czwartek, 30 lipca 2015

SEX MACHINE SCENA PRZODOWNIK


Tytuł sztuki jest gorący, elektryzujący, obiecujący bardzo wiele. Ale zgasł był właśnie. Sztuka zeszła z afisza, jakby jej potencjał się już wyczerpał, wypalił. Nie dziwię się. Psychodrama rodzinna, studium szaleństwa rodzica singla za wszelką cenę to niewiarygodny jednak twór dramaturgiczny w tym wypadku. Z rysami nieprawdopodobieństwa tak głębokimi, że drastycznie skutkują brakiem logiki. Szkopuł więc w samym przebiegu wydarzeń i portretów psychologicznych uczestników dramatu. Rozpisującego akcję na ilustrację piekła nadopiekuńczej matki, która całe swoje życie poświęciła wychowaniu syna ale zaprawiła je toksycznymi uczuciami, niebezpiecznymi związkami, ubezwłasnowolniła pętami szantażu emocjonalnego, ekonomicznego, siłowego gdy każde chwyty uznaje za dozwolone, bo przez nikogo nie mogą być zweryfikowane czy postawione w wątpliwość. Potrafi się poniżyć do utraty godności, stacza się na najwyższy poziom śmieszności.  Jest żałosna.Wyczerpuje cały arsenał środków, argumentów, dopuszcza się działań skandalicznych, terroryzujących, dramatycznych, które przez wielu uznane by zostały za objaw ciężkiej choroby, by zatrzymać nie przy sobie ale dla siebie tylko syna. A gdy się to  w końcu nie udaje, niszczy go, nie zważając na koszty, ofiary. Zemsta jest dokonana, już nie musi nic robić. Pozostawiony syn sam sobie, po stracie narzeczonej i wyjeździe matki, popada w depresję, traci dom, pracę, wszystko. Jest samym nieszczęściem wygenerowanym wychowaniem na krótkiej smyczy, w całkowitej zależności i podporządkowaniu matce. Jakby ex post dokonywała aborcji na nieślubnym dziecku, by móc zadać mu największy możliwy ból do przeżywania w pełnej świadomości w chwili jego nieposłuszeństwa i normalnej w normalnym świecie samodzielności. Jakby na całym rodzie męskim brała odwet za swój los. Za to, że ostatecznie nie postawiła na swoim. A mężczyźni znów mają kontrolę nad jej życiem. Bo to ich uważa za winnych. Ojca przypadkowo byle gdzie, byle jak poczętego syna. Ojca, który wyrzucił ją z domu, kiedy dowiedział się o ciąży. Dziadka, który ją wychował, wykształcił. I w końcu syna, którego musiała urodzić i wychować. Zawsze się podporządkowała męskiemu światu. Syna chciała wykorzystać, mieć wyłącznie dla siebie. Zawsze i wszędzie. Manipulacje, tresura, stosowanie przymusu, terroru, poświęcanie mu każdej chwili pozwoliły jej moderować synem, sterować jego życiem, bez przyzwolenia na popełnienie przez niego błędu. Złamać mu kręgosłup moralny, zniszczyć całkowicie poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie. Stworzyła dziecko, które nie jest w stanie dorosnąć, wziąć odpowiedzialności na siebie, wziąć się z życiem za bary. I gdy pozbyła się konkurentki, młodszego modelu samej siebie, pozostawiła go, porzuciła nieczuła, zimna, bezwzględna, mroczna Królowa Śniegu. Zwróciła go okaleczonego, bezbronnego, bezwolnego światu. Na pewne zatracenie.

Nie jest to zwykła rodzicielska nadopiekuńczość. Zbyt wysokie wymagania rodzica w stosunku do dziecka.To stan osaczenia w nierównej walce matki o utrzymanie dominującej pozycji w relacjach z synem. Zawsze z pozycji siły. Zawsze pod presją przymusu, groźby, prośby. Matka nigdy nie odcięła pępowiny a w momencie gdy traci władzę nad życiem syna, zaczyna zaciskać ją na jego życiu. Eskaluje walkę. Używa podstępu. Sięga po atuty wieloletniej przewagi nad dzieckiem. Zna syna doskonale. Wie, jak pociągać za sznurki.

Ale  wszystko działa do czasu. Gdy dorosły już syn spotkał młodą kobietę i postanowił się z nią ożenić, przyszedł moment próby. Dla niego i matki. Również dla narzeczonej, która orientowała się w nienormalnych relacjach matki z synem. Ostateczna prawda, utrwalona na taśmie filmowej, jednak przerosła jej próg tolerancji, przekroczyła granicę akceptacji. Do tego stopnia, że popełniła samobójstwo/sic!!/ przechowywanym przez niedoszłą teściową, nie wiedząc czemu, kawałkiem rozbitego lustra. Co jednak mocno dziwi, zważywszy, że była chłodna, wyrafinowana i bezwzględna w działaniu. Nad wiek dojrzała. Zaskakuje też zachowanie matki, jej wyjazd za granicę, szczęście w związku z mężczyzną, który ją kocha od zawsze, z dziećmi. I całkowity brak zainteresowania losem syna- po tym jak stracił narzeczoną, możliwość samodzielnego budowania potencjalnie normalnego związku- jakby zakończyła z nim i ze światem jej znane tylko rachunki krzywd i rozczarowań.

Może to wina tekstu, może reżyserii. A może gry aktorskiej. Postawy bohaterów, ich postępowanie jest nieczytelne. I zaskakuje puenta, że "to życie jest sex machine".  Jakbyśmy oglądali program UKRYTA PRAWDA w DOMU NIE DO POZNANIA, bo wystylizowanym na tragedię grecką z  bohaterami statycznie wygłaszającymi/głównie do widowni/ lub dopisującymi swe kwestie na krwistym tle pochłaniającym wszystko. W towarzystwie chóru panien ślubnych, który komentuje, sugeruje, wyjaśnia postaciom tej kameralnej psychodramy DLACZEGO JA?-syn, matka, narzeczona- muszę to przeżywać, a DZIEŃ, KTÓRY ZMIENIŁ MOJE ŻYCIE obracając je w pył jest tym, który udowodni, że przejście do dorosłego życia  ot, tak, bez przygotowania nie jest możliwe.

A więc to koniec. Definitywnie. Matka kocha tylko siebie/surprise!/, maminsynek bez właściwości stacza się na samo dno bez matki/a próbował być zdecydowany a nawet brutalny!/, cyniczna studentka narzeczona, której wydawało się, że nic co obsceniczne nie jest jej obce, zabija się! A więc to koniec. Definitywnie. I jak tu nie powtarzać, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

SEX MACHINE TOMASZ MAN

Reżyseria - Adam Nalepa
Scenografia – Jan Kozikowski
Muzyka –Marcin Mirowski
Kierownictwo produkcji - Magdalena Romańska
Asystent reżysera - Julian Potrzebny
Obsada:
Matka -Joanna Jeżewska
Narzeczona - Anna Smołowik
Syn -Bartosz Mazur
Przyjaciel - Zdzisław Werdejn
Chór: Agnieszka Drumińska, Izabela Gwizdek, Danuta Nagórna, Krystyna Wolańska, Grzegorz Sierzputowski

PREMIERA 5 MAJA 2011

poniedziałek, 27 lipca 2015

DON JUAN SCENA PRZODOWNIK

don-juan1
Ten spektakl łączy komedię Moliera DON JUAN, opartą na prawdziwej postaci uwodziciela, wyrażającą kryzys wartości uznawanych przez jego epokę, w której panuje obłuda, moralne rozluźnienie i pycha z Bergmana wrażliwością, doświadczeniem życiowym i artystycznym dorobkiem filmowym. Na żywym gruncie współczesności/na scenie rozsypana gleba/. Jakby dorobek przeszłych artystycznych pokoleń był żyznym, kulturotwórczym podłożem, na którym wyrasta nowe spojrzenie na stare zjawisko. Tak, to Don Juan ubrany we frak, perukę w pełnym makijażu ale w różowych trampkach. Poprzez Bergmana spojrzenie niejednoznaczny, wielowymiarowy. Nam bliższy. Łączy legendę przetworzoną i utrwaloną przez Moliera poprzez wrażliwość i wyobraźnię Bergmana z pomysłem teatralnym autorów tego spektaklu, Marcina Bartnikowskiego i Ewy Piotrowskiej. Wprowadza film do teatru/postacie, sceny, tekst/. Konfrontuje rolę krytyka z rolą reżysera, artysty. Aktora z lalką.  Materię żywą z uprzedmiotowioną. Panującego nad sytuacją z poddającym się jego woli. Przenika szyderczy, demaskujący, lekki świat sztuki Moliera z mrocznym, introwertycznym Bergmana rozszerzając pole walki człowieka o sens życia.

Don Juan to stan mentalny. Postawa, filozofia, styl życia. Osobowość. DON JUAN to gracz. Zdobywca. Nonkonformista. Mniejsza o koszty; samotność czy śmierć. Na jedno i drugie jesteśmy wszyscy skazani prędzej czy później. Niektórzy na stałe. Każdy albo chciałby nim być, albo chciałby z nim być.  Z jednej strony doceniamy to pragnienie dotarcia do istoty drugiego człowieka. Uwieńczone sukcesem dążenie przeniknięcia go i wyczucia jego potrzeb dla zaspokajania głodu duszy i ciała.  Posmakowania władzy, by mieć pewność kontrolowania sytuacji, panowania nad swoim i innych losem. Dla zatracenia się w ułudzie, mirażu, marzeniu. Poczucia triumfu człowieka wchodzącego w rolę Boga.  Stawanie się nim. Z drugiej strony Don Juan to emocjonalny wampir. Z łatwością wnika w zahipnotyzowane, znieczulone przez siebie ofiary, buszuje w nich, szuka punktów słabych, łamie kręgosłup moralny i gdy ich istotą zawładnie, tajemnicę posiądzie, zaspokoi własną ciekawość, nakarmi próżność i uzbroi w pychę, porzuca jak zużyte, niepotrzebne, zbędne przedmioty pozbawione wszelkiego uroku, wyzute z wartości. Używa człowieka jak obiektu eksperymentu, poznania, budowania i wzmacniania władzy nad ludźmi, przedłużania swojego życia, nadawania mu sensu, a przez to ogrywanie śmierci. Gdy zdobywa, dokonuje podboju lub wszystko układa się po jego myśli; żyje, rozkwita, potężnieje. Gdy już zatriumfuje, posiądzie czego szukał, uzyska na czym mu zależy, doświadczy wyjątkowości każdego, który go zaintryguje, posmakuje, nakarmi się jego walorem/duszy, ciała, umysłu/, zniewoli, zapanuje nad nim i zaspokojony- syty chwilowo- natychmiast porzuca, by szukać nowego wyzwania, skarbu, światła, podniety, źródła witalności, czaru, uroku ukrytego w każdym człowieku. Dlatego kobieta z krwi i kości staje się połamaną, zdezelowaną lalką/na przykład Elwira/. Może potencjalnie nią była zawsze. Don Juan wyzwala tylko, kim kto jest w istocie. I skazuje po użyciu na co zasługuje. A wszyscy, którzy się z nim zetknęli sami decydują, co zrobić z doświadczeniem spotkania z tym demonem, zjawiskiem, wyjątkiem w moralnej regule społecznej, jakim w istocie jest naprawdę.

Don Juan żyje dzięki niekończącym się podbojom. Może wiecznie niepokorny, zawsze nienasycony jest osobą, która ma świadomość, wie, że człowiek jest kanibalem. Żywi się życiem, używa ciała, karmi duszą, zaspokaja głód emocjonalny w kontakcie z drugim człowiekiem. Kolekcjonuje swoje zwycięstwa. Nie może się zatrzymać, bo zaprzeczyłby swojej naturze. Tej nie może się wyrzec. Dzięki niej czuje, że żyje. Ona nadaje mu sens. Ratuje przed nudą, rutyną, marnym, bogobojnym trwaniem. Unieważnia katastrofę, gniew, pedanterię, urazę, strach.

Nie boi się śmierci. Daje życie. Nadzieję. Spełnia pragnienia, marzenia, fantazje. Pożąda. Zaspakaja. Ale i powoduje cierpienie. Jest modliszką. Kolejne podboje odraczają ostateczny moment jego śmierci. To on jest  rycerzem z Bergmana SIÓDMEJ PIECZĘCI, który gra ze śmiercią w szachy. Na partię o życie ma w zanadrzu przygotowane kilka pomysłów i trików. Jest czujny. Śmierć też można przecież ograć. Można ją zapłodnić pokusą przyjemności. Don Juan wie, jak śmierć dla własnych celów podejść, wygrywa potrzebny dla życia czas. Czuje ważną dla motywacji dalszego trwania satysfakcję. Moc panowania nad własnym losem poprzez kontrolowanie tego, co w człowieku życie zabija.

A więc o to tu chodzi. O zaspokajanie potrzeb, sprawianie przyjemności, bycie razem choćby ze swoim wrogiem. Przy jednoczesnym przenikaniu istoty człowieka, zjawiska, świata, siebie samego. Po to jest ten taniec życia. Przeciw śmierci. Jedynej pewnej w życiu rzeczy. Nie dać się, grać na czas, tak znać przeciwnika, by uzyskać swoje. Życie jako walka o przetrwanie, możliwe w warunkach nieustannego poznawania przeciwnika, zgłębiania jego natury, osiąganie celów, zaspokajanie przy tym własnych człowieczych potrzeb, pragnień, zachcianek. Czemu nie, jeśli przeciwnik jest przewidywalny, słaby, bezwolny. Sumienie? Czynienie zła? Krzywdzenie innych? Rozważanie istoty grzechu? Dylematy moralne? Po co, na co to, gdy BOGA NIE MA, gdy można GO sobą zastąpić, wejść w jego rolę, a drugim człowiekiem można manipulować, lepić go na swój obraz i podobieństwo. Figura matki boskiej, przecież kobiety, też jest do zdobycia. Don Juan całuje ją prosto w usta. I spłonie ten nieskalany dotąd symbol macierzyństwa w ogniu bluźnierczej żądzy człowieka, który uznaje się jej bogiem. Obietnicy nieba nie ma. Może być tylko tu na ziemi, w tej chwili satysfakcji, przyjemności, rozkoszy, bywa ekstazy, gdy uda się mu zaistnieć, osiągnąć wytyczone cele,  zdobyć na czym mu zależy w piekle czynionym  ludziom przez ludzi.

Komandor nie jest wysłannikiem sprawiedliwości wymierzającym karę śmierci. Może nim być na przykład krytyk teatralny czy filmowy, który ma realną władzę i środki, by uśmiercić artystę.

Spektakl czerpie z wszystkich możliwych środków ekspresji scenicznych i skojarzeń związanych ze sztuką wielkich artystów, choć lekko, z poczuciem humoru, by pokazać złożoność i niejednoznaczność figury Don Juna już w naszym współczesnym rozwinięciu charakterystyki tej postaci. Jako osoby w mgnieniu oka potrafiącej przeniknąć drugiego człowieka, poznającej istotę dobra i zła, nieba i piekła, upadku i wyniesienia, diabła i boga. I tak postępującej w życiu, by zawłaszczyć dla siebie to, co mają ludzie najwartościowszego. Potrafi korzystać z okazji, z życia, umie na swoją korzyść sprawy obrócić. Ubezwłasnowolnić, oszukać, zamotać człowiekiem, nawet zabić, choć wie, że nie zawsze tworzy a zdarza się, że unicestwia. Porzucone kobiety stają się marionetką okaleczoną, zniekształconą zewnętrznie i zdewastowaną, wydrążoną wewnętrznie. Jakby nie miało znaczenia dla niego, co z tym doświadczeniem zrobi dalej ofiara. Liczy się egoistyczne czynienie sobie ludzi podległych jego woli, zdobywanie ich zainteresowania, wnikanie do serc i umysłów. Takie moderowanie, że stają się bezwolnym obiektem, przedmiotem, mechaniczną zabawką. Chwilowym odroczeniem wyroku  śmierci. A gromadzona wiedza pozwala na to. Jakby życie było partią szachów ze śmiercią, której istotę człowiek zgłębia, wiedzę o niej nieustannie rozszerza, by nad nią panować. Dlatego Don Juan nie boi się Komandora. Kontakt ze skrzywdzonym przez siebie człowiekiem, istotą zza światów, ze śmiercią też jest wiedzą rozszerzającą czasoprzestrzeń życia. W teatrze poprzez sztukę skorzystać możemy również my. Co zrobimy z tą wiedzą, nasza rzecz. Jak wpłynie na ocenę własnych działań, postaw zależy tylko od naszych umiejętności radzenia sobie z gromadzonym doświadczeniem, wiedzą, oceną rzeczywistości, znajomością siebie i obranego sposobu oswajania lęku przed śmiercią. Walką z nią. Jak ona wygląda, jak przebiega, na jakim poziomie jest nasza osobista szachowa rozgrywka? Czy sztuka rozszerzyła arsenał środków, argumentów, punktów widzenia? To musi ocenić każdy indywidualnie. Pod warunkiem, że będzie sięgał głębiej i szerzej. I nie będzie się bał, jak Don Juan, walki o swoje. Mimo olbrzymich kosztów, podejmowanego ciągle ryzyka. I tak nic gorszego od śmierci nie może jego i nas spotkać. Gdy założymy, że NIE MA BOGA i potencjalnie każdy z nas może go zastąpić. Gdy nie ma życia po śmierci. Człowiek więc korzysta. I rozciąga życie w nieskończoność. Dopóki sił i sprytu mu starczy.

Stąd możliwość kontaktu bliskiego, intymnego, co tam, że grzesznego, który zaślepia rozsądek, pozbawia rozwagi, ogłupia, otumania, znieczula na niebezpieczeństwo, zaciemnia perspektywę bólu i cierpienia. Nie dopuszcza  do świadomości możliwość popełnienia błędu, w efekcie upadku. Zwłaszcza gdy BOGA NIE MA. A więc i piekła. Bo GDYBY BYŁO, może budzić starach, podkręcać wyobraźnię. Ale czy nie większym piekłem jest życie bez pożądania, miłości, zainteresowania. Ach, poczuć ten ogień! Władzę nad drugim człowiekiem. Potrafić go podbić i przeniknąć jak ląd dziewiczy, nieznany. Doświadczyć oka cyklonu emocji, namiętności, posiadania tego o czym się marzy, czego potrzebuje, co czyni życie atrakcyjnym, spełnionym. Otrzeć się o bluźnierstwo, gwałt na wartościach, porządku społecznym, bożym. Choć przez chwilę, mgnienie poczuć, że się żyje naprawdę. Tego też szukamy w teatrze, sztuce. Czas i grzech to pojęcia względne. Lśnienie go unieważnia. Po nim choćby i całopalenie.

Cieszy gra aktorska, udział w spektaklu Ireny Jun. Ten poprzez swoją estetykę, środki wyrazu  i dynamikę a przede wszystkim zakotwiczenia w świecie Moliera i Bergmana, charakteryzuje nam autorskim spojrzeniem Don Juana, do którego jesteśmy coraz bardziej podobni. Indywidualnie ale też i zbiorowo.

Reżyseria: Ewa Piotrowska
Scenariusz: Marcin Bartnikowski; 
Scenografia: Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski; 
Lalki: Marcin Bikowski
Obsada: Irena Jun, Marcin Bikowski, Marcin Bartnikowski, Natalia Sakowicz, Bartosz Budny

czwartek, 16 lipca 2015

RAJ DLA OPORNYCH TEATR WYBRZEŻE TEATR POLONIA


Rozrywkowy hit, doskonały nie tylko na letni wieczór. Najlepiej jednak oglądać w towarzystwie. Teatr nie zawodzi swoich widzów. Wiernych, obecnych, ciekawych. Gra koncertowo.

Jeśli nie znacie sztuki SEKS DLA OPORNYCH, nie szkodzi. RAJ DLA OPORNYCH, choć to jej cudowny ciąg dalszy, jest samodzielną opowieścią o parze małżeńskiej z długoletnim stażem w sytuacji krytycznej. Z przymrużeniem oka. Z poczuciem humoru. W inteligentnym, czułym spojrzeniu. Nie tylko dla generacji 50mocno+. W komplikacji życiowej. W kolejnej fazie związku kobiety i mężczyzny. W starciu przyzwyczajenia z pragnieniem. Potrzeb z możliwościami. Konieczności z ograniczeniami. Kiedy to, co miało łączyć dzieli, to, co miało wzmocnić osłabia a starość upomina się o swoje i wszystko wyostrza, komplikuje, unaocznia. Weryfikuje. Sprawdza. I wystawiając rachunek za całe życie daje mocnego kopa w ludzkie ego. Wiek dojrzały tu nie brzmi dumnie, nie smakuje słodko. Nie jest lżej, mądrzej, hej, do przodu z górki na pazurki ale i owszem, pod górkę na złamanie karku, na łeb na szyję, już na kolanach, z koniecznością zaciskania pasa, pokorą na horyzoncie. Z pozorami zachowania godności, z wysiłkiem sprostaniu złemu losowi, we wspólnym zmaganiu się z niełatwymi wyzwaniami twardej rzeczywistości. Szukaniem i znajdowaniem w tym, co się jeszcze ma, radości, szczęścia, siły. Pociechy. Wzmocnienia. Gdy trzeba wszystko przedefiniować. I zaczynać prawie od nowa, prawie od początku. Pod prąd sobie dotychczasowemu. W ogniu rezygnacji, pod przymusem odejmowania, koniecznej redukcji, samoograniczaniu. To budzi opór. Naturalny, zrozumiały, umotywowany. Zwłaszcza gdy nie ma co liczyć na nagrodę, łut szczęścia, mimo że nie zapracowało się i nie zasługuje na karę, którą wymierza życie.

Oczywiście, chciałaby dusza do raju ale starzejące się nazbyt widocznie ciało odmawia posłuszeństwa, sił witalnych na walkę z piętrzącymi się przeciwnościami losu nie staje, nowych motywacji brak gdy dotychczasowe się wyczerpują, zawodzą, środki materialne topnieją a kreatywność koncentruje się na przystosowaniu do nowych warunków życia, ograniczonych możliwości finansowych, rosnących problemów osobistych i najbliższych osób. Strefa trudności nie kurczy się a rozrasta, pęcznieje, natrętnie, bezwzględnie napiera. Domaga się interwencji, rozwiązania problemów, podjęcia konkretnych decyzji. Życie nie buduje ale wyczerpuje. Okrada, pożera, oszukuje.

Czym jest ten raj upragniony? Może to stan ducha, predyspozycja do zmian, gotowość do przeprogramowania siebie i własnego życia, możliwość  pogodzenia się z losem, akceptacja stanu rzeczy, czerpanie radości i sił z tego, co ocalało po, co prawda, nie nokautującej ale boleśnie odczuwalnej potyczce z życiem. Lub jest to pociecha wynikająca z faktu bycia razem, by wspólnie podejmować kolejne próby poszukiwania sensu, naprawiania popełnionych błędów, kiedy jest jeszcze taka możliwość, nadzieja na rodzinne zmaganie się z przeciwnościami, problemami, wyzwaniami.

Choć nie tak miało być. Nie tak. Życie zaskakuje i nie tylko realizuje wymarzony, upragniony, oczekiwany scenariusz zdarzeń ale każe dostosować życie do swojej indywidualnej, realnej sytuacji. By stworzyć nową, zastępczą strefę luksusu pozwalającą nadal funkcjonować. Być i być po kres.

Budowanie dystansu do siebie samego i problemów, zachowanie poczucia humoru, za wszelką cenę rozmowa człowieka z człowiekiem, szczególnie bliskim, najbliższym, branie się z życiem za bary na miarę sił i możliwości, czerpanie radości z bycia razem daje nadzieję. Buduje perspektywę przyszłości, w której bohaterowie sprostają wyzwaniom, poradzą sobie. A cena dostosowania będzie do zaakceptowania.

Tandem Doroty Kolak z Mirosławem Baką udanie kontynuuje styl gry rozpoczęty w SEKSIE DLA OPORNYCH. Co cieszy. Aktorzy nie szarżują. Budują wiarygodne postacie, sytuacje, konteksty. Dzięki doskonałemu tekstowi, inteligentnie zderzającemu to co gorzkie z tym co słodkie, by brutalna prawda wybrzmiała z ironicznym humorem. Aleksandra Konieczna klinem wbija się w spójny układ wypowiedzi pary. Kontrapunktuje. Jest w wyrazistej, karykaturalnej opozycji. Z innej bajki to figura, to fakt. Ale w jakiś nazbyt przerysowany, wulgarny sposób. Niepotrzebnie. Zapowietrza się, słabnie jej głos w krzyku i traci rację w siłowej ponad miarę ekspresji. Jest bardziej komicznie niż dramatycznie. Trochę szkoda, bo tekst, bohaterowie, sytuacje same w sobie są wystarczająco zabawne, dowcipne, humorystyczne. Rozładowują napięcie, znieczulają ból egzystencjalny, ocieplają, co z natury mrozi krew. Czynią bohaterów bardziej ludzkimi, bliskimi osobami. Rozbrajają strach przed porażką, upadkiem, lęk przed śmiercią. Oswajają z koniecznością zmian w życiu, które ciągle, niezmiennie człowieka zaskakują, nie dają spokoju, zmuszają do aktywności i kreacji. Obrony przed własną słabością.

To nieustająca walka człowieka z samym sobą. Ale pokazana w wersji light. Ze znieczuleniem zbawiennego poczucia humoru autora sztuki, dojrzałego spojrzenia reżyserki. Dzięki aktorom, którzy pewnie buszowali w RAJU DLA OPORNYCH.



RAJ DLA OPORNYCH Michele Riml 
Tłumaczenie: Małgorzata Semil
Reżyseria: Krystyna Janda
Polskie teksty piosenek: Jacek Cygan
Światło: Adam Czaplicki
Choreografia: Anna Iberszer
Scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska
Obsada: Dorota Kolak, Aleksandra Konieczna, Mirosław Baka

Premiera: 13 czerwca 2015

czwartek, 2 lipca 2015

NAD TEATR TELEWIZJI

W roli głównej wystąpił Eryk Lubos (fot. W. Radwański)

Krótka, jednowątkowa sztuka, która jest upoetycznioną wersją historii prawdziwej młodego człowieka skazanego niesłusznie za morderstwo na karę dożywocia bez możliwości skrócenia kary czy zwolnienia warunkowego na podstawie zeznań świadka/ojca, o czym nie wie/. Wypuszczony po kilkunastu latach więzienia na wolność po tym, jak ujawnia się prawdziwy zabójca, nie może wrócić do normalnego życia nadal stygmatyzowany winą przez otoczenie. Sfrustrowany gwałci psycholog więzienną, która mówi mu prawdę o ojcu. Dojrzały już mężczyzna lecz zraniony głęboko nadal młodzieniec, morduje ojca, wraca do więzienia i popełnia samobójstwo. Jego los się dopełnia ale matka, z którą nie chciał się widzieć- samotna, opuszczona, skrzywdzona- musi żyć dalej w cierpieniu, bólu, bez wiary w ludzi i Boga.

Nienawidzę spektakli zrealizowanych na faktach. Za bardzo bolą. Nie wymagają też szczególnej reklamy, zachęty. Przeniesiona do sztuki historia prawdziwa, mimo dystansu, artystycznych zabiegów maskujących, odrealniających, wprost sugerujących, że jesteśmy w teatrze, przyciąga jednak uwagę jak magnes. Nie mogę jej nie obejrzeć. Nie mogę nie przeżyć czyjegoś życia w sobie. Dotykają, aj, dotykają najczulszych strun te fakty, te cechy natury ludzkiej, predyspozycje, gotowość człowieka do zachowań zdawałoby się niemożliwych, ekstremalnych, nieprzewidywalnych. Wywlekają nerwy na zewnątrz. I się podłączają bezpośrednio, bez znieczulenia. Mimo wszystko. Jak chcą grają na wrażliwości, na empatii, na czymś, co się buntuje w człowieku przeciw cierpieniu, niesprawiedliwości, niezawinionej karze. Co powoduje stan dyskomfortu, zagubienia, lęku. Gdy splot wydarzeń przekracza rozumienie a tajemnica wzmaga ciekawość, której nie sposób zaspokoić. I pozostaje zagadką losu ludzkiego bez możliwości jej zgłębienia. Przeniknięcia. Rozłożenia na części pierwsze, by móc zapobiec nieszczęściu w przyszłości, jeśli nie w cudzym, to w swoim życiu. Bo zawsze w jakiejś mierze o nas samych chodzi. Sztuka do nas się zwraca. O nas, nas samych, pyta.  I to jest to wirtualne sztuki czucie. Mocne jej działanie.

Pamięta się, och jak pamięta te sztuki z historiami, życiorysami prawdziwymi. Budują klatkę, z której nie można uciec. Wiążą ostatecznym odniesieniem. Przymuszają do poważnego zmierzeniem się z problemami. Nie otwierają dla nich wyjść awaryjnych ani nie zwalniają od nich warunkowo. Fakty, zaistniałe zdarzenia zakończone ostatecznie, nieodwołalnie. Nie pozwalają się zignorować, pominąć. Bardzo blisko, jak można najbliżej wiążą z prawdą. Bo jej nie uprawdopodobniają a nią są.

Tak jest ze sztuką NAD, historią w niej zaklętą.  Szukającą czegoś większego od człowieka, by choć przybliżyć się do tego, czego nie można zrozumieć. A co trzeba przyjąć do wiadomości. Wchłonąć w siebie, przetrawić. I zobaczyć, co będzie z nami na końcu spotkania. By sprawdzić, jak damy sobie radę z zaistnieniem niezawinionej kary, łamiącej kręgosłup moralny, instynkt życia, unieważnia miłość, niszczy zaufanie,  zatruwa złem dobro. Ścierającej człowieczeństwo na pył. Krok po kroku unieważniającej przymierze rodzica z dzieckiem. Człowieka z Bogiem. Odrzucenie przez ojca domniemania niewinności syna. Jak poradzić sobie z bezradnością wobec własnej niewiedzy o sobie nawzajem ludzi sobie najbliższych. Co z wiarą w człowieka, w Boga? Opatrzności, która ciągle okrutnie doświadcza, sprawdza człowieka nieustannie przesuwając granice wytrzymałości na zło, niesprawiedliwość, ból istnienia.  Cokolwiek by to było, NAD wie chyba, ogarnia wszystko. To gdzieś musi się rozwikłać, wyprostować, zadośćuczynić. Może już tylko poprzez nasze, obce ofiarom istnienia. Jeśli z tej historii wyciągną wnioski, czegoś się nauczą.

Boli życie zmarnotrawione. Niejedno. Jaki sens tkwi zadrą w tym bólu, nie dając spokoju? Doświadczającego go ojca, matkę i syna. Taki sam, jak bezsensowe są morderstwa dokonane przez prawdziwego zabójcę. A więc i sama śmierć. Za 10 złotych jak za 30 srebrników. Bo już ojca śmierć spowodowała furia bezsilności sumująca zemstę zawodu dziecka i przeżytego na próżno życia w hańbie, wykluczeniu, bez prawa łaski, nadziei. W całkowitym niezrozumieniu swojej sytuacji. Obciążająca dodatkowo samobójstwem syna winy ojca. Matka to figura tragiczna. Wiara, nadzieja, miłość. Ubezwłasnowolniona. Całkowicie żona od męża zależna. Adecyzyjna. I płaci najwyższą cenę. Gdy traci najbliższych, męża i syna, musi trwać samotnie dalej martwa. A to już za wiele jak na jej wiarę.

I przerażające jest to rosnące poczucie samotności, opuszczenia, zawodu. Ojciec zawodzi się na synu.  Dziecko na ojcu. Żona na mężu. Człowiek na Bogu. Człowiek na człowieku. Ojciec wypiera się dziecka, opuszcza go, zdradza. Zapiera się, zacietrzewia w swym ojcowskim niesprawiedliwym osądzie. Wierzy w pozory i łatwo rezygnuje z szukania prawdy i tylko prawdy. Bezsilny, nieporadny zadowala się potwierdzeniem jedynie własnych przeczuć, lęków, obaw. Znaki, symptomy, pozory - niby widzialne, niepodważalne dowody-zbudowały pewność ojca o winie syna. I ukonstytuowały poświadczenie fałszu. Przypieczętowały zły los. Cios nastąpił ze strony, która powinna wiedzieć, powinna chronić, powinna zawsze kochać miłością bezwzględną, alogiczną, cierpliwą, szaloną, ufną. Na dobre, złe i najgorsze. Sprzeniewierzenie się jej zadało śmiertelny cios podstawowej, naturalnej więzi międzyludzkiej. Unieważniło wszystko. Nie oszczędziło wiary w Boga, który jest miłością doskonałą, nie wyczerpującą się, ufną, ogarniającą wszystko; największą zdradę, zło, niegodziwość. Tylko  jeśli GO nie ma, można przyjąć tą wielką jak ocean niesprawiedliwość, nieludzki los. Chaos. Możliwe jest zabójstwo ojca. Wyrównanie rachunku krzywd. I samobójstwem dopełnienie złego, kumulującego się złego losu unieważniającego Boga.

Każdy dostaje jedno życie i czasem tylko jedną szansę na jego ratunek. Co się dzieje, gdy nie ufa się sercu a w lęku, wstydzie, słabości brnie się z błędu w błąd  i tak bez końca? Nikt nie jest doskonały. Człowiek nie jest zawsze trzciną myślącą. Sam, z własnej nieprzymuszonej woli potrafi zniszczyć wszystko, co jest dla niego i dla świata najważniejsze. Gdy głupota jest większa niż wiara. A miłości w nim nie ma.

To się po prostu dzieje. Wydarza. Zło, niesprawiedliwość, zmarnowane życie. Którego żadna wiara nie uratuje, żadna książkowa wiedza nie wyjaśni, żadna miłość nie unieważni. Nawet NAD nie pomoże ze swoim kodeksem, wypowiadaniem słów nie do obejścia, przenikaniem wszystkiego i wytyczaniem indywidualnych granic, które nie pozwolą zmarnować życia, obudzić niszczącego zła. Ale jeśli jednak NAD nie istnieje, nie pomoże obmycie twarzy, wzniesienie rąk do góry. Zły los się dopełnia. Wszelkie hamulce przestają działać. I nigdy nie można zadośćuczynić wyrządzonej krzywdzie, wyrównać rachunków. Pozostanie skrzywdzona przez zniszczone, daremne życie syna, głupotę męża, nieobecnego Boga, matka. Której syn od dnia ogłoszenia pierwszego wyroku nie chce widzieć, której nie chce usłyszeć, której nie chce odpisać słowem na jej listy, a którą może tylko we śnie zapytać : "mamo, mamo, ile kroków do mostu...."

Spektakl z powodzeniem mógłby być nadany jako słuchowisko. Jest pięknie napisany. Z wyczuciem zagrany. Przejmujący, prawdziwy a przecież poetycki.  Mariusz Bieliński napisał i wyreżyserował cudowną sztukę na faktach i nie popadł w banał, nie zboczył na manowce epatowania bólem, nie zabrnął w ślepy ale efektowny zaułek sensacji ale zbalansował rzeczywistość z tajemnicą, przekuł fakty w przypowieść.  Tak, by to, co poprzez sztukę doświadczymy, nie zabiło nadziei a wzmocniło ją w nas. Ale jak to działa, każdy musi przekonać się sam.


NAD
Scenariusz i reżyseria: Mariusz Bieliński
Zdjęcia: Arek Tomiak P.S.C.
Kierownictwo produkcji: Paweł Mantorski,
Dźwięk: Michał Robaczewski, Tomasz Wieczorek
Scenografia: Anna Wunderlich
Kostiumy: Elżbieta Radke
Muzyka: Tomasz Łuc
Montaż:Jakub Motylewski
Produkcja: WFDiF, 2014

Obsada: Eryk Lubos (Jakub), Henryk Talar (Stary), Sławomira Łozińska (Mama), Krzysztof Stroiński (Ojciec), Anna Terpiłowska (Psycholog), Andrzej Blumenfeld (Naczelnik więzienia), Krzysztof Plewako-Szczerbiński (Mężczyzna)

Spektakl otrzymał nagrodę Srebrnego Remi w kategorii Dramat podczas 48. edycji Worldfest w Houston w Teksasie, a tekst otrzymał prestiżową Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną w 2009 r.

Spektakl powstał w ramach cyklu Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie pod nazwą TEATROTEKA, współfinansowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


środa, 1 lipca 2015

MISTRZ I MAŁGORZATA COLLEGIUM NOBILIUM ITSELF#8

 
Załóżmy, że nie znamy powieści Bułhakowa. Przechodzimy przypadkowo koło Akademii Teatralnej i wchodzimy, nie wiedzieć jakim impulsem kierowani, do środka. Grają MISTRZA I MAŁGORZATĘ. Zostajemy. Z ciekawości, z powodu ITSELF#8, bo przyciągają uwagę obecni znani aktorzy, dramatopisarz, publiczność międzynarodowa. Młodość i dojrzałość w jednym miejscu i czasie. Napięcie oczekiwania. Konfrontacja spektaklu z publicznością, z innymi propozycjami festiwalowymi Szkół Teatralnych.

Na scenie dominuje tylko młodość. Zawłaszcza wszytko. Mamy świeże spojrzenie na klasykę młodego reżysera, aktorski popis młodych, bez wyjątku, aktorów. Przerabiają znany tekst na modłę potrzeb tu i teraz według swojego punktu widzenia/nie widzi mi się/. Takie ich prawo wolności ekspresji artystycznej. Taki mus.

Rzecz jest właśnie o wolności. O prawie do wolności twórczej, do miłości na własnych tylko zasadach, do wolności słowa, wyznawanej wiary, ideologii. Wolność, wolność ponad wszystko. A jeśli są jakieś ograniczenia, to pochodzą tylko i wyłącznie od samego człowieka oraz opresyjnego systemu, który zawsze i wszędzie, kiedyś i dziś chciałby kontrolować  jednostkę. Dla podporządkowania jej sobie, dla swoich totalitarnych celów. Ale ostatecznie to każdy człowiek osobiście, indywidualnie decyduje o zakresie własnej wolności i jego niedoskonałości własne.

Cała inscenizacja jest buntem przeciw niewoli tego, co ogranicza, niszczy, zniewala swobodę bycia, myślenia i czucia człowieka tak, jak on tego sam chce, pragnie, wie, czuje, że musi. Spektakl ilustruje i wchodzi w dyskurs o wielowariantowych, wielowymiarowych zakusach wszystkich mających władzę  dążących do panowania nad wolnością innych, szczególnie wolnomyslicieli, artystów. A ponieważ wiemy, że sam człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego i zapobiec działaniom, które są wbrew jego wolności, potrzebuje zawsze wspomagania. Nawet diabła samego. Lub jego wcielenia, ludzkiego odpowiednika, na przykład Stalina, Piłata. Bo to, co jest w człowieku wyjątkowe i indywidualne, twórcze, głębokie i szczere,  nie może być zniszczone, unicestwione, zabite. Ale trzeba zaryzykować, nalezy o to walczyć, zapłacić konkretną cenę. Choć pryjdzie się otrzeć o szaleństwo,zmierzyć z  oskarżeniem o herezję i zdradę. Tak, to może prowadzić do stanu utraty zmysłów dla zachowania wierności sobie, tego, co stanowi o wartości, istocie, naturze człowieka. O tym jest ta demonstracja młodości, studentów. O prawie do wolności. Jako kierunku na przyszłość. Nic dziwnego, że sięgają po MISTRZA I MAŁGORZATĘ Bułhakowa, po dowód doświadczenia życia jego.

Miesza się więc w tym manifeście prawdziwe z wyśnionym. Aby tylko uchwycić i wyrazić, ocalić i wzmocnić przekaz myśli i czucia czystego pragnienia wolności. Jako głównej wartości, niezbędnej dla tworzenia.

Może jest jeszcze nieporadnie przedstawiony, niedoskonale podkreślony. Z nutą świeżości odkrycia, naiwnością młodzieńczą. Niedojrzałością spojrzenia, opanowania dostatecznego środków wyrazu, które powodują  przemykanie fałszu, wahania, braku pewności wybrzmienia tego, co chce się wyrazić prosto z serca. Ze szczerości wiary czystej, jeszcze pozbawionej doświadczenia życiowego, przećwiczeniem zła presji systemu na własnej skórze. A więc i brak dystansu. A więc niedoskonałość, błądzenie, szukanie, próba. Ale odważna, nie pozbawiona poczucia humoru i wdzięku.

Przekonajcie się sami. Zwłaszcza, że są momenty, spojrzenia, gesty, brzmienia, które mają potencał talentu.  A ten, jeśli się rozwinie, rozkwitnie, na pewno w dojrzałym kształcie jeszcze nas może zaskoczyć, obdarować w przyszłości. Wyraz twarzy i koncepcja figury Wolanda. Artykulacja wyznania miłości  w symbiozie z mową ciała Małgorzaty. Budowa roli Piłata. To daje nadzieję. Jest przebłyskiem skupiającym uwagę, hipnotyzującym. Tym magicznym momentem rozrastajacym się wrażeniem dotykania tego, co jest niezykłe, wyjatkowe w sztuce.

Pomysł dramaturgiczny, jeśli się go dostrzega, też zadawala. Jest ciekawy, świeży, choć oczywiście odstaje od ortodoksyjnego rozumienia adaptacji literackiej. Bądźmy otwarci. Teatr jest propozycją, możliwym spojrzeniem, rozumieniem i czuciem. Moze być zabawą. Ta też uczy wiele.

A w tym przypadku udziela się widzowi radość tworzenia scenicznego. Cień nonszalancji młodości, przymrużenie oka w kierunku widowni. Tak, byśmy nie zapominali wszyscy, że to wyzwanie teatralne jest kolejnym ćwiczeniem, sprawdzaniem siebie oraz przekonaniem się, jak na ten popis możliwości reaguje odbiorca. Czy komunikują się obie strony, aktor i widz, czy działa przekaz, czy jest zrozumiały.

I jeśli nawet dzieło jest  w efekcie niedoskonałe, to pamiętajcie młodzi artysci /ale i my, widzowie/, że "rękopisy nie płoną".  Nic i nikt nie zniszczy tego, co jest dziewiczym, pierwotnym imperatywem, impulsem waszych działań aktorskich. Zawsze można sięgać do tego źródła w sobie. Tak, by móc odtwarzać, wzmacniać i rozwijać swoją wolność ekspresji twórczej. Pozostańcie, pozostańmy wolni. Powodzenia!!:)



MISTRZ I MAŁGORZATA
Michaił Bułhakow
przekład: Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski
reżyseria i adaptacja: Waldemar Raźniak
scenografia i światło: Urszula Bartos-Gęsikowska
kostiumy: Martyna Kander
muzyka: Karol Nepelski
ruch sceniczny: Liwia Bargieł
obsada:
Maciej Hanczewski/M, Jeszua Ha-Nocri/, 
Katarzyna Ucherska/Stalin/, 
Kamil Maria Banasiak/Piłat/, 
Katarzyna Pośpiech/Małgorzata, Jelena/, 
Mateusz Łapka/Iwan Bezdomny,Mateusz Lewita, Żdanow/, 
Eryk Kulm/Woland, Strawiński/, 
Jowita Stępniak/Azazello, Woroszyłow/, 
Aleksander Sosiński/Behemot, Jagoda/, 
Malwina Turek/Korowiow, Mołotow/, 
Kim Grygierzec/ Natasza, Kaganowicz/, 
Łukasz Borkowski/Berlioz, Hella, Mikojan/

Spektakl dyplomowy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie
premiera: 09.01.2015