi. Wie, że nie jest piękne, dobre i wiedzie ku zgubie. Pozostaje do końca wycofany, niewzruszony, obojętny na siłę ludzkiej radości przyciągającej go ku sobie. To odwrócenie pozytywu wzruszenia losem ludzkim Wendersa  w negatyw abnegacji Franciszka Porczyka jest wstrząsająca. I stanowi kulminację, która smutkiem utraconego złudzenia poraża. Jest ostateczną klęską wszelkiej nadziei. Zwłaszcza tej, która mami, że przemiana człowieka jet możliwa.

Gdyby tak można było skrócić przedstawienie, niektóre sceny dopracować pod względem ich komunikatywności, jasności, spójności. Przeładowanie treści i bogactwo formy powoduje zwolnienie tempa, spadek napięcia. To, co jest dramatycznie neutralizowane pastiszem, zabawą, śmiechem stwarza dystans do powagi sytuacji w jakim znajdują się bohaterowie. Liczne cytaty z popkultury, wstawki tekstów poza głównym pochodzącym z książki użyte w spektaklu, niekończące się odniesienia/filmy, kabaret, teatr tańca, koncert, opera/, wielość rozbudowanych wątków utrudniają odkrywanie sensów sztuki, bo widzowie szukają pierwowzorów, zajmują się rozwiązywaniem zagadek, odczytywaniem znaczeń scen, pojawiających się postaci. Redukcja, wysublimowanie, ściślejsze powiązanie logiczne narracji i bohaterów nie czyniłoby akcji tak niezbornej, niezrozumiałej, a czasem zaskakującej. Widzowie chcą dowiedzieć się z fabuły o czym spektakl jest, czego dotyczy, o co w nim chodzi. Bez szukania na siłę. Atutem tej przeładowanej, bogatej inscenizacji jest interesujące aktorstwo, scenografia, światło, choreografia, negatywem adaptacja, brak powściągliwości i dyscypliny dramaturgicznej. W tej magmie rozbuchanej formy, rozbudowanej treści- cierpliwi, ciekawi, nieustępliwi- znajdą wiele piękna. Warto zaryzykować. Warto zmierzyć się z tą dotykającą współczesności brawurowo zagraną bogatą inscenizacją. Złowieszczą, mroczną, bez cienia nadziei. Powodzenia:)


BERLIN ALEXANDERPLATZ Alfred Döblin

Przekład: Izabela Czermakowa
Adaptacja i reżyseria: Natalia Korczakowska
Dramaturgia: Wojtek Zrałek-Kossakowski
Kostiumy: Marek Adamski
Scenografia: Anna Met
Światło: Bartosz Nalazek
Muzyka: Marcin Lenarczyk, Bartłomiej Tyciński
Opracowanie muzyczne: Wojtek Zrałek-Kossakowski
Asystent reżyseria: Radosław Mirski

Tomasz Nosiński - Anioł Sarug
Katarzyna Warnke - Anioł Terah
Bartosz Porczyk - Franciszek Biberkopf
Stanisław Brudny - Nachum
Andrzej Szeremeta - Eleazer, Bruno, Niebieski
Marcin Pempuś - Meck, Różowy
Robert Wasiewicz - Lina, Fränze, Cilly, Trude, Wielka Babilionia
Dorota Landowska - Ida
Ewelina Żak - Urzędniczka, Ewa
Marcin Bosak - Faszysta, Brązowy, Pacjent
Halina Rasiakówna (gościnnie) - Pums
Krzysztof Zarzecki - Reinhold, Biały, Głos, Śmierć
Tomasz Wygoda (gościnnie) - Pies
Anna Paruszyńska - Mieze

Chór Portierów - słuchacze i słuchaczki Uniwersytetu Trzeciego Wieku: Bożena Adamska, Janusz Andrysiewicz, Elżbiera Bobrowicz, Maria Borysewicz, Leszek Niedźwiedzki, Eugeniusz Ruszczyk, Władysław Stankiewicz


Premiera 27 stycznia 2017

zdjęcie: https://www.facebook.com/studio.teatr/photos/pcb.10155344041160348/10155344040540348/?type=3&theater

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/235860.html
https://mikeurbaniak.wordpress.com/2017/01/25/wracamy-do-awangardy/


środa, 8 lutego 2017

SŁUGA DWÓCH PANÓW TEATR DRAMATYCZNY



SŁUGA DWÓCH PANÓW to spektakl wybitnie rozrywkowy, przynoszący wytchnienie, ulgę. Gwarantujący znieczulenie od wszelkich trosk, smutków, smętków. Działa jak teatralne SPA o przyspieszonym, kompleksowym działaniu. Reaktywuje w nas nadzieję, że teatr może jeszcze bawić używając całego swego instrumentarium scenicznych środków. Nie ma opcji, by go nie obejrzeć, pytanie tylko brzmi kiedy. Nie można sobie bowiem odmówić przyjemności tak oczywistej, tak pięknie, optymistycznie nastrajającej. Tym bardziej, że nie potrafimy oderwać od obrazu oczu, wciągnięci jesteśmy od pierwszego wejrzenia w akcję, która galopuje w tak dużym tempie, że czar nieprzerwanie trwa do końca.

Jego cala tajemnica polega na tym, że przenosi nas w czasie do komedii dell'arte, co brzmi jak zaklęcie otwierające sezam ze skarbami. Bo któż tak naprawdę dziś wie, co to za gatunek, co się w nim kryje, na czym polega, jaki niesie potencjał? To science fiction z przeszłości, tajemnicze, nieznane oblicze teatru, bo konwencja jest tak archaiczna, przebrzmiała, daleka, ze wydaje się pochodzić z innego świata. Teatr teleportuje nas do XVIII wiecznych Włoch, do Wenecji, pozwala nam weń wkroczyć i czyni to ochoczo, z werwą. Możemy cieszyć się nim i smakować go wszystkimi zmysłami jak nowo narodzone dzieci. Niewinna to zabawa, łatwa i przyjemna, dla wszystkich,

pozwalająca poznać wspaniałe ludzkie charaktery, poczuć nastrój epoki, przeżyć niegroźne perypetie zakochanej pary ale też Arlekina służącego jednocześnie dwóm panom, który myli ich polecenia, miesza rzeczy, potrawy i sprawy wymagające dyskrecji, taktu, precyzji, sumienności. Narracja żywa, dynamiczna, z zaskakującymi zwrotami akcji i wiara w miłość, co wszystko przezwycięży i doprowadzi do szczęśliwego zakończenia, pozytywnie nastrajają, absorbują bez reszty. Zwłaszcza że oczu nie można oderwać od sceny, na której ruch sceniczny tworzy piękne, kolorowe, grupowe kompozycje. Każdy gest ma znaczenie, każdy krok swoją oprawę. Co dopełnia charakterystyki postaci, naznacza je szczególnym piętnem. Bohaterowie przemieszczają się w wyszukany, precyzyjnie przypisany im sposób. Zdaje się, że tańczą. Płynnie, lekko, skocznie. Wprowadza to porządkującą ten sceniczny świat harmonię, wyczuwalną równowagę. Buduje w efekcie poczucie bezpieczeństwa, spokoju, mimo, że tak wiele się dzieje. A niektórzy aktorzy noszą tajemnicze, skórzane maski.

Aktorstwo przechodzi w tych warunkach piekielną próbę. Role są sprawdzianem warsztatu i kondycji, bezwzględnie obnażają wszelkie niedociągnięcia, niedostatki. Czy brak koncentracji. Trzeba wytrzymać narzucone akcją tempo, zgrać się z całym zespołem, wyćwiczyć koordynację ruchów tak, by była adekwatna z wypowiadaną treścią, wpisywała się w kontekst. Nie do pogardzenia są też zdolności szermiercze, akrobatyczne. Obraz nigdy w komedii dell'arte nie kłamie, zawsze ujawni fałsz, potknięcie, błędy.

Ale ta inscenizacja imponuje zsynchronizowanym aktorstwem. Nie daje wytchnienia. Nadzwyczaj brawurowo swą rolę Arlekina prowadzi Krzysztof Szczepaniak. Jest go wszędzie pełno. Bezbłędnie ciało go słucha. Poddaje się woli roli. Jest zwinny, giętki, nakręcony. Dynamiczny gdy trzeba, statyczny gdy musi. Kompletnie zaprogramowany. A jeszcze zabawny, sprytny, nieporadny, bystry, szczęśliwie zakochany. Iskrzy. Swą sprawnościa imponuje. Brawo!Z pięknej strony pokazała się hipnotyzująca Anna Szymańczyk. Za każdym razem gdy pojawia się na scenie dominuje, co nie przeszkadza czy razi. Elektryzująco poraża jej wyraziście nakreślona rola. Jakby wyciosana z jednej interpretacyjnej bryły. Miło szarżuje. Zaskakuje miło. Tak jest silna i zdeterminowana, szczera i prawdziwa jej Smeraldyna! Kinga Suchan wypada poprawnie, Agata Góral nierówno, choć tu zadanie było bardzo trudne, rola wymagająca, złożona. Ujmuje równą grą Waldemar Barwiński. Świetni są pozostali aktorzy. Zwłaszcza, że piękne kostiumy i złożona, bardzo wymagająca choreografia stanowiły dodatkowe obciążające wyzwanie.

Siła tej konwencji ma źródło we wszelkiej perfekcji, najwyższym profesjonalizmie. Wszystko musi doskonale się uzupełniać, dopełniać. Wtedy jeden element wzmacnia drugi i kolejny układając się w sekwencje, sceny, w końcu spójną całość. Gdy wkrada się dysonans, choćby najmniejszy, ten cudowny zamek z kart się rozpada, jakby zaklęcie nagle przestawało działać. W tym wypadku są to drobiazgi /np.: zgrzyt wulgaryzmów brzmiących jakoś sztucznie, uwspółcześnienia na siłę w nowym, dobrym przekładzie sztuki, buty choćby Arlekina jakby obok kostiumu, przytłaczająca, przygnębiająca swym kolorem scenografia z malarstwem Kandinskiego i wpisanymi weń plemnikami, co wcale nie śmieszy, za mało, stanowczo za mało jest wspaniałej muzyki Radwana, pięknie granej na żywo/.

Inscenizacja imponuje świeżością, lekkością, dynamiką. Trafia w zapotrzebowanie na solidną rozrywkę w konsekwentnym monolicie konwencji. Tak, że całkowicie znieczula współczesnych od realiów życia codziennego. Oddala ich skutecznie od rzeczywistości, która uwiera proponując perypetie, które dobrze się kończą, manewry miłosne, które wzmacniają tylko uczucie. A natura ludzka nie sprawia tu większych kłopotów. Jeśli nawet błądzi, to tylko po to, by pokazać siłę szczęśliwego zakończenia. Podróż do przeszłości kończy się pełnym sukcesem. Na ziemię wracamy usatysfakcjonowani i zadowoleni. Z poczuciem, że każdy wykorzystał swoją szansę. Aktorzy stworzyli ciekawe, niecodzienne role, reżyser skomponował zgrabną opowieść, teatr solidną sztukę. Widzowie okazję na kulturalny relaks.



SŁUGA DWÓCH PANÓWCARLO GOLDONI

reżyseria: Tadeusz Bradecki
przekład, scenografia i kostiumy: Jan Polewka
muzyka: Stanisław Radwan
maski: Jonathan i Agnieszka Fröhlich
przygotowanie wokalne: Anna Grabowska
asystentka reżysera/suflerka: Agata Zdziebłowska
asystentka kostiumografa: Aleksandra Harasimowicz
inspicjent: Tomasz Karolak
kierownik produkcji: Mateusz Karoń

obsada:
Mariusz Wojciechowski - Pantalone Bosonosi
Kinga Suchan - Clara
Andrzej Blumenfeld - Dottore Lombardo
Mateusz Weber - Sylvio
Agata Góral (gościnnie) - Beatrycze z Turynu
Waldemar Barwiński - Floryndo Aletuso z Turynu
Łukasz Wójcik - Bryghella Chlavino
Anna Szymańczyk - Smeraldyna
Krzysztof Szczepaniak - Arlekino
Maciej Wyczański - Gianni
Tomasz Budyta - Piergiorgio
Piotr Bulcewicz (gościnnie) - Massimo

Muzycy: Dariusz Świnoga - akordeon, Marek Zebura - skrzypce, Krzysztof Woliński /Jacek Wąsowski - gitara

premiera: 27 stycznia 2017
fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

wtorek, 7 lutego 2017

POGARDA KOMUNA//WARSZAWA


KOMUNA WARSZAWA przyzwyczaiła już swoich stałych bywalców do krótkich, intensywnych performatywnych, improwizowanych wypowiedzi artystycznych, które odnoszą się do współczesności. Komentuje na scenie przemiany zachodzące w życiu społecznym, politycznym, kulturalnym. W kraju i za granią. Z dużą dozą nonszalancji, poczucia humoru, zdrowego dystansu. W pełnej wolności twórczej choć środki są ograniczone. Spektakle lekkie w formie, komunikatywne w treści stanowią obok intelektualnej przygody świetną zabawę. Język wypowiedzi jest prosty, tekst chropowaty, często złożony jak patchwork. Nie dziwi naturalne aktorstwo, praca ciałem, zawsze pomysłowa, minimalistyczna scenografia, skrót myślowy, użycie cytatu w kompilowanej spontanicznie pod projekt treści. Tematy zaskakują, prowokują, zachęcają do budowania nowoczesnych,  eksperymentalnych narracji wykorzystujących nowatorską technologię, środki wyrazu stosowane w sztukach wizualnych. Dominują pomysły proste ale uruchamiające kreację. Wykorzystują wszelkie dostępne, możliwe środki ekspresji. Priorytetem jest pobudzenie wyobraźni w twórcy a poprzez jego dzieło w widzu. Uwolnienie od stereotypowego myślenia. Widz często może mieć wrażenie, że uczestniczy w eksperymencie. Projekcie twórczym. Najlepiej gdy jest otwarty na niestandardowe propozycje, nowatorskie rozwiązania, szalone zestawienia stosowanych środków ekspresji. Scenę i widownię łączy zaufanie. Przekonanie, że kto nie ryzykuje, ten się nie rozwija. Kto nie pyta, nie ma szans na usłyszenie odpowiedzi. I kto nie uczestniczy w spektaklu, nie ma szans na przeżycie interesującego spotkania z artystami, z ich sztuką, wrażliwością. Nowoczesną dramaturgią, młodą reżyserią, ciekawą artystyczną propozycją.

Tak jest i w tym wypadku.

Spektakl zaczyna się od emisji filmu, który pokazuje zachowanie statystycznego Polaka/doskonały Daniel Chryc/ na wakacjach. I jest to widok żałosny, smutny, przygnębiający. To personifikacja pogardy. Samej w sobie, jak i wzbudzanej u widzów. Widzowie widzą mężczyznę w średnim wieku;z wąsem, brzuszkiem, rozbuchanym ego. Dokonał ekwilibrystyki logistycznej, by za minimalne pieniądze osiągnąć maksymalny efekt-najtaniej spędzić krótki urlop za granicą i móc się tym pochwalić znajomym. Dobrze znamy ten typ. Bo wakacje nie są tu wyjątkiem potwierdzającym jego mentalność kutwy, biedaka, cwaniaka, buraka, malkontenta/narzeka na bród, smród, terrorystów, syf, itd/. Dopasowuje się do tła ale nie rezygnuje z wulgarnego języka nienawiści w stosunku do islamu, konwersji wiary, feminizmu, ruchów LGBT, wegetarianizmu, itd. Kontrastuje to co mówi z tym, co robi. Niby wypoczywa ale cały czas jest nabuzowany emocjonalnie. Sączy ten jad nienawiści, zawiści, niezadowolenia. Zatruwa mu to odpoczynek:samotny, pretensjonalny, nudny jak flaki z olejem, o smaku krajowej konserwy, polskiego piwa. Domyślamy się, że tak wyglądają nie tylko jego wakacje ale całe życie. To jedna wielka ściema, mistyfikacja, ruchy pozorowane. Second hand, bieda sklep, podróba. I wieczne do innych pretensje. Siebie wywyższanie poprzez innych pomniejszanie. W swym zacietrzewieniu,  nieuświadomionych kompleksach w istocie to figura chyba nieszczęśliwa. Nieszczęsna. Poznajemy pana POGARDĘ, mentalność zniewoloną negatywną emocją.

Najpierw się widownia pobłażliwie śmieje, z czasem patrzy na jego zachowanie z politowaniem, wstydem, złością. Niesmakiem. Wzbudza w niej uczucie zażenowania. Zaczyna go lekceważyć, źle o nim myśleć.  Dystansuje się, ignoruje, w końcu nim pogardza. I tak pogarda mężczyzny w stosunku do kanonu zachowań obowiązujących społecznie, niewykluczone że uzasadniona, wyzwala w innych pogardę.  Powoduje całkowite odrzucenie. Nie chcemy mieć z tym typem nic wspólnego.

Wideo relacja przerywana jest krótkimi wstawkami improwizowanymi. Przywołuje się wypowiedzi o wózkowych, programie 500+, osobistej strefie wolności, która jest ciągle zawłaszczana, zakłócana, znanych przedstawicieli kultury, sztuki, nauki/gwiazdy=cytaty z mediów, też z internetu, wywiad z prof.Z. Mikołejko o ludziach korzystających z programów społecznych/. Mowa jest o triumfie pogardy, jej wzorcach literackich, historycznych, filozoficznych. Przecież cała literatura polska jest o pogardzie/np.: Wokulski z Prusa, Edek z Mrożka, itd./. Całość stara się dociec, jak to się stało, jak do tego doszło, że PiS wygrał w ostatnich wyborach. Porusza problem zarządzania strachem, manipulowania i eskalowanie pogardą w celu zdobycia władzy. Ten, kto wzniesie się na wyższy jej poziom, wygrywa. Zwłaszcza, że wykorzystuje się jej aspekt obronny, kompensacyjny, odwetowy, mający wyrównać doznane krzywdy. Uznaje otwarcie, ze każdy ma do niej prawo. Sam je sobie może przyznać.

Pogarda to piękne słowo o brzydkim znaczeniu, podstępnym działaniu. Bardzo niebezpiecznym. Dziś jest królową motywacji. Bierze wszystko. Spowszedniała. Eskaluje. Wynika z poczucia wyższości, zakłada pewność siebie o mocno negatywnym zabarwieniu, bo lekceważenia, poniżenia, braku szacunku. Wprowadza podział na tych, którzy mają rację i tych, którzy są jej a priori pozbawiani /przez pozbawiających/. Wpisaną ma w swoim znaczeniu moralno-etyczną ocenę negatywną wykluczającą, deprecjonującą. W działaniu nie bierze pod uwagę mediacji, negocjacji, kompromisu. W pogardę wpisana jest krytyczna, poniżająca ocena, karna sankcja o podłożu emocjonalnym. A ponieważ dotyczy wszystkich, nie można się porozumieć, zrozumieć, rozmawiać. Więzi w impasie nieustannych oskarżeń, ośmieszania, szyderstwa, kpiny, podważania racji, unieważniania argumentacji. Tu nie wystarczy się nie zgadzać, tu się adwersarza eliminuje ex ante, bo nie jest godny, nie zasługuje nawet na uwagę, nie liczy się, uznaje się, że nic nie znaczy. Nie ufa się mu, nie traktuje poważnie. O empatii nie może być mowy.

Autorzy projektu stygmatyzują pogardą współczesnego człowieka w rozpoznaniu dzisiejszego świata i ludzi. To ona jest jedną z przyczyn zła: wzajemnego skłócenia, złej komunikacji, niechęci do porozumienia. Nieustanne podkręcanie wzajemnych antagonizmów bezpardonową walką posługującą się atakiem, oskarżeniem, deprecjacją prowadzić może w efekcie do eskalacji nienawiści, niektórzy sądzą, że nawet do wojny. A tego tak naprawdę nikt nie chce. Dlatego temat jest bardzo ważny, palący, trudny. Dotyczy wszystkich; zarówno rządzących, jak i opozycji. Bogatych i biednych. Mądrych i głupich. Zarządzanie pogardą, manipulowanie emocjami ludzi stanowi podstawowy, główny problem. Wynosi złe emocje na coraz wyższy poziom. Tworzy coraz bardziej złożone ich kombinacje. Niewspółmiernie do zaistniałych zjawisk eskaluje  wypowiedzi, oceny, sankcje.

Na razie nie widać światełka w tunelu. Nie ma nowej grubej kreski. Jak położyć kres animozjom, zasypać podziały, dojść do porozumienia gdy pogarda nie uznaje kompromisu. Dziś chyba nikt tego nie wie. Jest coraz bardziej agresywnym, bezkompromisowym monologiem emocjonalnym. Zwłaszcza, że jest to sprawdzone, skuteczne narzędzie do wygrywania wyborów. Osiągania celów. Pozbywania się konkurentów, oponentów, przeciwników. Co dokładnie na wiele sposobów pokazuje nasza rzeczywistość.

Może uda się komu pokonać pogardę jej własną bronią? Początek zrobiony został tym spektaklem. Co ważne: lekkim, zabawnym, celnym. A jednak mocnym. Pierwsze rozpoznanie dokonano. DIALOG/styczeń 2017/ poszerza spojrzenie na problem, pogłębia tematykę. Do dzieła więc. Do czytania!! Do teatru!! Do pracy nad sobą u podstaw, Polacy!!! Już czas, już najwyższy czas.

POGARDA

Koncepcja i realizacja:
Wiktor Rubin i KANTOR DOWNTOWN COLLECTIVE w składzie: Daniel Chryc, Jolanta Janiczak, Joanna Krakowska, Magda Mosiewicz, Wiktor Rubin

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1655130,1,prof-mikolejko-o-tym-dlaczego-jedna-polska-wstydzi-sie-drugiej.read

zdjęcie:https://www.facebook.com/komunawarszawa/photos/gm.896018363874288/10154940167107486/?type=3&theater

sobota, 4 lutego 2017

SONATA WIDM NOWY TEATR


SONATA WIDM wystawiona w Nowym Teatrze w Warszawie w pierwszym wrażeniu nie wydaje się być Augusta Strindberga ale Markusa Öhrna. Sceniczne oddziaływanie artysty jest tak sugestywne, wsobne, odrębne, że poza luźnym odniesieniem na pozór nie ma nic wspólnego z dramatem jaki znamy. Nic bardziej błędnego. Markus Öhrn odwraca kolejność pokazywania prawdy o człowieku. Niczego nie ukrywa, wręcz przeciwnie. To, co w sztuce Strindberga wyłania się powoli, stopniowo, kumulując się, narastając do finału, w tym wypadku jest widoczne i mocno uderza swą wizualizacją od samego początku. Nic dziwnego, że króluje forma Öhrna, dobrze znana z jego poprzednich produkcji. W tym sensie kontynuuje on swoją estetykę, wdraża środki sztuk wizualnych w teatralne życie. Wykorzystuje ją do tego stopnia, że cały ciężar oddziaływania spektaklu spoczywa na środkach wyrazu, które mają na celu wywołanie u odbiorcy określonych emocji oraz pobudzenie jego wyobraźni. I słusznie. Wyrazisty, silny plastyczny przekaz, zminimalizowana do koniecznego komunikatu treść nowo przetłumaczonego tekstu, artykułowana bełkotliwie, niewyraźnie, wyświetlana jest  na ekranach jednocześnie z obrazami zbliżeń na bieżąco filmowanej akcji. Powoduje, że to co miało być ukryte, podskórne, niewidoczne można obserwować bez trudu, jest bez ograniczeń dostępne. Tak, tekst maksymalnie skrócony, nie wydaje się być dla potrzeb reżyserskich najważniejszy ale jednak wystarczająco wiąże spektakl Öhrna ze sztuką Strindberga. Treść zeszła na plan dalszy ale nie ginie. Objawia się poprzez to, co widzimy. Pozostaje istotnym kontekstem, znaczącym odniesieniem. Artysta komunikuje się z nami obrazem, który jest tu głównym narratorem. Forma opowiada, oddziałuje, rządzi naszym rozumem i czuciem. Tworzy nastrój, pobudza wyobraźnię. Determinuje charakterystykę postaci, podkreślając sposób współczesnej zaburzonej komunikacji. Ale zabieg ten podkreśla rys naszych czasów: najpierw widzimy obraz, potem wnikamy w jego treść. W sens. Głębiej i głębiej. Jeśli tylko zechcemy.

Całość jest poza realizmem. Choć się do niego odnosi. Potworność kreowanego obrazu natury ludzkiej, opresyjność sytuacji, który prowokuje, wywleczona jest na wierzch, na widok publiczny w perwersyjnie zwulgaryzowanej, karykaturalnej formie namacalnej, dostępnej. Nie jest finezyjnie kamuflowana a całkowicie obnażona, bezczelnie wyolbrzymiona, rozbuchana, wynaturzona. Nie ma złudzeń, nie ma hipokryzji, nie ma owijania w bawełnę. Pozbawione cech indywidualnych zło, barbarzyński prymitywizm zachowań, relacji, bezwstydnie epatuje swą dominacją. Zawłaszcza całą mocą oddziaływania obrazu, który pozbawiony jest jakiejkolwiek próby obrony człowieczeństwa. Rozprawia się z nim bezwzględnie. Bez skrupułów uwidacznia,  potwornie jeszcze przerysowując to, co dotąd ludzkość starała się ukryć choćby przez zachowanie pozorów, kłamstwo, wychowanie, religię, normy społeczne. I co wychodziło na światło dzienne tylko i wyłącznie pod przymusem. Pod presją. Gdy nie można już było ukrywać, zakłamywać zła pod powierzchnią pozoru normalności.To, co stanowiło  dotąd temat tabu, jest dziś bezwstydnie widoczne, dostępne. Udostępniane. Upublicznione. Znane powszechnie.

Jeśli ocalało coś pozytywnego, ukryte jest pod tą udziwnioną maską, marną powłoką, którą można zobaczyć gołym okiem. Już nie trzeba podglądać, z ukrycia obserwować: obscenę, intymność, zbrodnię, kłamstwo, zdradę, wszystkie antonimy dobra. Przyszedł czas, że to ono jest gdzieś głęboko wyparte, stłamszone, wykluczone i należy je tropić, przywrócić mu status ważności na powrót. Ale nigdzie jego przejawów, działania w spektaklu nie widać. Wręcz przeciwnie. Pozytyw, jeśli istnieje, jest ukryty, zminimalizowany, skarłowaciały, zredukowany. Istota całej prawdy o człowieku jest nieodgadniona. Bo, to co widzimy, jest zlepkiem spuścizny popkultury; zniewalającej umysły, przeprogramowującej wrażliwość. I wynikiem decyzji człowieka, że się poprzez nią określa, wyraża, daje zainfekować. Ważne są oczy obserwatora. A do wnętrza ostatecznie nie są w stanie dotrzeć. Powłoka, kreacja obserwowanego nie dopuszcza do tego. Uniemożliwia to. Stanowi znów zakłamany, umowny kamuflaż.

Z jednej strony ten obraz mary sennej, koszmaru, majaku intryguje i niepokoi, z drugiej forma jednak nie do końca pozwala się nim przejmować, traktować poważnie. Obraz przyciąga, zaciekawia ale jednocześnie pozwala na dystans. Może znieczulać, może śmieszyć, może sprawiać, że widz zlekceważy wagę przedstawianych problemów. Dysonans estetyczny ma tu bezpośrednie przełożenie na dysonans emocjonalny jaki wywołuje. Znamienne, że nie opuszcza widza niepewność, ambiwalencja, niejasność, jak należy traktować, interpretować, rozumieć wypowiedź artysty.

 A wszystko to po to, by pokazać, jak bardzo pozbawione są figury sceniczne, nasz świat realny cech indywidualnych, wsobnych, charakterystycznych.  Nieważne kim byłeś, kim jesteś, co sobą stanowisz a jak cię ostatecznie postrzega świat. Jak cię widzi. Odbiera. Bohaterowie ukształtowani w karykaturalną pulpę- istnienie bez właściwości, jak taran przetaczają się w niewoli instynktu, popędu, zaspokajania najniższych, elementarnych potrzeb. Okrutni i źli, wyjałowieni. Dzicy. Nie sposób rozróżnić, z tego co widać i słychać, kto kogo gra. Aktorzy pozbawieni swej tożsamości przypisaną im a priori rolą, kostiumem i maską są nie do rozpoznania. Grają ciałem. Głowa jest olbrzymia, to brzydka, zniekształcona amimiczna nienaturalnych rozmiarów maska.  Dźwięki, jakie z siebie wydają to piktogramy słowne: jęki, piski, chroboty, pomruki, zniekształcone, niewyraźne, bełkotliwe głosy, rwane, postrzępione zdania. Też nie pozwalają na dokładną identyfikację. I nie przeraża to. Nie wstrząsa. Budzi tylko zdziwienie. Zaciekawia. Może dlatego, ze twórca odnosi się jednak do tego, co znamy, co wiemy ze świata popkultury i ta forma nie jest zaskoczeniem. Ciągle się z czymś kojarzy. Do czegoś się odnosi.

Publiczności proponuje się aktywne oglądanie sztuki. Może się poruszać, zmieniać punkty obserwacyjne, po spektaklu ma szansę naocznie przekonać się, jak wyglądają wnętrza, które pokazywała tylko kamera. Anonimowa w swej masie staje się komponentem uzupełniającym, przez swą aktywność bezpośrednim uczestnikiem tego, co się dzieje na scenie. Widmami, cieniami, zjawami. Będąc poza rewirem sceny dostała przyzwolenie, by wkroczyć w świat wykreowany przez Strindberga i  Öhrna, stać się jego integralną częścią. Nikt nie jest poza strefą wpływu. Oddziaływanie sceny jest podprogowo opresyjne. Mimo, że wydaje się nam, że jesteśmy zdystansowani, naprawdę tak nie jest. Z jednej strony ignorujemy wykreowany, udziwniony świat Öhrna, uznając go za ewidentnie umowny, fikcyjny, z drugiej strony rozpoznajemy w nim to, co znamy, co wiemy/np. z własnego doświadczenia, z mediów, itd/. Czujemy, że prawda jest niebezpiecznie blisko.

Obok humorystycznych momentów, niepoważnych, niewinnych zachowań, naiwnych odniesień trwa nadal dramat nas współczesnych. Podszyty jest grozą, bo od czasów Strindberga tyle się zmieniło, że mając dostępne wszelkie środki, każdą treść i formę, wolność i możliwość działania,  pozbyliśmy się wstydu i nie staramy się nawet kamuflować prawdy o sobie a banalizujemy ją, wypierajmy, ośmieszamy. Świadomie unormalniamy zło. Popularyzujemy je, zarabiamy na nim. Ono jednak pod pozorem zabawy, naiwności, dziecinady potężnieje. Öhrna SONATA WIDM Strindberga walkę pokazuje w wymiarze jeszcze groźniejszym.

Można się oburzać na  estetykę Öhrna, można ją odrzucać, nie uznawać, nie rozumieć. Ale nie można jej zignorować. Artysta zdaje się mówić, że człowieczeństwo nadal się wynaturza, ludzie, systemy na to świadomie przyzwalają. Świat, który w teatrze widzimy jest zdegenerowany, zniekształcony, udziwniony, wypaczony. Gwałci i zniewala wszystkich. Najpierw przez swój obraz. To, co chciał przekazać Strindberg, Öhrn przewrotnie wizualizuje. Niech nas nie zwiedzie konwencja snu, horroru, zabawy. Öhrn niczego nie ukrywa. Poprzez sugestywną, anonimową cielesność bohaterów pokazuje, że tak po prostu jest, tacy po prostu jesteśmy. My, cywilizacja totalnej popkultury, żyjąca w konwencji upiornego a przecież uważanego za zupełnie cool und fun Big Brothera. Infantylizmu naiwnej, krzykliwej, pretensjonalnej, definiującej wprost formy, braku wielkiej głębi/intelektualnej, estetycznej, moralnej/, karykatury, kreskówki, animacji czyli prymitywizującego wszystko uproszczenia. Nadal to jest jednak Strindberg, jego bezpruderyjna, oskarżycielska, ostra w swym jądrze SONATA WIDM. Podkręcona wizja klasyki.

Nie jest to ani kpina, ani szaleństwo, ani tylko i wyłącznie ciekawe eksperymentalne wykorzystanie sztuk wizualnych, epatujące nowoczesnością użytych środków wyrazu w teatrze, ale autorska, krytyczna propozycja artysty, który rozumie i czuje, że świat się zmienia, sposób komunikacji się ciągle zmienia i należy dostroić się do tych zmian, by móc pokazać zachodzącą transformację percepcji i recepcji współczesności. Tego, co w niej przeraża, niepokoi, uwiera. W tym sensie Öhrn obnażając perfidię i ohydę bezwstydnego zła zawłaszczającego wszystkie rewiry i okresy życia człowieka, w formie doskonale nam znanej, bo ogólnie dostępnej, wiadomej, upomina się o przywrócenie równowagi w świecie wartości. Odchylając się tak ekstremalnie w stronę zła automatycznie stawia pytania o status dobra. Tyle, że nie wprost. Ta jednoznaczność negatywnej oceny rzeczywistości wydaje się być nie do przyjęcia. Budzić może sprzeciw. Święte oburzenie ortodoksyjnych wyznawców tradycyjnego systemu wartości. Niesłusznie. Paradoksalnie Öhrn upomina się o nie, poprzez swą sztukę o nie walczy. Podprogowo. Intuicyjnie. Przewrotnie. Zabawka, lalka dziewczyny/jeszcze dziecka/ spętana grubym sznurem, gromada dewiantów bezwstydnie przyglądająca się razem z widzami scenie zbliżenia młodych, seksualna inicjacja hiacyntem, ostateczne przejście młodych w sferę zła dorosłych to dowody zbrodni dokonanej na złudzeniu, wierze, że dobro mogłoby zło zwyciężyć. Grzechem pierworodnym dziś, zdaje się dawać nam do zrozumienia autor, nie jest grzech nieposłuszeństwa ale zaniechania. Niemożność obrony przed opresją, gwałtem świata na jednostce, która samotna, podporządkowywana, ubezwłasnowolniana przez wtłaczanie jej w oczekiwany szablon zachowań, pozbawiona  zindywidualizowanej tożsamości, brutalnie kulturowo tresowana, emocjonalnie złamana, manipulowana, pozbawiona jest możliwości samodzielnego, niezależnego wyboru. Nie ma już wieku niewinności. Nie ma złudzeń. Życie to horror, powszechne powielanie żałosnej imitacji modnego, popkulturalnego wzorca. Oczywiście nie buduje taki teatr obrazu pozytywnego, budującego. Raczej powinien zagrzewać do buntu. Do walki. Jeśli tylko nie odżegnamy autora od czci i wiary. Pozwolimy mu do siebie dotrzeć.

Nowy Teatr, jego aktorzy pozwolili. Zrezygnowali z własnej tożsamości w kreowaniu postaci scenicznych. Ukryci pod maskami, ze zdeformowanymi głosami są nierozpoznawalni.  I to jest wspaniałe, cudowne, potwierdza ich klasę. Zdecydowali się zaufać reżyserowi. Mimo, że jest i śmiesznie, i straszno. Mroczno i czerwono. Kontrowersyjnie, odważnie, ryzykownie mocno.

SONATA WIDM AUGUST STRINDBERG
tłumaczenie: Anna Topczewska.
reżyseria, scenografia, dźwięk: Markus Öhrn
rzeźba: Wojciech Pustoła
rzeźba harfy: Tilda Lovell
wideo: Jakob Öhrman
eeżyseria świateł: Marta Pruska
asystent reżysera: Romuald Krężel
asystenci do spraw kostiumów: Krystian Jarnuszkiewicz, Katarzyna Sankowska
asystentka do spraw wideo: Hanna Maciąg
interpretacja Walkirii: Linus Öhrn i Janne Lounatvuori
adaptacja Trio fortepianowego D-dur „Duch”, op. 70 nr 1 Ludwika van Beethovena: Jan Duszyński

obsada: Ewa Dałkowska, Bartosz Gelner, Helena Gąsiejewska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Wojciech Kalarus, Marek Kalita, Maria Łozińska, Joanna Niemirska, Jakob Öhrman, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Magdalena Popławska.

premiera: 20 stycznia 2017 Nowy Teatr
Spektakl dla widzów w wieku od 16 lat.

środa, 1 lutego 2017

KUROŃ. PASJA WEDŁUG ŚW. JACKA TEATR POWSZECHNY


Polaków dziś ogarnia trwoga w związku z tym, co się dzieje w Polsce, z nimi samymi. Chcą zrozumieć, dlaczego demokracja jest tak przerażająca, trudna, niestabilna. Chcą ratować kulturę dialogu, zgody, porozumienia. Wspólnego działania. Przywrócić harmonię, doprowadzić do równowagi. Spokoju. Nic dziwnego, że szukają punktu odniesienia, przykładu do naśladowania, wsparcia. Siły, pocieszenia. Drogi wyjścia z impasu. A jak trwoga, to do boga. Może mieć ludzką twarz, lewicowy genotyp, solidarnościowe ideały. Może nazywać się Jacek Kuroń.

Spektakl zaczyna się od wymiany zdań skażonych emocjonalną pyskówką, dąsami, pretensjami, fochami anonimowych obywateli na widowni/Aleksandra Bożek, Kazimierz Wysota i Michał Jarmicki/. To skłócenie, klincz mentalny w podziale ideologicznym, politycznym, wyznaniowym mieszający emocje z deklaracjami, bo nikt tu nie słucha, nie rozmawia, nie dyskutuje tylko mówi swoje i przy tym obstaje. Jest to komunikacja agresji o przeciwnym potencjale nastawiona na konfrontację, eskalację, atak. Rozwijająca się w dwie manifestacje, które paraliżują ruch uliczny, blokują, uniemożliwiają przemieszczanie się po mieście tym, którzy w nich nie uczestniczą/Grzegorz Falkowski w drodze na CZARODZIEJSKI FLET/. Oto rzeczywistość, którą dobrze znamy, której coraz częściej doświadczamy. Teraz wkroczyła w rewir teatru. To dobre miejsce- neutralne, przyjazne, bezpieczne -na przepracowanie polskich podziałów, zmór samo nakręcających się nienawiści, budzących się demonów, rosnącej w siłę pogardy. Zanim będzie za późno gdzieś jednak trzeba stanąć twarzą w twarz z prawdą.

Najlepiej z Jackiem Kuroniem, co jest ciekawą perspektywą oceny naszej rzeczywistości. A właściwie z wyobrażeniem autorki, Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, i reżysera, Pawła Łysaka, o jego znaczeniu, roli dla nas. O Kuronia politycznej legendzie i Jacka duchowości, pasji, charyzmie. Każdy widz przychodzi do teatru z własnym oczekiwanym portretem i chce go skonfrontować z teatralną, artystyczną wizją. Z nadzieją na ideologiczną podbudowę, metafizyczne przeżycie, duchowe wsparcie. W poszukiwaniu ratunku, pociechy, natchnienia. Inspiracji. A on spogląda na widzów z olbrzymiego zdjęcia.  Przez cały czas spektaklu nieobecny niemo obserwuje, czy nie wszystek dla nas umarł. Co ocalało z jego walki, jego czasów, by miało szansę nas ocalić tu i teraz. Jakie jest nasze życie po jego śmierci. Jak sobie radzimy.

Ważne nie jest to, co może nam jeszcze dać ale czy potrafimy skorzystać z doświadczenia jego życia. Inicjatywa jest po naszej stronie. Co z tym dobrem zrobimy, czy jeszcze cokolwiek rozumiemy z jego dziedzictwa? Czy potrafimy go zdefiniować, nazwać, opisać, spopularyzować, wcielić w życie? Wziąć przykład z polityka, który był szczery, bezpośredni, wiarygodny. Z nas i dla nas cały. Prawdziwy człowiek, niedoskonały, chropowaty, grzeszny, który działał, walczył, starał się zmienić homo sovieticusa w obywatela świata. Dla którego miłość do ojczyzny była synonimem miłości do ludzi, do żony Gai. Lewicowy wyznawca wiary w dobro, możliwość dialogu, negocjacji, kompromisu, porozumienia czyli tego, czego nam dziś brakuje najbardziej. Realizowania się jednostki poprzez działania na rzecz ogółu. Dochodzenia do rzeczy wielkich małymi krokami. Bez lęku.

Poznajemy na scenie młodego Kuronia /Oskar Stoczyński/, bo optymizm młodości ufnej, szczerej, naiwnej nigdy się w nim nie zestarzał. I mógłby się odradzać w każdym następnym pokoleniu. Wzrusza scena, gdy pyta co słychać dziś u nas. Co osiągnęli, jak żyją jego towarzysze walki o wolną Polskę, legendy solidarnościowej opozycji. Ten rozziew jego oczekiwań, że wszystko jest dobrze z tym, że jest tak źle, co tylko my wiemy, skutkuje wielką emocją zawodu i rozczarowania,  niemal poczucia winy w nas, widzach.

Nie chodziło twórcom chyba o to, by ta sztuka wzruszała, wstrząsała, rozmiękczała. Była gotową diagnozą, stanowiła przepis na sukces. Nie miała też wprowadzać w elegijny, świąteczny nastrój. Żadne to epitafium, panegiryk, laurka. Raczej wizualizacja trudu uchwycenia istoty rzeczy, wymykającej się ciągle prawdy. Rekonstrukcja przez dekonstrukcję. Zarys wybiórczy przeszłej i teraźniejszej rzeczywistości, portret człowieka polityka, który nikogo dziś już nie zadowoli, bo nie wyzwala emocji, bo sytuacja się zmieniła i dynamicznie zmienia nadal. Ułomność komunikacyjna świata przedstawionego wpisuje się w powszechny brak możliwości zrozumienia rzeczywistości. Również w teatrze. Dramaturgia, która musi pogodzić tak wiele, nie działa jakby nie istniała. Percepcja z trudem za nią podąża. Ekspresja słowna postaci scenicznych ilustruje frustrację niepewności, błądzenia, rozdarcia. Osamotnienia. Sygnalizuje brak panowania bohaterów nad sobą i rzeczywistością, pogrążenie się w instynktownym, indywidualnym pędzie codziennego życia. Zagubieniu. Pomieszaniu wartości. Dlatego, między innymi, Ewa Skibińska gra Gaję i symbolicznie Polskę w różnych okresach historycznych/Ukochana Ojczyzna/Rzeczpospolita/. Wydaje się, że jest kilka zakończeń, bo trudno przewidzieć lub zdecydować się na jedno rozpoznanie. Każde może być prognozą porażki, klęski. Wszystko jest ułomne, poślednie, nijakie. Z wpisanym błędem, brakiem, niedoskonałością. Genem skazy. Jakby nie było nadziei. Jakby cały dotychczasowy trud poszedł na marne. Nie ma łatwego pocieszenia. Prostej drogi wyjścia z bieżącego impasu. Na koniec pozostajemy więc w punkcie początkowym przedstawienia: niepewni, zdezorientowani, pozostawieni sami sobie. Niektórzy z poczuciem niedosytu a nawet ostatecznej straty. Ze świadomością, że tak łatwo, tak szybko roztrwonić można, co się osiągnęło, wypracowało, wywalczyło. Wolność, okupiona ogromnym wysiłkiem, wyrzeczeniem, pracą, nie jest dana raz na zawsze. A demokracja to stan nieustannej walki, konfrontacji, ścierania się argumentów. Kuroń jednak, nie tak jak my dzisiaj,  nie ustawał w szukaniu porozumienia, wzajemnego zrozumienia, w  podejmowaniu dialogu. Jacek świadczył swoim życiem, że taka postawa ma głęboki sens i wartość dla niego samego. Nie pytając o koszty. 



Powstał spektakl o Polsce, Polakach. O jej bohaterze. Bieżące problemy polityczne i społeczne zdominowały optykę patrzenia na jego życie, osiągnięcia. Publicystycznie go stłumiły odsłaniając złudne nadzieje na to, że można wskrzesić ten żar jaki niósł w sobie, zaszczepić w nas pasję, która nie pozwalała mu zboczyć z raz obranej drogi. Zdradzić ideały czy wyrzec się służby dla ludzi, ojczyzny, która była dla niego najważniejsza. Ale to przecież odsłania prawdziwy stan rzeczy. Stary kołtun siedzi w Polakach od dawna i ma się nadal dobrze. Karmi się pogardą, zemstą, odwetem, nienawiścią. Niestrudzenie mąci kijem w Wiśle. Polska może i jest spętana, obdarta, biedna, krzykliwa, skłócona głosami polityków, którzy nadają ton, infekują niezgodą, ale to nie jest jej jedyne oblicze. Kościół się wtrąca.  Ale i teatr się wtrąca. Problem w tym, że każdy proponuje odmienne narracje i sam je toczy w totalnej opozycji. Ne ma wspólnego dyskursu. Indywidualni i zbiorowi nie dajemy sobie rady z problemami, ze sobą, z naszymi bohaterami. Z emocjami. Przyzwoliliśmy na to, że wymknął się nam indywidualny wpływ na rzeczywistość. Walcząc jeden przeciw drugiemu nie chcemy brać odpowiedzialności zarówno za przeszłość, jak i za przyszłość. A teraźniejszość pogrążona jest w niezrozumiałym nadal dla nas chaosie.

Fenomen Kuronia pozostaje nieuchwytny. Nikt go nie zastąpił w sferze publicznej, politycznej, społecznej/ tu Jurek Owsiak ma swoje niezaprzeczalne sukcesy, nie ma mowy o nim w spektaklu/. Ani Autor Grzegorza Artmana, choć dokonuje się w nim przemiana, nie jest w stanie napisać o nim książki, ani autorka sztuki, Małgorzata Sikorska-Miszczuk, nie wskrzesza Kuronia pokazując naszą narodową złośliwą uporczywość w niszczeniu pozytywnych wzorców, ani młody aktor, Oskar Stoczyński, nie mógł go zagrać, by rozpalić naszą wyobraźnię. Reżyser z dramaturgiem splątują różne rzeczywistości, różne czasy, które nie dają się przeniknąć, zgłębić, zrozumieć. Pada wiele gorzkich słów, mowa jest o bolesnych rozczarowaniach/porzuceniu najbiedniejszych, pokrzywdzonych zmianami systemowymi, wykluczanych/, zawiedzionych nadziejach/Gaja o równości kobiet i mężczyzn w polityce, w rządzeniu/ jakbyśmy-niedowartościowani, z niską samooceną, niewierzący w siebie, we własny potencjał-  zawsze koncentrowali się tylko na negatywach, porażkach, niepowodzeniach, nie mogąc się wyzwolić z kręgu mentalnej niemożności. 


Dobrze, że sztuka została napisana, spektakl powstał. Bez koturnowości, epatowania bohaterstwem, chorobliwych uniesień. W nowoczesnej, postdramatycznej formie, kontrowersyjnym ujęciu. Złożony, niejednoznaczny nie prowadzi nas za rękę. Jest raczej wyzwaniem. Teatralną prowokacją. Temat jest trudny, punkt widzenia twórców szczególny, a obecny moment historyczny ważny. Lepiej  próbować rozwiązywać problemy niż pozwolić im eskalować. Mamy bogactwo spuścizny historycznej, które warto do tego celu wykorzystać. Wystarczy po nie sięgnąć, do niego się odwołać.  Niech Kuroń dla każdego z nas pozostanie innym człowiekiem, nawet obcującym pośród żywych świętym Jackiem. Wiecznie młodym, walecznym, nieustępliwym.

KUROŃ. PASJA WEDŁUG ŚWIĘTEGO JACKA
reżyseria - Paweł Łysak
dramaturgia - Paweł Sztarbowski
scenografia - Robert Rumas
kostiumy, reżyseria światła - Agata Skwarczyńska
muzyka - Stefan Węgłowski
układ tańca - Izabela Żak

obsada: Aleksandra Bożek, Ewa Skibińska, Grzegorz Artman, Grzegorz Falkowski, Michał Jarmicki, Oskar Stoczyński, Kazimierz Wysota

premiera: 24 stycznia 2017


http://www.powszechny.com/spektakle/kuron-pasja-wedlug-sw-jacka,s1140.html?ref_page=controller,index,action,spektakle-aktualne