wtorek, 30 sierpnia 2016

ARTYSTYCZNE GRY ULICZNE TEATR POLSKI WE WROCŁAWIU

TEATR POLSKI we Wrocławiu walczy!!!

Gdyby minister  Piotr Gliński był mądry, silny politycznie i merytorycznie, to nie byłoby konkursu na dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu a nominacja na kolejne lata dyrekcji dla Krzysztofa Mieszkowskiego pewna. Gdyby Krzysztof Mieszkowski był mądry, silny psychicznie i antycypował, to dawno by skończył studia lub godnie odszedłby ze stanowiska zostawiając namaszczonego przez siebie, dobrze przygotowanego na nowe wspaniałe czasy dla Teatru Polskiego następcę. Takiego nie do pobicia, nie do zignorowania, przeoczenia. Z wymogami formalnymi i dorobkiem jaki ma, byłby bezkonkurencyjny. Z nowym kandydatem ponad podziałami również.  Próżność i pycha dyrektora wyprzedziła upadek teatru. Pewność, że rola polityka wzmocni jego pozycję. Gdyby Michał Zadara startował w konkursie, to miałby duże szanse po wygranej uczynić z tego teatru teatr narodowy/przecież chce zostać dyrektorem teatru narodowego/startował w Krakowie/=zasługuje=należy mu się=ma kompetencje/. A tak nastąpi spektakularny zwrot charakteru teatru. Rozegrany, narzucony, oczekiwany przez polityków. Na scenie i według reguł scenariusza demokracji. Lupa bierze swoje zabawki i wychodzi z piaskownicy, aktorzy upokarzając Cezarego Morawskiego, eskalują konflikt /bilet powrotny wręczony mu na peronie to na pewno niekulturalne, niegodne upokarzanie, buta, której realia=stan na dziś=stan na jutro zetrą uśmiech pewności racji z ust zamykając możliwość na negocjacje, wypracowanie konsensusu/. Najciekawsze jest to, że niekulturalne buraki polityczne, jak ich traktuje środowisko twórcze, skutecznie sobie radzą z super kreatywną, mądrą, zgraną grupą artystów z sukcesami i na zimno  rozgrywają partię konkursowych porządków w Polskim. Tylko sztuki przetrwania artystom zabrakło. Pozostała gra, walka uliczna, konfrontacja. Eskalacja last minute.

Gorący przykład Teatru STUDIO pokazuje, że nie ma ludzi niezastąpionych. Artystyczna demonstracja siły jest bezsilna wobec władzy prawa i pieniędzy. Mieszkowski chce być poważnym politykiem ale nie zachował się politycznie dojrzale i odpowiedzialnie. Ma na sumieniu grzech zaniechania/dyplom/, pychy/porno marketing spektaklu ŚMIERCI I DZIEWCZYNY= niepotrzebna, szkodliwa prowokacja polityczna/, osrentacyjnego mieszania porządków rzeczy/polityka, teatr/. Dziś nie jest mediatorem a prowokatorem. Nierozważnie romantycznym.

Konflikt się tak zaostrza, że prowadzić może już chyba tylko do rozśrodkowania. Jak newsy medialne donoszą, niektórzy aktorzy Teatru Polskiego przenoszą się do innych teatrów/warszawskich na przykład/. Lupa antycypował, uciekł z tonącego okrętu. Zostawił wszystkich.  Na znak słusznego sprzeciwu. On sobie poradzi. PROCES nam przepadł, zaprzepaścił się, zmarnował.

I tylko mi zespołu żal. I widzów. Tych spektakli, których prawdopodobnie w Teatrze Polskim już nie zobaczymy, nie przeżyjemy. Zapamiętamy dyrektorowanie Krzysztofa Mieszkowskiego jako czas wolności ekspresji artystycznej ubezwłasnowolniony przez uwodzący nawet artystów syreni śpiew polityki. Ta jest bezwzględna, wymagająca i cierpliwa. Łatwo się obraża, krwawo mści. Po raz kolejny pokazuje swój pazur. Skuteczność nieruchliwą, niesprawiedliwą, twardą.

Przyjdzie płakać nad rozlanym mlekiem, załamywać ręce, dyskutować w nieskończoność. Polak jak zwykle będzie mądry po szkodzie, ale i wtedy nie wyciągnie nauki z lekcji. Niczego się nie nauczy. Cały wypali się w walce. W petycjach, opozycjach, w a priori sprzeciwie. W końcu pokonany, zignorowany, pominięty zresetuje się. I z podkulonym ogonem podporządkuje przetrwaniu.

Właściwie czego my możemy teraz chcieć? Nadal Teatru Polskiego, jaki teraz jest. Silnego, kreatywnego, wolnego. Takiego też decydenta, autorytetu, mediatora w sprawie teatru przyszłości brakuje. Który przejąłby inicjatywę, zaproponował wizję rozwiązania narastającego konfliktu, przystopował niszczącą wszystkie strony konfrontację, pozwolił z godnością dla wszystkich wybrnąć z proceduralnego pata wyniku konkursu i sytuacji pokonkursowej.

Niestety, tu zajdzie zmiana, która zmieni oblicze teatru, tego teatru. Gdy silnych autorytetów brak. Kto przejmuje się słowami Agnieszki Glińskej? Krystian Lupa umywa ręce, Monika Strzępka milczy a szkoda/czytaj: nie bluzga/, Michał Zadara jest gdzie indziej/Powszechny w Warszawie, CENTRALA/, Jan Klata coś powiedział, zadziałał? A reszta? Jan Englert uprawia z sukcesem swój-nasz Narodowy, krytyków teatralnych z autorytetem brak/wycięci, wycofani, przycupnięci w innej roli/, pozostali rozładowują emocje, napięcie w internecie. Wyć się chce. Politycy zarządzający strachem, z drugiego rzędu, w cieniu prawa i z mocą naszych-waszych pieniędzy przejęli też władzę nad światem sztuki teatru. Bez względu na skutki. Przecież jakoś to będzie. Aby tylko ich było na wierzchu. A wtedy zastraszyć pozostałych będzie łatwiej. Bo żyć trzeba. Artyści, genetycznie sprofilowani indywidualiści, rozśrodkowani, niezjednoczeni, prędzej czy później to zrozumieją, na własnej skórze odczują. Przystosują się. My widzowie też. Wolny, niezależny teatr coraz bardziej spychany jest do kąta. Demokracja ma też oblicze opresyjne, destrukcyjne, kulturo zabójcze. Nie jest doskonała. Wymaga zaangażowania, wysiłku, argumentów.

Widzowie zarządzani, profilowani przez teatry, manipulowani przez polityków biernie się temu teatrowi walki silnego z podporządkowanym przyglądają. Owszem protestują, manifestują, są z teatrem. Patrzą ale czy cokolwiek widzą?, rozumieją?  Nikt nie chce umierać za teatr, ten teatr. I to nie o śmierć fizyczną tu chodzi. A że skutkować to będzie zubożeniem duchowym, to już jakaś nieokreślona abstrakcja. Tak i mój głos o ratowanie dorobku artystycznego teatru, wspaniałego zespołu będzie wołającym na pustyni internetu, paradoksalnie pełnym różnych racji, dobrych chęci, intencji, chciejstw. Ale i zabójczego hejtu. Złej energii niszczącej porozumienie. Jedność. Godność niekulturalnych kulturalnych. Jakbyśmy nie potrafili już słuchać, rozmawiać, rozumieć, czuć.

Gdyby Piotr Gliński był mądrym człowiekiem, silnym politykiem, rozważnym ministrem anulowałby konkurs w imię interesu przyszłości Teatru Polskiego/ i swoim własnym/, ogłosił nowy, zaproponowałby stanowisko dyrektora osobie, która miałaby  szansę  pozyskać zaufanie zespołu, zapewnić kontynuację programową teatru. Naiwnie wierzę, że gdyby Michał Zadara chciał być tą osobą, Monika Strzępka była na to gotowa, czy ktoś inny/nie reżyser/ , o którym nie wiem, można by jeszcze teatr uratować. W dzisiejszym kształcie konflikt doprowadzi do jego przeprofilowania i upadku/ i nie mam tu na myśli braku sukcesu finansowego czy frekwencyjnego/. Gdyby Cezary Morawski miał grubą skórę, twardy kręgosłup, plan awaryjny, gotowe salomonowe wyjście to też wszystko, co rozsądne, dobre dla utrzymanie statusu teatru byłoby możliwe. Nie wiem czy tak obrażany, oskarżany, hejtowany jest w stanie być ponad tym. Czuję jak gniew i niezgoda na takie traktowanie w nim rośnie. I to nie jest tylko jego problem, to nie jest jego wina. Procedura konkursowa zawiodła, nasza wiara w mądrość polityków decydujących dla dobra wspólnego okazała się naiwna a działanie demokracji niedoskonałe. Widzowie są rozproszeni, zdezorientowani. Wszyscy zawiedli.

Wbrew faktom, wierzę, że wszystko, co dobre dla Teatru Polskiego, dla jego zespołu i dla nas wszystkich kochających sztukę może się zdarzyć. Cuda się zdarzają. Złoty wiek Teatru Polskiego się zdarzył. Ale wiara w to, że trwać będzie wiecznie, jest przecież taka niemądra! Nadal głowy trzymamy w chmurach, nogi wrośnięte mamy głęboko w ziemię. Zadowalamy się dniem codziennym, nie patrzymy w przyszłość. Tak rozdarci, adecyzyjni, emocjonalni nie potrafimy dojrzale wpływać na rzeczywistość, rozsądnie, mądrze jej kształtować. Z biegiem lat, z biegiem dni. Nadal improwizacja, działanie ex post to nasza jedyna broń. Ciągle jesteśmy przez innych rozgrywani. My, Polacy, nierozważnie nadal romantyczni.

PS 1. Cezary Morawski jest już powołany. Oficjalnie. Decyzję jednomyślnie podjął zarząd województwa dolnośląskiego. Zapowiedział zwolnienia. Zobaczymy czy wejdzie do budynku Teatru Polskiego. Aktorzy nie chcą go wpuścić.

PS 2. Sorry bardzo Jan Klata, komentarz krytyczny, jak donosi prasa, był./http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/227270.html/

piątek, 12 sierpnia 2016

POŻEGNANIA TEATR NARODOWY

Spektakl jest przykładem udanego mariażu sprawnej adaptacji prozy Stanisława Dygata, równego, profesjonalnego aktorstwa artystów Teatru Narodowego i perfekcyjnej reżyserii Agnieszki Glińskiej. Kompozycja całości oparta jest na ciekawej narracji i choreografii. Nienachalna, delikatna, funkcjonalna scenografia jakby poza czasem a jednak wpisana w historyczne wydarzenia i miejsca oraz korespondujące z nią kostiumy i charakteryzacja uwiarygodniają wpływ historii na indywidualne losy. Sztuka pokazuje bunt młodego inteligenta, który dostrzega obłudę, hipokryzję dorosłego świata, jego uwarunkowania, system wartości, które neguje, których się chce wyrzec a jednak z jego dobrodziejstw bez zahamowań w pełni korzysta/pieniądze/. Bohater wyzwala się z więzów narzuconych przez rodzinę, szkołę, religię, politykę tylko po to, by poddać się nowemu jarzmowi ograniczeń. Cała walka o życie w pełnej wolności, prawdzie, samostanowieniu sprowadzona została do gorzkiej konstatacji mówiącej o większym lub mniejszym uzależnieniu człowieka od innych ludzi, od systemu, o braku ostatecznego zdystansowania się, wyzwolenia się z zasad współżycia społecznego, własnych ograniczeń i niemożności. Zawsze człowiek pozostaje, żyje, funkcjonuje w jakimś układzie. Można ten układ zależności zdemaskować, ośmieszać, ignorować, zmieniać. Nie ma złudzeń co do tego, że będzie to kontekst w mniejszym lub większym stopniu go sytuację życiową, by przetrwać i móc się realizować. Zawsze będą pokonani i zwycięzcy. Podporządkowani i porządkujący. Przystosowani i nieprzystosowani. Świadomie kształtujący swój los i ci całkowicie instynktownie podążający przez życie.

Spektakl to pożegnania. Pożegnanie młodości,  złudzeń, marzeń, buntu, odchodzącego, bo unieważnianego przez wojnę starego świata, który zastępuje świat nowy. Wszystko jest przecież w wiecznej zmianie, ewolucji.  To gorzka lekcja oswajania się z prawdą o życiu, świecie, człowieku. Pożegnanie naiwnej wiary, że jednostka świat zmieni i to na lepsze a wszystko jest dozwolone, osiągalne, możliwe. Pożegnanie myślenia, że świat dostosuje się do nas, jednostkowych, zniewalający. Ale sztuka pokazuje też, jak można wykorzystać każdą, nawet tę najtragiczniejszą indywidualnych, wolnych, a nie my do niego. Pożegnanie dziecinnej, nieznośnej lekkości bytu, bo już skażonej doświadczeniem i wiedzą o tym, że jest okrutne, niesprawiedliwe i złe. Nieznośnie kapryśne i wymagające. Naznaczone okrutnie świadomą, smutną koniecznością akceptacji tego stanu rzeczy.

Poziom artystyczny spektaklu jest bardzo satysfakcjonujący. Prezentuje oczekiwany przez gros publiczności mainstream, który w takim ujęciu, postaci i wykonaniu powinien być jak najszerszym nurtem teatralnym. Bo to jest takie miękkie, mądre rozwinięcie tego, co znane, ewolucja przeprowadzająca klasykę z przeszłości ku przyszłości. Bezpiecznie, w komforcie emocjonalnym i intelektualnym dla widza. Z dramatycznym tekstem o pięknym języku, z akcją odsłaniającą zasady, wartości ponadczasowe bez niepotrzebnego przerysowania, uciążliwego dydaktyzmu, denerwującej maniery, szokujących chwytów i pomysłów. Gdy jest na co popatrzeć i co przeżyć, o czym pomyśleć. Wywołany nie w sposób rewolucyjny, inwazyjny, szokujący a jasny, przejrzysty, komunikatywny.
Potrzebujemy takiego teatru. Inteligentnego, precyzyjnie skomponowanego, perfekcyjnie zagranego przez cały zespół  aktorski. Mającego do przekazania nie tylko treść, myśl ale i wywołującego emocje poprzez adekwatną  do zamysłu formę. Taki  spektakl to ideał teatru popularnego, powszechnego, który jest jak niewzruszona baza, solidny fundament, rzetelna podstawa będąca punktem oparcia, odniesienia, inspiracji. Wzór budowania komunikacji artystów z widzami.

Agnieszka Glińska potrafi budować  inscenizację tak, by osiągnąć cel. W tym wypadku chodziło o pokazanie losu inteligenta polskiego na przełomie starego i nowego świata, który zafundowała II wojna  światowa z historią miłosną w tle nakreślona delikatnie, czule, zabawnie. Mądrze. Zmieniające się podziały społeczne, rewolucyjne zmiany polityczne, systemowe z człowiekiem z jego osobistą historią  w centrum udowadniają, że to świat zewnętrzny ma na wszytko wpływ. Doskonała książka Stanisława Dygata o tym samym tytule, na podstawie której zrealizowano film i zaadaptowano na potrzeby sztuki teatralnej to jedno ze źródeł sukcesu inscenizacyjnego spektaklu. Udało się stworzyć na scenie klimat przedwojennej i powojennej Polski, jej skrótowy, syntetyczny obraz, co było bazą dla pokazania dokonujących się zmian.  Bez epatowania, pompatyczności a z  dystansem, lekko, ironicznie. Nostalgia za odchodzącym światem, etos powinności, wartości, postaw polskiego ziemiaństwa, awans społeczny niższych warstw społecznych w nowych powojennych warunkach nie jest interpretowany natrętnie. Konieczność przystosowania się do zachodzących zmian, bez możliwości zachowania dotychczasowych przywilejów, pozycji, prawa własności. Pokazanie kondycji całego pokolenia poprzez  indywidualne losy bohaterów to zadanie trudne ale w tym wypadku udane.

Mam nadzieję, że spektakl będzie jeszcze długo grany, bo sam w sobie usytuowany jest poza czasem. To doskonały teatr.  Wzorcowe aktorstwo. Subtelna Patrycja Soliman , intrygujący  Marcin Hycnar, urocza Dominika Kluźniak, naturalna Ewa Wiśniewska i bez zarzutu pozostali wspaniali aktorzy wyczarowali miniony świat, który miał decydujący wpływ na indywidualne poczucie szczęścia jego uczestników.

Właściwie wszyscy potwierdzają swoją klasę. Tworzą zgrany team artystyczny czujący sens przekazu. Jakbym oglądała zupełnie inne przedstawienie od tych opisywanych w recenzjach tuż po premierze. Ten spektakl był stonowany, wyciszony, bez szarż i groteski, kontrastów. Została zmieniona część obsady we wznowionym spektaklu co spowodowało być może, że nabrał on nostalgicznego, refleksyjnego, melancholijnego ale na pewno nie sentymentalnego charakteru. Sytuacja tu i teraz nieco się zmieniła/np.uchodźcy, migracja, przesiedlenia/. Nie znalazłam w nim zarzutów podejmowanych przez krytyków. Nie ma nierówności, letniości, a wszystko co ważne zostało potwierdzone po wielokroć, może nawet dla niektórych zbyt dobitnie. Mnie to nie raziło. Potwierdzało stałość natury ludzkiej, trudnej do zmienienia, zmodyfikowania. Wykorzystania wojny jako momentu dokonujących się zmian rewolucyjnych. Z pokolenia na pokolenie dziedziczonego młodzieńczego buntu i stałych przywar, gry pozorów, hipokryzji dorosłych, powtarzanych błędów i wypaczeń, poszukiwanie przez ludzi szczęścia, miłości, spokoju. Chęci ratowania świata w wojującej niezgodzie na zastany, rozczarowujący zawsze młodych jego kształt. Nieustannych, nieuniknionych pożegnań i rozstań w korowodzie życia, by móc pogodzić się z tym, co przynosi nieprzewidywalny los. By przetrwać. By zaakceptować to, czego się nie może zmienić. 

Być może spektakl dojrzał, okrzepł, wyszlachetniał. Pożegnał ostrość kontrowersji. Bo takim mi się przedstawił. Dlatego pewnie niektórzy teatromani po wielokroć oglądają przedstawienie. Porównują. Bez żalu żegnają to co złe, z radością witają co dobre. Są. Po prostu w teatrze są. I traktują teatr jako autonomiczny rewir artystycznej wypowiedzi. Bez natrętnego, kongenialnego porównywania z prozą Stanisława Dygata czy filmem Wojciecha Hasa. Zarówno książka, jak i film są zamkniętym, skończonym, nienaruszalnym, odrębnym dziełem artystycznym a spektakl teatralny jest sztuką żywą; ewoluuje, reaguje na sytuacje, konieczności i się na różny sposób zmienia.  W tym wypadku, jak sądzę, na korzyść. Przekonajcie się osobiście. Na pewno warto. Powodzenia:) 


POŻEGNANIA   Stanisław Dygat 

adaptacja: Agnieszka Glińska i Tomasz Szczepanek.
reżyseria: Agnieszka Glińska,
scenografia: Magdalena Maciejewska.

obsada między innymi.: Marcin Hycnar, Krzysztof Stelmaszyk, Patrycja Soliman, Beata Fudalej, Modest Ruciński, Dominika Kluźniak. 

premiera 8 września 2012

zdjęcie: Krzysztof Bieliński

wtorek, 9 sierpnia 2016

POLSKA KREW WOJCIESZEK TEATR TRZYRZECZE


"..nie można się bać. Nie można się, kurwa, bać"*

I autor/reżyser sztuki się nie boi, aktorzy się nie boją, teatr się nie boi. I widzowie też się nie boją. Spektakl miał premierę. W końcu został pokazany. Wszyscy byli zwarci i gotowi, na swoich miejscach, stanowiskach, pozycjach. Katastrofy nie będzie! Nie może, kurwa, być. Bo jednak nadal demokracja działa! Czy aby na pewno? Jak długo jeszcze?

Sztuka napisana przed chwilą dla chwili obecnej walki z autorytarnym państwem niszczącym demokrację, jak twierdzi jej autor Przemysław Wojcieszek, została wystawiona w niezależnym Teatrze TrzyRzecze odważnie prowadzonym przez Konrada Dulkowskiego. Cokolwiek się zdarzy w związku z prawami rynku i poziomem popytu na krytyczną komedię polityczną spektakl POLSKA KREW został zrealizowany, pokazany. Zaistniał. Wstrzelił się w przestrzeń publiczną. Mimo wszystko. Czy będzie przyczynkiem do analizy, dyskusji, naprawy tego, co sam krytykuje, piętnuje i ośmiesza, zobaczymy. Choć nie jest do śmiechu. Tak naprawdę w ogóle nie jest do śmiechu.

Spektakl jest cały z  zaobserwowanej, doświadczanej przez autora rzeczywistości i lęków przeczuwanej przez niego przyszłości. W znacznej części antycypuje. Mówi nam, że polska mentalność, spuścizna kulturalna, historyczna, polityczna-nacjonalistyczna, antysemicka, zainfekowana prymitywną dewocją POLSKA KREW- w nas płynie, nas żywi i z nią wkraczamy w rewir życia i sztuki. Tu muzyka pozycjonuje, nastraja, wprowadza widzów w przestrzeń minimalistyczną, podzieloną na dwa przeciwstawne światopoglądy wyznaczające rewiry wykoślawionej pustki i pozoru łatwego, słodkiego, miłego życia, hipokryzji, światów skłóconych, wrogich, ze sobą wojujących. Niewidzialną granicę bardzo mocno  wyczuwalną wytyczają postawy i czyny, wymowa emocjonalna języka bohaterów. Konfrontacja śmieszy, tumani, przestrasza. Zdumiewa. Obraża. Irytuje. Prowokuje. Jest trudna do zniesienia. Zaakceptowania. Przyjęcia.

Obraz młodych Polaków jest przerażający. Jednoznacznie negatywny. Oskarżycielski. Wkraczający w dorosłe życie bohaterowie, bez względu na opcję polityczną, religijną, płciową to łatwi do manipulowania, niestabilni, cyniczni, niedouczeni idioci. Oto Polacy właśnie? Niegotowi do walki o swoje, o naszą i waszą wolność. Personifikacja niedojrzałości, bezradności, błądzenia. Niezdolności do odpowiedzialnego życia, samookreślenia. W słabości, naiwności swego samostanowienia ośmieszani. Bo ich racje są wypaczone, wykoślawione, pozbawione wartości, rozsądku,  wiarygodnej postawy wdrażającej je w czyn, w życie. Nie mają siły sprawczej. I w tym tkwi największe zagrożenie demokracji. Jedni pokazani są jako kretyńsko zdewociali, otumanieni fałszywymi autorytetami wyznawcy, drudzy jako wyjałowieni, zdegenerowani frustraci nieudacznicy, bez planu, programu, bez systemu wartości, który umożliwiłby skuteczną opozycję, walkę. Jakby całe pokolenie wkraczające w dorosłe życie było zupełnie niegotowe na sprostanie wyzwaniom nie tylko tu i teraz ale zawsze i wszędzie.

Tu nie ma tych, którzy mają rację. Są ci, którzy mają władzę i ci, którzy jej nie mają. To bezkształtna, prymitywna ludzka pulpa pozwalająca bezwolnie kształtować się na obraz i podobieństwo nowej generacji niewolników. Pokolenia zarządzanego STRACHEM. Gdzie każdy walczy z każdym, osłabiając siebie. A wszystkim tak naprawdę chodzi tylko o przeżycie, robienie, co się chce po bezstresowym wychowaniu bez rodziców, bez prawdziwych autorytetów. Bez jakiejkolwiek wiary lub z płytką, prymitywną wiarą podszytą interesem osobistym. Straszenie rządami PIS-u nie jest już skuteczne. Dziś Polak boi się wroga zewnętrznego. Nie dostrzega tego rozbudzonego w nim samym.

Sztuka to jest o stanie naszej dzisiejszej demokracji w wydaniu szyderczym, bluźnierczym. O społeczeństwie, które jak stado baranów prowadzić się daje na skraj przepaści. Widzimy zagrożenia, nie diagnozujemy przyczyn. Robimy wiele hałasu o nic, bo nic nie jesteśmy w stanie skutecznie wywalczyć. Akceptujemy przyzwolenie na  głupotę prowadzącą do samo ubezwłasnowolnienia. Bagatelizujemy brak doświadczenia w budowaniu i obronie społeczeństwa obywatelskiego, nie mamy umiejętności słuchania siebie nawzajem, prowadzenia merytorycznej rozmowy, dialogu, nie umiemy wypracować konsensusu, zawierać porozumień, podejmować działań koncyliacyjnych. Pewnego zadowalającego poziomu demokracji nie można osiągnąć z dnia na dzień a nawet po wielu latach. Obecnie trwa galimatias skrajnych przeciwieństw, dominuje feeria ścierających się, zwalczających kontrastów.

Kontrowersje dotyczące tego spektaklu nie wynikają z epatowania golizną, ostentacji wulgaryzmów, obecności przemocy, ośmieszania rządzących, wierzących w Boga czy prezesa, świętości, brutalnego atakowania widzów ale grzechu pierworodnego założeń formalnych sztuki polegających na zaangażowaniu jej w walkę ideologiczną, nakreślającą wyraźne, zamknięte, uszczelnione podziały, strefy oddziaływań i wpływów. To teatr polityczny na poziomie stereotypów: mentalnych, osobowościowych, prymitywnych zachowań i argumentacji. Jednoznacznie stygmatyzujący, oceniający, z gotową, narzucaną, mimo pozornie równo rozłożonych racji, diagnozą. Nie sugeruje, nie daje do zrozumienia a łopatologicznie wali po łbie /plastikową butelką, strzela z pistoletu/. Wypada to dramatycznie moralizatorsko. Naiwnie. Populistycznie. Z jednoznaczną puentą, nie podlegającą dyskusji projekcją przyszłości. Autor, jak jego bohaterowie sztuki miedzy sobą, nie potrafi nawiązać rozmowy z widzami, którzy od razu, zgodnie ze swoją opcją polityczną, religijną, itd., stają po którejś z dwóch stron, bo tylko takie są przedstawione. Nie trudno przewidzieć, że jednym się bardzo będzie podobać/standing ovation/, inni będą odprawiać egzorcyzmy, negatywnie oceniać sztukę i jej autora. Przedstawienie nie nawiązuje kontaktu tylko pozycjonuje, dzieli widzów. Pozornie rozkłada racje po równo, ale i tak wiadomo, po której jest ona stronie. Z katastrofą na horyzoncie. Ha ha, pif paf. Sztuka pokazuje rzeczywistość ale wybiórczo, karykaturalnie i jeśli przyjmiemy, że wartościuje to niestety z oczywistym wskazaniem. Nie ufa widzom. Myśli i puentuje za nich. Dosłownie, dosadnie. Tak na wszelki wypadek, by inaczej niż autor/reżyser sugeruje, nie wybrzmiała.

Chce wstrząsnąć, sprowokować a tylko może zirytować lub śmieszyć. Wizualizacja bezsilności, całkowitej bezradności, braku dojrzałości tych, którzy już za chwilę będą decydować o przyszłości, kondycji całego kraju jest trudna do zniesienia. Jeśli tak wygląda współczesny chocholi taniec narodu-młodych rozedrganych, wirujących cały czas w takt techno- to polska krew jest śmiertelnie zatruta. Otumanieniem, otępieniem, idiotycznym stylem życia i brakiem aspiracji poza biologicznym zaspokojeniem, trwaniem. Tu tylko głupota konfrontuje się z głupotą. Przemoc z przemocą. Pożądanie z konsumpcją przeciw zdrowemu rozsądkowi. Wydaje się, że nie potrzebujemy wrogów zewnętrznych, bo od zawsze hoduje każdy z nas wroga w samym sobie. Z mlekiem matki historii, batem religii ojca, antysemityzmu, rasizmu i innego każdego bękarta "izmu".

Młoda demokracja, w jakiejś wypaczonej, spotworniałej, wynaturzonej  zdaje się formie, niedojrzały szczeniacki naród całkowicie bezwolny, zatracający się w szaleństwie narzucania swoich racji nie potrafiący się porozumieć sam ze sobą, zmierzający do wojny domowej oto sensacyjne konstatacje sztuki. Przed nami apokalipsa samozagłady. Zamknięci, odrażający, głupi i źli niszczymy siebie, podporządkowujemy się temu, który ma władzę. Jesteśmy władzy ulegli. A jedyną stosowaną bronią jest obśmiewanie, szyderstwo, mowa nienawiści, zawiści, podłości. W imię Boga, honoru i ojczyzny przeciw martwemu Bogu, braku honoru, braku ojczyzny. Patriotyzm, tradycja, tożsamość to pojęcia nawet nie obce, co puste, obsceniczne, wyjałowione. Martwe.

Jaka jest prawda o Polsce, Polakach? Każdy z nas "filozuje" na ten temat i coraz chętniej przywdziewa maskę hipokryzji. Może nawet już jest tak, że w ogóle jej nie zdejmuje. Co innego mówi, co innego myśli. Nie akceptujemy siebie nawzajem, swoich słabości, niedoskonałości, błędów. Niewiele tak naprawdę wiemy. Większość z trudem wiąże koniec z końcem. Słowo ze słowem. Zdanie ze zdaniem. Myśl z myślą. Rejestr przedstawionych zaniechań, win jest tak długi, że nie daje żadnej nadziei. Może być tylko eskalacja. Nie ma przyznania się do winy, nie ma kary, nie będzie też wybaczenia i porozumienia. Ten naród małoduszny, obojętny, cyniczny niechybnie sczeźnie. Po tak postawionej diagnozie każdy wyjdzie ze spektaklu ze swoją tylko najracniejszą racją. Zbulwersowany lub zadowolony. Gotowy na bój/?/. Niekoniecznie dowiemy się, co tak naprawdę o sztuce sądzi. Niewykluczone, że opinię będzie modyfikował zgodnie z poglądami, sympatią polityczną rozmówcy. Tak to bywa gdy sztuka jest z określonej opcji politycznej. W wypowiedziach autora interwencyjna na cito. Z kontrowersyjną tezą. Trudno wymagać wtedy dyskusji merytorycznej, bo dyskutanci sytuują się jednoznacznie po stronie emocji.

Spektakl jest niesłychanie dynamiczny.  To maraton tańca samotnych ludzi w związkach, w który wpisane są kwestie, dialogi, komentarze, kolejne sceny spotkań i konfrontacji. Aktorzy zachowują  galopujące katorżniczo tempo, by nie wytracić narzuconego  rytmu galopującego czasu. Nie jest łatwo, bo wymaga to nieprawdopodobnej kondycji. Zwłaszcza, że muszą budować napięcie, pokazywać zmienne stany nastroju i świadomości, narastające emocje bohaterów. Odważnie wchodzić w interakcje z widzami, prowokować ich. Budzić z bezpiecznego letargu widza=obserwatora podglądacza. Rzeczywiście ruch sceniczny to jeden z głównych moderatorów manipulacji teatralnej. Ważny język wypowiedzi tej sztuki. Wyzwala emocje. Wprowadza nerwowość. Nastraja. Opisuje stan psychologiczny postaci. Taniec, ruch ciała, gest ilustruje i buduje. Budzi sympatię lub antypatię u widzów.  Silnie działa. Jest naprawdę ważny i świetnie spełnia swoją funkcję. Doskonały pomysł, by treść, która podkreśla brak komunikacji międzyludzkiej, podbić mową ciała.

Po obejrzeniu spektaklu mamy wiedzieć, że polska krew jest zepsuta. Zainfekowana. A ciało, w którym płynie  przejawia objawy poważnej choroby. Niewykluczone, że natury psychicznej. Ciało domaga się ciała.  Myśl niekoniecznie karmi się myślą. Czyn jest prymitywny, instynktowny, intuicyjny. Chyba, że diagnoza autora jest błędna. Symptomy zakłamane. A interpretacja artystów poprowadzona po bandzie samonapędzającego się stereotypu, powierzchowności, prostych konstatacji, łatwych uzasadnień. W egzystencjalnym, konsumpcyjnym speedowaniu współczesnym. Bo to, co się dziś dzieje, nie może być takie proste. I na pewno nie jest. Sztuka obnaża lęki, frustracje, bezsilność. Wywołać ma strach, konkretną reakcję na swój manifest ruszenia z posad. Ale pokolenie wychowane bez wiary albo w wierze w fałszywego Boga jest całkowicie pozbawione woli walki. Straciło instynkt. Obejrzy sztukę, pofuka, pokontrowersuje i szybko się przystosuje. Ulegnie. Tego się boi autor. Ale chyba naszym przeznaczeniem jest uległość. Starsze pokolenie jest wypalone, zmęczone, pozbawione złudzeń. Młode nie potrafi walczyć. Potrafi rozrabiać. Bawić się. Szaleć. Robić wiele hałasu. For fun a nie dla zmiany świata.

Temat kondycji polskiej demokracji jest gorący. Autor i reżyser, Przemysław Wojcieszek, jednoznacznie wojowniczo opozycyjnie zdeklarowany. Walczy sztuką. Pięknie, kurwa, pięknie walczy jak umie. Aż trudno uwierzyć, że teatr do tej pory dezerterował, nie podejmował bieżących problemów. Zapowietrzył się, zakrztusił, zastygł w oczekiwaniu bojąc się o przetrwanie. Chyba tylko kabaret obrabiał,  obśmiewał, drwił, kanalizował bieżące frustracje. Ku zmniejszeniu napięcia. Upuszczenia chorej, skażonej krwi. Polskiej krwi.

Spektakl nie rezygnuje z kabaretowego tonu, kreślącego wykoślawiony, karykaturalny stereotyp mentalności Polaka popaprańca. Pokazując podziały, które dobrze znamy z realu życia społecznego, politycznego, konstytuuje je i pogłębia. Wynaturza. Obśmiewa. Kieruje broń w publiczność. Atakuje agresywnie szantażem emocjonalnym podpierając go wybiórczymi faktami historycznymi. Co jednych śmieszy, innych oburza. I o to chyba chodzi autorowi/reżyserowi, który wcześniej już w mediach zinterpretował, omówił swoje sceniczne dzieło, uzasadniając je osobistym stanem ducha.

A więc katastrofa, apokalipsa wewnętrzna przed nami.  I co my, widzowie, z tym zrobimy? Autor chce, byśmy walczyli z koktajlem Mołotowa w ręce. Przeczekać się tej demolki nie da. Znów trzeba się jasno, dobitnie określić, zaangażować i walczyć. Ale sam udowadnia, że nie ma potencjału frustracji, poziomu gniewu i niezadowolenia, by dziś było to możliwe. Emigracja wewnętrzna w nowej formie już trwa, emigracja zewnętrzna przy szalejącym terroryzmie będzie coraz mniej popularna i praktykowana. Świat zarządza strachem. Ale nic dziwnego, do tej pory było to skuteczne. Dlaczego nastąpiło załamanie tego sposobu oddziaływania na ludzi w ostatnich wyborach w Polsce, nie dowiedzieliśmy się ze sztuki. Pewnie świeży, większy, nowy, zewnętrzny strach/niekontrolowana migracja/ pokonał ten stary a jednak swój, wewnętrzny, oswojony/rządy PiS-u/. Autor też nie znajduje innych powodów poza egoizmem, gnuśnością, obojętnością narodu a właściwie głównie młodych Polaków. Dlaczego liberalna opcja przegrała i nadal przegrywa? Nie wiadomo. Bo, to że jest znudzona, to za słaby argument. I chyba nieprawdziwy. Przyczyn jest znacznie, znacznie więcej.

Jest wiele sposobów umierania. Najgorszy z nich to żyć dalej. Ze świadomością, że jedyne, co można zrobić, to pójść na wybory i zagłosować. Wszystkie inne wysiłki to jedna wielka beka. Śmiech na sali. Wymachiwanie szabelką, moherem, krzyżem/tu rewolwerem/. Przekonajcie się sami. Warto. Warto przyjrzeć się tej szczeniackiej demokracji, która tańczy jak jej na to pozwalamy. Na scenie młodzi bohaterowie nowych wspaniałych czasów wolności, równości i braterstwa tańczą cały czas. Taniec św. Wita. Chocholi taniec. Wpadkę demokratkę. Pokolenie zdezorientowanych, otumanionych frustratów miażdżonych przez polityczne siły interesów w istocie nie ma sił i środków stanowienia o sobie samym. Jest wiele sposobów umierania demokracji. Najgorszy z nich to żyć dalej. O tym jest sztuka. Jednoznacznie politycznie zaangażowana. Z tezą. Impotencją ciała i ducha. Niewydolnością serca i rozumu. Czucia. Talentu.

Jedni będą ten mocny, gorzki, polityczny spektakl odsądzać od czci i wiary i się obrażą , drudzy się w nim przejrzą, z nim utożsamią, potraktują jak argument. Cokolwiek się zdarzy, nikt nie będzie mógł powiedzieć, że sztuka, tym razem sztuka teatru milczy. Jest nieobecna w przestrzeni dyskusji politycznej na fundamentalne dla Polaków tematy. W całej swej chropowatej, niewygodnej, kontrowersyjnej niedoskonałości. Pretensjonalnej, uproszczonej formie, bluźnierczym, krytycznym przekazie, miałkości argumentacji. Jednak "..nie można się bać. Nie można się, kurwa, bać" pisać i mówić, co się tak naprawdę czuje i myśli. Cokolwiek innego na ten temat inni czują i myślą. Nie można milczeć. Nie można nic nie robić. Nie można się poddać. Ulec. Naprawdę nie można? Przekonajcie się osobiście. Sami zobaczcie, osądźcie, wyróbcie sobie zdanie. Sztuka, teatr, artyści czekają. Powodzenia:)

Następne spektakle już 17, 18, 19 sierpnia o godzinie 19.00.:)/ https://www.facebook.com/events/153326411768857//

*http://www.trzyrzecze.pl/#!to-jest-wojna/ke7wc


POLSKA KREW

tekst i reżyseria: Przemysław Wojcieszek
scenografia i kostiumy : Bracia 
muzyka: Filip Zawada 
światło: Zofia Goraj 
choreografia: Małgorzata Rostkowska
obsada: Adrianna Jendroszek, Natalia Łągiewczyk, Ewa Jakubowicz, Kacper Sasin, Michał Surówka 

premiera 5 sierpnia 2016 r.

Teatr TrzyRzecze w Warszawie.

zdjęcie: strona internetowa Teatru TrzyRzecze

wtorek, 26 lipca 2016

JAK WAM SIĘ PODOBA SZEKSPIR W PARKU IMKA



Od razu informuję: mnie się podoba. Ta prostota, ta kongenialna z zamysłem autora inscenizacja. Na łonie przyrody, w parku, w centrum miasta stołecznego Warszawy, w całości, znaczy że bez skrótów, cięć, tekstowych kolaży, toksycznych intelektualnych łamańców, przesuwania akcentów, kosmicznych interpretacji, konotacji, odjazdowych pomysłów formalnych, wydumanych wariacji. Bez dekoracji, góry rekwizytów,  w prostym czarno białym kostiumie /białe bluzki, koszule, czarne spodnie o różnej długości z różnicującym postacie akcencie jakby białe kołnierzyki po pracy w korporacji wieczorem wyżywali się robiąc w końcu to, co im naprawdę w duszach gra i śpiewa, jakby sztuka im przywracała siły do walki i życia/, chyba bez charakteryzacji z piosenką na ustach gdy tego akcja wymaga. Tak, to gratka. Nowa wakacyjna tradycja. Szekspirowski parkowy start up. Brawo!!!

Podoba mi się to uwolnienie widzów, którzy absolutnie taktownie robili, co chcieli. Na trawie, na leżakach, na poduchach spali, chodzili, jedli, pili, rozmawiali, wchodzili, odchodzili i wracali. Komórki włączali, wyłączali świat prawdopodobnie tym niepoprawnym zachowaniem ratując. Niektórzy od początku do końca stali/ponad trzy godziny/. WOW!!!Mali i duzi, dzieci i dorośli, koneserzy teatru i teatralni neofici. Rodziny pełne i niepełne, towarzystwa umówione, skrzyknięte, przypadkowe. Widzowie spontaniczni i nałogowi. Cudowna mieszanka świeżego spojrzenia z przejrzałą, zmurszałą wiedzą o dziele, o Szekspirze, o teatrze. Gdy zapachy, odgłosy miasta, szumy, hałasy oraz różne inne dźwięki wdzierały się niegroźnie brutalnie w teatralny soudtrack. Także naturalne zmiany oświetlenia fundowane przez zachodzące słońce, wschodzący księżyc, sztuczne światło. I temperatura spotkania tworzyła niezwykły, niecodzienny nastrój, zmuszając widzów do otulania ciała kocem. Uśmiechy jednak nie gasły. Rosła radość i satysfakcja ze spotkania z tym, co się lubi najbardziej: dobrze zainscenizowaną sztuką klasyczną, wakacyjną atmosferą, miłym towarzystwem.

Błogo było. I zabawnie. Cudownie swobodnie. I profesjonalnie teatralnie. Szekspir zrozumiały, mądry i błyskotliwy. Inspirujący. Wiecznie żywy, wiecznie  młody w tłumaczeniu poetycznym, dynamicznym Stanisława Barańczaka. Ku pokrzepieniu i do myślenia poprzez śmiech i łzy. Poprzez prostotę inteligentnego tekstu, nieskomplikowanej fabuły, jasnego przesłania i nie przeszkadzającej interpretacyjnej nadbudowy, która by go więziła i zaciemniała. Talenty aktorskie, solidna robota reżyserska, realizacyjna sprawność uczyniła Szekspira klarownym, dowcipnym, jasnym jak otwierające się niebo gwieździste nad nami konstytuujące prawo moralne i miłość do sztuki w nas. W guście, w estetyce, na poziomie każdego widza.

Bawił i Szekspir fabułą swej komedii, i aktorzy sztuką swej profesji. Łukasz Lewandowski siłą swego talentu i dojrzałości warsztatowej, Bartłomiej Kasprzykowski świeżością interpretacji swej komediowej roli, pozostali wspaniali godnie, z szacunkiem i adekwatną atencją do granych postaci, ich pozycji i roli w komedii. Dziewczyny urodą, wdziękiem, sprytem i inteligencją zachwycały. Teatralna uczta w Domu Słowa Polskiego była wyśmienita. Teatr IMKA w plenerze doskonale się sprawdził. Magia sztuki działała!!!

A jak Wam się podoba? Szekspir w parku. Wstęp wolny.


JAK WAM SIĘ PODOBA WILLIAM SZEKSPIR
Tłumczenie:Stanisław Barańczak
Reżyser: John Weisgerber
Asystent reżysera: Areta Nastazjak
Kompozytor: Marcin Nierubiec
Kostiumy: Katarzyna Rysiak
Zdjęcia: Michał Ignar
Choreografia: Paulina Andrzejewska
Producent: Ewa Jedynasty
Asystent producenta: Maja Szopa

OBSADA:
Książę - Wojciech Machnicki
Fryderyk - Antoni Barłowski
Amiens - Wojciech Sikora
Jakub - Łukasz Lewandowski
Oliwer - Bartłomiej Magdziarz
Jakub / Dionizy / Walenty - Łukasz Kurczewski
Orlando - Jacek Knap
Le Beau - Bartłomiej Magdziarz
Karol / Ambroży / Hymen - Dominik Bąk
Adam - Zbigniew Borek
Lakmus - Bartłomiej Kasprzykowski (dublura Bartosz Mikulak)
Koryn - Stanisław Banasiuk
Sylwiusz - Sebastian Bieżyński
Rozalinda - Hanna Konarowska
Celia - Diana Zamojska
Febe - Helena Chorzelska
Anielka - Kamila Bujalska



poniedziałek, 25 lipca 2016

KACI MARTIN McDONAGH NATIONAL THEATRE LIVE

Kaci w Multikinie konkurs

KACI to napisana w 2015 roku  czarna komedia  Martina McDonagha , którą polscy widzowie mogli obejrzeć w ramach cyklu "Sztuka brytyjska na wielkim ekranie" w sieci Multikina. To wypowiedź artysty na temat  poczucia sprawiedliwości w kontekście zniesienia kary śmierci przez powieszenie oparta na wnikliwej obserwacji  codziennego życia zwyczajnych ludzi, obywateli małej angielskiej społeczności/miasto Oldham na północy Anglii/. Zderzenie wielkiej polityki z małą apokalipsą codzienności.

Wszystko zaczyna się w celi skazanego na śmierć mordercy kobiet, gdzie za chwilę ma być wykonany wyrok przez powieszenie, tyle tylko, że cały czas skazaniec opiera się, broni przed strażnikami twierdząc, że jest niewinny. Kat robi swoje nie biorąc pod uwagę domagającego się sprawiedliwości młodego mężczyzny, co kończy zaistniałe zamieszanie. Wyrok zostaje wykonany. Za chwilę dowiadujemy się, że kat, dumny z siebie, próżny i pyszny, traci posadę. Ale lądowanie ma miękkie, bo prowadzi z żoną rodzinny interes, pub, w którym spotykają się stali bywalcy, by odetchnąć, pogadać, wypić piwo w męskim towarzystwie. To tu toczy się dalsza akcja, która pozwala poznać bliżej miejscowe klimaty, losy i charaktery bohaterów. Kontekst zdroworozsądkowej interpretacji kary śmierci. Odpowiedzialności karnej za popełnione czyny.

Bohaterowie znają się doskonale, pozwalają sobie na wiele we wzajemnych relacjach. Duma, poczucie wyższości, kompleksy, flegma angielska jednocześnie komplikują i obnażają sytuacje, charaktery, poglądy. Doskonała zabawa widza możliwa jest dzięki perfekcyjnemu tekstowi operującemu żywym językiem, pełnemu wnikliwych obserwacji zachowań,  znajomości życia, miejscowych zwyczajów, rytuałów mieszkańców brytyjskiej prowincji. W błyskotliwych, pełnych angielskiego humoru dialogach mieszają się sprawy intymne i osobiste, rodzinne i społeczne. Bezbłędnie zagrany spektakl przez znakomitych aktorów budujących postaci z krwi i kości śmieszy i pozwala poznać specyfikę lokalnej mentalności.

Mamy bowiem do czynienia ze ze społecznością prostych ludzi. Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Każdy zna swoje miejsce. Choć w swym życiu bohaterowie sztuki niewiele osiągnęli, karier nie zrobili, są ludźmi raczej biednymi, przeciętnymi, to jednak razem im się dobrze, bezpiecznie ze sobą żyje. Pracuje i odpoczywa. W pubie przekomarzają się, przechwalają z nudów i małych, niegroźnych próżności, bo nie czyni to nikomu większej przykrości, krzywdy i upokorzeń. Załatwiają sprawy między sobą. Są solidarni, mądrzy na miarę własnych potrzeb i możliwości. Poczciwi, skazani na siebie nie wstydzą się swoich przywar, nawyków, niedoskonałości. Nie są w stanie się nawzajem zranić. Szanują się według zasług i zajmowanej pozycji. Przeżywają zwyczajne szczęście i zwyczajne troski. Doświadczają zwyczajnych nieszczęść.

Charakterystyka bohaterów w ich własnym środowisku pokazana lekko, z poczuciem humoru, z przymrużeniem oka to duża wartość sztuki. Trzeba być jednym z nich, trzeba być częścią tego świata, by móc go tak finezyjnie nam pokazać. Martin McDonagh napisał sztukę ze zdumiewającą dbałością o szczegół a reżyser Matthew Dunster doskonale realistycznie pokazał. I mimo, że świat w teatrze przedstawiony opowiada o szczególnym miejscu i ludziach, to dzięki pietyzmowi artystycznego przekazu uzyskuje walor uniwersalny. Odnajdujemy w nim ślady własnego życia, charakterów, słabości, trosk, obaw, tęsknot, problemów. Sztuka uczy przy okazji wyrozumiałości i dystansu patrzenia na własne życie. Sugeruje, że nie należy przejmować się ponad miarę i nie martwić na zapas. W solidarności ludzkiej trzeba szukać spokoju i ukojenia. Umiejętność śmiania się z siebie to skuteczne lekarstwo.  Wybaczanie, akceptowanie, wzajemne zrozumienie gwarantuje znośną egzystencję. Naturalnie pojmowana sprawiedliwość i porządek  zaspokaja potrzebę poczucia bezpieczeństwa. Bo przecież nikt nie jest doskonały a los zawsze sprawiedliwy.

Scenografia -cela więzienna, pub połączony z mieszkaniem właścicieli, cafe bar -przenosi real na scenę. Kostiumy adekwatne są do miejsca i czasu akcji. Fantastyczne, perfekcyjne aktorstwo tworzy ostateczny wyrazisty  styl i formę sztuki. Po prostu wszystko jest na swoim miejscu. Z finezją o mocy naturalności ale i z błyskiem maniery czarnej komedii. Nie mamy wątpliwości, że to tylko sztuka. Jednak sztuka o prawdziwych, konkretnych korzeniach wrośniętych w wymierne, realne życie. To jest bardzo brytyjska inscenizacja o bardzo zwyczajnym, prostym człowieku, nieodrodnym synu lokalnej społeczności, który zderza swoje OSOBISTE, INDYWIDUALNE poczucie rozumienia winy i kary z tym wielkim, stanowionym, obowiązującym PRAWEM I SPRAWIEDLIWOŚCIĄ.