poniedziałek, 11 maja 2015

WALIZKA TEATR TELEWIZJI



SYN ZAMORDOWANEGO W AUSCHWITZ OJCA

To jest podróż w poszukiwaniu prawdy o swej tożsamości w okolicznościach z jednej strony przez lata ukrywanej z drugiej nagle odkrywanej tajemnicy. Historii. Raz tworzącej milczeniem, raz wypełniającej dowodem białe plamy. Życiorysu. Jednostki ale też zbiorowości, narodu. Wiedzy przywracającej równowagę, symetrię, kompletność. Pełnię. Dającej oparcie i poczucie  własnej wartości. Świadomość SIEBIE SAMEGO. A więc pewność, kim się jest tak naprawdę i dlaczego. Unieważniającą emocjonalne okaleczenie, uczuciowy niedostatek, brak więzi z osobą, osobami, których jest się nierozerwalną, komplementarną częścią. Kontynuacją. Nośnikiem pamięci, tożsamości, prawdy. To dorastanie do dojrzałości. W momencie gdy jest wiadome, że wszystko o czym się dowiemy, nie zabije nas a wzmocni. Gdy stać nas na spojrzenie prawdzie w oczy. Przeszłości nadal niebezpiecznej. Trudnej. Toksycznej. Domagającej się ujawniania z pokolenia na pokolenie. Bo ma nieść prawdę o ludzkości. O człowieku. Do czego jest zdolny. Co potrafi. Kim jest. Mimo okrucieństwa wiedzy. Zwłaszcza o tym, co dokonane, nieodwracalne. Nie do naprawienia.


MATKA UKRYWAJĄCA PRAWDĘ O OJCU UPORCZYWIE DO KOŃCA

To jest o prawdzie uwięzionej w świadkach historii. Tych, co wiedzą. Co przeżyli. Ale tylko w sobie niosą przez czas to, co umarło. W bólu nie do opisania. W cierpieniu nie do opowiedzenia. Doswiadczeniu nie do przekazania. Świadomie blokujący informacje, nie dopuszczający do ich ujawnienia. Milczą, kłamią, mataczą chroniąc siebie, najbliższych, dzieci, obcych przed czym sami chcą uciec w niepamięć. Tłumiąc, co ogranicza, niszczy. By żyć dalej. By nad życiem panować. W dobrej wierze. Z konieczności. Przymusu. Bo nie wiadomo jak mówić o trudnej, traumatycznej przeszłości. Po co. Jakim językiem. Jakim obrazem. Gdy brak jest odniesienia. Porównania. Gdy nie ma adekwatnego sposobu komunikacji. A może nie można mówić z powodu ogromu cierpienia. I z obawy, że wiedza przekazana w nieodpowiedni sposób, w niewłaściwym momencie nie będzie budować a niszczyć. Porażać. Paraliżować. Będzie pozbawiać sił. Zatruwać życie. Prawda, która nie będzie wyzwalać ale zniewalać. Lub zostanie przez swoje nieprawdopodobieństwo odrzucona. Lęk i poczucie bezsilności się kumuluje. Obawa, że prawda nie sprosta wiarygodności i nadal będzie paradoksalnie krzywdzić. Niszczyć. Trudno rozstrzygnąć te dylematy.  I tak rodzi się tajemnica. Której istnienie się wyczuwa. Zamazująca kim się tak naprawdę jest, skąd się pochodzi i dlaczego. Brakuje oparcia. Wszelkiej pewności. Poczucia bezpieczeństwa. Wewnętrznej siły. Balansu. Pełni.


PRAWDA CIĘ WYZWOLI, WZMOCNI, UZBROI

Jak informować, jak mówić, opowiadać, relacjonować. Świadczyć prawdę. Stać na jej straży. Kto ma to robić, w jaki sposób. Kiedy. Rodzina z pokolenia na pokolenie?  Instytucje, które udostępniają to, co przetrwało i jest dowodem?   Namiastką, impulsem, emocją. Zapachem. Śladem. Całym swoim światem. Ze znaczącym bagażem słów, znaków, wspomnień, historii. Kodem pamięci. Kontekstu. Znaczenia. Wagi. I w milczeniu cierpliwie czeka na spotkanie.

Człowiek nie znosi pustki w sobie. Za wszelką cenę stara się ją wypełnić. Lub zrekompensować. I nie jest to jakaś fanaberia, kaprys ale konieczność. To dotyczy pokoleń po holokauście, po wojnie. Człowiek nie znosi permanentnego cierpienia. Za wszelką cenę stara się stłumić jego ból. Wypiera wszystko, co go wywołuje, budzi. I chce przed nim obronić najbliższych, świat cały. To dotyczy pokolenia holokaustu, wojny.

Żydzi z getta po wielu, wielu latach mówią, że dopiero dziś mają ludzkie uczucia, potrafią płakać. Już nie są tak silni. Byli, bo musieli być obojętni, odporni na to, co widzieli, co przeżywali dzień po dniu, rok po roku drugiej wojny światowej. Nie zwracali uwagi na umarłych leżących na ulicy, bestialsko udręczonych, mordowanych, bo w każdej chwili mogli być jednymi z nich. Potwornie wychudzeni/skóra i kości/, otumanieni cierpieniem, bólem, bezsilnością blokującą wszelki bunt. Ale straszne wspomnienia wracały. Nie pozwalały milczeć. Czas stłumił intensywność przeżyć. Pozwolił przemówić, świadczyć prawdę. Trudno to pojąć. Trzeba przyjąć do wiadomości. Wysłuchać.

Należy próbować zrozumieć to, wydawać by się mogło, paradoksalne milczenie, blokadę informacyjną. Prawda może być tak okrutna, przerastająca ludzkie wyobrażenie, że aż absurdalna. Nic dziwnego, że pojawia się lęk, że przekaz nie zostanie przyjęty. W dadatku relacje powodują ponowne przeżywanie całego doświadczonego zła. Z tą samą intensywnością. Odruch obronny jest zrozumiały. Brakuje sił. Pomysłu, formy adekwatnego przeniesienia realnego doświadczenia w opis. Co innego przeżyć, co innego o tym mówić. Istnieje obawa odrzucenia. Strach, że opowiedziane cierpienie może z równą albo i większą siłą krzywdzić zarówno relacjonującego, jak i słuchacza. Stąd odruchowe wycofanie, instynktowna chęć zapomnienia, wyparcia. By ignorując trudną przeszłość, w bezsilności wobec niej, móc żyć  dalej.

Ale tak się nie da. Przynajmniej do czasu. Zmory traum nie pozwolą o sobie zapomnieć. Gnębią, wypełzają z podświadomości. Z prawdą trzeba się zmierzyć. Trzeba ją poznać, oswoić, zaakceptować. Przepracować. Ale to takie trudne. Indywidualne. Intymne. Wstydliwe doświadczenie zbiorowe. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Wraca.


SPEKTAKL

" Autorkę zainspirowała historia Francuza, który na wystawie w Muzeum Shoah w Paryżu rozpoznał walizkę swego ojca - eksponat z Muzeum Auschwitz-Birkenau.Ten niezwykły przypadek opisały gazety. Michel Leleu w czasie wojny ukrywał się z matką pod zmienionym nazwiskiem w alpejskim regionie Savoie. Jego ojciec, Pierre Levi, po aresztowaniu w 1943 roku został wysłany do hitlerowskiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, gdzie zginął.Syn przetrwał wojnę i pozostał już przy zmienionym nazwisku. Bohater chciał wyprzeć z pamięci traumę lat wojny - żyć po swojemu, zapomnieć. Odkrycie walizki ojca wywołało wielką zmianę w jego życiu. Wrócił do swojego poprzedniego nazwiska i zaczął czynić starania o odzyskanie rodzinnej pamiątki".*

Szkoda, że spektakl nie może być przeniesiony z Teatru Telewizji do teatru repertuarowego. Na pewno zainteresowałby wielu widzów, bo jest świetnie wyreżyserowany i zagrany. Pomysłowa, na wielu poziomach narracja, w interesującej scenografii, delikatnie pokazuje problem zaburzonej komunikacji, subtelnie prowadzi bohatera i widza przez pole minowe pamięci indywidualnej i zbiorowej. Buduje nastój klinczu w obliczu poruszania tematów trudnych, skomplikowanych, niejasnych. Osobistch ale i zbiorowych. Instytucjonalnych. Ale daje nadzieję. Poczucie konieczności uporczywego szukania sposobu docierania do prawdy. I z tą prawdą do człowieka, do świata. Bez względu na to jak bardzo dotyka, boli, ogranicza. Bo może trzeba przejść przez tą mękę tropienia śladów przeszłości, by dać sobie szansę prawdziwego, świadomego życia, w którym nasza indywidualna i zbiorowa tożsamość nie jest nierozwiązywalną, bo ciągle samozakłamującą się i komplikującą zagadką, labiryntem, z którego nie ma wyjścia. Gdy pozostaje wieczne błądzenie, strach i łzy. I poczucie, że żyjemy nie swoim własnym życiem. Nie jesteśmy sobą, kontynuacją przeszlych pokoleń a bytem wirtualnym. Każdy ze swoim uszczelnionym spuścizny bagażem, obciążającą jak kula u nogi najpierw świadomie zagubioną ale potem cudem odnalezioną walizką. Która jeśli, jak czarodziejski sezam w końcu się otworzy, to swoim bogactwem przywraca spokój ducha, równowagę. Stawia do pionu i daje poczucie bezpieczeństwa. Sprawia, że nie trzeba już udawać, chować się, bać. Można stać mocno na własnych nogach i odważnie patrzeć w przyszłość. Z całym arsenałem argumentów zweryfikowanych w ogniu prawdy. Jaka by nie była. I opowiadać, opowiadać. Opowiadać. Bo uzdrowienie z niepamięci potrzebne jest każdemu z nas. Póki nie jest za późno. By nie było za późno.


SPEKTAKL ZOSTAŁ UHONOROWANY NAGRODĄ GRAND PRIX na 15. Festiwalu DWA TEATRY Sopot 2015 . Nagrodę otrzymała Małgorzata Sikorska -Miszczuk za oryginalny polski tekst dramatyczny lub adaptację dla teatru,  Witold Płóciennik za zdjęcia, Ewa Gdowiok. za scenografię. To wspaniały sukces.  Wspaniały. Absolutnie zasłużony. Gratulacje. Gratulacje!!!

*//http://www.polskieradio.pl/17/219/Artykul/797924,Niekonwencjonalna-wariacja-na-temat-Zaglady/

WALIZKA

Autorka: Małgorzata Sikorska-Miszczuk
Reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski
Zdjęcia: Witold Płóciennik P.S.C.
Muzyka: Piotr Łabonarski
Scenografia: Ewa Gdowiok
Kostiumy: Elżbieta Radke
Obsada: Adam Ferency (Fransua Żako/Pantofelnik), Krzysztof Globisz (Narrator), Halina Łabonarska (Przewodniczka), Marta Król (Automatyczna sekretarka/Żaklin), Łukasz Lewandowski (Poeta)



zdjęcie:https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1433156816696597&set=a.105290526149906.10303.100000068772015&type=3&theater

wtorek, 28 kwietnia 2015

SĘDZIOWIE GRZEGORZEWSKI TEATR TELEWIZJI

Dorota Segda i Jerzy Trela (fot. TVP)

O czym to było? O jakimś pięknie bolesnym losu ludzkiego, który nie pozwala prostą drogą życia kroczyć ku śmierci. O uzależnieniu od swej natury, religii, kultury, przynależności społecznej. O przeznaczeniu ze świadomością wyboru powiązanym. Tragizmie wyroków oceny postępowania, którego jesteśmy sędziami. Ostatecznie bezwzględnymi, bezkompromisowymi, surowymi. W konfrontacji egzystencji sprzecznych światów, światopoglądów, dążeń. Chyba o miłości to było. Winie i karze, chęci zadośćuczynienia. I relacji z Bogiem.

Ten spektakl to nasycenie, napięcie, koncentracja. Powściągliwość. Co skutkuje spójnością, poetyckością, jednią teatralnego przekazu. Doskonałą grą aktorską. Każda postać zindywidualizowana jakby odrębnym światem była.  A poprzez swoją intensywność, charakterystyczność spełnia funkcję ilustrującą osobowość, problem, zjawisko. Perfekcyjnie skondensowana, nakreślona informacją, emocją, natężeniem ekspresji. Osoby są wyraziste, jasno umotywowane, perfekcyjnie namalowane skupionym ruchem pędzla świadomego swej wizji artysty. Z czułością.  Melancholią. Refleksją. A każda jest archetypem budującym społeczność. O metafizycznej strukturze kryształu.  Która w połączeniu z symboliczną, sugestywną, oszczędną, scenografią, charakterystycznym kostiumem będącym skórą naciągniętą na bogaty wewnętrzny świat splątanej osobowości i charakteru postaci, każda w swoistym, odrębnym uwarunkowaniu, aurze, kolorze, dźwięku, uwięziona jest w kondycji swojego losu, roli jaką spełnia. Raz w rozmazaniu, raz w `wyostrzeniu obrazu. Autentyczne, z własną historią przedmioty-skrzypce, bębny, ramy okien- jak osoby własną opowieść równolegle snują. Swoje sensy wnoszą. Niepokojem świadczą. Pobudzają wyobraźnię, niepostrzeżenie wdzierają się do świata przedstawianego.  Muzyka, śpiew ilustruje, buduje nowe konteksty, otwiera światy. Ruch, taniec, układ sceniczny nadaje rytm, podbija znaczenie. Jedno wzmacnia drugie, wycisza gdy trzeba, gdy musi podkręca wibrację.



Kto ten mistrz, co materią tak włada, duchem nasyca sztukę, że stwarza rzeczywistość magiczną. Kreuje dramaturgicznym skrótem, przedmiotami, które zyskują w sztuce nowe znaczenie, stwarzając wiarygodne, spójne postacie dramatu. Z krwi i kości. Głębokie. Wprowadzając nastrój WESELA Wyspiańskiego muzycznym echem, przetaczającym się korowodem z Rachelą, Poetą narzuca tempo akcji, przyśpiesza je lub zwalnia. Gy trzeba milknie, by wybrzmiała cisza. Jak przed burzą. Dla napięcia. Dla emocji budzonych formą, treścią w koncentracji wielorako przenikającego się znaczenia. I jakaś klarowność, jasność przekazu. Przy tym tajemnica. Nieuniknioność. Świetlistość nakreślonych problemów, ostrość kontrastowa konfliktów. Krótkie to dzieło ale intensywne. Roznamiętniające. Wyostrzające zmysły. I pozostawiające w niedosycie, mimo nadmiaru wszystkiego. W tęsknocie. Jakby goniła ta tęsknota dalej i dalej zakończoną narrację, nadal ją roztrząsała, zanurzała się na powrót w tym czy innym wątku, rozmowie z tą czy inną postacią, nie chcąc jej opuścić, zostawić.

Żyd i Polak we wzajemnych relacjach. Każdy w swoim świecie. Dwa żywoty odrębne ale ze sobą splecione. Winą i karą. Zestawione w kontraście, w walce ze sobą, w jednakim choć nie takim samym doświadczeniu cierpienia. Pełnionej roli. Wtopione w ciąg kulturalnej spuścizny. Ze swojego punktu widzenia działający i oceniający. Według własnych zasad, reguł, pozycji. Obaj ojcowie. Co ich łączy i dzieli? Odróżnia i charakte ryzuje? Miłość do dzieci. Miłość do siebie samych zabijająca tę pierwszą, ważniejszą. Bo to zatracenie swojej natury powoduje zemstę w efekcie na sobie samym. Karę za niewątpliwą winę. Życie za życie. Żyd traci ukochanego syna, Polak córkę. Świat cały. Ten najważniejszy, najczulszy, ukochany. Rachunek wyrównujący prosty ale przejmujący. Bolesny. Ale też jakiś oczywisty. Zadość krzywdzie czyniący.

A przecież można było obejść wszystko, wymknąć się sprawiedliwości/groteskowo-ironicznie-operetkowo ograne/. Jednak kara jest nieunikniona a skarga skierowana do Boga nieskuteczna. Łzy wylane i rozpacz czułego ojca ale okrutnego człowieka czy żal szczery to tylko sposób na przeżycie żałoby, próba pogodzenia się ze stratą ukochanego dziecka. Samuel, wytrawny gracz, realista, myślący, że przechytrzy fatum a jego rodzina cały univers ogarnie, zapala Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Jakby chciał przechytrzyć najwyższego sędziego. Nadzwyczajność dobra nadwrażliwego, delikatnego, kruchego Joasa świadczącego prawdę kontra zwyczajność zła cynicznego, bezwzględnego, naturalistycznego Nathana akceptowana przez Samuela  nie uchroni go przed klęską. Jeden za bardzo związany jest z niebem, drugi nigdy nie wyjdzie z piekła. Samuel nie stara się ściągnąć upośledzonego, dysfunkcyjnego Joasa, żyjącego w swym wyidealizowanym świecie dziecięctwa naiwności, na ziemię, nie udaje mu się zawrócić Natana ze złej drogi.  Nawet się nie stara. Samuel o wszystkim wie, wszystko kontroluje, panuje nad sytuacją cały czas, zawsze i wszędzie. Akceptuje. Inicjuje. Wspomaga. Jest winny.

Tak i my chcemy panować nad swoim życiem, życiem innych ludzi. Kontrolować rzeczywistość pragniemy, najlepiej ją kreować samemu, by mieć pewność i większą satysfakcję z sukcesu. Wydaje się, że inteligencja, umiejętność wykorzystywania okazji, zdolności zjednywania sobie ludzi, na których nam zależy a bezwzględność wobec tych, których wykorzystujemy bez litości i miłosierdzia wystarczą. Używamy jednych i drugich dla swoich celów. Zabezpieczając sobie przy tym przychylność nieba, gotowość do usług piekła. Samuelowi się nie udało. Natanowi się nie udało. Dziadowi. A nam samym?

Przecież nie chcemy być Dziadem, przegranym, co to miał złoty róg, a z jego własnej winy ostał mu się jeno sznur. Stracił wszystko, do cna, do dna. Łącznie z życiem wiecznym.  Jego córka żyła bez nadziei. Uwikłana w życie innych, nie może sama się uratować. I tylko śmierć uwolni ją od cierpienia, od przeżywania w nieskończoność swojej nieszczęśliwej doli. Ponosi karę za ojca winy, za siebie, nic nie zyskuje. Wszystko traci. Ojca, rodzinę, dach nad głową, kochanka, dziecko. Cześć i honor. W końcu życie. Jedynie miłość ją opromienia, daje poczucie, że żyje. Oskarża i usprawiedliwia, wydaje na siebie wyrok. Jest świadoma swojej sytuacji od początku do końca. Zależna wyłącznie od innych. Tylko ta miłość do Natana jest jej własna. Upragniona jak śmierć. I ból. I cierpienie. Czy jej winą jest to, że przyjęła ją, pozwoliła jej rozkwitnąć, żyć w sobie.

A więc może ostatecznie o to tu chodzi, że jesteśmy sami dla siebie najbardziej sprawiedliwymi, bezwzględnymi, obiektywnymi sędziami. Jakbyśmy stawali obok siebie, przenikali na wskroś to, co najlepiej znamy. A może prawdziwymi sędziami są ci, których najbardziej kochamy. Nie obcy, nie wrogowie, nie Bóg. Ale miłość. Ona prawdy wymaga. Żąda. I wedle siebie ocenia, wyrok wydaje.

Nie wiem. Nie wszystko w teatrze winno być dopowiedziane, a pierwsze skojarzenie, myśl, rozwiązanie nie zawsze jest tą ostateczną, najlepszą interpretacją, kształtem sztuki. Oczywistość i symetria jest irytująca i nudna. Fałszywa. Prowokująca. Niezgodna z życiem. Jego kształtem. Przebiegiem. Nie wszystko jest w nim pedantycznie, z pietyzmem poukładane. Wymuskane. Wyszlifowane. Ale ma mieć sens. Choćby czystej, uczciwej intencji. Zamiaru niedokończonego projektu. Chropowatego, najeżonego. Rozdzierającego rany. Szarpiącego zmysły. Niepokojącego tajemnicą. Ale nie bądźmy zbyt surowymi sędziami.

SĘDZIOWIE
Stanisław Wyspiański

reżyseria: Jerzy Grzegorzewski
scenografia:Barbara Hanicka
muzyka:Stanisław Radwan
realizacja światła: Krzysztof Trzaskowskirealizacja dźwięku: Mariusz Maszewski
obsada:
Jerzy Trela (Samuel, kochający ojciec i wytrawny gracz - w jego końcowym monologu pobrzmiewają echa Konrada z "Wyzwolenia", ściganego przez Erynie),
Mariusz Benoit (nawiedzony zemstą, zabobonny Dziad),
Dorota Segda (trochę "nieziemski" Joas, żyjący w mgławicy, jak za szybą),
Ewa Konstancja Bułhak (Lewdocha, złamana nieszczęściem niedoszła matka),
Krzysztof Globisz (Natan, wcielenie zwyczajnego zła)
Michał Pawlicki (Jukli), Wiesława Niemyska (Fejga), Arkadiusz Janiczek (Urlopnik), Sylwia Nowiczewska (Dziewczyna), Anna Szczerbińska (Dziewczyna), Krzysztof Gosztyła (Sędzia), Andrzej Blumenfeld (Nauczyciel), Zdzisław Tobiasz (Aptekarz), Czesław Lasota (Wójt)

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/spektakle/artykul/sedziowie-rez-j-grzegorzewski_593928/


środa, 22 kwietnia 2015

35.WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE EX POST


35.WST już dawno się skończyły. Ale przedstawienia zostały z tymi, którzy je obejrzeli. Nie sposób było uczestniczyć we wszystkich programowych propozycjach. Nie zawsze to spotkanie z ofertą najlepszego teatru w Polsce było możliwe. I nie sposób odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Mimo najszczerszych chęci widzów. Nie uwierzę żadnemu całościowemu podsumowaniu, które ukaże się w prasie. Bo albo będzie wynikiem pracy zbiorowej albo część przedstawień musiała być obejrzana w macierzystym teatrze lub na innych festiwalach, przeglądach. Nie znalazłam podsumowania małych 35. WST/?/.

Najważniejsze jest to, że 35.WST się odbyły. W tym roku była to bardzo dobra reprezentacja. W pewnym sensie oczywista. Bo typowanie nie jest trudne czy skomplikowane gdy w obiegu są już pewniaki.  Autorskie. Skandalizujące. Spektakle nagrodzone. Głośne, ważne, oczekiwane. W dużej ilości, wysokiej jakości. Te z kluczem tematycznym, programowym, jeśli jest możliwy. Ale powinny to być propozycje najlepsze, najciekawsze, najwartościowsze artystycznie. Kurator nie miał trudnego zadania. Właściwie jakie miał? Reprezentacyjne, selekcjonerskie czy organizacyjne?

Wybór spektakli był mocno przewidywalny. Obecność selekcjonera na spektaklach i spotkaniach z publicznością i artystami dokumentują zdjęcia ze Spotkań/brawo Kasia Chmura-Cegiełkowska, dziękujemy/. Bo już prowadzenie rozmów przejęli merytoryczni fachowcy-krytycy teatralni- za każdym razem kto inny. Selekcjoner nie czuł się na siłach, nie miał pomysłu, doświadczenia, kompetencji? Przecież spektakle wybrał, dlaczego więc miałby jakiekolwiek wątpliwości. Czy zaangażowanie tak wielu osób obciążyło budżet Spotkań? Selekcjoner oczywiście zadawał pytania, włączał się w dyskusje.

Nie wiem też, dlaczego spektakle odbywały się w ATM, daleko, daleko od centrum. W teatrze Powszechnym nie-boska S&D, w Studio WĘDROWANIE, mimo że Dramatyczny był organizatorem Spotkań i stał zwarty i gotowy do dyspozycji. Na pewno jest jakieś wytłumaczenie. Powody. Jednym z nich było chyba to, że organizator grał swoje macierzyste spektakle na dużej scenie. Bo przecież promocja swego choć nie wybitnego jest priorytetem. A przywiązywanie widza do teatru na lep najlepszej imprezy roku obowiązkiem pierwszym. I jakby oczywistym w kontekście również zeszłorocznych repertuarowych wyborów Spotkań. Nie wiem, czy selekcjoner "wybrał" sam, na własną odpowiedzialność te "wybitne" pozycje sceniczne super sceny Warszawy. Na pewno jest jakieś wytłumaczenie. Powody. Kto to wie.

Sukcesem jest więc reklama i promocja Teatru Dramatycznego. Choć wielu widzów narzekało na organizację Spotkań, sprzedaż biletów i kontakt z klientem teatralnym. Prawdą jest jednak, że każdy kto przyszedł, nawet przed spektaklem, mógł kupić bilet. Bardzo w tym pomogły dodatkowe przedstawienia. Podejrzewam jednak, że organizator liczył się z tym, że na bardzo oblegane pozycje będzie wielu chętnych i wcześniej zabezpieczył środki i zarezerwował sceny na taką okoliczność. I dobrze. W sumie jednak, zważywszy na ilość miejsc na widowniach i  rangę przedstawień, nie można mówić o jakimś horrendalnym zainteresowaniu. Przychodziło wiele tych samych osób. Niektórzy nie raz na to samo przedstawienie. Co mnie nie dziwi.

Spotkania z artystami przeradzały się w oficjalne panegiryki. Nie wypadało krytykować, pytać o kwestie prowokacyjne, dyskusyjne, irytujące spektakli, mówić o tym, co się nie podobało. Bo też widzowie byli zaraz przywoływani do porządku. Albo na początku byli informowani, że spotkanie nie może być długie, musi być krótkie, bo artyści są zmęczeni, widzowie są zmęczeni, jest już późno. Moderacje wynosiły rozmowę na taki poziom i zakres tematyczny, że przeradzały się w rodzaj nieautoryzowanego wywiadu. A głos widowni był marginalizowany. Na rozmowę z widzami nie przyszedł Lupa, Rychcik grał autystyczne, wycofane, obrażone dziecko. Zadara wyreżyserował swój udział i  na wstępie wziął kurs na frontalny programowy atak, co przygasiło potencjalnych rozmówców skutecznie. Zamknęło im usta. Staliśmy się obserwatorami sparingu Zadara Spichalski. Tak w ramach ekwiwalentu za milczenie. Nie było wątpliwości, kto miał eryducyjno- siłową przewagę. Wiemy już dlaczego Zadara wielkim reżyserem jest. On o tym wie na pewno. Szlifuje FORMĘ. Nie dyskutuje. Rozmawia z sobie tylko równymi na wysokościach. Nowak z kolei przy okazji DemirskoStrzępkowych pięknych występów wspomniał o kuchni, nie zapomniał , kto tu jest wodzirejem, czarodziejem, koneserem, smakoszem. Subtelny, delikatny, taktowny. Było pysznie!! Ewelina Marciniak pięknie, profesjonalnie, wnikliwie odpowiadała na pytania. Wykorzystała cudnie dany czas na przekonanie nas, że rzeczywiście wie, co robi i dlaczego. Podobnie Małgorzata Bogajewska z zespołem teatru Bagatela. To było coś! Kobiety nie gwiazdorzyły. Zawrzało na spotkaniu z zespołem Teatru Zagłębia, co wydaje się oczywiste ze względu na temat aborcji, JPII i wolności ekspresji artystycznej. A dyrektorom teatrów dziękujemy, bo spotkania z widzami były dla nich okazją do promocji swoich teatrów. Nie doceniają widzów. Albo czują się mocno zagrożeni. Takie czasy. Tracą klasę i cierpliwość. Taki styl. No i wiedzą oczywiście lepiej i najlepiej. OBY!!! Zadania dyrektorskie, co tu się dziwić. Pewnie tak trzeba. Walczyć. Bronić. Promować. OJ, TAK!!

Oczywiście, mnie widza, bardzo cieszy każde spotkanie z artystami. Doceniam wysiłek, widzę trud, krew i łzy czy poobijane kolana kobiet MORFINY , wynoszoną ponad poziomy Zosię, dwugodzinny monolog Gustawa, Kobietę, co nie chciała Konia i Kanarka. Cudowną, genialną pracę zespołową najlepszych zespołów aktorskich: wszechstronność, hart i wysiłek Teatru Polskiego we Wrocławiu oraz klasę i poziom Starego Teatru Narodowego z Krakowa /dla mnie ex aequo/.  To klasa mistrzowska. Cieszy rozkwit równo grającego zespoły Śląskiego, wyobraźnia w sferze eksperymentu popkulturowego Teatru Nowego w Poznaniu, konsekwentny rozwój twórczy Teatru Zagłębia, śpiewających i grających aktorów Bagateli, błądzenie podczas WĘDROWANIA zdolnych aktorów Teatru STU.  Imponujące, zgrane, zdolne do wszystkiego zespoły. BRAWO!!

Chłonę zjawiskowe popisy artystyczne lekko, naturalnie grane, choć są nieprawdopodobną szarżą precyzji doświadczenia, instynktu, profesjonalizmu Piotra Skiby, Jana Frycza, Doroty Segdy, Doroty Pomykały, Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik. Młodego, zdolnego, zaangażowanego, pracowitego Bartosza Porczyka. Głosy niewidocznych ale genialnie działających osobowości i talentów gigantów sceny Gustawa Holoubka i Jerzego Treli. Z napięciem słuchałam bez zrozumienia wielu partii tekstu  DZIADÓW z Wrocławia, denerwowałam się o dziadka, o  dziecko śpiewające bez końca piosenkę tasiemiec. PODZIW I FANFARY!!! Całkowicie utożsamiłam się z Edytą Ostojak. Uwiodła mnie jej czuła determinacja. Nie mogłam nadążyć za galopującym tempem i zmianą ról w MORFINIE. Kobiety były cudowne,  nieprawdopodobnie dobrze przygotowane ruchowo. A gotowe do samoupokorzenia w spektaklu z Sosnowca. Kobiece bohatyry zbiorowe! W walce o lepszy świat. OWACJE!!! APLAUZ!!!

Bogata i ciekawa jest oferta artystyczna teatru polskiego. Kulturotwórcza.  Zarówno dla artystów, jak i widzów. Proponuje zderzenie  koncepcji spektakli DZIADÓW; dosłownie formalnych na rynek krajowy Zadary dla uzależnionych od teatru i tych w kostiumie popkultury amerykańskiej Rychcika w wydaniu ekstremalnych, wyśrubowanych skojarzeń, na krawędzi sensu, składu i  ładu.  Obie realizacje są kontrowersyjne, odważne, spektakularne. Wymagające kondycji, samozaparcia, na sztukę otwarcia. Do niej zaufania. I zakłada słusznie zawierzenie predyspozycji do zaakceptowania wszystkiego szalonego w teatrze, ciekawości kultury eksperymentującej na naszej wrażliwości, pamięci, estetyce. Zakładające, że zaskoczenie jest naturalnym elementem ekspresji przekroczenia w teatrze. Ale nie wierzcie reżyserom. Tak nie musi być. Oglądajcie, rozważcie, wiedzcie swoje. Wejrzyjcie w siebie. Bo według bożego rozkazu, kto sam nie pomyśli, nie poczuje dramatu, nie zrozumie teatru ni razu. Ha.

To nieprawda, że Lupa, Lupa hej, hej ponad wszystkimi. I, ho, ho do przodu. ON JEST MISTRZEM, co nie dla wszystkich jest jasne. Wiemy, wiemy, że się dla niektórych jakiś czas temu nawet skończył. A tu totalna WYCINKA, dzieło oddziałujące na wrażliwość intelektualną na wielu poziomach, niosące ładunek uniwersalnych problemów, o wadze high krytycznej, wyśrubowanej uczciwości postaw życiowych, artystycznych, splątania realu z ambicjami, możliwościami. Zależność emocjonalna od środowiska, z którym się jest związanym, na które jest się skazanym.  Przenikanie się świata sztuki ze światem osobistym. W wizualizacji urzekającej adekwatności z krajobrazem wewnętrznym bohaterów. W całkowitej symbiozie muzyki, scenografii, tekstu, gry i dramaturgii wiążącej jeszcze bardziej wolę, uzasadniającej konieczność. W świetle zmiennych stanów świadomości. Piękny teatr nasycony prawdą o świecie, w nim człowieka. Senny, hipnotyzujący. Odnoszący się do doświadczenia, intuicji każdego człowieka. Nawet każdego prawie środowiska, jak się mocno uprzeć. Doskonały. Totalny. TEATR. TEATR.

Ale fenomenalny krok do przodu i wzwyż wykonał też młody, zdolny, pracowity tandem Strzępka Demirski. nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU! ma znaczenie nie tylko pod względem artystycznej jedności treści i formy obleczonej w kostium, scenografię, ruch sceniczny, świetną grę aktorską na miarę problemu, zjawiska. Gładko łączy puzzle starego z nowym. Spektakl ważny jest ze względu na poziom emocjonalnego i metafizycznego dotyku sztuki tu i teraz. Ten teatr działa. Wyrasta z klasyki polskiej, łączy pokolenia we wspólnych obawach, lękach i przeczuciach. To wyjątkowo mocno oddziałujący teatr. Aktualny, wrażliwy, zaangażowany. Wszelkie niedoskonałości nikną wobec wagi rozpoznania współczesnych zagrożeń. Bezsilności wobec nich jednostek, społeczności, narodu. Wielka rzecz nie przegapić pulsu świata. Znacząca gdy powtarza się w historycznie zakreślonym cyklu. Od rewolucji do rewolucji. Odwaga podjęcia trudnych problemów rewolucji i jej skutków, gorzka konstatacja, że mimo ciągłego rozwoju, znów znajdujemy się w punkcie wyjścia. Mimo wiedzy. Mimo doświadczenia. Lęk jest zawsze ten sam. Bezradność nawet jeszcze większa. Bo kumuluje się z upływem galopującego czasu wbijającego się oszołomionego człowieka w niepewną przyszłość świata.

Myślę, że oba te spektakle, każdy na swój sposób, komunikują o niebezpieczeństwach naszego wspaniałego, nowego, mądralińskiego, przekombinowanego świata a w nim samotnego, zagubionego człowieka, sparaliżowanego niemożnością wyrwania się z jego pędu i tyranii. Rozdartego rozbieżnościami potrzeb i możliwości. W nieustającym konflikcie konieczności walki z instynktem przetrwania za wszelką judaszową cenę. Z paraliżującą pewnością, że nic, kompletnie nic nie można zrobić i należy się prędzej czy później poddać, podporządkować, a w walce o swoje dla innych jest bezsilny, bez możliwości ratunku. Z opcją wyostrzonej świadomości, w egzystencji bez znieczulenia. Przegrana jest pewna jak śmierć. A marzenie umiera ostatnie po wyczerpującej walce życia o swoje. Recepcja WYCINKI poza granicami Polski będzie łatwiejsza niż nie-boskiej. WSZYSTKO POWIEM BOGU! , jak i DZIADÓW. Bernharda znają i nienawidzą, Lupę znają i cenią, zespół aktorski Teatru Polskiego też. Drogi dostępu sztuki polskiej do świata otwarte!! HIP, HIP HURA!!
Właściwie oferta Spotkań umożliwia tylko obejrzenie niektórych spektakli z całej Polski, nadrobienie zaległości repertuarowych, ponowne obejrzenie pozycji już sobie znanych. Nie gwarantuje niestety zawsze jakości, co pokazały ostatnie dwie edycje a i w jubileuszowej też były wpadki. Spotkania z artystami nie do końca satysfakcjonowały, ale chyba nadal uczymy się ze sobą rozmawiać, wzajemnie się tolerować, z szacunkiem traktować. Ale jeśli będzie się nam zamykało usta, nie dopuszczało do głosu, neutralizowało w czasie wypowiedzi, nie będzie progresji. Artyści wrócą do domów w samozadowoleniu a widzowie i tak będą wiedzieć swoje. I to oni podejmą decyzję, czy na następne spotkania przyjdą czy nie. A przecież warto spotkać się w teatrze. Bo to miejsce do dialogu stworzone. Bo jeśli nie w teatrze, twarzą w twarz, to gdzie?

foto:Kasia Chmura-Cegiełkowska

http://www.teatrdlawas.pl/artykuly/545-naj-naj-naj-35-warszawskich-spotkan-teatralnych
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/199945.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/200346.html
http://teatralny.pl/recenzje/lupa-i-dlugo-dlugo-nic,1037.html

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

DYBUK AN-SKI KLECZEWSKA TEATR ŻYDOWSKI



DYBUK według An-skiego w reżyserii Mai Kleczewskiej z dramaturgią Łukasza Chotkowskiego opowiada o wierze, nadziei i miłości. A z tych trzech tak naprawdę najważniejsza jest miłość. Czyste źródło dobra tego świata. I to na wielu poziomach. Miłość do Boga, miłość do ukochanego, miłość do człowieka. A więc miłość ogarniająca każdego i wszystkich. Żywych i umarłych. Ta intymna i ta zbiorowa. Nie ograniczająca się do czasu czy przestrzeni. Ta, która pozwala pamiętać i tę pamięć przenosić z pokolenia na pokolenie w wieczność.  Bo chodzi o ten szczególny rodzaj wrażliwości, czułości i empatii w relacjach międzyludzkich. O wsłuchiwanie się w siebie nawzajem. Czucie sercem w zgodzie z samym sobą. Odpowiedzialnie, konsekwentnie kierującym się rozumem i powinnością wobec siebie nawzajem według porządku ludzkiego i prawa boskiego. Tak, by człowiek człowiekowi nie był aniołem zagłady. Ani wilkiem. Ani katem. Sędzią. Ludzki wymiar miłości i braterstwa w boskim wymiarze prawdy i sprawiedliwości, by ocalić sens życia, to główny problem ludzkości. Jak żyć dalej po śmierci? Każdej. Swojej za życia. Bliźniego swego. Ukochanego. Śmierci fizycznej ale nie duchowej. Czy można, trzeba się zbuntować wobec wiary, rodziny, tradycji, obyczaju, historii dla przesłania godnego życia wiecznego. Po stracie. Po holokauście. Po zagładzie wszystkiego, co ludzkie. Tak, by duch mógł żyć dalej. W każdej formie. W nas. W pamięci. W wierze, że nic co człowieka spotyka nie jest bez znaczenia, nie jest bezwartościowe, obrócone na marne. Mimo, że śmiertelnie boli, po kres wytrzymałości dotyka i więzi. Po zerwanym przymierzu człowieka z Bogiem. Gdy człowiek zrywa przymierze z człowiekiem. Naród z narodem. A konsekwencje zdrady są tragiczne. Niszczące. Przerażające. Nie do zrozumienia.



Mieszają się w spektaklu różne, choć komplementarne światy. Przeszły z teraźniejszym w spojrzeniu ku przyszłości. Ale pięknie się mieszają, sensownie uzupełniają, wzajemnie komentują. Wielowiekowa tradycja, religia i historia Żydów. Miłosna opowieść dwojga ludzi. Złamane przymierze bratnich dusz. Pamięć. Zadośćuczynienie. Wybaczenie. Powinność wobec żywych i umarłych. Dotyk holokaustu. Śmierć i życie. Przemiany miejsca w czasie. Wszystko w spojrzeniu, ujęciu jednostkowym i zbiorowym. Lokalnym i światowym. Dosłownym i ogólnym. W języku jidysz i polskim. Legendy teatru polskiego i żydowskiego w kontekście dotychczasowych wystawień DYBUKA i Teatru Żydowskiego, który tym spektaklem świętuje 65 rocznicę swego powstania. Ale teatr to ludzie, a więc to przedstawienie w jakiś szczególny sposób jest nośnikiem pamięci o tych, którzy na zawsze odeszli a jednak żyją w nim nadal. I są ważni. Bo to, co wnieśli swoją pracą, twórczością, wysiłkiem, osobowością jest najważniejszym napędem obecnego życia teatru.

Ten DYBUK ma wartość jednoczącą. Piękną. Snuje się opowieścią spójną, wizualnie hipnotyzującą, muzycznie potęgującą napięcie, ze światami wizualnymi równolegle wzmacniającymi oddziaływanie. Gdzie każdy element, osoba, wątek ma znaczenie dla samego siebie i całości. Splątanie scenicznych wątków, osób, problemów odzwierciedla rzeczywistość metafizycznej więzi życia i śmierci, miłości i zdrady, skutku i przyczyny, wyznania winy i zadośćuczynienia. Pamięci i niepamięci. Tego co stałe i zmienne. Trudne i najtrudniejsze. Podkreśla swoim zaistnieniem, jak ważna jest komunikacja, ekspresja twórcza i my, w sztukę uwikłani, w świat wplątani.

Znów teatr postdramatyczny Kleczewskiej pokazuje pazur głęboko wbijający się w naszą wrażliwość. Udowodnia swą siłę oddziaływania. Doskonale łączy tak trudne, często wydawać by się mogło niemożliwe do pokazania problemy, relacje, zjawiska, historie. Bezpruderyjnie czerpie z różnorakiej formy poszerzając w ten sposób pole widzenia i rozumienia. A co najważniejsze czucia. Wkracza brawurowo w przeszłość, miesza ją z teraźniejszością na wielu poziomach, by uderzyć skumulowaną mocą informacji, historii, obrazu i dźwięku. Gry aktorskiej. Przejmującej. Sięga brutalnie w głąb człowieczej duszy, jego relacji z Bogiem i degradującym go światem, by mierząc się z nim, go ocalić. Porozmawiajmy o tym, pomyślmy. Sięgnijmy pamięcią. Nie pozwólmy niepamięci triumfować. To zniszczyłoby naszą tożsamość, odrębność, ważność. Kimkolwiek jesteśmy. Mocny przekaz sztuki- budowany przejmującymi pięknem zaprawionym okrucieństwem obrazami, porażającymi autentycznymi relacjami, wspomnieniami, zderzeniem sacrum z profanum, zaistnieniem winy i możliwości odkupienia- budzi w nas ludziach człowieka. Czułego, kochającego, empatycznego. Dzięki sztuce spektaklu niosącego  w świat wysiłek świadczenia prawdy. Tak, by życie zwyciężyło fałsz, śmierć.

Kocham taki teatr. Przeniknięty duchem, wzmocniony ciała emocjonalną obecnością narracyjną. Wrażliwy, czuły. Odważny. Gdzie sens przenika tajemnicę a ta się broni niewzruszona. Gdzie instynkt życia ratuje pamięć o śmierci, oswaja z nią. Szczególnie tej brutalnej, okrutnej, bezsensownej, przedwczesnej, niezawinionej. Teatr opowiadający się za prawem do buntu w obronie prawa do miłości bez względu na konsekwencje. Malowany plastycznością wzbierającego napięcia. Zapierający dech. Gdy wiem, że pozostanie ze mną na zawsze. Tak jak role Gołdy Tencer grane w przeszłości teraz w spektaklu spotykają się na scenie w kreacji jej samej, symbolicznie w kostiumie. Przenikanie się światów, z których jesteśmy utkani. Suma doświadczeń, wiedzy i wiary generująca czułość, to przeczucie, że miłość do bliźniego swego cały świat uratuje. Poprowadzi go ku wieczności. Krok po kroku. Dzień po dniu. A żadne cierpienie, ból nie przepadnie a wzmocni tych, którzy żyć muszą dalej i dalej. Z dybukiem, życiem ocalonym miłością, pamięcią. „I ciągle widzę ich twarze, / ustawnie w oczy ich patrzę – ich nie ma, / – myślę i marzę, / widzę ich w duszy teatrze"*.

Niektórzy narzekają na słuchawki, brak tłumaczenia tego i owego. Ja doceniam ich wkład. Bo gdy tylko głos się pojawiał-męski, żeński-miałam wrażenie mówiącego we mnie dybuka. Był już w środku. Wewnątrz. Na scenie w jidysz, w głowie po polsku. Synchroniczny dwugłos.


DYBUK według Szymona An-skiego

Reżyseria: Maja Kleczewska
Scenariusz sceniczny: Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
Dramaturgia: Łukasz Chotkowski
Muzyka: Stefan Węgłowski
Scenografia, video, światło: Wojciech Puś
Kostiumy: Konrad Parol
Asystent reżysera: Jędrzej Piaskowski

Obsada: Marcin Błaszak, Piotr Chomik, Genady Iskhakov, Magdalena Koleśnik (gościnnie), Joanna Przybyłowska, Henryk Rajfer, Rafał Rutowicz, Izabella Rzeszowska, Wanda Siemaszko, Piotr Sierecki, Piotr Stramowski (gościnnie), Barbara Szeliga, Dawid Szurmiej, Gołda Tencer, Ewa Tucholska, Jerzy Walczak, Marek Węglarski.

Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich – Centrum Kultury Jidysz

Data premiery: 17 kwietnia 2015 r.

Fot. Magda Hueckel 
* Stanisław Wyspiański, motto spektaklu

http://www.e-teatr.pl/en/artykuly/200524.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/200531.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/201137.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/201220.html

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/201309.html?josso_assertion_id=2F8CC1F7B1344920
http://teatralny.pl/recenzje/wole-bukiet-zonkili,1049.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/201649.html

piątek, 17 kwietnia 2015

DAILY SOUP TEATR TELEWIZJI



W TACIE Artura Pałygi to dorosły mężczyzna walczy z traumami dzieciństwa i jednocześnie tęskni za miłością, czułością, troską ojca do małego dziecka w sobie. W DAILY SOUP to dorosła dziewczyna nie może odciąć pępowiny uzależnienia od nadopiekuńczych, przewrażliwionych, toksycznych rodziców, co ją niszczy, ubezwłasnowolnia mentalnie, kaleczy uczuciowo.

Oboje żyją w pełnej rodzinie, z ojcem i matką a dziewczyna nawet z babcią. A jednak to dysfunkcyjne naturalne środowisko. Jednocześnie rani i kocha. Ale ta miłość skazana jest na próbę ognia. Bo to nierówna walka młodego ze starym. Bezbronnego z  pełnią władzy. Gdy dziecko, nawet trzydziestoletnie, nie umie powiedzieć dorosłemu asertywnie NIE. Bo nikt tego nie nauczył, nie powiedział, że można, że trzeba. Bo kręgosłup niezależnego zdania, w konsekwencji życia, był łamany dzień po dniu od urodzenia. Przy talerzu codziennej zupy. W sferze fizjologii zabezpieczał byt ale w sferze emocjonalnej zatruwał.

Przestrzeń rodziny to pole walki, pole działań doświadczalnych. Rodzice, bez kamuflażu, wprost poddają dzieci próbie dorosłego życia. Przenoszą na nie swoje wszystkie lęki, porażki, obawy, frustracje, przyzwyczajenia. W zasadzie tak hartuje się stal. Ale psychika dziecka, nieprzygotowywana do samodzielności, możliwości kształtowania swojego życia pod czujnym ale nie despotycznym okiem dorosłego nie ma szans dojrzeć, nie ma szans się zbuntować. Presja większości, siły oddziaływania robi swoje. Dryl nachalnej tresury, szkolenia pod przykrywką wychowania wzmocniony naturalnym uczuciem do najbliższych i troską o nich uniemożliwia sprzeciw przeciwko tyranii dorosłych i niemożność obrócenia przeciwko tym, których się kocha bezwzględnie, od zawsze.

Rodzice  stosują chwyty stare jak świat. Straszą, szantażują, przymuszają, osaczają dzieci. Kieruje nimi lęk, obawa, czy nawet już dorosłe dadzą sobie radę, czy nie zostaną skrzywdzone. Ale są też samolubni, ograniczeni, niedouczeni. Swoje osobiste i małżeńskie problemy przenoszą na dzieci. Obciążają je swoimi traumami. Pretensjami, kłótniami, tajemnicami. Nawykami. Całym bagażem swojego życia.  Wciągają niedojrzałe dzieci w rozgrywki dorosłych. Nie mają zahamowań. Paradoksalnie rodzicielska ochrona przed złem świata zewnętrznego wzmacniana jest przez toksyczność życia w rodzinie tak, że dziecko traci całkowicie poczucie bezpieczeństwa i właściwe rozeznanie rzeczywistości. Nienauczone podejmowania  samodzielnych decyzji,  staje się bezwolnym argumentem, stroną w  użyciu raz jednego, raz drugiego rodzica, a zdarza się i babci. Wszyscy są w stosunku do siebie wrodzy, nieprzyjemni, kąśliwi, złośliwi. A wszystko w dobrej wierze, dla dobra dziecka, dla spokoju rodziny. Z poczucia troski. Każdy walczy z każdym o swoje.

To rozdarcie między potrzebą a niemożliwością jej zaspokojenia jest bolesne. To pęknięcie spowodowane koniecznością walki o swoje przeciw tym, którzy na pewno na swój sposób kochają i są kochani jest bolesne. Najłatwiej skrzywdzić najbliższych. Są pod ręką, zna się ich na wylot. Łatwo wywierać presję, łatwo manipulować, obrażać.

Życie każdego człowieka, życie rodzinne naznaczone jest błędami, a wychowanie dzieci nie jest drogą usłaną różami. Ale nikt nikomu nigdy nie obiecuje, że będzie łatwo. Na popełnianych błędach można się uczyć. Nie ma lepszego środowiska dla dorastania niż rodzina. Pod warunkiem, że rodzice wychowują odpowiedzialnie i pozwalają dzieciom dojrzeć do samodzielnego życia, by mogły odejść z domu, gdy przyjdzie na to czas.

W DAILY SOUP tylko śmierć może wyzwolić. Ostatecznie, skutecznie. Babcia umiera. A pozostali muszą dalej trwać, każdy ze swoim i bliźniego swego problemem, traumą. Znają się jak łyse konie. Każde zapatrzone w swoją krzywdę, obciążenie, ograniczenie, obowiązek. Kochają się i nie znoszą, potrzebują siebie nawzajem ale i ranią, mają do siebie pretensje. Nie panują nad wzajemną niechęcią, zmęczeniem, znudzeniem, wściekłością. Są w ciągłym stanie niewypowiedzianej wojny. W zawieszeniu pomiędzy tym, co jest  a co chcieliby, by było.

Interesująca jest w tej sztuce kumulacja negatywnych drobiazgów, prztyczków, utyskiwań, pretensji, przypomnień, pouczeń dorosłych, które dzień po dniu powielane, wzmacniane karmią traumatycznego potwora w dorosłym już dziecku, które nie jest w stanie się odciąć, uwolnić od tych, których przecież kocha, których potrzebuje. Nie daje sobie z tym rady, a dorośli nie pomagają, bo nie wiedzą jak, nie widzą w swym zacietrzewieniu, w siebie zapatrzeniu, potrzeby zmiany. Krzywdzą głusi i ślepi. Przestrzegają córkę przed zewnętrznym zagrożeniem, nie widząc źródeł wewnętrznego, rodzinnego złego jej traktowania, wychowywania. Co jest normą też w ich własnym zachowaniu w stosunku do siebie. Dziecko jest ranione ale i rodzice ranią siebie dotkliwie. Nie odpuszczają, nie ustępują, idą w zaparte.

Dzień po dniu podsycają ogień w domowym piekiełku.  Dziedziczonym z pokolenia na pokolenie.


SZTUKA DOSTĘPNA JEST W NINATEKA.PL

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/spektakle/artykul/daily-soup_6653074/

DAILY SOUP

Reżyseria - Małgorzata Bogajewska 
Scenografia - Maciej Chojnacki 
Muzyka - Paweł Czepułkowski, Michał Litwiniec 
Opracowanie muzyczne - Rafał Kowalczyk 

Obsada: Halina Skoczyńska (Matka), Janusz Gajos (Ojciec),  Anna Grycewicz (Córka), Danuta Szaflarska (Babka)