poniedziałek, 7 marca 2016

CABARET TEATR DRAMATYCZNY



Publiczność kocha CABARET. Za sprawą filmowego pierwowzoru Boba Fosse'a z Lisą Minnelli i Michaelem Yorkiem, musicalowych spektakli Joe Masteroffa. Nic dziwnego, że doskonale się bawi. Potrzebuje rozrywki na przyzwoitym poziomie z nienachalną refleksją w tle. Fundującej relaks, dającej przyjemność. Serwowaną z bezpiecznym dystansem, w otulinie estetyki przyciągającej uwagę. 

To, co jest nieśmiertelne, chwytające za serce w CABARECIE to muzyka. Przebojowa i dynamicznie, ekspresyjnie zaaranżowana zawsze porywa i unosi resztę, nawet jeśli cokolwiek w inscenizacji zawodzi. W spektaklu wyreżyserowanym przez Ewelinę Pietrowiak, wykonywana na żywo, wybrzmiewa cudownie naturalnie. Piosenki są doskonale znane i przez publiczność oczekiwane. Nigdy nie zawodzą. Szkoda, że zabrakło: "Mein Herr" ,"Maybe This Time". Pierwsza to ostra, mocna, ekspresyjna diagnoza, oskarżenie, druga liryczne, słodkie marzenie spełnienia, pragnienie szczęścia. Są przejmujące  i doskonale charakteryzują postać Sally, głównej bohaterki. Nie tym razem, co ma konsekwencje w zubożeniu jej portretu, spłyceniu charakterystyki postaci. 

Scena teatru łączy świat kabaretu w klubie KIT KAT w Berlinie, scenę w pociągu wyodrębnioną światłem i przestrzeń rzeczywistości prywatnej bohaterów. Na końcu  kompozycję sugerującą mroczny obraz wojny. Mamy dwie ciekawe historie miłosne z przeplatającym się wątkiem Fräulein Kost/ świetna, mocna, wyrazista rola doskonale śpiewającej Magdaleny Smalary/ , sympatycznej, życiowej dziewczyny sypiającej za pieniądze z marynarzami i kim popadnie, dylematy wyborów i zachowań moralnych, etycznych, politycznych/narodziny faszyzmu/. Opowiada o miłości bez przyszłości pisarza Cliffa Bradshaw/Mateusz Weber/ z piosenkarką Sally Bowls/Anna Gorajska/. Jednak show kradnie druga dojrzała zakochana w sobie para: Fräulein Schneider i żydowskiego pochodzenia Niemiec Herr Rudolf Schultz. Agnieszka Wosińska i Piotr Siwkiewicz dominują, wybijają się, przykuwają uwagę. Samotni, wzruszający, pełni nadziei i obaw. I pozostaną w pamięci. Zwycięża aktorskie przygotowanie, perfekcyjne wykonanie, sprawność wokalna. Dramat ludzi dojrzałych, których związek z powodów zachodzących zmian jest niemożliwy. Miłość przegrywa z polityką, agresją, przemocą, prześladowaniem Żydów. Paradoksalnie wątek ten wypadł bardziej dramatycznie niż historia związku młodej pary bohaterów Sally i Cliffa. Ci nie są tak przekonujący. Upodabniają się do postaci psychologicznych dnia dzisiejszego, gdy każdy jest niezależny, samodzielny, realizuje swoje indywidualne marzenia, potrzeby, osiągać chce samotnie tylko własne cele. Więzi są słabe, chęć kompromisu nie istnieje. Ona niestabilna emocjonalnie, choć stanowcza. On dopiero zaczyna dojrzewać, definiować siebie i świat. Nic dziwnego, że ich drogi się rozchodzą. Trudno uwierzyć w prawdziwość, głębokość, ważność ich uczuć. To tylko kolejna przygoda, inspiracja, imperatyw, by posuwać się do przodu na osobnej ścieżki kariery i życia. Gdy się rozstają, razem z nimi oddychamy z ulgą. Uff, znów są wolni. Bez zobowiązań, ograniczeń, konieczności rezygnowania z siebie, przymusu dostosowywania się do partnera. Przecież to takie banalne dla artystów! Takie normalne, nudne. Życie przecież oferuje tyle podniet, tyle obiecuje, byle tylko nie być przywiązanym do tego samego miejsca, jednej osoby, jednego więzienia codziennego kieratu życia rodzinnego. Nie są na to gotowi. A że mogą, bo stać ich na to, by żyć w zgodzie ze swoją naturą, robią to. Zdobyli kolejne doświadczenia, dojrzeli do samodzielnych poważnych decyzji ale nic więcej. To może niektórych widzów rozczarować. Spowodować uczucie niedosytu, bo Sally i Cliff nie pozwalają nam uwierzyć w prawdziwość swych uczuć, dramatyzmu wyborów. Mateusz Weber pozostaje początkującym pisarzem, nie jest w stanie zapewnić bytu kochanej kobiecie, wpłynąć na nią, przekonać ją, że jest dla niej właściwym partnerem, ta ignoruje go i dokonuje aborcji. Jest twardsza od niego, ale niekoniecznie mądrzejsza, nie chcąc zaryzykować wspólnego życia, stęskniona za kabaretem, niestabilna emocjonalnie, nie potrafiąca zbudować więzi, pozostać wierną. Każde wraca na starą ścieżkę życia sfokusowaną na autodestrukcję. A nam nie jest ich żal. Mówimy w myślach: a dobrze im tak, nie może być inaczej. Zapracowali na to. Doprowadzili do tego. On nieporadny, ona nie może żyć, realizować się poza kabaretem. Sally stawia na samotność a Cliff zostawia ją i ucieka. Oboje pozostali postaciami bez właściwości. To nie mogła być miłość. Może jakieś jej wyobrażenie, tęsknota, imitacja.

Mistrza Ceremonii koncertowo gra Krzysztof Szczepaniak, śpiewa, tańczy, świetnie się porusza: lekko, pewnie z nonszalancją talentu wodzireja, pana sytuacji, sztukmistrza. Uwodzi, bawi, śmieszy, choć nie przestrasza.To on zawiaduje wszystkim, nadaje ton, tworzy kontekst, również dla podtekstu, aluzji, żartu, komentarza. Choć w tym wypadku brakuje ostrości puenty, większej wyrazistości, liryzmu, wielowymiarowości, drugiego i kolejnego dna. Jest doskonała zabawa, szaleństwo komentarza rzeczywistości sugerującego refleksję. Ale lekko, łatwo i przyjemnie. Grozą nie wieje. Nie poraża piosenka „Tommorow Belongs To me” śpiewana głosem mocnym, wyrazistym przez Smalarę, do której dołączają pozostali, choć jest pomysłowa. Scena ta emanuje emocjonalną siłą chóralnego, zdeterminowanego wykonania. Działą jak magnes. Porywa. Robi duże wrażenie w połączeniu z olbrzymim lustrem skierowanym na widownię, która tym samym przyłącza się do udziału w emocjach towarzyszących narodzinom faszyzmu.

Neonowa, zimna, minimalistyczna scenografia, zbyt duża scena w stosunku do ilości osób mogących ją zagospodarować odziera ciekawie zapowiadające się sceny kabaretowe z intymności. Szare, czarne, matowe kostiumy, nawet te kabaretowe będące zapowiedzią ekspansji brunatnych koszul nowych, wspaniałych czasów faszyzmu, zastosowanie mikroportów, które spłaszczają, zmieniają, udziwniają głos pozbawiając go naturalnej barwy, brzmienia i są dobre do wykonywania piosenek a nie do mówienia tekstu, nastawienie reżyserki na soft rozrywkową stylizację przekazu całości pozbawiło spektakl pazura dramatycznego o mocy wstrząsu. To kobiety rządzą w związkach, podejmują decyzję. Polityka wdziera się symbolicznie a nie brutalnie w życie ludzi i burzy ich przyszłość bezkrwawo. Nie ma mocnej puenty, którą wypracowałoby zderzenie formy kabaretu z faktyczną brutalizacją życia, o czym z historii wiemy. Dostajemy kanon kabaretu, który swoją formą anektuje całą rzeczywistość a więc niweluje dramatyzm sytuacji do delikatnie zaznaczonych problemów rodzącego się nowego systemu. Subtelnie sygnalizuje zmiany. A to za mało na poważne przeżycie artystyczne. Choć zabawa jest przednia. Rozrywka rzetelna.

W końcu kabaret, to kabaret. Piękna, przebojowa muzyka, dynamiczny, wyzywający taniec, śpiew natychmiast podbijający serca widzów. Świat nie kończących się romansów, miłości niespełnionej, miłości zawiedzionej. A w cieniu blichtru i zabawy gorzki komentarz rzeczywistości. Jeśli jest celny i należycie zagrany, budzi refleksje. Jeśli nie, pozostanie czystą, zadowalającą rozrywką przynoszącą wytchnienie. Oczywiście nie dla tych, którzy oczekiwali czegoś więcej. I tak jest w tym wypadku. Jakby reżyserka uznała, że w realu mamy i tak wystarczająco dużo problemów, depresyjnych sytuacji a rewir teatru ma być przestrzenią neutralną. Dotyka ale się nie wtrąca. Nie prowokuje. Przypomina o uśpionych dawno demonach wojny, których nie chce budzić i drażnić. Delikatnie napomyka, snuje tropy budząc czujność, uważając, że widzowie sami zdecydują o wadze i słuszności skali ich dalszego rozwinięcia. Odnieść można wrażenie, że takich spektakli oczekują. Potwierdza to duże zainteresowanie spektaklem, żywa reakcja po wykonaniu każdej piosenki, gorąca, na koniec długa owacja. Bo satysfakcja z inscenizacji materiału dramatycznego o początkach faszyzmu w Europie, w Niemczech, w Berlinie wyśpiewanego, zatańczonego, uwikłanego w wątki miłosne , jest przewidywalna i a priori gwarantuje ciekawie spędzony wieczór.


CABARET

libretto: Joe Masteroff
muzyka: John Kander
piosenki: Fred Ebb
przekład libretta: Kazimierz Piotrowski
przekład piosenek: Wojciech Młynarski
autorem tłumaczenia piosenek: „Don’t go” i „I don’t care much” jest Szymon Żuchowski

reżyseria: Ewelina Pietrowiak
scenografia i kostiumy: Katarzyna Nesteruk
choreografia: Artur Żymełka
kierownictwo muzyczne i aranżacja: Urszula Borkowska
przygotowanie wokalne: Anna Chmielarz
reżyseria światła: Łukasz Różewicz
asystentka reżyserki i suflerka: Agata Zdziebłowska
inspicjent: Tomasz Karolak
kierownik produkcji: Mateusz Karoń

OBSADA:
Mistrz Ceremonii: Krzysztof Szczepaniak
Sally Bowles: Anna Gorajska
Cliff Bradshaw: Mateusz Weber
Ernst Ludwig: Tomasz Budyta
Fräulein Schneider: Agnieszka Wosińska
Fräulein Kost: Magdalena Smalara
Herr Rudolf Schultz : Piotr Siwkiewicz
Lulu/Dama: Anna Gajewska
Rosie: Anna Szymańczyk
Franchie: Agata Wątróbska
Helga/Goryl: Natalia Sakowicz (gościnnie)
Bobbie: Waldemar Barwiński
Victor/Dama: Maciej Radel (gościnnie)

muzycy:

Urszula Borkowska / Mateusz Dębski - fortepian
Marcin Świderski / Mariusz Mielczarek - saksofony, klarnet
Tomasz Kirszling / Filip Mazur – trąbka
Tomasz Dworakowski / Michał Tomaszczyk - puzon
Wojciech Gumiński / Marcin Fidos – kontrabas
Marcin Słomiński / Szymon Linette - perkusja

Czas trwania spektaklu: 2 godz. 30 min /z przerwą/.
Spektakl przeznaczony dla widzów od lat 15-tu.

Premiera 8 stycznia 2016 na Scenie im. Gustawa Holoubka

piątek, 4 marca 2016

JEZIORO TR Warszawa


Ten spektakl muszę obejrzeć raz jeszcze. W formie, w jakiej go widziałam, nie podobał mi się. Drażnił, denerwował, irytował. Nudził. Bez jaj -choć to ma sens-z jajami smęcącymi na wierzchu. Już się tłumaczę.

Gdy wchodziłam na widownię, scena czekała, grała. Aktorzy siedzieli na leżakach, przycupnięci gdzieś w kącie, na framudze okrągłego okna. Na bocznych ścianach wyświetlane były obrazy miasta chyba w kolorach różowo krwistych. Uczestnicy weekendowego grillowania, wypoczynku na łonie natury/sosny, zieleń, trawa, gdzieś w domyśle jezioro/ale mimo ekspansji eko sugestii znajdują się w betonowym bunkrze z okrągłymi otworami na świat. Kuliste okno na niebo, otwór na strzelistą sosnę. Kuliste okno na zieleń wdzierającą się do wnętrza. Kulisty otwór, jak czarna kosmiczna dziura nieba błękitnego nad nami lub tafla jeziora. Głos z offu sugerował nadchodzącą zagładę. Wprost pytał ludzi w sondzie ulicznej gdzie są i gdzie chcieliby być w czasie apokalipsy. Niepokojące pytania, budujące nastrój zagrożenia, prowokowały w istocie odpowiedzi, gdzie nie chcieliby być w momencie gdy wszystko się kończy. Rozpada. A cywilizacja śmierci pożera własne dzieci. Ten gest dramatyczny nie tylko zaczyna ale i kończy spektakl. Pozostawiając nas z poczuciem bezradności wobec trudnych problemów, z jakimi boryka się współczesny człowiek: biały, w średnim wieku, dobrze wykształcony, inteligentny, środkowo czy wschodnioeuropejski demokratyczny neofita, oszołomiony wolnością. Tu i teraz bezradny, bezwolny, słaby, rozśrodkowany, samotny wykoślawiony mentalnie i etycznie, moralnie. Pogubiony. Indywidualny i zbiorowy. Skłócony. Indywidualnie i zbiorowo.

Trzy młode pary spotykają się na łonie przyrody, by wypocząć, porozmawiać, być razem. W istocie widzimy, że nie jest to możliwe. Demony współczesności wypełzają. Ukazują się w całej okazałości. Choć niby nic się nie dzieje, to czuć że ci młodzi ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, porozumieć się. Przeżywają kryzys. Pod każdym względem. I w swym zapatrzeniu w siebie, w dezorientacji krzywdzą. A przecież świat właśnie do nich, uprzywilejowanych, pięknych młodych i bogatych, należy. Jeszcze. Jak go uratują, ustrzegą przed zgubą jeśli samych siebie, najbliższych, własnej rodziny nie potrafią ocalić w wyzwaniach życia dnia powszedniego?

Jakbyśmy zanurzali się wszyscy w ciemnym, głębokim jeziorze i osaczeni otaczającą wrogą rzeczywistością, dusili się opadając bezwolnie na dno swojej marnej, mimo wszystko, egzystencji, w kiepskiej kondycji. Nieprzygotowani na stan kryzysowy. W skrajnym wyczerpaniu fizycznym, intelektualnym, mentalnym. Przeczuwamy katastrofę, czujemy jej oddech. A mimo to skaczemy sobie do gardeł, niszczymy siebie nawzajem, kaleczymy się, krzywdzimy. Sami sobie gotujemy los.

Toniemy. W ludzkim jeziorze osobliwości. Wśród deklarowanych i łamanych zasad, sprzeniewierzając się wartościom, w samozadowoleniu i hipokryzji, w rozdarciu miedzy powinnością a koniecznością, w ukrywanym głęboko intuicyjnym, irracjonalnym lęku przed obcym, żywiołowym i masowym nieznanym zagrożeniem. Przyśpieszający czas, rosnące wymagania, narzucany kaganiec poprawności będący w sprzeczności z indywidualnym punktem widzenia i czucia rodzą z coraz większym trudem ukrywaną frustrację, która skutkuje agresją lub chorobą. Jakby ratunek w izolowaniu się/autyzm, powrót do natury/,w buncie prowadzącym do autodestrukcji/samobójstwo/ był niemożliwy, nieskuteczny.

Ta sztuka ginie w nieporadności dramaturgicznej. Brak tempa, rytmu, akcji rozjeżdża przekaz na miazgę, pulpę, słowotok wybrzmiewający nieporadnie, niewiarygodnie, bez przekonania, czucia. Rezonuje dygoczące, drgające w brzmieniu zagubienie. Dezorientację. Brak kontaktu. Porozumienia. Zrozumienia. Interakcji. Spektakl snuje się, męczy. Improwizuje, dziwoląguje. Jakby chciał oddać stan ducha zapadającej się w siebie rzeczywistości. Kwestie rwą się, rozciągają w czasie, zawieszają, budują obrazy metaforyczne, niejednoznaczne. Przeżywamy deja vu z Czechowa. Z nudą, marazmem, poczuciem beznadziei bohaterów uwięzionych we własnej słabości, bylejakości, nieskuteczności, głupocie inteligencji /pasywność, agresja, obojętność, nieumiejętność rozwiązywania realnych problemów/, która nic nie jest w stanie z siebie samej wykrzesać/ solidarnie zjednoczyć, działać, inicjować/i otaczającego świata zmienić, by przeciwstawić się nadciągającym zagrożeniom. Niesprawne intelektualnie, zapętlone mentalnie, bez instynktu samozachowawczego stracone pokolenie. Barbarzyńca-silny, masowy, zwarty i gotowy na podbój, instynktownie prący naprzód- zwycięży! Pokona tych, co wiedzą niby lepiej, ale nie potrafią się porozumieć, zjednoczyć i skutecznie działać. Uwikłanych w dylematy estetyczne, moralne, etyczne. Deklaratywnie poprawnych, realnie działających samolubnie, zgodnie z własnym interesem, nawet wbrew prawu. W indywidualnych kryzysach wartości, w stanie wojny ze światem i samym sobą.

Odnieść można wrażenie, że cywilizacja europejska zakręciła koło, doszła do ściany, jak bohaterowie sztuki/dosłownie Woronowicz z Grochowską/. Musi nastąpić zmiana, bo dotychczasowa jego konstrukcja jest niewydolna wobec realnego zagrożenia. Albo się przetransponuje, przewartościuje, przeszereguje albo ulegnie sile brutalniejszego, bezwzględnego intruza. Obecnie jest w stanie żenującego klinczu. W fazie bezdechu.

Toniemy w jeziorze marzeń: słusznych wartości, wielkiego rozumu, solidarnego serca. Bez ducha w modnym kostiumie próżności, pychy. W iluzji poczucia wyższości. Z przekonaniem, że żadne zło nam się nie przydarzy. Tacy jesteśmy dumni, pewni siebie, rozśrodkowani w samotności. W bojowej pozycji bogactwa przeciwko biedzie. Goła prawda jest uzbrojona/Ha, cud Ogrodnik!/. Głodna, spragniona, gotowa na wszystko. Nie ma nic do stracenia. Wszystko do zyskania. Nie filozofuje, nie próżnuje lecz działa.Impulsywnie, instynktownie, skutecznie.   Nadciąga. Tu zajdzie zmiana.
W scenie końcowej staje się sensu stricto figurą kontrowersyjnego rosyjskiego artysty wojownika politycznego Piotra Pawlenskego. Ten nie jest już tylko projekcją, staje się namacalną rzeczywistością, wirtuozem, demiurgiem, koniecznym gestem sprzeciwu wobec zła.  Jakby apokalipsa dokonywała się na naszych oczach, obok nas. A moment, w którym artysta jest jedynym sprawiedliwym, doprowadzając się do samookaleczenia jest działaniem krańcowym, ostatecznym. I co my na to? Czy w ogóle go rozpoznajemy, rozumiemy ten kontekst? Czy jest uzasadniony?

Muszę jeszcze raz pójść na ten spektakl, by przekonać się czy aktorom udało się zgrać, wyostrzyć przekaz czy zjednoczyli środki wyrazu, by wydobyć ze sztuki autentyczne napięcie- zagrożenia, bezsilności, rozbicia- by widzowie wraz z nimi poczuli, że duszą się, bo brakuje im czystego, świeżego powietrza -paliwa, które dałoby im siłę do walki, do przeciwstawienia się sile ciążenia, która ciągnie ich na dno rozpaczy i prowadzi do zguby. Do unicestwienia na własne życzenie, fundując armagedon.

Spektakl na tę chwilę jest w fazie work in progress. Wspaniały zespół artystów, aktorów, twórców nadal szuka sposobu na spójny, zdyscyplinowany, konsekwentny, mocny przekaz. Obecnie- emocjonalnie pusty, dramaturgicznie rozwleczony, poszarpany indywidualnymi próbami zaistnienia- nie działa. Zimny, obojętny, nieukształtowaniem swoim dystansujący widza od problemów, artystycznie niedopracowany informuje, sygnalizuje, punktuje. Przekazuje treść nie biorąc odpowiedzialności za jej mroczną, dramatyczną wagę. Gubi możliwości bezpośredniego teatralnego oddziaływania. Czujemy, że spektakl jest ważnym głosem, rozpoznajemy znaki scenicznych figur, wyodrębniamy problemy. Ale potencjalnie tylko. Pozostajemy- każdy widz z osobna jak każdy aktor na scenie- tą owcą w stadzie jej podobnych, wpatrzoną w ciemność przestrzeni w rogu obrazu, o którym opowiada jeden z bohaterów sztuki. Patrzymy w nieznaną przyszłość, mroczną, trudną, barbarzyńską prowadzeni w tłumie na rzeź. "Gdzie teraz jesteś? Gdzie chciałbyś być, gdy nastąpi apokalipsa?" są pytaniami do nas. Nikt nie chce nadciągającej zmiany, choć każdy przeczuwa, że nastąpi. Myśli tylko, by sytuacja go nie zaskoczyła w sytuacji intymnej, samotnej, bez wyjścia. Nadal jednak nic nie robi, sądząc, że i tak nie będzie miał na zmiany wpływu. No, pewnie!  Dopóki go swoim udziałem w grupie sobie podobnych nie wywalczy zmuszony sytuacją. Całe zło, to też wiemy, wynika z naszej winy: z nadmiernego konsumpcyjnego stylu życia, z rozbuchanego indywidualizmu, arogancji, nieświadomości, egoizmu, wstydu, poczucia winy, braku wyobraźni i odpowiedzialności. Rejestr zaniechań, wypaczeń i win jest długi. Przydałaby się praca u podstaw od podstaw.

Mam nadzieję, że spektakl dojrzeje. Nabierze mocy, siły, wyrazistości. Zaiskrzy. Ujawni w pełni swój potencjał. Inaczej niech sczezną artyści, sztuka. Za plagę bezsilności wobec wymogów galopującego czasu, antycypujących realiów życia ludzi śniących o niewzruszalnej , spiżowej cywilizacyjnej wielkości, jej wyższości samej z siebie. Sztuka w zadyszce, spóźniona, biegnie daleko w tyle za rzeczywistością. Ciągle zaskoczona, nieprzygotowana. Jak tonący chwyta się mądrości przeszłości, tu odwołuje się do Czechowa, podobnie jak współczesny jej człowiek. Smutno to wygląda. Mało optymistycznie. Bo to znaczy, ze historia się powtarza a my, ludzie zapatrzeni we własne egoistyczne ja interesu, nie wyciągamy wniosków, nie uczymy się na błędach.

Yanna Ross po raz kolejny reżyseruje w Polsce. Brawo! Udowodniła swój kunszt reżyserski w NASZEJ KLASIE, sztuce pokazanej gościnnie w Teatrze Narodowym. KONCERTEM ŻYCZEŃ  w TR Warszawa rozpoczęła dyskusję o kondycji współczesnego człowieka. Jego hedonizmie, zagubieniu, wykluczaniu, eliminowaniu nieprzystosowanej słabej, samotnej jednostki przez system, który sam ją stworzył na obraz i podobieństwo dekalogu demokratycznych wartości. JEZIORO to rozwinięcie tematu, ciąg dalszy opowiadania o nas, współczesnych indywidualistach zbiorowych, zmierzających stadnie  ku zmianie, która może, choć nie musi przecież, doprowadzić do apokalipsy. Temat czeka. Teatr czeka. Powodzenia.:):):)

PS Wczorajszy PEGAZ/wznowiony ale wypaczony/, 9.03.2016, nic nowego informacyjnie nie wniósł, choć byli aktorzy grający w spektaklu, jego reżyserka, Yanna Ross, redaktorzy prowadzący. Przekaz redakcyjny był równie chaotyczny, zabałaganiony jak to, co można było zobaczyć na scenie. Nawiązanie do MELANCHOLII, filmu  Larsa von Triera, wydaje się mocno wydumane, naciągane. Łączy oba zjawiska artystyczne używanie słowa "apokalipsa". No, na siłę można przyjąć, że scena końcowa. Uczestnicy, w domyśle najbliżsi sobie ludzie- w rzeczywistości nie są sobie tak bliscy, znają się, spotkali-dobrowolnie, pogodzeni z losem, siedzą w kręgu gdy tuż, tuż ma nastąpić zagłada/więcej nie zdradzę/. W spektaklu ludzie sami sobie zgotowali los, a okrągły otwór czarnej dziury na wprost widowni jest niezmienny, nie nadciąga, nie potężnieje. W filmie ma to wymiar o wiele ciekawszy, bardziej przejmujący, wielowymiarowy. Kumulacja metaforycznego piękna : muzyki, obrazu, treści. Ale jeśli ktoś widzi MELANCHOLIĘ w JEZIORZE, niech się przejrzy. Cokolwiek doprowadzi do myślenia, analizy, wyciągnięcia wniosków, które będą ratować, jest właściwe.

Teatr to sztuka żywa. Potrafi cudownie się przeistoczyć, udoskonalić, zmienić. Za każdym razem, choć ta sama, jest inna. Film nie. To produkt gotowy, domknięty. Jego odbiór może zmienić tylko sam obserwator wraz ze zmianą swojego punktu widzenia. Z biegiem dni, z biegiem lat. W okolicznościach zmiennego kontekstu.

Foto: Maxim Zmeyev Reuters /http://www.fakt.pl/wydarzenia/piotr-pawlenski-w-moskwie-obcial-sobie-ucho-w-protescie,artykuly,497252.html/

JEZIORO Michaił Durnienkow


przekład:Agnieszka Lubomira Piotrowska
reżyseria: Yanna Ross
scenografia: Justyna Elminowska
kostiumy: Anna Nykowska
oświetlenie: Karolina Gębska
wideo: Algirdas Gradauskas
opracowanie muzyczne: Piotr Domiński

OBSADA:
Agnieszka Grochowska, Agnieszka Żulewska, Cezary Kosiński, Dawid Ogrodnik, Adam Woronowicz, Agnieszka Podsiadlik, Rafał Maćkowiak

premiera:4.03.2016

zdjęcie:Magda Hueckel



środa, 2 marca 2016

BENT TEATR DRAMATYCZNY


         Od razu przyznaję, że sztuka mi się bardzo podobała. Jako zdyscyplinowana, precyzyjna całość tematyczno- wizualna. Na którą się składa równa, bardzo dobra gra aktorska, powściągliwa, surowa forma. Niełatwy temat homoseksualizmu, zagłady, wykluczenia. Walka o miłość i przetrwanie, o siebie, jakim się jest naprawdę, również w warunkach ekstremalnych. Gorzkie zwycięstwo człowieczeństwa. Triumf proporcji, redukcja użytych środków teatralnych dla wyzwolenia świata uczuć, marzeń, emocji poprzez metaforę, wyobraźnię, wrażliwość.  Bo autor tekstu, Martin Sherman, a za nim podążająca reżyserka, Natalie Rindger, potrafili znaleźć właściwy klucz dla otwarcia widza umysłu i serca.  Doskonały sposób na włączenie go w rozbrajanie obszaru tabu, naturalne wnikanie w rewir cierpienia i miłości drugiego człowieka.      

Ograniczono się tylko do tego, co najważniejsze w słowach, obrazach, emocjach, uczuciach. Umiejętnie zbudowano przekaz. Temat wydaje się trudny ale jest lekko, sugestywnie, przystępnie przedstawiony. Lapidarny, prosty znak sceniczny, realistyczny szczegół pozwala skupić się na tym, co najistotniejsze; homoseksualizm w latach 30-tych ubiegłego wieku w Berlinie, hitlerowski terror w obozach koncentracyjnych wobec gejów, których stygmatyzowano różowym trójkątem. Wysublimowany świat zewnętrzny staje się metaforą, rozwinięciem, tłem dla przeżyć wewnętrznych bohaterów. Akcja w surowym wnętrzu mieszkania w Berlinie, w gejowskim klubie Gerdy, w umownej przestrzeni parku, w kryjówce w lesie, podczas transportu do obozu,w miejscu pracy przymusowej wymusza działania, zachowania, reakcje bohaterów, które uzmysławiają  nam- bezpiecznym, wolnym obserwatorom- jak trudno gejowi tak do końca być sobą. Bo choć wyobraźnia ludzka nie ma granic, pomysłowość również, silna wola przeżycia wyzwala kreatywność, to jednak realia przerażają. Wykluczanie, napiętnowanie, eksterminacja. Ale jeśli się chce, to nawet w najgorszych obozowych warunkach, wiele można zdziałać. Wiele znieść: najcięższe tortury, katorżniczą, bezsensowną pracę, upadlające warunki życia, które mają złamać wolę, poniżyć, zmusić do samobójstwa. Gdy człowiek człowieka sprawdza, ile może zła wytrzymać. Fizycznie i psychicznie. Mentalnie i etycznie. Na polu doświadczalnym obozu koncentracyjnego zmuszony do testowania swojego człowieczeństwa, prawdziwości uczucia. Gdy poznaje, kim tak naprawdę jest dla siebie i innych. Weryfikuje swój system wartości. Sprawdza, ile jest wart. Wypróbowuje możliwości adaptacyjne, hartuje ducha i ciało. Czasem ma jeszcze wolny wybór,  pozorny, bo tylko między różnymi rodzajami śmierci. Przeżycie wydaje się prawie niemożliwe. Graniczy z cudem. I jeśli więzień ocaleje, jest już zupełnie innym człowiekiem. Jakby umierała w nim cała nadzieja, radość życia. Gasło światło.       
        
 To, co niezwykłe w tym spektaklu wyraża się w umiejętności przetworzenia stanów granicznych w zwycięstwo nad mizerią życia, nad poczuciem klęski, upadku, niemożnością złamania w nim tego, co jest jego istotą, wartością niezbywalną, atutem nie do unieważnienia. To przejmujące poczuć poprzez sztukę, że nie ma sytuacji, w obliczu których wykluczany, uwieziony, maltretowany, prześladowany, zagrożony śmiercią człowiek byłby do końca pozbawiony możliwości realizowania siebie. Swoich potrzeb, pragnień, marzeń. Zawsze można znaleźć sposób, by dopiąć swego. Prawie zawsze. Mimo niesprzyjających okoliczności, presji, przymuszania, stosowania środków karnych. Nie dotykając, obejmować jeden drugiego. Nie patrząc na siebie, widzieć. Nie mówiąc, słyszeć. Poznać nienawiść człowieka do człowieka. Poznać miłość. Kochać ale wybrać śmierć gdy zna się już prawdę. I nie bać się ją zaakceptować, przyjąć, oswoić. I to dotyczy też widza, który prawdę o homoseksualizmie poprzez ten spektakl poznaje.

Max Mariusza Drężka, homoseksualista odrzucony przez ojca za miłość do młodego chłopaka, który zdradził, zawiódł Maxa, musi radzić sobie sam w Berlinie, bo tu uciekł, by być z daleka od domu rodzinnego. Kombinuje, sprzedaje narkotyki. Żyje jak chce. Zdradza partnera seksualnego, przyprowadza do domu przygodnie poznanego kochanka w gejowskim klubie Gerdy a następnego dnia kompletnie nic nie pamięta. Tak był zalany, naćpany. Pseudo szczęśliwy, ale czy seksualnie zaspokojony, nie wie, bo przecież film mu się urwał. Żyje bez zobowiązań, egoistycznie, twierdzi, że bez miłości. Jedynie czuje się odpowiedzialny za Horsta, tancerza, swego chłopaka, który razem z nim mieszka.  Ciekawa jest ta na pozór relacja partnerska. Gdy robi się niebezpiecznie, bo oficjalnie homoseksualizm w Niemczech był zabroniony i karany, Max nie chce sam uciekać za granicę przed prześladowaniami, domaga się od wuja Freddiego paszportu również dla Horsta. Obaj ukrywają się w lesie, opiekują sobą nawzajem ale gdy są osaczeni, w końcu złapani, Max zmuszony, zastraszony, zaskoczony sytuacją, zdradza. Wypiera się Horsta, zapiera siebie, podporządkowuje oprawcy. Jest złamany ale jednocześnie silny, chce przeżyć za wszelką cenę. I mu się udaje. Kombinuje, jak zawsze, handluje w obozie, w miejscu gdzie nie można handlować, załatwia sobie i Wolfowi, nowemu towarzyszowi niedoli, pracę przy bezsensownym, bezcelowym przenoszeniu kamieni z miejsca na miejsce. Chce rozmawiać, chce nawiązać więź, chce go ratować, by dać i sobie szansę na przeżycie. I Max tu dojrzewa. Ostatecznie poznaje siebie. Przyznaje się przed samym sobą, kim jest naprawdę, czego pragnie, chce. Co czuł kiedyś, co czuje dziś. Paradoksalnie te obozowe warunki zmusiły go do dotarcia do prawdy. On ją zawsze znał, ale ukrywał, nawet przed sobą samym. A miłość, przed którą już się nie broni doprowadza go do śmierci. Bo bez Wolfa, którego stracił, nie mógł, nie chciał już żyć. W przebraniu tego, kim nie był, też już nie. Ta miłość, jej uświadomiona siła, unieważniła w nim strach przed tym, kim jest, co świat na to powie, świadomie zabiła w nim ostatecznie wolę dalszej walki o przetrwanie. 

Jest tu wiele pięknych, mocnych, niezapomnianych scen. To one wyciosane z przymusu sytuacji wprowadzają nas w świat absurdalnego wykluczenia, który domaga się równoprawności i samostanowienia. Wywalcza sobie prawo równorzędnego bytu. Bo w sposób wzruszający, wiarygodny wnika do naszej jaźni, zdobywa ją i nią włada. Pozyskuje widza wrażliwą, empatyczną narracją, poetycznym, choć mocnym tekstem i odnosi się do ludzkiego, nie współczucia, ale rozumienia, współodczuwania. Nie szantażuje widza, nie narzuca swojej racji. Opowiada. Komunikuje się za pomocą kontrastu. Im bardziej świat zewnętrzny jest okrutny i niezrozumiały i go bezwarunkowo odrzucamy, tym bardziej wewnętrzny świat bohaterów jest przystępny, jasny, bliski i go bezwarunkowo przyjmujemy, bo jest taki sam co do istoty rzeczy,  jak każdego z nas, choć inaczej się ta rzecz przedstawia, w innej formie istnieje. 

Tylko Dariusz Drężek gra  jedną rolę, Maxa, ale jego bohater przechodzi metamorfozę i nadal jest tą samą osobą tylko na różnym poziomie dojrzałości poznawczej. Pozostali w swych kolejnych postaciach są nowym wcieleniem tego samego nośnika informacji. Horst i Wolf grany przez Piotra Bulcewicza to ciągle ten, który personifikuje miłość Maxa. Pozostali jak kameleony dostosowują się do nowych sytuacji, przybierają barwy ochronne, grają wiele różnych ról, jak wspaniały Piotr Siwkiewicz: Freddiego, Gestapowca, Strażnika. I to jest wiarygodna, a nawet ciekawa metamorfoza Niemca z czasów pokoju i wojny. Jedna osoba, trzy funkcje, postawy. Aktorzy grają perfekcyjnie równo, absolutnie zdyscyplinowani. Nie ma fałszu, błędów. I pewnie jest to zasługa nie tylko wagi tematu, którym wszyscy się przejęli i w który w pełni się zaangażowali ale i doskonałego tekstu oraz pracy reżyserki, która potrafiła doskonale skomponować całość, poprowadzić aktorów, by uzyskać spójny, mocny przekaz. 
      
  Gejowski świat przedstawiany na scenie wydaje się być autentyczny. Pokazuje typowe zachowania, relacje, styl życia. Na pewno jest uproszczony, sugestywnie stereotypowy. Wnikamy z łatwością w rejon zwyczajowo zakazany. I uwalniamy go swoją akceptacją. Obejmujemy zrozumieniem. Pragnienie życia, miłości, bliskości, szczęścia i spełnienia  nie ma płci, rasy, wyznania, preferencji seksualnych. Przypisane jest każdemu, bez wyjątku, człowiekowi. Każdemu człowiekowi.


BENT  Martin Sherman

Reżyseria: Natalie Ringler
Przekład: Rubi Birden
Scenografia/kostiumy: Aneta Suskiewicz
Muzyka: Piotr Łabonarski
Choreografia/ruch sceniczny: Wiktor Korszla
Reżyseria światła: Paweł Srebrzyński
Kierownik produkcji: Natalia Mołodowiec

OBSADA:

Max: Mariusz Drężek
Rudy, Kapitan: Kamil Siegmund
Horst, Wolf: Piotr Bulcewicz
Freddie, Strażnik, Gestapowiec: Piotr Siwkiewicz
Greta, Oficer: Maciej Wyczański



piątek, 26 lutego 2016

KOBIETY BEZ ZNACZENIA CHRAPKIEWICZ TEATR DRAMATYCZNY


Czekałam na KOBIETY BEZ ZNACZENIA w teatrze. Na taki temat, takie bohaterki. Szare myszki, ruchliwe, uczynne, pracowite ale tak naprawdę  przez nikogo niezauważane, nikomu niepotrzebne, ignorowane. Łatwe do przegapienia, łatwe do zastąpienia. Przezroczyste. Kobiety dojrzałe, bardzo zwyczajne, bardzo samotne, które same muszą wywalczyć swoją przestrzeń do życia, szukać sensu swego istnienia. Próbują mozolnie, nieustannie prowokować zainteresowanie świata sobą ale efekt jest marny, a kolejne porażki coraz bardziej bolesne. Jakby za cały trud, zaangażowanie były karane. Zawód boli, rozczarowanie doskwiera, ale nie zniechęca. Stres odkłada się gdzieś po cichutku, kumuluje i doprowadza do śmierci albo nasila jeszcze bardziej uporczywą determinację szukania nowych sposobów kompensacji samotności. Chęć zaznaczenia swojej obecności w świecie staje się uzależnieniem. Zawsze znajdzie się sposobność, nawet w warunkach ekstremalnych: paradoksalnie w szpitalu lub więzieniu, by być użytecznym, nadgorliwym, potrzebnym, mimo że to nie podoba się otoczeniu. Kobiety nie wycofują się, nie rezygnują. Konsekwentnie brną w swoje obsesje. Jakby to była ostatnia deska ratunku, jedyna sensowna więź łącząca je ze światem. Marginalizowane, nie dają za wygraną. Zazwyczaj jednak ich wysiłek jest niezauważany albo drażni, irytuje, wywołuje reakcję niemiłą a nawet dyscyplinującą, karną. A one tylko chcą przez chwilę poczuć, że dla otaczającego świata coś znaczą, coś mu dają.

Tak to jest z istotami słabymi przemykającymi po cichu przez życie. Bez fajerwerków, bez zadań specjalnych, celów niebosiężnych. Bez rodziny, bliskich, przyjaciół, znajomych. Gdy dzień do dnia jest podobny i równie niepozorny, uporządkowany, zwyczajny, bez znaczenia jak człowiek, który mimo starań, nie ma na niego wpływu.  Gdy pozostaje zgoda, przyzwolenie na takie trwanie. Gdy żyje się tylko życiem innych, bo się swojego nigdy nie miało. Można tylko obserwować, podglądać, próbować przylgnąć na siłę do przepływających obok zdarzeń, osób. Aby tylko sprowokować sobą zainteresowanie, poczuć się potrzebną, troszeczkę ważną. W dobrej wierze. Z intencją pomocy. W istocie wbrew własnemu interesowi, bo wtrącanie się, namolność, wścibstwo, drobiazgowość nie jest nigdy mile widziana.

Niewesoła to sytuacja. Choć na pozór nie wydaje się taka. Bo osoby mało ważne zazwyczaj nikogo nie obchodzą. Pomijane, traktowane lekceważąco, instrumentalnie, przesuwane są na boczny tor. Nie umieją się włączyć w życie innych ludzi, nie potrafią płynąć z głównym nurtem. Wtopieni w tło nie wyróżniają się- solidni, zdyscyplinowani, podporządkowani- będąc malutkim trybikiem w maszynie systemu. Kobiety bez właściwości, bez talentów, przebojowości, których atutem jest to, że bez problemu przystosowują się do tego, co im inni zaproponują, same nie mają kompetencji i wystarczającej siły narzucania światu siebie na swoich warunkach. Nie wiedzą jak. Przeciętność i adaptacja, akceptacja i potulność w stosunku do tego, co los przyniesie, uniemożliwiają zmianę. I tylko pozostają im nieporadne próby komunikowaniu światu o swojej obecności. Bo rzeczywiście trzeba mieć specyficzną konstrukcję psychiczną, by tak  żyć. Bezwolnie, monotonnie, bez sprzeciwu. Tylko psychika podświadomie buntuje się przeciw tej mizerii życia i atakuje ciało chorobą o podłożu psychosomatycznym. Ale i wtedy kobieta czuje się pomijana, ignorowana, mało ważna. Jej stan nie wywołuje zainteresowania. I się nie poprawia. Nie wymusza reakcji otoczenia, jakiej oczekiwała. Zarówno jej życie, jak i śmierć nikogo nie obchodzi. Po cichu, niezauważenie, samotnie zejdzie ze sceny.

Gdy wkraczamy w teatralny świat spektaklu ulegamy nastrojowi szaroburej, bezbarwnej, nieatrakcyjnej egzystencji, która odpycha, zniechęca, przytłacza. Jest obrazem sytuacji bez wyjścia, stanu klinczu w zaułku rozpadającego się, mrocznego świata przeciętności, na końcu drogi prowadzącej donikąd. Jakby to była wizualizacja wszystkiego, co mogłoby być istotne a nie jest i nigdy nie będzie. Zarys, szkielet ruiny domu we mgle, jak w horrorze. A w nim bohaterki sztuki. Dwa  przemykające  monochromatyczne cienie. Kobiety bez znaczenia w swoim świecie bez znaczenia. Samotne, bezużyteczne, zbędne. Bo prawdziwe, kolorowe, tętniące różnorodnością, witalnością życie jest gdzie indziej. Choć tuż obok, tuż, tuż.

 "Kobieta bez znaczenia" Haliny Łabonarskiej, Margaret/Peggy/ Schofield, jest pracownikiem biurowym, rutynowo wykonuje nudne, mało ważne zadania. Samotna, wycofana, traktowana instrumentalnie nie potrafi się z nikim zaprzyjaźnić. Sytuacja się nie zmienia, gdy trafia do szpitala. Ignorowana, coraz bardziej rozczarowana swym życiem choruje, w końcu umiera. Aktorka prowadzi rolę dramatycznie. Jej bohaterka przechodzi przemianę; od zdyscyplinowanej, solidnej, uporządkowanej osoby do załamanej, rozbitej, zrezygnowanej, pozostawionej samej sobie chorej, która nikogo nie obchodzi. Smutna, przygnębiająca, tragiczna to końcówka. Obnażająca szare, zwyczajne życie. Bez radości, szczęścia, bliskości. Nie dające żadnej satysfakcji. W poczuciu bezsensu podejmowanych wszelkich wysiłków. Codzienność unosiła  ją na fali rutyny, rezygnacji. Wycofania. W towarzystwie obojętności otoczenia.

"Pani od listów" Małgorzaty Niemirskiej, Irene Ruddock, znajduje ratunek na jej jałową egzystencję w poprawianiu świata. Tego, który obserwuje i podgląda, wyciągając nierzadko błędne wnioski. Pisze listy interwencyjne, skargi, donosy upominając się o sprawiedliwość i porządek. Szarżuje w swej nadgorliwości i kończy w więzieniu. Ale tu nadzwyczaj szybko przystosowuje się i odnajduje radość życia. Dynamiczna, w fantastycznej kondycji, zabawnym, komediowym anturażu aktorka ociepla wizerunek wścibskiego, wyolbrzymiającego wszelkie nieprawidłowości cerbera wszelkiej poprawności. Kobiety, której nikt nie lubi. Niemirska tak inscenizuje przygody postaci, że nie sposób się na nią gniewać. Zaczynamy traktować ją jak niegroźną wariatkę, której raczej trzeba współczuć niż ją karać. A gdy trafia do więzienia, już na dobre ją lubimy, podziwiamy. Sekundujemy jej, trzymamy za nią kciuki, bo może jej się w końcu udało choć troszkę szczęśliwą być. Wybaczamy wszystko, ciesząc się, że w mizerii, pokraczności swojego życia potrafiła jakimś cudem mentalnie zmienić swój stosunek do świata. Jest zadowolona, radosna, co raczej kłóci nam się z wyobrażeniem kogoś, kto tak gwałtownie zmienia system wartości i w dodatku odbywa karę więzienia. Bezrefleksyjnie podchodzi do swego położenia. Nie wyciąga wniosków z popełnianych błędów. Pogrąża się w swoim wydumanym poczuciu bezpieczeństwa, które buduje na absurdalnych przesłankach. Uspokaja widza jej zadowolenie. I za chwilę zaczyna mu nie dowierzać, widząc w wyobraźni dalszy ciąg adoptującej się w nowych szatach patologii.

Obie samotne kobiety prowadzą proste, puste, monotonne, niepotrzebne nikomu życie, co jest przygnębiające. Jak na nieskomplikowane postaci psychologiczne przystało, Łabonarska konsekwentnie, precyzyjnie, za bardzo na poważnie dramatyzuje, Niemirska zbyt łatwo trywializuje przechodząc z jednego stanu braku poczucia rzeczywistości w skrajnie drugi. Reżyser zapewne chciał ujednolicić stylistycznie całość ale tylko po to, by tragedię zneutralizować komedią i by wrażenie ogólne nie przytłaczało. Różny temperament aktorek podkreślił jednak dramaturgiczną niejednorodność i pęknięcie całości. To przełamanie nie następowało w każdej postaci. U Łabonarskiej porażka nie była spychana do podświadomości i nie tam się kumulowała doprowadzając do choroby psychosomatycznej a świadomie dogłębnie była przeżywana, wizualizowana, analizowana. Jeśli sama sobie robiła psychoanalizę to skąd choroba? Infantylizm postaci i naiwność postrzegania świata w konfrontacji z przytomną, wiarygodną przeprowadzaną na bieżąco wiwisekcją nie wzrusza a irytuje i dezorientuje widza. Choć jest bardzo smutno, to może i obojętnie. Niemirska niedostatecznie silnie uzasadniła komediowość sytuacyjną, osobowościową postaci uwarunkowaniami, przyczynami, które ją ukształtowały na surowy wzór i podobieństwo strażnika wszelkiego porządku, po czym doprowadziły do radykalnego, zaskakującego przełomu, kiedy staje się całkowicie zadowolona, chorobliwie podekscytowana atutami pobytu w więzieniu. Jakby jedno szaleństwo natychmiast zastąpiła drugim. Dostosowała je do nowej sytuacji. Z jednej strony cieszymy się, ale nie dowierzając szczęśliwemu zakończeniu, jednocześnie martwimy. Bo więzienie łatwo może w jej przypadku zastąpione zostać szpitalem psychiatrycznym. Pierwsza opowieść wypadła tragicznie poważnie a druga infantylnie komicznie. Co nie zmienia faktu, że dużą satysfakcją było oglądanie obu pań na scenie, bo Halina Łabonarska i Małgorzata Niemirska są cudownymi, pięknymi kobietami, imponująco profesjonalnymi, wspaniałymi aktorkami, co ma ogromne, nie do przecenienia dla nas, widzów, znaczenie. Ogromne znaczenie!:)



KOBIETY BEZ ZNACZENIA*

autor: Alan Bennett
reżyseria: Grzegorz Chrapkiewicz
scenografia i kostiumy: Jan Kozikowski
reżyseria światła: Monika Sidor
projekcje: Emilia Sadowska
muzyka: Piotr Łabonarski

Obsada:
Halina Łabonarska
Małgorzata Niemirska

*Na spektakl składają się dwa monologi samotnych kobiet: „Pani od listów” i „Kobieta bez znaczenia”, będących częściami serii„Gadające głowy” ("Talking Heads") brytyjskiego dramaturga Alana Bennetta, cyklu dwunastu monologów, w których autor stworzył galerię dowcipnych, a jednocześnie wzruszających portretów zwyczajnych ludzi.Pierwotnie cykl został napisany dla BBC i był pokazywany w brytyjskiej telewizji, w dwu częściach, w 1988 i 1998 roku. Następnie został wystawiony przez BBC i wszedł do kanonu lektur brytyjskich szkół ponadpodstawowych. 


środa, 24 lutego 2016

CÓRKA ŻÓŁKOWSKA TEATR MŁYN

fot. P.Szatkowski (4)To spektakl kameralny, skromny, powściągliwy ale bogaty intymną relacją matki z córką. Konfrontuje dwa pokolenia, dwie postawy życiowe. Umożliwia przyjrzeniu się z bliska szczególnie trudnej do opowiedzenia historii związkom pomiędzy najbliższymi sobie osobami, ale czy na pewno? Mają wspólne geny, różną przeszłość, doświadczenie, raz na zawsze określoną zależność dziecka i rodzica. Mają wzajemne oczekiwania co do siebie. Ale czy potrafią ze sobą rozmawiać? Uczciwie, szczerze, otwarcie? To nigdy nie jest proste. Czy się znają, rozumieją? To jest bardziej skomplikowane niż może się wydawać.

Z jednej strony mamy naturalną więź rodzinną ale z drugiej bardzo długi okres braku jakiegokolwiek kontaktu. Dziecko wychowało się bez ojca, którego nikt nie poznał, z dala od matki. Tęskniło za nią, pragnęło jej obecności, dotyku, jej czułości, miłości, uwagi, pomocy. Im dotkliwiej brakowało uczuć, troski rodziców, tym większe rosło w dziecku niezaspokojone pragnienie bliskości. Obie dojrzałe kobiety mogą porozmawiać dopiero wtedy, gdy już nic nie da się w przeszłości zmienić. Nie można odzyskać straconego czasu. Rodziców nie było gdy dziecko najbardziej ich potrzebowało. Dorastało w samotności, coraz bardziej w swoim tylko świecie niedostępnym dla dorosłych.

Spotkanie matki z córką wszystkie tego konsekwencje dobitnie ujawnia. Matka nadal przebojowa, kreatywna, silna, wie czego chce. Jest w potrzebie. Córka na pozór opanowana, kontrolująca swoje życie, a w istocie wszystko jej się rozsypuje. Matka artystka, była hipiska, aktywistka, szła jak taran egoistycznie przez życie, myśląc wyłącznie o sobie, o walce w wielkiej sprawie. Była pewna, że jakoś to będzie. I było. Nie czuje się winna. W momencie spotkania w szpitalu nic w istocie o córce nie wie. Teraz ona jej potrzebuje. Nie wprost ale szuka możliwości powrotu.

Córka nie chciała powielać błędów matki. Ale im bardziej się starała, tym więcej ich popełniała. Im bardziej chciała kontrolować swoją sytuację życiową, tym bardziej jej się ona wymykała. Zrezygnowała z siebie dla zyskania poczucia bezpieczeństwa, dla finansowego zabezpieczenia swojej rodziny. Wcisnęła się w gorset modelowej matki i żony. Stała się nadopiekuńczą matką. Zbyt wyrozumiałą, łagodną żoną. Mąż jest w domu ale zupełnie dysfunkcyjny. Bezradny, ciągle wyręczany przez żonę, nie potrafi zająć się swoim dzieckiem w najprostszych sytuacjach. Może nigdy nie chciał, ale ona nie umiała go włączyć w obowiązki życia rodzinnego, nauczyć, ośmielić, skłonić do zajmowaniem się dzieckiem. Może nie pozwoliła mu dorosnąć do roli odpowiedzialnego ojca. Przekonana, że wszystko zrobi najlepiej, wyręczała go. I ponosi tego skutki obciążona ponad miarę. Nie jest szczęśliwa w przeciwieństwie do matki, która przez całe życie robiła, co chciała, co uważała za słuszne, nie bacząc na skutki swych wyborów, decyzji, działań dla najbliższego otoczenia. Szła za głosem instynktu, w zgodzie ze sobą, za tym co czuła. Córka przeciwnie. Rozsądek doprowadził ją do depresji, zagubienia, niegasnącej obawy, by nie powtórzyć tego, co zrobiła z jej życiem matka. Córka nie myśli o sobie w swych wyborach. Za wszelką cenę pragnie otoczyć opieką rodzinę, taką jaką ma. To też nie jest najlepsza droga działania, bo jak nieszczęśliwa matka może wychować szczęśliwe dziecko?

Zaburzone relacje z matką, jej nieobecność w procesie dorastania miały wpływ na to, kim jest córka jako dorosła kobieta, matka, żona. Jako człowiek. Ale nic nie jest jeszcze stracone, przynajmniej w tym przypadku. Potrzeba kontaktu z matką, do której tęskniła przez całe dotychczasowe życie, o której marzyła na jawie i we śnie, jest ogromna. Ale lęk przed tym, jak miałyby ich relacje wyglądać w przyszłości jest chyba jeszcze większy. Ta rozmowa w szpitalu jest pierwszym krokiem w kierunku rozpoznania, czy jest to w ogóle możliwe. Pokazuje ogrom trudności, jakie przed obiema kobietami się piętrzą. Bo tęsknota może być podszyta żalem. Równie silnym, równie emocjonalnym. Bo potrzeba bliskości może łączyć się z obawą jak ją teraz budować, na czym i czy się uda, czy warto ryzykować.

Sztuka bardzo dobrze napisana, czule zagrana, daje nadzieję. Przedsiębiorcza, wiedząca czego chce matka i delikatna, subtelna, bezbronna córka dobrze rokują. Jeszcze wszytko może się ułożyć. Zgrać. Bo każdy członek rodziny ma jakąś rolę do wypełnienia. Odzyskana babcia potrzebująca na starość rodziny, domu, mająca nadzieję na wsparcie matki córka, zagubiony w związku mąż i tacierzyństwie ojciec. A wszyscy tak naprawdę są spragnieni miłości.  Niby mają ją w zasięgu ręki, niby w zakresie możliwości. Choć córka nadal zmaga się ze skazą trudnego dzieciństwa,  traumą samotnego dorastania. Jest tym przypadkiem, gdy taka sytuacja nie wzmacnia, nie hartuje a osłabia pozbawiając najpierw dziecko, potem dorosłą już osobę pewności siebie, kształtuje niską samoocenę, emocjonalne rozchwianie.

To opowieść o marnotrawnej matce, która próbuje wrócić do domu i o doświadczonej życiem córce, na barki której spada kolejny ciężar. Matka Joanny Żółkowskiej ma w sobie nieokreśloną pewność siebie, mądrość i przebiegłość doświadczenia. Siłę. Córka Zuzanny Fijewskiej- Maleszy wydaje się być zaskoczona, zagubiona, bezradna. Jest przeciwieństwem matki. Nie ma w niej furii, złości, agresji. Determinacji, stanowczości. Wyrzutów i żalu, który kończyłby wszelkie związki, kontakty z matką. To daje nadzieję. Ale i pewność co do tego, że została okrutnie skrzywdzona, okaleczona, złamana. A jej miłość do matki jest bezwarunkowa.

Trudno ocenić, jak to spotkanie wpłynęło ostatecznie na relacje matki z córką, bo tego tak naprawdę nikt nie wie. Czy będą razem, tym bardziej. Chyba, że przeżyło się podobną historię. O co nietrudno w czasach gdy rodziny są niepełne, rodzice za zarobkiem wyjeżdżają na długie miesiące a czasem i lata za granicę albo cały czas pracują a dzieci uzbrojone w internet wychowują się same lub są przygarnięte przez dziadków.

Myślę jednak, że warto rozmawiać. Warto próbować. I nigdy nie jest na to za późno. Nigdy.


CÓRKA
Scenariusz i reżyseria: Natalia Fijewska-Zdanowska
Muzyka: Filip Dreger
Konsultacja scenograficzna/światło: Mikołaj Malesza
Kostiumy: Beata Borowska
Produkcja: Agnieszka Kondraciuk
Sufler: Aleksandra Śliwińska

Obsada: Joanna Żółkowska, Zuzanna Fijewska-Malesza

Premiera 13.12.2015

zdjęcie: plakat Teatru Młyn / www.mlyn.org