niedziela, 15 marca 2015

KĄPIELISKO OSTÓW TEATR TELEWIZJI

Magda Czerwińska i Krzysztof Stroiński (fot. TVP)

 To portret  rodzinny we wnętrzu. O polskim genotypie. W klinczu czereśniowego sadu, odzyskanego majątku, zdewastowanej fabryki, w małym zniszczonym dworku nad rzeką smródką. Gdy złoty wiek tego miejsca i ludzi już dawno minął. O ostrym zapachu prowincji, rodzinnych animozji, perypetii. Obserwujemy małe polskie piekiełko z wywleczoną historią krzywd niezawinionych i zagubieniem w nowych, wspaniałych czasach demokracji. Z pytaniami: kim byliśmy i kim jesteśmy?, co dalej i jak żyć? Zbiór archetypów prawdziwego Polaka, każdy w swojej roli: bezradnego księdza, sympatycznego nieudacznika na nieustającym rauszu, przedsiębiorcy pogrzebowego ożenionego z Niemką z krótką wizytą w ojczyźnie, dojrzałej kobiety po rozstaniu z mężem, matki Polki, ojca w kryzysie wieku późnego, nowobogackiego sąsiada, młodej dziewczyny szukającej szczęścia, psującej krew całej rodzinie. Kłębowisko irytującego niezadowolenia, rosnącego rozczarowania, niekończącego się narzekania, męczącego smęcenia. Nieustanne droczenie się, przekomarzanie, ścieranie, obrażanie, dąsanie. Choć nikt nikomu nie czyni zła, nie wyrządza krzywdy. Zagubiony, rozbity, poszukujący nowej drogi życia z całym bagażem przeszłości obraz rodziny. Ale w udręczeniu podskórnego rozczarowania, fizycznego zmęczenia życiem. A w gruncie rzeczy sobą.

Rodzinne spotkanie wypada całkiem spokojnie. Jest rozpoznaniem sytuacji. Służy zrozumieniu spuścizny przeszłości. Przypomina, kim byli przodkowie, co przeszli, czego dokonali. A teraz dokąd zmierzają współcześni. Jak rozwiązują swoje problemy, czy się dogadują. Czy są w stanie wzajemnie sobie pomóc, wrócić do równowagi, osiągnąć przynajmniej stan małej stabilizacji. Na miarę możliwości. Dla zaspokojenia podstawowych potrzeb. Gdzie każdy znajduje swoje miejsce na świecie i spokojnie może żyć dalej bez wielkich nadziei na zmiany w przyszłości. Bo nie ma pomysłu, a nawet marzeń. Nie ma sił, bo te się wyczerpały. Mało kreatywni, bez inwencji, bez doświadczenia. Bez potencjału intelektualnego. To taki moment dla wszystkich, gdy już nie można wiele zmienić w życiu. by poprawić swoją sytuację, by planować nowe przedsięwzięcia, dekonstruować życie. Z tego punktu, w jakim znaleźli się bohaterowie można tylko doszlusować spokojnym nurtem codzienności do końca.

Wszystko w otulinie późnego lata, dojrzewających czereśni, zapachu łąk, śpiewu ptaków i napierającej cywilizacji. Pojawiająca się strzelba w spektaklu odegra swoją rolę. Wystrzeli nie raz, nie dwa ale trudną do zniesienia kanonadą. Krótko pohałasuje, sprowokuje irytację. Interes na horyzoncie da nadzieję na realizację planów po sprzedaży odzyskanego właśnie majątku. W słońcu i pogodzie ducha, mimo niepokojów wewnętrznych, przejściowych kłopotów, zawirowań emocjonalnych. Ale nadal rodzina pozostanie ciałem niespójnym, tworem adecyzyjnym, z trudem dochodzącym do porozumienia nawet w warunkach domowych, bezpiecznych, przyjaznych. Bo stanowi zbiór indywidualistów o mentalności psa ogrodnika, który ogranicza się do tu i teraz bez spojrzenia daleko w przyszłość. Bez pomysłów, środków na tyle znaczących, by zmienić rzeczywistość wokół siebie. Oprócz sytuacji pełnej mobilizacji gdy członkowie rodziny zachowują się z empatią, z konieczności  szukania sposobu na ratunek, rozwiązania problemów gdy nie ma innego wyjścia.

To bardzo ciepła, komediowo zabarwiona,  teatralna wiwisekcja. Delikatna, czuła, sentymentalna. Jakby jej bohaterowie trwali w stanie zawieszenia, wyczekiwania, byli w fazie przejściowej, pomiędzy. Tyle tylko, że młodzież i najbardziej przedsiębiorcze osoby albo wyjeżdżają za granicę /do swojej nowej rodziny czy do szkoły /albo umierają z przemęczenia w Polsce. To nie rokuje najlepiej. Bo nie wiadomo, kto i w jaki sposób miałby budować przyszłość. Ci, co pozostają, mają tyle tylko sił i pieniędzy, by wystarczyło na przeżycie. W trwaniu. W chwilowej harmonii i względnym spokoju pomiędzy jedną, drugą a kolejną walką o przetrwanie. Taki kiepski los. Taki gasnący potencjał. Takie żadne możliwości.

Aktorstwo to mocny atut sztuki. Wybrzmiewa naturalnie, prawdziwie. Buduje nastrój, decyduje o charakterystyce postaci, interpretacji ich położenia, motywacji działania. Przeważa rys lekki, komediowy, humorystyczny. Z przymrużeniem oka. Ciepło opowiadający o całej rodzinie.  Możemy cieszyć się obecnością obrażonej, milczącej nader wymownie Zofii Rysiówny, zbuntowanym, zatraconym w szaleństwie korzystania z uroków życia, buntującym się Ignacym Gogolewskim, rozbrajającą bezradnością i opiekuńczością Marty Lipińskiej, zupełnie niepozbieranym, popijającym zanadto, rozbitym życiowo Andrzejem Zielińskim, tracącym kontakt z rzeczywistością Igorem Przegrodzkim, typowym, chcącym wszystkich pogodzić księdzem Krzysztofa Stroińskiego, rozsądnej, mocno stojącej na ziemi młodości Magdy Czerwińskiej. I koncertowo rozumiejących się, nadających na tych samych falach fantastycznych realistów, jedynych w towarzystwie pragmatycznie, biznesowo myślących i działających na jawie a nie w oparach absurdu osób: Piotra Fronczewskiego ze Sławomirem Orzechowskim w mądrej, wyważonej choć trudnej rozmowie. Wszystkie postaci są przez ich stwórcę, Pawła Huelle, usprawiedliwiane, postawy umotywowane, wyjaśnione.

Reżyseria Macieja Englerta jest dyskretna i skuteczna. Plenerowa sceneria czarująca. Prawdziwe wnętrza uwiarygodniają rzeczywistość w upadku, rozpadzie, u schyłku swej świetności. Czechowa twórczości klimaty-psychologiczne charakterystyki, smętne stany zawieszenia, niemocy, trudny do zdefiniowania i uzasadnienia marazm, jakby wbrew okolicznościom, miraże nowych możliwości wyboru, zmiany losu poza zasięgiem, wolności pozorne-znajome. Bez rozdzierającego duszę dramatu braku kreatywności, pragmatycznego działania, praktycznego myślenia, wzięcia się z życiem za bary. Raczej zgoda na bezwolne trwanie po kres. Bo urodzeni i wychowani w rzeczywistości PRL-u ograniczającej wolny wybór, nie uczącej samodzielności i odpowiedzialności za swoje życie, nie mogą się zmienić. Nie potrafią. Nie wiedzą jak. Nie mają odwagi. Ani siły. Ani silnej woli. To komedia z czułym dystansem przyglądająca się życiu. Wyrasta z doświadczenia polskich rodzin. Zwyczajna, powszednia, codzienna.


KĄPIELISKO OSTÓW
Autor: Paweł Huelle
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Katarzyna Gabrat
Muzyka: Zygmunt Konieczny
Zdjęcia: Michał Englert

Obsada: Zofia Rysiówna (Matka), Ignacy Gogolewski (Ojciec), Piotr Fronczewski (Julian), Marta Lipińska (Ewa), Andrzej Zieliński (Błażej), Krzysztof Stroiński (Piotr), Igor Przegrodzki (Pan Wacław), Magda Czerwińska (Ela), Sławomir Orzechowski (Trybulak)

premiera 2004

http://www.teatrtelewizji.tvp.pl/kalendarium/artykul/kapielisko-ostrow_18823611/

piątek, 13 marca 2015

TRĄD W PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI TEATR TELEWIZJI



Gustaw Holoubek i Anna Seniuk w spektaklu telewizyjnym „Trąd w pałącu sprawiedliwości” (fot. TVP)

To taki przypadek, gdy wiemy, że nam się należy nagroda, zasługujemy na awans ale nie czekamy biernie a przejmujemy sami inicjatywę. Bo nadarza się okazja. Bo czas na zmiany. Bo są  konieczne. Chcemy być pewni wygranej. Nie ma mowy o innym niż korzystnym dla nas zakończeniu. Kreujemy rzeczywistość, działamy, dbamy zapobiegliwie o to, by cel osiągnąć za wszelką cenę. Jakbyśmy badali granice swoich możliwości, przekraczając je. Gdy cel uświęca środki.  Bo czemu nie. Bo nam się należy. Żyjemy dla kariery. Ciężko pracujemy, staramy się. Zasługujemy na sukces, na nagrodę, na awans. Subiektywnie i obiektywnie. Gdy liczy się walka, bo jesteśmy wojownikami zaprogramowanymi na zwycięstwo. I gdy musimy, to wymóg konieczny, osiągnąć je absolutnie sami. Tylko wtedy się liczy. Ma właściwy smak i wartość. Dla nas. Konkurencja tylko podbija stawkę. A sytuacje niebezpieczne, nieprzewidywalne stanowią skrajny sprawdzian możliwości. I wiemy, że grać musimy nieczysto. Bo wszyscy są skażeni złem, upodleni w mniejszym lub większym stopniu. Inaczej się nie da. Uczciwie, prawdziwie i wprost.

W tej sztuce jest jak u Lampedusy: w Pałacu Sprawiedliwości musi się zmienić wszystko, by nie zmieniło się nic. Morderstwo i szukanie winnego jest tylko pretekstem do zmian personalnych na stanowisku prezesa Trybunału Sądu. Choroba tocząca środowisko pozostała. Dochodzenie prowadzone dla wyjaśnienia, kto zabił, wygląda jak proces kwalifikacyjny mający na celu wyłonienie zwycięzcy poprzez sprawdzenie kandydata w biegłości manipulowania rzeczywistością i jej uczestnikami. To morderca przechodzi egzamin dojrzałości umożliwiający objęcie funkcji przywódcy chorej rzeczywistości. Najbardziej zepsuty, zimny, perfidny, odporny na sytuacje zaskakujące, nietypowe, przewidujący i potrafiący kreować zdarzenia bez pozostawiania śladów oraz pozbawiony uczuć człowiek z żelaza, człowiek świnia nadaje się na przewodnika, prezesa Trybunału Sądu. Doskonale zna środowisko, jest  nim przesiąknięty. To najbardziej reprezentatywny jego członek. Tylko wtedy zachowanie status quo niesprawiedliwości może przetrwać w głupim, ograniczonym społeczeństwie. Jakby ukoronowaniem zepsucia było wyłonienie na dowódcę człowieka najgorszego z możliwych, najbardziej wyrafinowanego wcielenia zła. Znającego je z autopsji. W teorii i praktyce. Pozytywne cechy -ambicja, inteligencja, przenikliwość, biegłość zawodowa, językowa, zdolności obserwacji, kreatywność -są tu na usługach diabła. Gdy głównym przeciwnikiem człowieka jest on sam dla siebie. I największym wyzwaniem. Gdy sam sobie wyznacza cele do osiągnięcia. Walczy sam ze sobą. Samotny, zamknięty w sobie, niedostępny. A na zewnątrz błyskotliwie, profesjonalnie gadatliwy i nie do zastąpienia. Zna swoją wartość, wie na co go stać, do czego jest zdolny. Zawdzięcza sukces sobie. Cruz, bo o nim tu mowa, ma godnego siebie konkurenta do stanowiska, Croza. Co tylko podkręca sytuację, podnosi poprzeczkę, jest bardziej emocjonujące. To oni dwaj są głównymi graczami w wyścigu, w walce o stanowisko.

To, co słabe, zużyte, naiwne, czyste musi być wyeliminowane. Albo jest sposobem do osiągnięcia celu. Vanan, dotychczasowy prezes, nie wytrzymuje presji oskarżeń, manipulacji. Jest stary, wyczerpany, bezbronny. Popada w obłęd po śmierci córki Heleny. Nie jest w stanie spojrzeć w martwą twarz córki. Uporczywie twierdzi, że zmarła, gdy była małą dziewczynką. Wyczerpały się już jego siły niezbędne do panowania nad imperium zła. Psychicznie i fizycznie zniszczony, musiał się wycofać. Kochająca go córka- niewinna, ufna, krystaliczna dusza-nie ma szans w konfrontacji z tak wyśrubowaną intrygą, skalkulowaną perfidią kłamstw i pomówień. Popełnia samobójstwo lub zostaje wypchnięta z okna lub przypadkowo wypada- nieważne-martwa jest nieszkodliwa. Nie zagraża. Nie będzie niebezpieczna. Nie będzie zadawać niewygodnych, dociekliwych pytań. Nie pasuje do tego zepsutego krajobrazu mataczenia, kombinacji oszustw, intryg i kłamstw. Irytuje jej absolutny brak rozeznania w realiach środowiskowych zależności. Jest jakby istotą z innego, obcego świata. Zagraża porządkowi zła. To w istocie ją zabija. Zaskoczenie, zdziwienie po zetknięciu z niemożliwym w jej mniemaniu a zaistniałym faktycznie oskarżeniu ojca. To oczywiste, że musi zostać usunięta. Mogłaby pokrzyżować mordercy plan przejęcia władzy. Mogłaby świadczyć prawdę. Zło zewnętrznego świata pokonało jej wewnętrzne dobro, które nie uratowało, nie ochroniło, nie ustrzegło, nie uodporniło na kontakt z rzeczywistością. Pozostała zagadka. Ta pozbawia złudzenia, że prawda może zwyciężyć.

Cust, który jest mordercą, dokonuje zbrodni doskonałej, seryjnej. Działa jak perfekcyjnie zaprogramowana maszyna. Realizuje swój plan z precyzją godną geniusza. Wszystko ma przemyślane, zaprogramowane, przewidziane. Wielowariantowo. Nie pozostawia pola przypadkowi. Zna wszystkich przeciwników i uczestników zdarzeń bardzo, bardzo dobrze. Przenicował cały system. Doskonale go zna.  Jest inteligentny, kreatywny, elastyczny, błyskotliwy, użyteczny, wiarygodny. Antycypuje. Inicjuje zdarzenia, zeznania, sytuacje. Podpowiada, sugeruje. Sieje wątpliwości. Przejmuje inicjatywę. Panuje nad sytuacją z bezwzględnością i brakiem empatii psychopaty. W pełnej samokontroli. Skutecznie. I jak natural born killer ma potrzebę opowiedzenia o wszystkim czego dokonał, jakby musiał wyrzucić z siebie całe plugastwo,  którym jest wypełniony ponad miarę. Z pychy, próżności, dla aprobaty, dla pochwalenia się przed publicznością, nawet wtedy gdy wie, że to będzie martwy w jego mniemaniu a faktycznie słyszący wyznanie Croz lub sam milczący Bóg. Jakby to zło musiało się wylać z niego na zewnątrz. Jakby to wyznanie było ostatecznym triumfem, dowodem na to, że zamysł, słowo stało się ciałem i zamieszkało miedzy słabymi śmiertelnikami. Jakby to wyznanie było końcowym zmierzeniem się z najsilniejszym, potrafiącym docenić go przeciwnikiem. Przypieczętowaniem zwycięstwa.

Oczywiście nie da się wszystkiego przewidzieć, nie popełnić błędu i Cust wpada w zastawioną przez swojego konkurenta do stanowiska zasadzkę, Croza. Lecz ten przegrywa, nie wytrzymuje emocjonalnie walki. W obliczu prawdy, zakończonej walki, która wyczerpuje jego siły i doprowadza go do śmierci, przeczuwając ją, bierze całą winę na siebie, przyznając się do niepopełnionej zbrodni. Samodzielnie, z własnej nieprzymuszonej woli podejmuje tę zaskakującą decyzję. Umiera z poczuciem wyższości nad Custem, którego w istocie pokonał, rozgryzł, złapał przy grzebaniu w dokumentach, co było przesądzającym dowodem winy Custa. Ale ta pewność winy konkurenta, pewność, że go pokonał,  załamuje go, może być ostatnim ciosem w przeciwnika. Zdaje sobie sprawę, że nie ma szans skonsumować zwycięstwa. Jest za słaby, czuje, że umiera. Przyzwala tym samym na zło. Dlaczego? Mógł zaświadczyć i udowodnić prawdę, wyjawiając dowody i imię mordercy. Ale prawda się nie liczy. Croz ma świadomość, że selekcja się już dokonała i pozostaje mu wyznaczyć następcę Vanana. Po to, by zło samo się wyczerpało. Z czasem. Ze zmianą okoliczności.  Ze zmianą wewnętrzną Custa, który sam przyczyni się do własnej zguby, eliminacji. Na co liczył Croz? Może na nie dające spokoju Custowi wyrzuty sumienia. Ale to błędny trop. Bo ten sumienia nie ma. Może liczy na słabość, istniejącą rysę w planie Custa, która z czasem go pogrąży. Jednak przypadek Cust wyeliminował. Jest zapobiegliwy, sumienny, dokładny. Może Croz liczy na wyczerpanie się zła nie znajdującego już pożywki w osobie sprawcy. Niemożliwe, Cust karmi się złem, które rośnie w nim w siłę. A może Croz uznał, że zło nie da się wyeliminować za sprawą jego decyzji, bez względu na prawdę, musi być kontynuowane jego dzieło. I złego poprzednika musi zastąpić doskonalsza jego wersja. Młodsza, sprawniejsza, bardziej wyrafinowana. Croz chyba jednak liczy na to, że jego wyznanie będzie niszczyło Custa. Tego ambitnego, sprytnego, narcystycznego gracza, który nie zniesie upokorzenia bądź co bądź porażki. Bo to swoje purrysowe zwycięstwo nie zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie ale i Crozowi. Jego wyznaniu. Ten wyścig po władzę, podstępny, brudny, po trupach ma więc skazę pierworodną i jest w istocie początkiem jego klęski. Niszczyć go będzie od środka. Tyle tylko, że Cust w swym stanowisku okrzepnie, obrośnie w piórka. Władza doda mu sił. Wzmocni jego ego. Przynajmniej na początku. Cust pozostanie jednak kolejnym ogniwem w łańcuchu zdarzeń. Po nim przyjdą młodsi, mądrzejsi, lepiej przygotowani następcy, wyhodowani na piersi doskonalącego się zła, które ciągle wyznacza coraz to bardziej wyrafinowane cele, zaspokaja zakamuflowane apetyty, realizuje zbrodnicze ambicje. Te zakładają z góry możliwość poradzenia sobie z porażką, potknięciem, a nawet klęską, na które człowiek jest coraz bardziej uodporniony. A może nic się Custowi nie stanie, bo ma zawsze szczęście. Gdy z piętnem winy zmarł Croz, jego rywal, nic nie zagrażało już Custowi. Helena zmarła również, nie mogła już wątpić w winę ojca, nie zagrażała. Vanan też zmarł dla świata. Z wysokim odznaczeniem odszedł z urzędu na emeryturę oszalały, nieobecny, nieszkodliwy. Wszystko się logicznie wyjaśniło dla świata. Reszta pozostała śmiertelnym milczeniem.

Kamień wpadł do wody, pojawiły się kręgi ale jej powierzchnia i tak się szybko wygładziła.

Spektakl w tonacji kontrastu czerni z bielą precyzyjnie pokazuje mechanizm walki o władzę. Selekcję kandydatów. Sekcję ducha i ciała, motywacje mordercy. Anatomię zbrodni. Eliminację najsłabszych elementów. Bez zbędnych sentymentów, mrzonek o sprawiedliwości i prawdzie, iluzji o potędze dobra. Osłabiających zawsze działanie. Wskazuje na zło jako siłę sprawczą. Narzędzie korekty i wyboru. Nie ma mowy o wymierzeniu kary.  Choć wszyscy są w istocie winni. Bo świadomie przyzwalają na zło aby tylko w papierach, formalnie wszystko było w porządku. Logiczne, sensowne, zrozumiałe. Wszyscy tworzą, konstytuują, akceptują chory system. W tym względzie przekaz jest niezakłamany, przejrzyście czysty. Triumf najsilniejszego, najbardziej przebiegłego kłamcy, obłudnika, biegłego w swoim fachu gracza. Profesjonalisty z talentem. W imperium zła może zwyciężyć tylko najlepszy z najgorszych. I to on wspina się w końcowej scenie po schodach, w górę ku szczytom władzy. Samotnie, bezsennie, bezkarnie. Po morderczej, wykańczającej przeciwników walce.

Obserwujemy w tym spektaklu niebezpieczne związki pozoru prawdy z realnym złem  w tworzeniu warunków, motywacji  i profili psychologicznych liderów, by możliwe było świadome  przyzwalanie wszystkich, bez wyjątku, na zbrodnię na słabych, wykluczanych, potrafiących odróżnić dobro od zła, a priori wierzących w człowieka, jego prawość i uczciwość. W imieniu gwałconego prawa i sprawiedliwości.

Zwłaszcza, że natura szybko leczy wszystkie, nawet najgorsze rany, wyrównuje straty. Bóg przebacza i przemilcza i ludzie także. Aha, jeszcze dla wygody, świętego spokoju, szybko zapominają. Zapominają.

TRĄD W PAŁACU SPRAWIEDLIWOŚCI
Autor: Ugo Betti
Reżyseria: Gustaw Holoubek
Reżyseria TV: Anna Minkiewicz,
Scenografia: Alicja Wirth,
Przekład: Jadwiga Pasenkiewicz

występują: Gustaw Holoubek (Cust), Henryk Borowski (Croz), Zdzisław Mrożewski (Vanan), Anna Seniuk (Helena), Andrzej Szczepkowski (Erzi), Alfred Łodziński (Archiwista), Henryk Machalica, Andrzej Żarnecki (Sędziowie), przekład: Jadwiga Pasenkiewicz,

wtorek, 10 marca 2015

TRIO O ZMIERZCHU NOEL COWARD TEATR TELEWIZJI

Trio o zmierzchu

Trójkąt małżeński, tercet doskonały, trio o zmierzchu życia. Trójka wspaniałych aktorów-Gustaw Holoubek/pisarz/, Ewa Wiśniewska/kochanka z przeszłości/, Teresa Budzisz-Krzyżanowska/żona/-obsługiwana przez młodego Krzysztofa Ibisza. Na pozór wszyscy załatwiają interesy osobiste. Każdy ma swój cel do osiągnięcia, do ugrania. Każdy oddzielnie ale jednak razem gra do jednej bramki. Chodzi o dobro sztuki, prawdę o sobie. Zachowanie szacunku, rozsądku, godne postępowanie. Zarówno do siebie samego, jak i innych. Ocalenie pamięci o prawdziwej przeszłości. O niezafałszowanej historii uczuć. Bo tylko wtedy możliwe jest skuteczne działanie godne ludzi z klasą. Mówi się dużo o miłości, tej, której w ogóle nie było i o tej, która przeminęła, wypaliła się bezpowrotnie. Lub została przerwana gwałtowną śmiercią na wojnie. O namiętnościach, mrocznym przedmiocie pożądania.  W prawdzie o tych, którzy miłości doświadczali. I cenią jej wartość.

Dojrzałość jest głównym bohaterem i wytrawnym smakiem tej sztuki. Dojrzała miłość, dojrzałe podejście do życia, dojrzałe decyzje, dojrzała rozmowa. I dojrzały talent grających aktorów, którzy odkrywają przed nami związki pomiędzy postaciami, prawdę o nich, istotę więzi międzyludzkich, ich sens, znaczenie. Różne odcienie pamięci.

I tak dowiadujemy się, jak kruche jest uczucie, miłość, delikatna emocja a jak wytrzymuje próbę czasu praktyczny kontrakt ślubny, przyjaźń. Jak wiąże przyzwyczajenie, druga natura człowieka. Zgranie, komplementarne działanie w związku. Kompromis.  I zależności biznesowe, a w tym przypadku także artystyczne cele i budowana wspólnie przez lata kariera.

Gorące uczucie, szalona fascynacja prędzej czy później się wypala i pozostaje pięknym wspomnieniem ale nie wystarcza do budowy wspólnego życia jeśli kompromis jest niemożliwy do osiągnięcia. Podobnie jest z zakazanymi, obyczajowo nieakceptowanymi związkami homoseksualnymi.  Te zniszczyłyby karierę pisarską, uniemożliwiłyby swobodne tworzenie i życie w społeczeństwie. Bo naznaczyłyby pisarza piętnem zepsucia, zła. Doprowadziłyby w rezultacie do całkowitego odrzucenia, wykluczenia.  No i ten przypadek, gdy kochać mocno i gorąco można tylko raz, a gdy obiekt miłości ginie na wojnie dobrze jest dzielić życie z innym mężczyzną tylko na zasadach zawartego układu, tworzenia partnerskich więzi. Z nadzieją na coś więcej. Na przykład przyjaźń, szacunek, czułość, wzajemną o siebie troskę.

Sztuka pokazuje, że jednak warto przeżyć każdy rodzaj możliwej, danej przez los miłości, bo pozostawia zawsze jakiś ładunek pozytywnej energii przeradzającej się w działanie, które pozwala zignorować wszelkie trudności, pokonać przeszkody, objawy zmęczenia życiem. Jak instrumentalne traktowanie kobiet przez pisarza. Jego oschłość, apodyktyczność, obcesowość. Wykorzystywanie ponad miarę. Relacje naznaczone widoczną irytacją, niechęcią, nieufnością. Z wyraźnym dystansem. Bez uznania prawdziwych intencji, wkładu pracy, szczerego oddania. Kochanka tego doświadczyła. Kochanek z przeszłości też. Żonie to nie przeszkadza, jakby sama obecność męża, jego twórczość rekompensowała jej brak łączących ich głębszych uczuć a nawet zaufania. Dla pisarza taki formalny układ małżeński jest wygodny, bezpieczny. Jest przykrywką jego prawdziwych preferencji seksualnych. Żona dba o jego karierę, interesy, wizerunek. Obsługuje całą sferę promocji, reklamy w kontaktach ze światem. Chroni go i dba o jego dobre imię. Bezwzględnie lojalna, sumienna, oddana, zapobiegliwa.  Mądra kobieta, wierna żona, idealny wspólnik, partner na dobre i złe. Prawdziwy przyjaciel. Ta rola jej całkowicie wystarcza. Pozycja satysfakcjonuje. Mimo, ze mąż ja obraża, nawet poniża, ostentacyjnie lekceważy.

Była kochanka, mimo wygasłych dawno uczuć, też zachowuje się godnie. Choć jest brutalna, do bólu szczera i otwarta. Nie oszczędza adwersarzy. Atakuje odważnie. Gra wybornie. Nie boi się ryzykownych szarż. Walka o interesy są tu tylko pretekstem do osiągnięcia wyższych celów. Ujawnia prawdę o pisarzu, przyczynia się do  poznania jego charakteru i tajemnic. Opowiada, jak traktował tych, których darzył uczuciem. Czy walczył o nich, czy dbał,  pomagał, wspierał, utrzymywał kontakt. Dowiadujemy się, że to człowiek egoistycznie wykorzystujący ludzi dla własnych celów. Gdy są mu już niepotrzebni, zapomina o nich. Nie przejmuje się ich losem.

Tu kobiety wypadają znacznie lepiej od mężczyzny. Ten traktuje je chłodno. Z nonszalancją, lekceważeniem, a nawet wyrachowaniem. Protekcjonalnie. Bez sentymentów i czułości. Pokazuje swoją wyższość, wyniosłość, władzę. Od samego początku jasne jest, kto tu rządzi. Próżny, zarozumiały, zapatrzony w siebie, humorzasty, apodyktyczny cynik do szpiku kości, który dzięki temu był tak doskonałym krytykiem swoich czasów. Nie docenia kobiet. A te walczą o swoje do końca. Również dla niego i jego sztuki. Była kochanka nie waha się zaatakować i obrazić żony pisarza, choć spotykają się po raz pierwszy. Mówi o niej pogardliwie, nie znając do końca prawdy poniża. Wyrzuca jej, że jest jedynie jego sekretarką, cieniem, zasłoną dymną. Wykorzystywaną przez mężczyznę kobietą. Kimś, kto dla niego pracuje, wyręcza go w wielu organizacyjnych sprawach. Służy mu wsparciem i pomocą. Żonie, sentymentalnej Niemce, wystarcza jednak to wieloletnie przywiązanie, praca, odrobina przyjaźni i bliskości, ta namiastka, pozór związku. Zna swoją sytuację i właściwie ją ocenia. Nie oczekuje więcej. Nie ma złudzeń. Nawet co do tego, że zostanie zrozumiana.

To nie był uroczy wieczór wspomnień i sentymentów. Kobiety prowadziły męska rozmowę z mężczyzną ich życia. Każdy musiał się odsłonić, być szczery i gotowy na konfrontację z prawdą, otwarty i elastyczny w działaniu. Zderzyły się oczekiwania i rozczarowania z przeszłości z tym, co zostało po latach z gorących uczuć. Do starych rachunków dołączyły nowe. Dawne, zagojone przez czas rany otworzyły się i znów musiały krwawić. Ale warto było. Wiele się wyjaśniło, wiele odkryło. Te różne punkty widzenia, odmienne doświadczenia i przeżycia tych, z którymi było i jest się związanym, ma wpływ, mniejszy lub większy, na życie obecne, ma swój ciąg dalszy w przyszłości. Prawda w jakiś czarodziejski sposób wyzwala od napięcia, ciężaru skrywania tajemnicy. Przebija balon lęku. Ujawnia prawdziwe oblicze człowieka, definiuje istniejące uczucia, określa status związków.

Trio o zmierzchu pięknie walczy o swoje. Pokazuje, jak ważne są argumenty i jak należy ich używać, by osiągnąć swoje cele, nie krzywdząc innych. Dochodzi w końcu do porozumienia. Może dlatego, że wszyscy są wytrawnymi graczami, mądrymi ludźmi, świadomymi swojej pozycji i natury. Każde z nich robi swoje w zgodzie ze swym talentem i predyspozycjami. Każde z nich na swój sposób realizuje swoje osobiste plany, osiąga cele. Świadomie podejmuje decyzje. Konsekwentnie postępuje, zgodnie z samym sobą i okolicznościami w jakich się znajduje.

Ewa Wiśniewska jest piękną, uwodzicielską heroiną. Zmysłową mądrością. Bezkompromisowym, twardym przeciwnikiem. Chodzi jej o coś więcej niż własny interes. Chciała dowieść, że zrozumienie i współczucie dla innych jest wartością samą w sobie, że nasza własna ludzka zdolność do miłości jest ważna, czego nie rozumiał albo nie chciał przyjąć do wiadomości pisarz. Ważne są dzieła nie reputacja, bo co pomyśleliby potomni, gdyby dowiedzieli się, że jednak miał serce? Choć w tym momencie to reputacja mogłaby zniszczyć życie, złamać karierę artysty.

Teresa Budzisz-Krzyżanowska w roli to powściągliwość i praca. Szara, pracowita myszka. Przenikliwa, zapobiegliwa, sprytna. Skuteczna. Pisarz jest dla niej wszystkim, co ma. Walczy o niego, dba i chroni go sprawnie przez dwadzieścia lat. Znosi dzielnie razy i pozostaje przy swoim punkcie widzenia. Spokojna, pewna, trzeźwo patrząca na życie i swój fasadowy związek. Zna swoje miejsce i wartość. Inteligentna, oddana  fighterka. Cudowna kobieta. Wspaniały człowiek.

Gustaw Holoubek gra jakby wbrew własnej naturze. Ale mimo podłej roli jest uroczy. Choć jest zdystansowany, nieprzyjemny, niesprawiedliwy nie sposób go nie lubić, nie rozumieć. Typ egocentryka, zimnego cynika, żyjącego według własnych zasad artysty. Podporządkowujący wszystkich i wszystko swojemu dziełu, pracy i konstytuującej ją karierze. Odrzuca wszystko, co mu przeszkadza, szkodzi. Eliminuje to, co zbędne, już niepotrzebne, zużyte. Jak wyczerpująca swój zasób miłość do mężczyzny, nie mogący trwać dłużej związek z kochanką. Jak nadbudowa czułości do żony, gdy wystarczy ją tylko akceptować jako wygodny balast, przyjazne otoczenie, które zabezpiecza komfort tworzenia i spokojne brylowanie w świecie zewnętrznym. Bo świat wewnętrzny zaprogramowany jest na pisanie. Żona to rozumie, akceptuje, wystarczy jej, że jest niezależną satelitą. Kochanka chciałaby pisarzem wstrząsnąć. Ale jest za późno. Skupiony na sobie, zamknięty w sobie, żyje dla siebie tylko i dzieła. I nic tego nie zmieni.

Zgadzam się z opinią byłej kochanki. Też nie żałuję tego wieczoru, był boleśnie szczery, interesujący. Pouczający. Pięknie pokazał rolę kobiet, prawdziwie artysty.


TRIO O ZMIERZCHU
Noel Coward

reżyseria: Majewski Janusz
przekład: Baltyn Hanna
realizacja TV: Minkiewicz Anna
scenografia: Lewandowski Marek

OBSADA: 
Hugo Latymer – Holoubek Gustaw
Hilda Latymer – Budzisz-Krzyżanowska Teresa
Carlotta Gray – Wiśniewska Ewa
Felix – Ibisz Krzysztof

















piątek, 6 marca 2015

INKA TEATR TELEWIZJI



To spektakl oparty na faktach. Opowiadający historię dwóch ostatnich lat życia Danuty Siedzikówny, pseudonim Inka; Polki, sanitariuszki, dziecka prawie. Charakterystyka postawy, opis charakteru, cech osobowości. Ale to także charakterystyka powojennej Polski. Bratobójczej walki w starciu starego i nowego świata. Wynik politycznego przeprogramywania kraju. Eksperymentu dokonanym na żywym narodzie. Osłabionym, okaleczonym, osieroconym, ocalałym z pożogi wojny. Na cito.

Inka była ofiarą tych ideologicznych przekształceń. Niezawinioną. Bezbronną. Czystą. Bolszewicki system jednak bezwzględnie eliminował tych, którzy wykazali się niezłomnością. Bo najważniejsze było podporządkowanie się nowemu systemowi, który brak zgody na współpracę traktował jako zdradę z wyrokiem natychmiastowej wykonalności kary śmierci bez prawa łaski. Kto ma władę, ten rządzi. A więc wszystko i wszyscy musieli się przystosować, podporządkować lub zginąć. Musieli zaakceptować nowe, barbarzyńskie prawo, nieludzkie zasady, zakłamane wartości. Bez względu na koszty. Bratobójczą walkę. I to świat dopuścił do tego eksperymentu. Przyzwolił nań.  Przyklasnął. Zagrał Polakom na nosie. Bóg milczał, jak zawsze. Honor zabijał samobójczo. A ojczyzna osłabiona wojną, z wyroku układu sił politycznych, gwałcona przez Rosję Radziecką, zmieniała się na jej obraz i podobieństwo.  System systemowi, państwo państwu, człowiek człowiekowi, Polak Polakowi zgotował ten hiobowy los. Za możliwość przetrwania pod znakiem firmowym Polska Rzeczpospolita Ludowa. Homo sapiens spadał na poziom homo sowieticus.

Inka postępowała zgodnie z tym kim była. Czego się nie wyrzekła. Nie zdradziła, nie ugięła się, nie załamała. Tak została wychowana. Taka była.  Bardzo młody wiek nie miał tu znaczenia. Nie kombinowała, nie kakulowała, nie grała, nie filozofowała. Ważne dla niej było, by babcia dowiedziała się, że właściwie postąpiła. Właściwie czyli godnie. Zrobiła, co jej zdaniem, należało zrobić. Ni mniej, ni więcej. Jakby żyła nadal w przedwojennym świecie, który wraz z nią został ostatecznie unicestwiony,  zgodnie z obowiązującym, a narzuconym siłą zewnętrzną, prawem. I bezimiennie pochowany. Z piętnem hańby. W upodleniu, bestialskim umęczeniu, nieludzkim traktowaniu. Bezkompromisowa odwaga jednostki zamordowana została przez lęk egzystencjonalny większości. W ramach formatowania nowej rzeczywistości według sowieckiego dyktatu.

Inka to nie tylko ofiara indywidualna. Śmierć jednostki. To symbol świadomej, bestialskiej, systemowej końcowej fazy eksterminacji myślących, czujących i postępujących według zasad BÓG, HONOR, OJCZYZNA. Patriotów walczących o wolną i niezależną Polskę. Po masowych egzekucjach inteligencji przez ZSRR, po  działaniach wojennych Niemców,  bilansie Powstania Warszawskiego, Polak mordował Polaka pod specjalnym nadzorem Sowietów. Do tego stopnia skutecznie zacierał i zakłamywał wszelkie informacje o żołnierzach wyklętych, że dopiero teraz po kilkudziesięciu latach po wojnie upominamy się o pamięć o nich. Szukamy nadal grobów. Poznajemy prawdę.


Znalezione obrazy dla zapytania pomnik inki

Zgodność świata wewnętrznego z zewnętrznym to luksus na jaki zwykłych śmiertelników nie stać. Jeśli życie ma pokonać śmierć bez wzgledu na koszty zawsze jest oparte na większym lub mniejszym kompromisie. Bezkompromisowoć prędzej czy później zabija, niszczy. Trzeba być giętkim jak trzcina myśląca. Poddawać się prądom, ulegać zewnętrznym wiatrom i wiedzieć swoje. Szeroko, Głęboko. Wolność, ta prawdziwa, jest w nas. A jesli zechcemy ja uzewnętrznić, jak zrobiła to Inka, zginiemy. I nawet kilkadziesiąt lat po zabójstwie będą nas nienawidzieć, ochlapując farbą nasze pomniki. Jak ochlapano pomnik Inki. Bo siła lęku jest nieśmiertelna. Kłamstwo zachłannie pożera prawdę. I odradza się zawsze w zagrożeniu, rośnie w sprzyjających warunkach, zagłuszając odruch serca i argumenty rozumu. Gdy brakuje zdrowego rozsądku, elementarnej wiedzy i empatii.

INKA, żołnierz niezłomny, charakter niezłomny, system wartości niezłomny- ale tylko bardzo młoda dziewczyna, sanitariuszka bez prawa wydawania rozkazów, wykonywania wyroków, człowiek niosący pomoc innym, całkowicie niewinny- stanowiła zagrożenie dla nowego, morderczego systemu. Kara śmierci miała zetrzeć w proch jej bezkompromisowość, odwagę bycia do końca sobą, by nie była przykładem dla jej współczesnych i potomnych. Paradoksalnie została rozstrzelana nie za to co zrobiła a za to czego nie zrobiła. Nie poddała się. Zapłaciła za to najwyższą cenę. I płaci nadal.

A spektakl jest prosty. Przejrzysty, zrozumiały, jasny. Choć buduje mroczny obraz świata gwałtu. Choć krzyczy niesprawiedliwością losu. Okrucieństwem człowieka. Brutalnością zadawanego cierpienia i bólu. Kainową zbrodnią. Jest powściągliwy, nie epatuje przemocą, nie nadinterpretuje przebiegu zdarzeń tej smutnej, niewiarygodnej historii.  Przedstawia fakty. Krok po kroku. Krok po kroku odkrywa prawdę. Zwłaszcza, że jest to konfrontacja z inną mentalnością. My, dzisiejsi, z nimi, dawniejszymi. Choć wiemy, ze żyjemy w zupełnie innym świecie i czasie to jednak ciągle wartościujemy ich wybory, postawy, decyzje. Kwestionujemy je. Oceniamy.  Poddajemy próbie ognia naszych zarzutów i argumentów, naszego, dzisiejszego punktu widzenia. Czy słusznie?

Scena Faktu Teatru Telewizji, choć w powtórce, pokazała, jak jest ważna. Artystycznie nośna. I nie boi się opinii szerzonych w mediach, że za dużo tej martyrologii w sztuce. Za dużo lekcji historii. Mam wrażenie, ze ciągle jednak za mało. Bo bez poznania swojej tożsamości, zrozumienia jej, choćby przez sztukę teatralną, naród nie może świadomie budować swojej przyszłości. Nie rozumie, co się działo kiedyś i dlaczego, co się w bieżącej chwili dzieje, jakie to ma znaczenie, jakie przyniesie skutki. Wiedza nie może nas przecież osłabić. Wręcz przeciwnie. Powinna dodać nam sił i argumentów.


INKA
Autor: Wojciech Tomczyk
Reżyseria: Natalia Koryncka-Gruz
Zdjęcia: Zdzisław Najda
Scenografia: Joanna Macha
Kostiumy: Helena Potocka
Muzyka: Paweł Szymański
Konsultant historyczny: Piotr Szubarczyk IPN Oddział Gdańsk

Obsada: Karolina Kominek-Skuratowicz (Inka), Lech Mackiewicz (Jerzy), Kinga Preis (Maria), Agnieszka Podsiadlik (Regina), Piotr Jankowski (Anderman), Marta Chodorowska (Jadzia Mikołajewska), Piotr Bala (Ratajczyk), Paweł Kowalski (Ksiądz), Kazimierz Mazur (Mazur), Michał Kowalski (Stawicki), Katarzyna Rabczuk (Helena Mikołajewska), Małgorzata Oracz (Pani), Maciej Brzoska (Konus), Jakub Drewa (Barman), Filip Cembala (Poker), Karina Iwaszko (Strażniczka), Andrzej Pieczyński (Mecenas), Arkadiusz Brykalski (Suchocki), Dariusz Siastacz (Wójcik), Jacek Malarski (Adamski), Wojciech Namiotko (Ubek), Stanisław Michalski (Stary Nowicki), Helena Marek (Żona Milicjanta), Mariusz Żarnecki (Zagończyk), Sławomir Lewandowski (Fotograf), Michał Buczek (Dowódca), Bronisław Niemczyk (Stary Leśniczy), Maciej Aszemberg (Lekarz), Wioletta Nawrocka (Strażniczka), Rafał Leszczyński (Sędzia), Marcin Drelicharz (Prokurator), Adam Graczyk (Czajka), Krzysztof Skonieczny (Borkowski), Wojciech Czerwiński (Kulikowski), Jarosław Boberek (Agent), Agata Nowicka (Asystentka), Grzegorz Gzyl (Marek), Michał Nowaczyk (Młody Nowicki), Marta Kalmus (Tarasiewicz), Paweł Czajka (Ubek), Piotr Plichta (Ubek II)

PREMIERA 22.01.2007

wtorek, 3 marca 2015

WOJNA I POKÓJ MARCIN LIBER POWSZECHNY



Ten spektakl jest tylko o wojnie. Prawdziwej, ale też wojnie w czasie pokoju, czy wojnie rewolucyjnej. Każdej. Permanentnej. Nieustannej. Wszędzie. Przybierającej różne formy. Gdy pokój to stan przejściowy, nie docelowy i jest dany tylko po to, by przygotować się, nabrać sił do kolejnej wojny. A tak łatwo o jej okropnościach przychodzi zapomnieć! Jak łatwo ją zagłuszyć w sobie życiem dnia codziennego! Walką o swoje, dla siebie. Na dziś i ewentualnie bliskie jutro.

Rosja jest tu tylko pretekstem do przemyślenia. Punktem wyjścia. Prowokacją sugerującą, że w każdym narodzie drzemie potencjał mogący w określonych uwarunkowaniach wywołać zło wojny. I to takie, co rozleje sie na świat cały. I wpłynie na jego przyszłość. Nacjonalizm, ambicje imperialne, marzenie o silnym przywódcy narodu, który się pojawi i da poczucie ważności, dumy, godności, wielkości. Idea, która zawładnie umysłami i sercami człowieka. Zamąci mu w głowie mirażami postępu i szczęścia. I koniecznści dziejowej. Powinności obywatelskiej konstruującej wymuszanie podporządkowania woli jednostkowego losu losowi ogólu. Narzucającej wolę jednego narodu wielu. I bezsilność obserwatorów, tych zagrożonych inwazją, na rosnące zło w potęgę, której nie ma siły powstrzymać, nie ma sposobu zneutralizować, nie umie na nią zareagować. I choć każda akcja skutkuje reakcją, to wojna zawsze niszczy, degraduje, przynosi smierć. Nawet jeśli jest to walka obronna.

Ten spektakl już został oceniony. Rozdarty na strzępy. Jak sam rozszarpuje powieść Lwa Tołstoja  i zmienia sensy dokładając teksty, muzykę, elementy współczesne do tematyki i przesłania jego twórców komplementarne. Można mu wiele zarzucić ale nie to, że nie jest aktualny. Gorący. Że się nie wtrąca. Że mu nie zależy. Że się nie stara. Że nie popełnia błędów jakie i my popełniamy.

Wydaje się, że powstawał w pośpiechu. Jakby nagle ogłoszono stan zagrożenia i bez zdytniego przygotowania  trzeba było się zmobilizować, zebrać wszystkich i wszystko po to, by przepracować temat. Dokonać rozpoznania. Ale ten odczuwalny zamęt, pomieszanie porządków, treści i formy jest nazbyt bolesny. Jakby dojmujący wydaje się ten stan bałaganiarskiego niedouczenia, niedoczytania. Wiedza fragmentaryczna, bo dotąd bagatelizowana, spychana na margines ważności. Świadomość utraconego czasu. Ten spektakl to stan całkowicie splątanej mentalności. Rozbieganej w różnych kierunkach, raz tu raz tam przyswajającej wyrywkową wiedzę. Coś nam się śniło, coś czytało, coś zobaczyło, coś gdzieś usłyszało z pierwszej , drugiej i kolejnej ręki. Teatr dokłada swoje rozmemłanie, pomieszanie, wyrywkowe rozpoznanie. I w tym galimatiasie stanu rzeczy jest prawdziwy. Choć pewnie nie był to świadomie obrany cel twórców. A oni proponują nam impresję, szaleństwo na temat. Mieszają kijem teatralnym w artystycznej materii. Prowokują. Ale co? Irytację krytyków, znawców tematu, koneserów gładkich, gotowych, szczelnie opakowanych produktów oczekujących super odpowiedzialnych, na wysokim poziomie konstruktów myślowych. Przewodów intelektualnie czystych, logicznych, doskonale do siebie pasujących. Tak, by nie było widać szycia grubymi nićmi.

A może prawda jest jednak taka, że my na co dzień, na własne oczy widzimy, na własne uszy słyszymy scenariusze polityczne, medialne grubymi nićmi fałszu i zakłamania szyte, i nic nie robimy, nic nie jesteśmy w stanie zrobić. I w tej materii sztuka Libera pokazuje prawdę. Ten zamęt jest prawdziwy. W polityce. W przekazie. W naszych głowach. W naszych działaniach. Namacalny. Sprawdzalny. Naukowo i empirycznie. Przez każdego śmiertelnika. Uczonego i prostaka. I ta bezsilność wobec tego, co się dzieje. Niemoc. Może jedynie nieustającej manipulacji nami świadomość. Ból konieczności doświadczania nieuniknionego. I o tym też jest ta sztuka. Banały, stereotypy dziedziczone z wojny na wojnę. Nieunieważniane przez pokój. Żywi niemogący wskrzesić umarłych. Niepotrafiący zmienić porządku świata. To przecież zgrana płyta. Zaśpiewana na śmierć piosenka. „Pust’ wsiegda budiet sonce, pust wsiegda budiet nieba, pust wsiegda budiet mama, pust wsiegda budu ja!” wobec nieśmiertelnego piękna walca Szostakowicza. Ani banał ani piękno nas nie uratuje przed podjęciem wysiłku zrozumienia, co tak naprawdę się dzieje.  I dlaczego. Po co.

Podobnie jest z tym spektaklem. Nie znajdujdziemy w nim Lwa Tojstoja. Tylko niewyraźny trop. Cienie postaci. Nie dostrzeżemy logiki i sensu. Tylko zbiór wyimków. Wszystko i jest i nie jest zaskoczeniem. Raczej jawi się rzeczywistością nieprzewidywalną. Oprócz pewności, że wojna jest złem absolutnym. Bólem, cierpieniem niezawinionym, bez zadośćuczynienia. I jeśli chcemy pokoju, szykujmy się na wojnę. A i tak, mam wrażenie, pozostaniemy z gorzkim, retorycznym, niejednym pytaniem:
"Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?"




Wojna i pokój na motywach powieści Lwa Tołstoja
reżyseria Marcin Liber
dramaturgia Paweł Sztarbowski
scenografia Mirek Kaczmarek
kostiumy Grupa Mixer
muzyka Krzysztof Kaliski, Filip Kaniecki
obsada: Mariusz Benoit, Andrzej Mastalerz, Anna Moskal, Piotr Ligienza, Joanna Drozda - gościnnie jako Natasza Rostowa.

premiera 13 grudnia 2014


http://www.dwutygodnik.com/artykul/5623-wojna-i-kara.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/195223.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/196366.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/197678.html
http://wyborcza.pl/1,75475,17136536,_Wojna_i_pokoj__w_Powszechnym__rezyserska_porazka.html