wtorek, 24 marca 2015

nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU! STRZĘPKA DEMIRSKI STARY TEATR



Wszystko powiem Bogu!
O teatrze z krwi i kości. Oddychającym pełną piersią dzisiejszymi problemami,  zaskakującymi nas nagle faktami dokonanymi, podejmowanymi na naszych oczach ale za naszymi plecami decyzjami. Który jest nośnikiem tych samych lęków, jakich doświadczają zwykli śmiertelnicy. W kontekście ciągłości historycznej, jedni inscenizacyjnej, zmian ideologicznych, światopoglądowych, politycznych. Mentalnych. Gdzie niezmiennie ludzkość śni marzenie o rewolucji, które zrealizowane zawsze dużym wysiłkiem i wysokim kosztem, przynosi jednak gorzkie rozczarowanie. Naznacza piętnem klęski. Nie daje nadziei. Bo gdy wydaje się ludziom, że posunęli się o krok do przodu wykonując gigantyczną pracę przewrotu systemowego, myślowego, mentalnego, znów wpadają w koleinę ludzkich ograniczeń, niemożności, kombinowania, jak wyjść na swoje tylko dobro, jak siebie uratować, ocalić indywidualnie. Apogeum euforii spycha ich ostatecznie w otchłań rozpaczy.

Ta wiedza o nieuniknionej, permanentnie dokonującej się rewolucji, konieczności dostosowywania się do napierających ciągle zmian i panowania nad nimi ze świadomością, że i tak wszystko zakończy się klęską to porażająca prawda. Doprowadzająca do neurozy przechodzącej w histeryczny chaos. Zagubienie.

Duchy snują się miedzy nami. I karmią nas spuścizną przeszłych pokoleń. Widać transformację światopoglądów, idei, postaw. Nowe konteksty stereotypów. Widać rozczarowanie rewolucją. Bo jedno jarzmo zastępuje nowym. Stare, dobrze znane niewolnictwo zmienia tylko formę i zamieszkuje wygodnie, zgodnie z nowym prawem, między nami. Zamieniamy słowa po to tylko, by znaczenie się nie zmieniło. Zawsze pozostaje łączność pomiędzy starym a nowym światem. Nadal  aktualne zagrożenia, strach przed nieuniknioną zmianą, napierającą rewolucją, która dokonuje się ostatecznie po to tylko, by stare zło ubrało się w nową, bardziej perfidną, podstępną formę. Cały wysiłek idzie w gwizdek. Jest marnotrawiony. Służy tylko pozornej progresji. I nie uratuje, nie uchroni przed porażką. Bo ludzie, znajdą zawsze sposób, by postawić na swoim, ugrać swoje, choć i tak doprowadzi to do klęski. A świadomość jej powoduje, że cierpienie rośnie. I uczucie coraz większej bezsilności. Wyrywanie się ku wolności, pragnienie dobra, postępu, zmiany nie powstrzymuje zła, które bez litości ściąga wszelkie marzenia na ziemię. I poddaje próbie ognia.

W istocie znajdujemy się zawsze pomiędzy. Życiem a śmiercią. Niebem a piekłem. Marzeniem a realiami. Możliwościami a ograniczeniami. Jesteśmy w czyśćcu. Skażeni winą, naznaczeni karą. W nieustannym robieniu rachunku sumienia. Samoudręczeniu. Rozpamiętywania rachunków krzywd. Błądzimy a raczej w szalonym pędzie czasu miotamy się w multiplikujących się sprzecznościach. Będąc niewidomymi dziećmi. Nadwrażliwymi matkami. Żonami przejmującymi inicjatywę. Przestraszonymi własną wizją świata poetami. Ostatecznie przegranymi straceńcami. Mogącymi szukać ukojenia w skardze u kogoś potężniejszego od siebie, odrzucanego ale w obliczy zagłady przywracanego do życia, do świadomości. Bo gdy trwoga, to do Boga. "Od powietrza, głodu, ognia i wojny. Wybaw nas, Panie!."  Gdy porażeni jesteśmy własną niemocą, bezsilnością możemy tylko jeszcze się pomodlić. Zwrócić do tego, co nas przerasta , bo sytuacja nas przerasta. I choć przez ludzkość jest zaprogramowana, stworzona, to opanować ją może tylko coś potężniejszego. Poza ludzkiego. To jak wyjście awaryjne, jedyna droga ewakuacyjna w śmierć. Ostatnia deska ratunku nadwątlonych już zmysłów. Nawet nie nadzieja. Jakiś ostatni okruch, strzęp przyzwoitości. To przyznanie się do porażki.

To jest naprawdę nieprawdopodobne, że  historia zatacza koło, wszystko się powtarza, wznosząc się tylko na wyższy poziom okrucieństwa. Komplikacji. Wyrafinowania. I zawsze to w jakiś sposób zaskakuje. Poraża. Bo im większa wiedza, tym wyższa świadomość i paradoksalnie bardziej obezwładniająca bezsilność. Niemożność wpłynięcia na bieg zdarzeń. W stanie bezwładu wobec tego, co niedoskonale ludzkie, człowiek zwraca się do Boga, nawet wtedy, gdy w niego nie wierzy. Wszystko chce mu powiedzieć. Gdy już człowiek człowieka nie słucha. Chce poskarżyć się, donieść. Z pretensją, że został oszukany, zdradzony, wyprowadzony w pole. Zaszlachtowany siekierą, zadźgany nożem, zastrzelony, zaduszony gołymi rękami czy zamęczony ogłupiającą pracą przy kserokopiarce. Unicestwiony z całym bagażem swego jestestwa. Spuścizną przeszłych pokoleń.

To jest bardzo dobry  tekst Pawła Demirskiego, bardzo dobrze wyreżyserowany spektakl przez Monikę Strzępkę. Scenografią świetną zilustrowany. Przemyślany, harmonijnie zbudowany. Gdzie każdy z aktorów ma szansę zaistnieć znacząco, co jest też zasługą rozpisanych ról. Każdy ma co grać. I wszyscy wykorzystują swoją szansę. Są wspaniali. Zachwycają. Grają zespołowo. Grają koncertowo. Niewątpliwie sprawy poruszane w sztuce są im bliskie. Nie byłoby takiej pasji, furii, emocji zaangażowanych i siły na  nas, widzów, oddziaływania. To był przekonywujący, wyważony jednak i konsekwentnie budowany przekaz. Nie przerysowany. Bez zbytniej szarży karykatury, bez bufonady. Bo wróg już u bram. Sztuka nie przemilcza tego. Artyści antycypują. I mają siłę, talent, by czerpiąc z klasyki wybić się na przekaz wybrzmiewający współcześnie. Są przygotowani. A my?

My, zawieszeni jesteśmy pomiędzy zdumieniem a wielkim lękiem. Coraz bardziej uświadamianą sobie bezsilnością wobec galopujących zdarzeń. Niezmiennością świata co do treści gwarantowanej zmiennością coraz to bardziej wyrafinowanej formy. Dlatego tak ważne jest przepracowanie tego poprzez sztukę. By rozpoznać można było rzeczywistość i oswoić to, na co nie mamy bezpośrednio wpływu, nad czym nie jesteśmy w stanie panować. Ostatecznie, ex post, zawsze będziemy mogli wszystko powiedzieć Bogu. Choć jeśli istnieje, nawet tylko poprzez siłę niedoskonałej ludzkiej wiary, to i tak wie o wszystkim. Sama myśl, że może wysłuchać naszej skargi, jest kojąca. Bo my też, wbrew pozorom, jeśli nie wiemy to czujemy wszystko. Tylko zagłuszamy prawdę bezzasadnie oszukując się, że to, co złe, niemiłe, niewygodne nas nie dotyczy, nie dotknie. Ale chyba przyszedł czas na przebudzenie. Wiek niewinności i spokoju jest kruchy i niepewny. Okazuje się krótką chwilą wytchnienia.

Nie interesują mnie te wszystkie recenzenckie oddzielania ziarna od plew, doszukiwanie się źdźbła w oku tej sztuki teatralnej. Krytyków harakiri. Bo sztuka działa. Nawet ułomna i niedoskonała. I mówi o zjawiskach, procesach ważnych, gorących, aktualnych. Nie wyrzeka się przeszłości, nie boi ostrości wypowiedzi. Bezkompromisowa jak buntowniczy i wierni sobie są jej twórcy. Jak zagrana!!! To, co poprzez nią najbardziej uruchamia, niech pozostanie tajemnicą. U każdego może to być zupełnie co innego. Jest co innego. A niezadowoleni, rozczarowani, wzburzeni, niech wszystko powiedzą Bogu!!!




nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!
Paweł Demirski
reżyseria: Monika Strzępka

OBSADA:

niedziela, 22 marca 2015

SZKLANA MENAŻERIA TENNESSEE WILLIAMS TEATR im.J.KOCHANOWSKIEGO w OPOLU

Spotkania Teatralne, 35., moje,  osobiste zaczęłam  dzień wcześniej, oglądając SZKLANĄ MENAŻERIĘ  Teatru im. J. Kochanowskiego z Opola. Nie jest to tytuł Spotkań, ale przecież to wielki Tennessee Williams, rzadko grana sztuka w tłumaczeniu nowej gwiazdy teatralnej translacji, Jacka Poniedziałka, który w dodatku reżyseruje tu swoją pierwszą poważną teatralną produkcję.

Przy okazji spotkałam mnóstwo znajomych, szalonych , pozytywnie zakręconych teatromanów, którzy nie zważają na to, że ATM jest gdzieś na końcu warszawskiego świata, spektakl późno się kończy a trzeba nie tylko wrócić do centrum Warszawy ale do centrum Łodzi  na przykład czy jakiego innego miasta. Wpadają do teatru często prosto po pracy, wyrywają się od zajęć obowiązkowych. Chcą być choćby  na jednym akcie, bo na drugi przyjdą następnym razem. Wyjdą wcześniej, przed końcem spektaklu ale tylko i wyłącznie dlatego, że na pociąg by nie zdążyli. A krytycy potem to komentują. Wiecie jak. Że się nie podobało. Że zbulwersowało. Dlatego tak mnie to zachowanie widowni instrumentalnie wykorzystywane przez krytyków irytuje, drażni. Często nie ma nic wspólnego z prawdą a służy tylko i wyłącznie uzasadnieniu ich negatywnej ocenie sztuki.

Tak, to są niewątpliwie moje całoroczne spotkania teatralne z widzami, na których zawsze wpadam, gdy jest coś nowego, zaproszonego, gościnnego, festiwalowego lub eksperymentalnego w teatrze. Bez wcześniejszego umawiania się. Po prostu jesteśmy. I muszę tu przyznać, że ci, z którymi udało się dłużej porozmawiać, widzieli o wiele, wiele więcej niż ja. Jestem w ogonie nowości. Są hej do przodu. Muszę ich gonić. Już wiem czy warto, czy ciekawie było. Co muszę obejrzeć a co mogę sobie odpuścić. I traktuję te rekomendacje poważnie. Ufam im, polegam na ich wiedzy i wyczuciu, doświadczeniu, zawierzam ich intuicji. To moi priorytetowi krytycy, z których zdaniem się liczę.

To obcowanie zupełnie nieformalnej grupy teatralnej  jest jedną z przyczyn, dla których teatr jest dla mnie tak ważny. Bo doświadczam wyjątkowego przywiązania widzów do sztuki teatru, widzę tę niebywałą ufność, niekończącą się ciekawość artystycznej wypowiedzi. I nieograniczony kredyt zaufania, którym obdarzają teatr.  Ten pęd z premiery na premierę, to autentyczne zainteresowanie nowinkami. Angażowanie się, przeżywanie porażek i sukcesów artystów. I nie są to wyrobnicy branżowi. To prawdziwi pasjonaci. Autentyczni fani teatru.

Nie wiem czy wiecie ale taka widownia wędrująca po teatrach całej Polski istnieje. Jest obecna. Ogląda, przeżywa, pamięta. Analizuje, porównuje, wartościuje. Gdyby to wszystko spisała i udostępniła! Pomarzyć dobra rzecz.Internet na szczęście jest otwarty. Bez wymagań, ograniczeń, restrykcji. Kanonu. Internet na szczęście czeka.

Menażeria wczorajsza, teatralna spotkała się ze SZKLANĄ MENAŻERIĄ, no właśnie Williamsa czy Poniedziałka? Niewątpliwie jednego i drugiego. Ale Poniedziałek zdominował ją, przytłoczył sobą. Okroił, zredukował wygrywając substrat o rodzinie.

Toksyczna, samotna matka, dysfunkcyjne dzieci. Walka o siebie w rodzinie. Rozjazd pomiędzy tym, kim chce się być, marzeniami a koniecznością dostosowania się do sytuacji, realiów. Bunt młodości kontra napór frustracji dojrzałości. Studium piekła rodzinnego. Przepracowanie braku komunikacji, jej dysfunkcyjnych form zaburzających relacje między najbliższymi sobie ludźmi. Manipulacja. Rola nieobecnego męża i nieistniejącego ojca. Wpływ szczęścia i własnej inicjatywy na kształt życia. Nie tylko swojego.

Poniedziałek nałożył kliszę swojego życia na sztukę Williamsa. Odnalazł,  rozpoznał siebie w tej historii rodzinnej i to wyeksponował. To było chyba dla niego najważniejsze. Zrezygnował z tego, co mu nie odpowiadało do szablonu jego motywacji, doświadczeń, przeżyć, uczuć. Zubożył więc przekaz o kontekst autora. Zachował się jak widz, który poprzez oglądany spektakl rozumie i przyjmuje to, co mu się odbija tylko i wyłącznie w jego osobistym doświadczeniu i rozeznaniu. Reszta przestaje istnieć. Wymiar uniwersalny, szeroki wyparowuje. Znika. Pozostaje publicystyka, konkretny przypadek z życia wzięty.

A jednak doskonale napisany dramat trudno zepsuć.To rodzina jest szklaną menażerią. Kruchą, przejrzystą, zastygłą w ukształtowanej formie. Piękną, mimo wszystko, gdy jej się przyjrzeć z bliska pod światło. Zwłaszcza gdy tylko siebie nawzajem się ma. Mieni się kolorową tęczą. Błyskiem wyjątkowości. Każdy z członków rodziny, na swój szczególny sposób, taki jest. Również okaleczony, skrzywdzony, naznaczony cierpieniem, niesprawiedliwym losem: jakby niechcąco, przez przypadek, mimo woli. Zły los się zdarza, kłody pod nogi padają, ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeden błąd rodzi kolejne, te  powodują lawinę. Jedno nieszczęście prowokuje nowe. Doprowadza do kumulacji.  Obserwujemy rodzinę w momencie przesilenia, w punkcie ekstremalnie krytycznym.

Gorzkie to i trudne dojrzewanie syna do samodzielności w poszukiwaniu sensu życia, własnej tożsamości seksualnej i drogi rozwoju. Obciążonego ponad miarę odpowiedzialnością za całą rodzinę. Absolutnie dysfunkcyjną matkę, zagubioną , autystyczną siostrę. Z nieopuszczającym rodzinę cieniem nieobecnego ojca.

Matka godzi się z faktem, że przegrała życie. Nie ma innego wyjścia, ciągle dostosowuje się do nowych warunków, sytuacji. Działa instynktownie, histerycznie, zabójczo toksycznie. Jak tonący zachłystuje się nieumiejętnością radzenia sobie z własnym życiem, wychowaniem dzieci, pracą. Ledwie się jeszcze utrzymuje na powierzchni. Jest u kresu. W histerii, stresie, bezsilności, na oślep brnie w klęskę. Od lat karmiąc się niepowodzeniem, porażką, rozczarowaniem staje się personifikacją upadku.  Nieszczęściem samym. Dla siebie i wszystkich w polu rażenia swego działania. Nadopiekuńczości, zapobiegliwości, kontroli, nadpobudliwości, upierdliwości charakteru, presji, nagabywania, szantażu, wymuszenia, osaczania dzieci, wdzierania się na siłę w ich prywatna przestrzeń.

Córka reaguje na ciosy wycofaniem. Nie jest w stanie żyć samodzielnie. Krucha, złamana, porażona. Nadwrażliwa. Zamknięta w sobie. Jest obciążeniem, poczuciem winy, karą za niezawinione grzechy. Szklanym jednorożcem ze złamanym rogiem. Bólem, zagubieniem, porażką świata. Bez nadziei na szczęście. W jednym momencie jest piękna, silna, normalna. Dziewczyna marzenie, umalowana, ubrana, uczesana wyłaniająca się z ciemności ku nam w pełnym, w jakby pochodzącym z niej samym świetle. Dziewczynka z zapałkami. Zapłonęła i zgasła. A pomiędzy jednym a drugim, przez mgnienie tylko, wydawało się wszystko możliwe, w zasięgu spełnienia. Dlatego tak boli. Tak mocno. Dojmująco. Kolejna porażka. Rozczarowanie. Sytuacja, która uzmysławia, ze kolejna szansa na zmianę przepadła. Pozostajemy z bohaterką ogłuszeni tym zdziwieniem paraliżującym nas całych w świadomości niespełnienia. Oddalającego się z czasem coraz bardziej wszelkich możliwości. Jakby świat się coraz bardziej zamykał. Zaczynał dusić, płonąć, niszcząc  w ten sposób wszelkie drogi ucieczki, ratunku. Zapadamy się, uszczelniamy. Zasklepiamy w poczuciu niższości, wykluczenia, ograniczeni. Choć z zewnątrz wydaje się wszystko możliwe. Wystarczył by jeden krok,  jedna konsekwentnie realizowana decyzja. Co powoduje, że pogrążeni jesteśmy w letargu, porażeni niemocą? Tresura wychowania? Lęki? Poczucie niższości? Predyspozycje charakterologiczne? Ograniczenia formalne? Brak ojca, osoby, która pomogłaby wybić z tego zasklepienia, stanu permanentnej niemożności. Niedojrzały, niegotowy do tej roli brat. Bezradna matka, pogłębiająca tylko traumę.  Bo kiedy się pojawia osoba, która mogłaby pomóc, jest już za późno. A poczucie beznadziei, stan klinczu jeszcze bardziej się pogłębia. Osiąga kulminację. Po przekroczeniu, której czeka już tylko samotność, upadek. Niebyt.

Cienka czerwona linia, poziom zanurzenia w brutalnym świecie biedy, bałaganu, brudu, przeciekającego dachu, zatkanego kibla, zbyt głośną muzyką, ze szczurami wielkości kotów.  Upadlających warunków życia. Czerwona szminka Laury, gdy wydaje się być pięknością, jeszcze młoda, zadbana, ogarniętą. I jeszcze czerwony zniekształcony przez pożar świecznik, użyteczne nadal wspomnienie świetności rodziny sprzed lat. Wyznaczają granicę, punkt krytyczny, graniczny, ostateczny. Ten moment, poziom, stan gdy wszystko jest jeszcze możliwe. Jeszcze działa. Okaleczone. Skażone przeszłością wpisaną w życiorys, w genotyp uczuciowy, osobowy. Tom, zbyt młody na rolę jedynego żywiciela rodziny, rezygnuje ze swych marzeń, realizowania planów, rozwijania talentu. Ale do czasu. Na szczęście buntuje się i porzuca ten rozpadający się, dysfunkcyjny matecznik. Zdobywa się na odwagę. Wybija na niezależność. Obciąża się jednak kolejną traumą. Będzie miał wyrzuty sumienia, że opuścił rodzinę w potrzebie. Nie sprostał wyzwaniu powinności, konieczności pomocy matce i siostrze. Musi jednak zaryzykować. Musi pójść swoją drogą.  Sam musi odciąć pępowinę. I nikt absolutnie nie może mu w tym pomóc. Przekroczył cienką czerwoną linię, zaczął samodzielne życie. Podjął trud samorealizacji. A może samo destrukcji. Ale spróbował. Z lękiem, że powtarza los ojca, który uciekł, stchórzył.

Deszcz w sztuce przebija się przez dach wtedy, gdy gorąca atmosfera życia rodzinnego osiąga apogeum opresji, świat czterech ścian płonie. Piosenki, muzyka rozbrajająca bomby napięcia. Ucieczki z domu do kina/?/, na taras gdy osaczenie rozhisteryzowanej matki jest nie do zniesienia. Błyski, grzmot piorunów, światło i mrok poszerzają paletę granicznej osaczenia. Wybijają brutalnie, gwałtownie z samo nakręcającej się spirali przemocy psychicznej.

Aktorzy wywiązują się ze swych zadań. Tempo doskonałe. Pomysły świetne. Zgrzyta od czasu do czasu język, przekład, choć wydaje się zwięzłą, logiczną całością. Reżyseria jeszcze zawodzi ale pierwsze koty za płoty. Williamsa trudno zepsuć. Można go okaleczyć, wybiórczo przyciąć. Zawsze jednak czuć rękę mistrza, duch Williamsa. Choćby to była tylko znacząca namiastka poprawnie wystawionego tekstu.


SZKLANA MENAŻERIA
Autor: Tennessee Williams
Przekład: Jacek Poniedziałek
Reżyseria i opracowanie muzyczne: Jacek Poniedziałek
Scenografia: Michał Korchowiec
Światła: Katarzyna Łuszczyk
Choreografia: Łukasz Przytarski
Aranżacja piosenki: Andrzej Strzemżalski
Asystent reżysera: Sylwester Piechura
Mix: DJ Polak
Projekcje: Łukasz Kustrzyński
Inspicjent: Justyna Bartman
Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

Obsada:
Grażyna Misiorowska
Grażyna Rogowska
Leszek Malec
Sylwester Piechura

http://wyborcza.pl/1,112395,17596161,Jacek_Poniedzialek_o_osobistych_watkach_w__Szklanej.html

piątek, 20 marca 2015

35.WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE EX ANTE




Już za chwilę rozpoczną się 35.WST. To duża radość, święto, a na pewno okazja, by obejrzeć ważne spektakle z całej Polski. W tym roku mamy wyjątkowo wysoki poziom artystyczny, co cieszy. Przegląd umożliwi w krótkim czasie nadrobić zaległości teatralne. Pozwoli zorientować się, co tak naprawdę zaprząta głowy i serca artystów, i nie jest ważne to, czy robią to bardziej czy mniej komunikatywnie. Dla teatromanów każdy przejaw działalności teatru jest komunikatem, informacją będącą punktem wyjścia dialogu, a przynajmniej przepływu informacji. Pozwala zapoznać się z antycypującą wrażliwością ludzi czujących mocniej, przenikliwiej, piękniej, nawet piękniej inaczej. Tacy jesteśmy ciekawi, otwarci my, widzowie. Tacy ufni, uparci.

Dla mnie nie jest obojętne w jaki sposób świat sztuki ze mną nawiązuje kontakt. Prawdę mówiąc, wszystko jest dla mnie ważne. Bo zakładam z góry, że artysta tworząc, na pewno ma coś na myśli, o coś mu chodzi i się z tym swoim indywidualnym przekazem do świata- tak jak chce, jak umie, jak zdecydował-przebija.  Nie ignoruję więc trudnej formy i treści, z szacunkiem podchodzę do każdego, nawet najbardziej hermetycznego dzieła, poznaję pod prąd mojej percepcji płynące obrazy, treści. Staram się je ogarnąć, zapamiętać, poczuć. Nie jest łatwo i prosto.

Zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. DZIADY w dwóch aranżacjach zaatakują nasz indywidualny punkt widzenia i rozwijania przekazu wieszcza. Przekonamy się, co nowego mają nam do powiedzenia. A może, co mają nam do powiedzenia artyści czerpiący z tego źródła. Czy ma to dla nas sens, jest ważne, czy coś nowego wniesie, odkryje, zdemaskuje, zaproponuje na najbliższą przyszłość. Wzburzy czy zachwyci. Bo sztuka ma zachwycać. Przeprogramować. W anioły przerabiać. Sięgać, gdzie wzrok nie sięga. Czy choć zainteresuje? Zobaczymy.

WYCINKA Bernharda w reżyserii Krystiana Lupy to gratka dla tych, którzy interesują się twórczością tych artystów. Trzeba przekonać się osobiście, jak wiwisekcja środowiska artystycznego odzwierciedla naszą kondycję tu i teraz. Co my, zwykli śmiertelnicy, z tego przekazu zrozumiemy dla siebie. Jakie treści, spostrzeżenia, wnioski będą dla nas ważne, nieważne i dlaczego. Lupa to artysta doświadczony, mądry i odważny. Nawet jego porażki, upadki zawsze czegoś uczą. Jeśli nie rozumiemy jego przekazu, jeśli jest mało atrakcyjny, komunikatywny, nie znaczy to, że nic sobą nie niesie. Wręcz przeciwnie. Na mnie to zawsze działa, jak czerwona płachta na byka. Bijące mi prosto w oczy ostre światło, które budzi moją czujność, zabija rutynę, zmusza do sięgnięcia po myślenie niestandardowe. To cenne. To niebanalne. To rozwijające działanie sztuki.  Poza tym ciągle mam wrażenie doszlusowujące do stanu pewności, ze Lupa ma nadal, co zdumiewające i bardzo optymistyczne, nadal świeże, młode  najdojrzalsze spojrzenie na sztukę. Bezkompromisowe podejście do niej i samego siebie. Nie boi się eksperymentować, ryzykować, buntować. Poddawać swój dorobek próbie. Tylko największych artystów stać na taki gest. Na takie sprawdzenie samego siebie. Sprawdźmy siebie i my . Przekonajmy się czy punkt widzenia i czucia artysty jest zbieżny z naszym. Czy czegoś nauczy, na coś zwróci uwagę. Może się z nim nie zgodzimy. Może powadzimy. Ale nie oceniajmy bez obejrzenia spektaklu.

Dobrze, że NIE-BOSKĄ KOMEDIĘ.WSZYSTKO POWIEM BOGU Strzępki Demirskiego zobaczymy po skandalicznych przejściach reżyserskich wyborów w Narodowym Klaty. S&D to ogląd obowiązkowy. To artyści, którzy absolutnie na gorąco komentują, wypowiadają się, wtrącają w bieżące życie narodu. Wbijają się ostro w te nasze nowe wspaniałe czasy, udowadniając, że nie są obojętni. Że im zależy. Biorą sprawy w swoje ręce. Odważnie szarżują. Próbują. Ryzykują. Ostro, brutalnie, wulgarnie. Kompatybilnie  podłączeni do rzeczywistości. Publicystyczni. Z błyskiem bezdyskusyjnego talentu. A to jest bezcenne, nie do przecenienia. S&D obrażają, atakują, obśmiewają. Gryzą. Niech krew się poleje. Niech zaleje  fala oburzenia, frustracji, sprzeciwu. Przynajmniej teatr na żywo, na bieżąco, artystycznie zaangażowanie reaguje na to, co się dzieje wokół. Teatrowi potrzebna jest rewolucja, nowa, świeża krew!!! Na razie mamy S&D. Na szczęście. Zabawa trwa.

Zobaczymy w końcu w Warszawie IWONĘ, KSIĘŻNICZKĘ BURGUNDA Agaty Dudy-Gracz, MORFINĘ Eweliny Marciniak. To cieszy, zważywszy, że do tej pory były nieobecne na WST. Niesłusznie, Zupełnie niezrozumiałe. Czekam na sztukę KOŃ, KOBIETA I KANAREK z Sosnowca, ciekawią mnie też propozycje z Krakowa, WĘDROWANIE, TATO. Właściwie dobrze by było obejrzeć wszystko.  Ważne są też przecież  małe WST dla młodych widzów. Ale jak to zrobić? Chyba trzeba wziąć urlop. Zrobić sobie przerwę w pracy. I peregrynować. Podróżować po teatrach, po Warszawie. Od centrum po Wolę i Wał Miedzeszyński.



Nie chcę sięgać do swojej wypowiedzi o WST z zeszłego roku, by się nie denerwować. Bo znów mamy- w kraju ze światowym dorobkiem, prestiżową pozycją SZKOŁY PLAKATU POLSKIEGO- nieczytelny/35 czy 36 widzicie?/, funerany plakat. Smutny, przygnębiający, niegodny. Sprzeczny z radosnym czasem WST. Działa jak prowokacja. Te dodatkowe plakaty, ze zdjęciami spektakli wnoszą inny klimat! Od razu  robi się weselej, barwniej, ciekawiej.

Rekomenduję stronę internetową, facebookową Spotkań. Nareszcie profesjonalna, wyczerpująca informacja! Brawo!

Pojawiła się też bardzo cenna propozycja projekcji wyjątkowych, wartościowych spektakli Teatru Telewizji, zarejestrowanych ale już nieobecnych na polskich scenach teatralnych. Między innymi spektakle w reżyserii: Andrzeja Wajdy, Konrada Swinarskiego, Tadeusza Kantora, Jerzego Jarockiego i Jerzego Grzegorzewskiego. Na wszystkie spektakle wstęp jest wolny. Zawsze o 19:00 na Scenie Przodownik. Jednak będą prezentowane w czasie nieosiągalnym dla tych, którzy chcą obejrzeć wszystkie spektakle gościnne. Szkoda, że nie było możliwe inne rozwiązanie organizacyjne. Ale dobre i to, że są. Mam nadzieję, że wiele osób z tej szansy skorzysta. Bo warto. A może w przyszłości pojawią się nowe Warszawskie Spotkania Teatrów Telewizyjnych, festiwal, maraton, studio, galeria, salon. Jak zał, tak zwał. Ważne by był. By był oglądany. Bo mamy naprawdę cenne zasoby. Bogactwo. Sezam ze skarbami. Może tegoroczna prezentacja przerodzi się w niezależną, ważną dla teatromanów, prestiżową imprezę.  Na stałe wpisze się w kalendarz corocznych, kulturalnych spotkań. W tym miejscu przypominam, że trwa w Instytucie Teatralnym cykl 25/250 SPEKTAKLE TEATRU TELEWIZJI /pokaz spektakli z archiwum TT, najbliższe spotkanie  będzie 29.03.2015, godz 16.00/.

W sprawie selekcjonera nic się nie zmieniło. Wrażliwość filmowa decyduje o kształcie, atmosferze WST. Oczywiście jest to opinia niesprawiedliwa. Ale wybór spektakli naprawdę nie był trudny. Można by rzec, że oczywisty.  Selekcjoner nadal wypełnia chyba tylko rolę formalną- reprezentacyjną, organizacyjną, promocyjno-marketingową. Szkoda. Potrzebny jest prawdziwy faighter, wojownik, pasjonat potrafiący entuzjazmem, tworzyć, budować, rozniecać dynamiczną, energetyczną atmosferę wyjątkowości wokół teatru, WST, artystów. A niechże to będzie nawet jaki czuły barbarzyńca, uzurpator, ale z beką, charyzmą. Musi mieć szczególne zdolności medialne, kompetencje, argumenty. WST winny hipnotyzować, przyciągać uwagę, co najmniej budzić zainteresowanie. Taka okazja, takie pieniądze, taki potencjał winien być wykorzystany.

I owszem, znów Teatr Dramatyczny miasta stołecznego Warszawy, świetnie się przy tej okazji promuje. Tylko on. Znów tylko swoje spektakle podsuwa do oglądu w ramach imprez towarzyszących. Ale też przy okazji nachalnie reklamuje Letni Przegląd Teatru Dramatycznego/sic!/. To niesprawiedliwe, niesłuszne i niczym nie uzasadnione działanie. Zwłaszcza, że żadne nie jest wybitne i nie zasługuje na taką reklamę, na takie wyniesienie do rangi oglądu na WST/to moje zdanie of course/. O tym tez w zeszłym roku pisałam. Ale przeciętny, zwyczajny, statystyczny, normalny widz się chyba nie liczy. Nie ma znaczenia. Naganiany do teatru ma przyjść i płacić. I być zadowolony. Bezwolny, adecyzyjny, oszukiwany. No cóż, niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Upominam się o wybitne, interesujące, ważne propozycje spektakli warszawskich teatrów . Na pewno są. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Ale to głos wołającego na pustyni lub w jakim mateczniku puszczy. Bo organizatorzy i tak robią, co chcą.

Będzie ciekawie. Mimo wszystko to święto. Uczta. Czysta przyjemność. Powodzenia. Uporu i zdrowia w zdobywaniu wejściówek, zwróconych biletów życzę. Bo samozaparcia w obcowaniu ze sztuką nam, widzom, nie brakuje. Spójrzcie nie tylko w kierunku sceny ale i na widownię. To potężny potencjał. Wielka ciekawość. Wielka miłość i przywiązanie. Ja ją zawsze widzę.  Cudowną, pozytywną, czułą energię poczujecie. Ja ją zawsze czuję.

35.Warszawskie Spotkania Teatralne tuż, tuż.

   
http://www.warszawskie.org/












czwartek, 19 marca 2015

SŁOMKOWY KAPELUSZ TEATR TELEWIZJI

Scena ze spektaklu „Słomkowy kapelusz”

Brawo dla reżysera, Piotra Cieplaka , za ten spektakl!! Brawo dla aktorów za grę zespołową!! Przeniesienie tak archaicznego tekstu do współczesności, by nie nużył banałem, oczywistością fabuły, w żadnym razie nie zaskakującym finałem, poprawnością puenty, nie jest łatwe. Trzeba mieć pomysł. Trzeba widzieć w tej adaptacji sens wystawiania tytułu. Trzeba pozyskać dla tego przedsięwzięcia sojuszników, którzy włączą się w ryzykowne teatralne czarowanie. Ale udało się setnie. Bo zaangażowanie artystów w wejście w rolę, widoczny entuzjazm w jej tworzenie, budowanie i autentyczna radość czerpana z uczestniczenia w projekcie udziela się skutecznie widzowi.

"Farsa Eugéne’a Labiche’a to arcydzieło swojego gatunku, jej premiera była „najgłośniejszym wybuchem śmiechu w dziewiętnastym wieku”. W przedstawieniu przeplatają się ze sobą komedia omyłek, komedia obyczajowa, zdrada, romans, miłość dwojga młodych ludzi, co gwarantuje znakomitą zabawę".* I mimo upływu czasu bawi nadal.

A jednak sposób przeniesienia sztuki w nasze czasy decyduje o sukcesie spektaklu. Umowna, oszczędna scenografia, ograniczająca się do nielicznych sprzętów umieszczonych w zupełnie ciemnej przestrzeni, z której jedynie światło wydobywa z nieistnienia towarzyszy tylko wspaniale ubranym w bogate, interesujące kostiumy aktorom.  Każda z postaci charakterystyczna, wykreowany plastycznie przez kostium, charakterystykę mimiki, emisji głosu, ruch sceniczny, szczególnie dla siebie właściwą, powtarzaną frazę, wykonywany gest,  koncentruje na sobie uwagę, stwarzając odrębny typ charakterologiczny, osobowościowy. Każda osoba jest odrębnym światem. Zjawiskiem. Doskonale wtapiającym się w społeczność sceniczną.

Zabawa teatrem możliwa dzięki precyzyjnej dramaturgii, doskonałej grze aktorskiej, przemyślanej konstrukcji postaci powoduje, że po tylu latach /premiera 2005/spektakl nadal uwodzi  i zawłaszcza widza. Daje satysfakcję estetyczną i intelektualną, pokazuje, że teatr będąc konwencją, iluzją jest bliższy prawdy niż samo życie. Kondensuje w jedni przekazu wiele zjawisk, problemów, obserwacji. Syntetycznie w treści i formie buduje nastrój, kulminuje napięcie. Wytwarza niepowtarzalną energię. W tak atrakcyjnym, szczególnym kształcie sztuka doskonale jest zapamiętywana, na pewno będzie długo wspominana. Wbrew pozorom ma to duże znaczenie. Zwłaszcza gdy sami się zastanawiamy, co powoduje, że niektóre obrazy sceniczne są z nami bardzo, bardzo długo gdy inne przemijają z wiatrem.

Okazuje się, że wszystko jest ważne. Angażowanie do odbioru wszystkich zmysłów. Klasyczny tekst ale zrozumiały język. Wyrazisty obraz. Kontrast postaw i charakteru. Plastyczna kreacja. Przyjęta konwencja, adekwatna do niej gra aktorska, wiarygodna narracja. Rytm i tempo. Każdy szczegół. Każdy rekwizyt. Koda.

Wcale nie garnęłam się z entuzjazmem do oglądania tej sztuki. Zmurszały tekst, stara jak świat fabuła, pretensjonalny tytuł. Ale warto czasem przełamać niechęć, przymusić się, przynajmniej na początku, tak, by choć spróbować, uszczknąć  dla przekonania się, z jakim specjałem, jaką magdalenką ma się do czynienia. To ten przypadek, kiedy mało obiecujący kęs przeradza się w ucztę. Artyści dokonali cudu. I choć od początku  swego narodzenia sztuka odnosiła sukces, nie musiało być tak tym razem.  A jednak na szczęście było. Lekko, z finezją, pomysłem. Koncepcją. Dużą radością. Kunsztem. Wystarczyło uwolnić sztukę, "wszystko od nowa wykonać, wszystko od nowa, wszystko od nowa".

Cieszy emisja tego spektaklu w TVP Kultura w związku z 10 leciem istnienia stacji. Cieszy, że spektakl został zarejestrowany. Mimo, że wielu uważa, że teatr to tylko sztuka żywa o krótkim okresie wystawiania. SŁOMKOWY KAPELUSZ w reżyserii Piotra Cieplaka jest szczęśliwym wyjątkiem od tej reguły.


SŁOMKOWY KAPELUSZ
Autor: Eugene Labiche
Reżyseria: Piotr Cieplak
Realizacja tv: Józef Kowalewski
Scenografia: Andrzej Witkowski
Muzyka: Motion Trio

Obsada: Adam Woronowicz (Fadinard), Kazimierz Kaczor (Nonancourt), Sylwester Maciejewski (Beauperthius, Emil Tavernier), Krzysztof Stroiński (Vezinet), Jacek Braciak (Tardivean), Sławomir Pacek (Bobin), Rafał Królikowski (Feliks, Achilles de Rosalba), Eliza Borowska (Helena) Edyta Olszówka (Sylwia), Maria Robaszkiewicz (Karolina de Champigny), Olga Sawicka (Klara) Paulina Holtz (Wirginia), Andrzej Piszczatowski (Trouillebert)

*http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/slomkowy-kapelusz-rez-p-cieplak_18874060/

środa, 18 marca 2015

WUJASZEK WANIA CZECHOW KUTZ TEATR TELEWIZJI

Wujaszek Wania

W tej sztuce wszyscy są nieszczęśliwi, zawiedzeni, rozczarowani. Sobą samym i sobą nawzajem. Rozpadającym się wokół porządkiem. To przygnębiający, choć wizualnie sielankowy obraz. Ten rozziew pomiędzy pięknem tego świata a niemożnością bycia w nim szczęśliwym jest dojmująco bolesny. Bohaterowie przepełnieni są pragnieniem miłości ale obiekt uczuć pozostaje do końca nieosiągalny. Wydaje im się, że kochają a oni tylko tęsknią za uczuciem prawdziwym, gorącym, czystym. To dramatycznie podkreśla życiowe niespełnienie. Naznacza smutkiem, piętnem grzechu zaniechania, niezrozumiałej skazy polegającej na nieumiejętności osiągania wyznaczonych celów. Jakby bohaterowie mylili się w ocenie obiektu uczuć, tego, co sami czują. Jakby dokonywali niewłaściwego wyboru. Zawsze za późno. Nieporadni, niepotrafiący walczyć o swoje, tchórzliwi. Mylą miłość z fascynacją, podziwem szukając stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i pozycji społecznej/Heleny uczucia do męża/. Miesza im się miłość z preferencjami estetycznymi/ doktor kocha wszystko, co piękne, np. Helenę, nieważne, że jest żoną swego męża/. Eksploduje pragnienie miłości zagłuszające silne poczucie straty podbite zazdrością , pretensjami, że innym się zawsze udaje rozkochać kolejne kobiety, osiągać wszystko bez wysiłku /wujaszka atencja do Heleny/. Miłością nie jest zauroczenie oparte na pewności, że się dokonało błędnego wyboru męża i znajduje się w ślepym zaułku, bez szansy na zmianę /Heleny do doktora/. Myli się miłość z miłością własną, tj. kolejnym podbojem pięknej kobiety potwierdzającym wartość nadszarpniętego wiekiem ego mężczyzny/małżeństwo Aleksandra z Heleną/. No i w końcu beznadziejna, platoniczna miłość /Soni do doktora/. Czysta, naturalna, piękna.

Wszyscy błądzą. Niewłaściwie oceniają ludzi, sytuacje, niewłaściwie postępują. Boleśnie doświadczają porażki. Ta kumulacja zawodu wystawia negatywną ocenę bohaterom. Źle o nich świadczy. Popełniają błędy a potem brną w cierpienie, rozpamiętywanie, rozczulanie się nad sobą. Mają jakąś szczególną skłonność do samo udręczania.

Wraz z przyjazdem właściciela majątku,Sieriebriakowa, z drugą, piękną, młodą żoną, Heleną, sytuacja destabilizuje się. Narasta chaos. Zaburzeniu ulega rytm życia. Gospodarstwo na tym traci. Bohaterowie, oderwani od swych codziennych zajęć, zaniedbują obowiązki. Zaległości rosną. Świadomość zachodzących zmian również. Ma to wpływ na zachowanie domowników, które staje się nieprzewidywalne, nieobliczalne, zaskakujące. Co najmniej dziwne, odbiegające od dotychczasowego. Wybuchają gwałtowne uczucia, wracają animozje, tłumione pretensje. Ujawniają się rachunki krzywd. Wszyscy źle się z tym czują. W końcu, po wyjeździe gości, powraca stary porządek rzeczy. Ale świadomość beznadziei, upadku, bezwolnego czekania na śmierć, bez jakiejkolwiek nagrody tu na ziemi, jest już na innym, przewartościowanym poziomie. Pozostaje przygnębiająca, pozbawiona radości, sensu życia konieczność ratowania się codzienną pracą, obowiązkiem, rutyną. Usypiające nadzieje na zmiany, znieczulające emocje, wyciszające ambicje na szczęśliwsze chwile. Kierat dnia świstaka pozwala zaakceptować klęskę, zagłuszyć ma nienajlepsze zdanie o samym sobie. To nie jest budujący plan przetrwania. To ratunek na czas określony, gwarantujący zachowanie resztek godności, gdy nie ma wyjścia awaryjnego.

Sonia Doroty Segdy ma naturę szlachetnej naiwności. Piękną duszę. Jest pracowita, rozsądna, oddana, kochająca. Skromna. W sprawach miłosnych nieporadna, prostolinijna. To skarb, który mógłby rozkwitnąć przy kochającym sercu mądrego partnera przebijającego się przez powierzchowność, sięgającego czulej, głębiej. Jej związek z doktorem jest niemożliwy.

Trudno uwierzyć, że Helena Aldony Grochol jest kobietą zmysłową, piękną. Typem przyciągającym mężczyzn, którzy lgną do niej jak ćmy do oślepiającego światła. Nic i nikogo poza nią nie widzą. Mogą jedynie obejść się smakiem, bo jest dla nich poza zasięgiem. Kierując się rozsądkiem, wyrachowaniem trafia na manowce. Stary mąż wymagający opieki, troski nie zaspokaja jej głodu uczuć. Bezdzietna, samotna, zmarnowana, przegrana młodość. Jej związek z doktorem jest bez przyszłości. Zdradziłaby nie tylko męża ale i pasierbicę. Wujaszka też krzywdzi. Ucieka ze wsi. Dusi się tu, czuje osaczona. W gruncie rzeczy jest słaba, sama zgubiła siebie, uczyniła nieszczęśliwą.

Jej mąż, profesor Sieriebriakow Jerzego Bińczyckiego, nie liczy się z ludźmi. Skupiony na sobie krzywdzi, wykorzystuje innych, podporządkowuje sobie. W gruncie rzeczy samolubny nic nie osiągnął, nie doszedł do niczego. Roszczeniowo nastawiony, sprytny, otrzymuje od życia, co mu się na nim uda wymusić. Mimo braku talentu. Przeciętny, egoistyczny, bardzo już stary.

Doktor Jana Frycza to zapracowany człowiek idei. Samotnik. Wyrzuty sumienia, poczucie beznadziei, jałowości, brudu, marazmu życia zapija alkoholem, zagłusza ciężką pracą, wydumaną miłością do Heleny. Na próżno. Wszystko na próżno. Ślepy jest na miłość Soni. I nie liczy się z konsekwencjami. Chce świat cały ratować, a jednemu człowiekowi kochającego go szczerze nie jest w stanie pomóc, ulżyć w cierpieniu.

Wujaszek Wania Romana Gancarczyka oddany jest ludziom i naturze. Pracuje, haruje, nie myśli o sobie. A gdy uzmysławia sobie, że rezygnuje ze wszystkiego dla fałszywego, samolubnego człowieka, egoisty, Sieriebriakowa, jest już za późno na jakąkolwiek korektę życia. Fascynacja Heleną też nie ma przyszłości. Czuje się człowiekiem przegranym, oszukanym, skończonym. Znieczula porażkę pracą. Ale to gorzkie lekarstwo.

Kutz za Czechowem czule pokazuje świat martwych za życia ludzi. Jakby uwięzionych we własnym ograniczonym, samotnym świecie. Zawsze zagubionych, błądzących, wykorzystywanych, jakby nie zorientowanych w tym jaka jest prawda o świecie i ludziach. Gdy ją poznają, ich cierpienie staje się trudne do zniesienia. Symptomatyczne jest to, że to uczucie zawodu, beznadziei, niemożności zmiany swojego losu dotyczy wszystkich bez wyjątku. Jakby ci ludzie nigdy nie dojrzeli do dorosłości a gdy ich życie boli, mocno doświadcza, są zupełnie wobec niego bezbronni i bezwolni godzą się prowadzić po jego kres w naiwności ubezwłasnowolnionego  przez sytuację dziecka, podporządkowanemu silniejszemu od siebie przewodnikowi. Wystarcza im sił jedynie na powrót w dotychczasową koleinę  codzienności. Bez nadziei. Bez miłości. Bez sensu.

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/wujaszek-wania-rez-k-kutz_18873765/



WUJASZEK WANIA
Autor: Antoni Czechow
Reżyseria: Kazimierz Kutz
Przekład: Jarosław Iwaszkiewicz
Realizacja TV: Stanisław Zajączkowski
Scenografia: Tadeusz Smolicki
Kostiumy: Anna Smolińska
Muzyka: Joanna Wnuk-Nazarowa
Zdjęcia: Roman Piotrowski, Andrzej Prynda

Obsada: Jerzy Bińczycki (Sieriebriakow), Aldona Grochal (Helena), Dorota Segda (Sonia), Halina Gryglaszewska (Maria Wojnicka), Izabela Olszewska (Niania), Jan Frycz (Astrow), Leszek Piskorz (Tielegin), Roman Gancarczyk (Wujaszek Wania- Iwan Wojnicki), Piotr Cyrwus (Parobek),