piątek, 12 lipca 2013

Pa pa Gombrowicza przez świat zrozumienie


Wróciłam z Teatru Dramatycznego. Uff, dobrze, że się skończyło i to na dobre. Znów standing ovation. Nie wiem, czy to z powodu zachwytu czy też z poczucia ulgi, że to ostatnie, pożegnalne przedstawienie "Operetki" Witolda Gombrowicza w reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Mnie nie uniosło, bo nie zachwyciło. Ale może po tej pełnej widowni, huraganowej owacji, dyrektor teatru, Tadeusz Słobodzianek, zmieni zdanie i tytuł powróci na afisz w następnym sezonie.

Może w końcu ktoś jeszcze przyjdzie. Ludzie potrzebują śpiewogry z karykaturalnymi figurami. W końcu było tylko 12 spektakli. Trochę mało jak na przebój i teatralny sukces. Trzeba dać zespołowi szansę, czas. W końcu może doszlusuje do przyzwoitego poziomu i się zgra, i zaśpiewa równo. Może w końcu zakupią lub wypożyczą mikroporty, by tekst był słyszalny. Może wyświetlą tekst sztuki nad sceną. Nie wszyscy czytali czy przerabiali Gombrowicza wcześniej. Nie wszyscy zdążyli przekartkować program, który dostali za darmo. Może ktoś w końcu dostrzeże, że sztuka się rozłazi i nie wiadomo o co chodzi. Bądźmy miłosierni. Może jednak w końcu nie.

A przecież jest teatralnie trendy and cool atmosfera. Gombrowiczowska postdrama musicalowa. Parę procent Gombrowicza w spektaklu. Tyle go słychać, reszty się domyślamy. Koryto z wodą, czerwony dywan, no, mokro i czerwono. Goła Albertynka, cud dziewczynka. Gołe męskie dupy też są,  nawet nie jedna a dwie, bardzo poprawnościowo wypinane w stronę publiczności. Dramat prawdziwy z rewolucją jest, pomysły reżyserskie są. Muzyka na żywo z dwóch fortepianów, nawet lynchowski pomruk mroczną stronę sztuki, grozę udawaną, wygrywa. Śpiew jest, piękne głosy.  Ale jakieś oddzielne, skrzekliwe. No się dzieje. Niby we współczesności. Atrakcyjne życie celebritys, świat mody, high life zbrukany przaśnością, przemoc wobec głupich kobiet, zbliżenie i zezwierzęcenie zdziecinniałych mężczyzn.

Niby Gombrowicz pełną gębą i po gębie, ale do siebie niepodobny. Ale z jakąś miną nierozpoznawalną. Na pewno jest w tytule, na afiszu i w programie. Tyle , że go  ze sceny nie słychać, nie widać, nie czuć. Przepadł zakamuflowany w nowomodnej formie, która go tak skutecznie zawoalowała, ukryła, jakby się wstydziła wyjątkowego języka  dramatu. Gombrowiczowska fraza nie wybrzmiała zaledwie wymamrotana. Zniekształcona nabrała kształtu dziwolągu, ciała obcego. Człowiek stara się, umysł i percepcję natęża, wrażliwość wystawia na próbę. A tu jakieś nowe gombrowiczowsko musicalowe popapranie wychodzi, tandeta, tania  pod publiczkę sztuczka. A przecież język Gombrowicza to atut, znak szczególny, klejnot w koronie języka polskiego. Dzięki niemu Masłowska, Demirski godne kontynuatory, nowe wariacje, smaczki językowo formalne. Nie dziwi, że Gombrowicz dla świata jest martwy. My go nie rozumiemy, nie potrafimy wystawić, by wybrzmiał z mocą należnego mu światowego formatu. Arystokrata języka i formy został dobity na polskiej scenie, zabełkotany, formą spłaszczony, unieważniony.

Dużo niczego, wielkie nic. Nic w nicość obrasta i pęcznieje na naszych oczach. Nikt niczego nie rozumie. I nikt nic sobie z tego nie robi.  Więc i ja też nie. O, przepraszam Słobodzianek z tym kończy na dobre.  W końcu to koniec. Kwiaty. Aplauz. Zdziwione miny aktorów. Po dobrej chwili rozluźnione i zadowolone. Publiczności miny też. Łatwiej i szybciej ze standig ovation position uciekać. Pa, pa Kościelniak. Pa, pa Gombrowicz. Pa, pa Gombrowicza przez świat zrozumienie.


 
OPERETKA Witold Gombrowicz
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Muzyka: Piotr Dziubek
Scenografia i projekt animacji: Damian Styrna
Kostiumy: Katarzyna Paciorek
Asystenka kostiumografa: Małgorzata Biegańska
Choreografia: Ewelina Adamska-Porczyk
Korepetytor śpiewu białego: Tetiana Sopiłka
Korepetytor śpiewu: Anna Ozner
Wykonanie animacji: Eliasz Styrna
Asystentka reżysera: Marta Ścisłowicz
Asystenka kostiumografa - Małgorzata Biegańska
Inspicjent: Julian Potrzebny
OBSADA
Książę - Paweł Tucholski
Szarm - Modest Ruciński / Paweł Paprocki (aktor Teatru Narodowego)
Firulet - Krzysztof Żabka / Marcin Przybylski (aktor Teatru Narodowego)
Złodziejaszek Pierwszy - Piotr Kamiński
Złodziejaszek Drugi - Paweł Kamiński
Prezes - Ewa Prus
Ksiądz - Jakub Lasota
Markiza - Anna Gigiel
Hufnagiel - Jagoda Stach
Władzia - Paula Kinaszewska
Konstancja - Anna Szymańczyk
Walentowa - Anna Gajewska
Pianiści - Piotr Dziubek/ Piotr Mania/ Marcin Partyka
 

 

środa, 10 lipca 2013

Jerzy Koenig Post Scriptum


Wojciech Majcherek wspomina Pana na swoim blogu/www.Wojciech-Majcherek.blog.onet.pl/. Ale i widzowie za Panem tęsknią i go wspominają. Bo pamiętają.

 Był Pan dla nas, widzów, jak dobry ojciec wprowadzający dzieci do świata teatru. Zaczarowanego miejsca pełnego ciemnych zakamarków, zamkniętych drzwi i tajemnic. Trzymając nas za rękę, ze spokojem, opanowany, oswajał Pan nas z tym, co możemy zobaczyć, odkryć, poczuć, czego doświadczyć, tak, że bez lęku, bezpiecznie ale z zapartym tchem wkraczałyśmy w strefę działania sztuki. Tak, że co tydzień wracaliśmy do Teatru Telewizji na kolejne premiery. Tak, że często był to  początek mniej lub bardziej poważnej przygody z teatrem.

 Pana przedspektaklowe gawędy pozostały dla mnie przykładem mówienia o teatrze, który przykuwa uwagę, budzi zainteresowanie, przyciąga do teatru. Rozniecały ciekawość, informowały, budowały kontekst. Były wzorem i inspiracją dla moich własnych poszukiwań/ informacji, interpretacji/. Były nauką obcowania ze sztuką, zawłaszczania jej dla siebie, by służyła , rozwijała, wzbogacała. Pan otworzył mi oczy na nowy, wspaniały, teatralny świat, którego do dziś nie opuszczam i któremu nie odpuszczam. Pan sam, jego głos pobrzmiewający w pamięci, też mnie nigdy nie opuścił.

Często zastanawiam się, jak dziś komentowałby Pan sztuki, jak o nich by mówił. Na pewno  z dużą kulturą, bez ostatecznych, skrajnych ocen. Z zachętą do samodzielnego zmierzenia się ze sztuką, a więc propozycją artystów, którzy chcą z nami, widzami, poprzez teatr porozmawiać. Jak można by było odmówić takiemu zaproszeniu? Jak można by Panu odmówić?

Takich ludzi jak Pan mi brakuje. Osobowości, autorytetów, mentorów, którzy mówiąc o teatrze zajmowaliby się nim samym, mając na myśli troskę o jego kształt, kierunek, rozwój, zrozumienie. Którzy zajmując się problematyką teatru nie gubili mnie, widza,  nas widzów, po drodze, a przeciwnie, skłanialiby do uczestniczenia w życiu teatralnym. Budując w nas przekonanie, pewność, że jest to obszar kreacji, konfrontacji, tworzenia nawet poprzez burzenie i rewolucję. Którzy pomagaliby nam przejść najtrudniejsze próby interpretacyjne w drodze do szukania sensów, wartości, emocji, prawdy. Tak, by nas nie zniechęcić a podbudowaniem merytorycznym wzmocnić, byśmy nie ustawali w walce  dochodzenia do piękna , mądrości, wrażliwości teatru. Czułości nam potrzeba, zachęty, właściwego rozbudzania zainteresowania.   I takiego wzmocnienia, byśmy nigdy nie rezygnowali z walki o teatr, o jego kulturotwórczą rangę, o jego indywidualne dla nas, poszczególnych widzów, znaczenie. Jest wiele do zrobienia, bo chaos widzę, zacietrzewienie i walkę widzę, które teatr polski niszczą i pogrążają. A on na to nie zasługuje. My, widzowie obecni i potencjalni, na to nie zasługujemy. Tak myślę. Tak czuję. Czy jednak tak , jak Pan? Chcę wierzyć, że choć trochę tak.

 
 

 
 

 

wtorek, 9 lipca 2013

„Courtney Love” w Warszawie




Jeszcze tylko dziś spektakl „Courtney Love” Pawła Demirskiego w reżyserii Moniki Strzępki w Teatrze IMKA o godzinie 19-tej. Do odważnych świat należy/bilety wyprzedane, osiągalne tylko wejściówki i bilety niewykorzystane/. Warto spróbować się dostać, bo Wrocław daleko, sezon wakacyjny trwa i łatwiej spektakl obejrzeć na miejscu, mimo wysokich cen. I tak się opłaci. Jeśli uda wam się wtargnąć na to przedstawienie nawet w ostatniej chwili, to jajcarskie szaleństwo odjazdowo strzępkowodemirskie zapewnione.

Na wczorajszym spektaklu publiczność była usatysfakcjonowana i wyraziła to w standing ovation. Nic dziwnego, temat Nirvany nośny, muzyka wykonywana na żywo przez aktorów i świetny wokal.  Język sztuki Demirskiego inteligentnie zakręcony, iskrzy frazami utopionymi w obscenie wulgaryzmów i kontekstów. Samo życie. Nie bójcie się tego spektaklu, tej stylistyki. Mimo zadziorności, oskarżeń ideologicznych, społecznych, krzywdy wam nie zrobi. Nawiąże z wami kontakt, wejdzie w dialog. To jego rys charakterystyczny. Nie będziecie tak do końca bezpieczni ale na pewno poczujecie , że jesteście w tym przedstawieniu ważni. Jasny, przejrzysty przekaz popłynie do was z siłą publicystyki live. A życie celebrytów muzycznych, ich tajemnice to dla nas , podglądaczy, cel doskonały, pożądany. Jak zwykle rozpierducha, bałagan i pokręcenie w teatrze strzępkodemirskim. Jak zwykle wywracanie marynary na druga stronę. I ten dystans do wszelkiego tragizmu neutralizowanego przez Demirski sense of humor. Sprawia, że mamy wrażenie ślizgania się po powierzchni problemów, zjawisk, tematów. Ale może o to chodzi, by coś na początek wybebeszył, zniszczył dotychczasowe wyobrażenia  po to, byśmy sami drążyli głębiej i głębiej w wyznaczonym przez tandem artystów kierunku.

Sztuka to jątrzenie w naszej estetyce, pobudzanie myślenia, burzenie spokoju. Nawet jeśli jest nam paradoksalnie  śmiesznie w tragicznie scenicznych zmyśleniach. Nie przegapcie tej wizyty Teatru Polskiego z Wrocławia, tej lekcji, tej propozycji strzępkodemirskiego patrzenia na nasz świat.

piątek, 5 lipca 2013

„Wygnanie” z ziemi ojczystej z ziemi obiecanej

 
 
Czy nie mieliście ochoty wziąć nogi za pas, by uciec, rzucić wszystko, zostawiając swe dotychczasowe życie? Czy gotowi jesteście wyruszyć w świat, na emigrację? W poszukiwaniu szczęścia, realizacji marzeń, lepszego życia, za chlebem. Sprawa jest jasna. Albo nie radzicie sobie w miejscu, gdzie żyjecie, albo to miejsce was wygania, wypycha, uwiera, nie wystarcza, zawodzi. A może myślicie, że tam, gdzie nas nie ma jest lepiej, piękniej, szczęśliwiej, przynajmniej znośniej. Żeby wyruszyć w drogę, zawsze trzeba być człowiekiem zdeterminowanym lub zdesperowanym. Mieć wszystko do zyskania lub nic do stracenia. Trzeba mieć tę gotowość w sobie do podjęcia ryzyka. Bo raj na ziemi ojczystej okazał się ułudą, niespełnioną obietnicą życia wymarzonego , godnego. Bo nowy wspaniały świat po transformacji okazał się piekłem, z którego, jeśli można, trzeba uciekać. Aby się rozwijać, ratować, aby żyć. Ojczyzna wypycha, wygania, bo nie stwarza warunków do normalnego życia. Pampersowa demokracja nie rozszerza a ogranicza możliwości. Brutalnie rozczarowuje. A my jesteśmy wolni, nareszcie wolni. I wolną wolą dokonujemy wyboru, podejmujemy decyzję. Wyruszamy, pełni nadziei, radości i wiary w pogodę dla biedaków do ziemi obiecanej, wyimaginowanej, wyśnionej. Już na zaś ukochanej.
 
I ta  ziemia samemu sobie obiecana okazuje się nie być rajem, krajem winem i miodem dla nas płynącym. Nie jest ekwiwalentem raju utraconego, za którym tęsknimy, który wspominamy, do którego chcemy wrócić. Staje się pułapką. Naznaczoną udręką, poniżeniem, klęską, utratą godności, upadkiem, samozniszczeniem. Tym bardziej bolesnym, że skażonym samotnością, poczuciem zagubienia,  opuszczenia i wyobcowania. Nie ma nowej ojczyzny. Może być tylko miejsce, gdzie status człowieka bez właściwości, zawsze obcego, gorszego wydaje się być emigrantowi przypisany na zawsze. W dodatku geriatryczna demokracja nie jest oazą bezpieczeństwa zapewniającego rozwój i spokój egzystencjonalny, szczególnie obcokrajowcom. Budząca się świadomość, że nie ma dokąd uciec, choćby to był powrót do kraju ojczystego, jest paraliżująca. Tragiczna. Graniczna. I dla niektórych ostateczna.
 
To system, nieważne, młoda czy stara demokracja, decyduje o naszym życiu. A przy tym dojrzewamy do okrutnej prawdy, że nie ma możliwości ratunku, gdy sami sobie gotujemy los niewolnika własnych ograniczeń, uwarunkowań, niedoskonałości. Nawet, jeśli się zmieniamy i dostosowujemy do nowych warunków. Nawet, jeśli coś się nam uda osiągnąć. Rachunek kosztów powoduje wysokie straty. Przychodzi moment, gdy wiemy, że jest już za późno. By walczyć o przetrwanie w obcym kraju lub  wracać do ojczyzny po kolejną szansę. Bo nie ma ucieczki od samego siebie, od tego kim  i jacy jesteśmy. Bo nie ma innego, lepszego systemu, który by nam pomógł godnie, normalnie żyć.
 
Spektakl, który niesie z tak dużą siłą dramat ludzkiego cierpienia, bólu, ekstremalnego doświadczenia, budzi duże emocje. Wzrusza.  Są momenty, gdy wstrząsa. Choć bywa dynamiczny, płynie gładko, spokojnie z muzyką wykonywaną na żywo. Wchodzi w bezpośredni kontakt z publicznością. Głęboko empatyczny, świeży, świetnie zagrany uwodzi i niepostrzeżenie wciąga.

Bo wszystko to jest nam, Polakom, w jakiś szczególny sposób bliskie i znane. Choć wielu z nas nie chciało mieć z tym spektaklem nic do czynienia. Wiele miejsc na widowni było wolnych, jakby opuszczonych przez tych, którzy wyjechali i na własnej skórze doświadczają tego, o czym  nam, pozostałym w kraju, uzmysławia litewski spektakl. Albo byli to ci nieobecni, którzy to doświadczenie emigracji niosą w sobie i przekaz sceniczny stałby się dla nich niepożądanym, gorzkim wspomnieniem. Te puste miejsca uwierają mnie do dziś.  Jakby były wyrzutem sumienia ojczyzny, że nie sprostała oczekiwaniom jej dzieci, że nie potrafiła ich kochać i  na tyle mocno przywiązać do siebie, by ten cały nowy wspaniały świat kończył się na jej granicach. Granicach wszelkich potencjalnych i straconych możliwości. Granicach, które są jednak szeroko otwarte, jak ramiona ojca oczekującego na powrót syna marnotrawnego.
 
  Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił. Dziś piękno twe w całej ozdobie Widzę i opisuję, bo tęsknie po tobie.” Nie tylko Polacy są mądrzy po szkodzie, po stracie. Litwini też przerabiają tę lekcję. Są lepsi, bo już dziś inicjują w teatrze dyskusję o emigracji. Z dużym powodzeniem. My na nią dopiero czekamy.

 
WYGNANIE
("Išvarymas"), według: Marius Ivaškevičius

Lietuvos Nacionalinis Dramos Teatras

Litwa / WilnoReżyseria: Oskaras Koršunovas
Scenografia: Gintaras Makarevičius Kostiumy: Agnė Jagelavičiūtė
muzyka: Saulius Prūsaitis
choreografia: Vesta Grabštaite
wideo: Eglė Eigirdaitė
reżyseria światła: Eugenijus Sabaliauskas
animatorzy: Sigita Kučikaitė I Monika Žeknytė

Obsada: Jolanta Dapkūnaitė , Elzė Gudavičiūtė, Oneida Kunsunga, Vitalija Mockevičiūtė, Monika Vaičiulytė, Toma Vaškevičiūtė, Vytautas Anužis, Remigijus Bučius, Marius Čižauskas, Algirdas Dainavičius, Tadas Gryn, Paulius Ignatavičius, Irmantas Jankaitis, Martynas Nedzinskas, Marius Repšys, Ramutis Rimeikis, Ainis Storpirštis, Arūnas Vozbutas i inni

poniedziałek, 1 lipca 2013

„Sonata widm” czyli niech żyje starość

Czy zdążyliście na „Sonatę widm”? Widownia była w nadkomplecie, więc ci, którzy się postarali, byli. I, co najważniejsze, zostali oczarowani, poruszeni, emocjonalnie wstrząśnięci, intelektualnie i artystycznie usatysfakcjonowani, a każdy z osobna na swój indywidualny, znany tylko sobie, sposób. I do tego stopnia, że to przeżycie uniosło wszystkich z posad do standing ovation. Bo czary teatru zadziałały. Magia sztuki zadziałała. A to zdarza się rzadko. Nawet bardzo rzadko. Taki zachwyt sztuką. Takie nią olśnienie.

Może dzięki temu, że poprzez słowo, ciało, taniec, muzykę, ruch, dźwięk zbliżyliśmy się do teatru totalnego. Współcześnie klasycznego. Z nowoczesnym tekstem sprzed ponad wieku. Aktualnym. Mocnym i prawdziwie bolesnym. Muzyką klasyczną wygrywającą czule i przejmująco budzące się w nas emocje. Z ludzką kreacją w centrum. A wszystko zbalansowane, precyzyjne niezauważalnie.

Ale tych, którzy nie byli, o tym nie przekonam. Bo jak mam opisać to teatru na nas oddziaływanie? Kiedy słowa się kończyły, zaczynał się taniec, który uaktywniał mowę ciała, wzmocnioną dźwiękiem muzyki klasycznej. A ciało, średnio na scenie siedemdziesięcioletnie, robiło wszystko, co miało wyrazić, odkryć, dopowiedzieć, rozszerzyć. Ważne, że scena stała się miejscem, gdzie tekst, i to wybrzmiały w języku szwedzkim, łączył się z ruchem i muzyką i grą aktorską w sojuszu, by unieważnić, co wydaje się nam oczywiste, oswojone, znane. By odkryć prawdę w nas i o nas, ludziach.

Nie uwierzycie mi, gdy wam powiem, że starość ze śmiercią w tle ma twarz młodości, która z biegiem dni, biegiem lat dojrzewała do przetrwania i mądrości. Bo ta starość, postrzegana gołym okiem, unieważniana była na scenie siłą ducha, doświadczenia, wirtuozerii gry. Teatr to gra, bo jest rewirem gry życia. W każdym precyzyjnym geście, wybrzmiałym słowie, muzyce wykonywanej przez aktorów na wielu instrumentach, przemianie. Poprzez kumulację sił witalnych płynących ze sceny, które odkrywały nam tajemnice natury ludzkiej: złożonej, podstępnie manipulującej naszą percepcją i losami, walczącej dobrem ze złem i walczącej złem z dobrem. Starość to wola braku złudzeń, siły spokoju i opanowania. To czas podsumowania i prawdy. Rozliczenia. Starość nie ma nic do stracenia, stać ją na zdzieranie pokładów kłamstw, złudzeń, matactw, intryg, wszelkich podłości i niegodziwości, warstwa po warstwie, brutalnie i bezkompromisowo, do końca. Ale potrzebuje siły, by być wiarygodna, sprawcza i skuteczna. Sztuka teatru pokazała swoją moc kreacji w tej przemianie schorowanych, bezbronnych, na skraju życia strzępów ludzkich w widma, które bezwzględnie rozprawiły się z wszelkim fałszem, złem, by znów powrócić do swej roli starych ludzi.

Nie dacie mi wiary, że nie należy wymazywać starości ze słownika pojęć, z życiorysów. Nie posłuchacie mnie, że nie należy się jej bać, bo jest równoprawnym okresem życia. Może najważniejszym, najpełniejszym. My jednak wydajemy się być zaskoczeni, kiedy się nagle i nieoczekiwanie pojawia i postrzegamy ją jak widmo zła, chorobliwą, niechcianą zjawę , niematerialną istotę z innego świata i natychmiast odpalamy program wyparcia, by zniknęła. Sztuka pokazała, że niesłusznie. Zupełnie niesłusznie. Tylko starość w odsłonie szwedzkich aktorów była w stanie uwiarygodnić w tak przejmujący i mocny sposób przesłanie sztuki. Tylko ona mogła jej nadać głębię, wielowymiarowość i grozę z lekkością, siłą i precyzją dojrzałej młodości.

Tekst sztuki Strindberga można przeczytać, muzyki granej na spektaklu posłuchać, ruch sceniczny sobie w wyobraźni wykreować, ale jeśli spektaklu nie widzieliście, nie złożycie tego w teatr widm w takt muzyki Beethovena i Chopina ze starością, która gra pierwsze skrzypce. I wygrywa wszystko cudownie dojrzale, mądrze, z dystansem, a przede wszystkim z poczuciem humoru.

Tylko ten, kto ten spektakl widział, słyszał i poczuł, będzie mógł z pamięci zawsze go przywołać, zawsze kiedy tylko będzie potrzebował jego mądrości lub za nim zatęskni. Dlatego warto było odrzucić całą ubezwłasnowolniającą nas codzienność, by wejść w obszar działania teatru i rozprawić się z widmami cywilizacyjnych splątań. Niech żyje teatr. Niech żyje starość!

SONATA WIDM  AUGUST STRINDBER
Dramaten (Sztokholm, Szwecja)

scenariusz - Mats Ek, Irena Kraus
reżyseria i choreografia - Mats Ek
scenografia i kostiumy - Bente Lykke Møller
reżyseria światła - Erik Berglund
charakteryzacja - Barbro Forsgårdh, Thea Kristensen Holmberg


Stary, dyrektor Hummel - Stina Ekblad (klarnet)
Student - Hamadi Khemiri
Dozorczyni - Thérèse Brunnander (fortepian)
Zmarły (Konsul) - Yvan Auzely (saksofon)
Dama w czerni - Ana Laguna
Pułkownik - Gunnel Fred (wiolonczela)
Mumia, żona Pułkownika - Staffan Göthe (fortepian)
Panna, córka Starego i Mumii - Melinda Kinnaman
Baron - Jonas Bergström
Johansson, służący Starego - Johan Holmberg (kontrabas)
Bengtsson - Malin Ek
Dama w bieli, była narzeczona Starego - Etienne Glaser
Kucharka - Hulda Lind Jóhannsdóttir
Dziewczynka - Niklas Ek



Cała muzyka w spektaklu grana jest na żywo przez aktorów na scenie.

Muzyka wykorzystana w przedstawieniu:
Ludwig van Beethoven: Largo z Koncertu potrójnego c-dur na skrzypce, wiolonczelę i fortepian opus 56, Allegretto z sonaty fortepianowej d-moll opus 31 nr 2, Adagio sostenuto z sonaty fortepianowej cis-moll opus 27 nr 2, Dla Elizy.
Fryderyk Chopin: Nokturn cis-moll, Indeks Browna nr 49, fragment nokturnu b-moll opus 9 nr 1, nokturn h-dur opus 32 nr 1 oraz nokturn c-moll, Indeks Browna nr 108, Marsz żałobny z sonaty fortepianowej b- moll opus 35.