sobota, 31 maja 2025

45.WST: CZUJĘ WSTYD, ŻYJĄC W TAKIM ŚWIECIE TEATR IM.ALEKSANDRA FREDRY W GNIEŹNIE

 


CZUJĘ WSTYD, ŻYJĄC W TAKIM ŚWIECIE, spektakl wyreżyserowany przez Wiktora Rubina i Jolantę Janiczak, w opowiadanej historii o Stanisławie Przybyszewskiej porusza istotne aspekty życia artysty, procesu twórczego, promocji i handlu sztuką oraz wynagrodzenia za nią, co umożliwia utrzymanie i dalszą pracę. Oczywiście cały wysiłek ogniskować się winien w uznaniu świata i ostatecznie uzyskaniu statusu nieśmiertelności, zapewnionej twórcy przez jego dzieło.

Tekst Jolanty Janiczak balansuje pomiędzy tym, co materialne i pozamaterialne, twórcze i destrukcyjne. Żeby przetrwać, pracować, szczególnie w pełnej wolności, potrzebne są środki albo empatyczna, stała pomoc otoczenia. Nie sposób tę pomoc przyjąć, gdy proces twórczy, jak w przypadku Przybyszewskiej, wyzwalany był przez cierpienie, samoudręczenie, samotność, które z czasem eskalowały. Doprowadziły ją do choroby, szaleństwa, obłędu. Do śmierci.

A przecież oczekiwania Przybyszewskiej wobec świata nie były wygórowane. Była piękna, młoda, zdolna, u progu kariery pisarskiej. Świat ją zawiódł. Sławny ojciec, Stanisław Przybyszewski, odrzucił, ignorował, nie kochał córki. Nie odpisywali na jej listy znani, a cenieni przez nią pisarze, szczególnie zależało jej na kontakcie z Tomaszem Mannem. Wydawnictwa mnie drukowały jej dzieła, teatry go nie wystawiały, jak tego oczekiwała. Czuła się niedoceniona, niechciana. Odkryła własny sposób na pobudzenie umysłu, natchnienia. Karmiła ducha, głodząc na śmierć ciało. Stan osłabienia fizycznego uruchamiał u niej wenę twórczą, ale z czasem budził też demony, majaki, halucynacje. W spektaklu pojawia się wymarzony ojciec, empatyczny, zatroskany, czuły opiekun - autorytet. Towarzyszy jej widmo Robespierre'a, który zawsze był jej inspiracją i fascynacją, idealnym bohaterem. Obecny jest zmarły mąż, początkujący niedoceniony artysta, który przedawkował w Paryżu morfinę. Nie opuszcza jej też nauczycielka Zofia, która mieszkała obok jej rozpadającego się baraku i do końca z poświęceniem i oddaniem się nią opiekowała. Jednak Przybyszewska traktuje ją obcesowo a nawet wrogo - jakby jej przeszkadzała, jakby jej nie potrzebowała. Rozczarowana, zgorzkniała, wściekła na siebie i cały świat traci kontakt z rzeczywistością. I choć jest wycieńczona, odrzuca wszelką pomoc.

Uparcie twierdzi, że czuje wstyd, żyjąc w zimnym, wrogim, bo obojętnym na nią i jej twórczość świecie. Głuchym na to, co ma mu do powiedzenia. Zrezygnowana, pozbawiona wszystkiego, co było dla niej ważne - dumna i bezkompromisowa - do końca pozostała wierna sobie, wybranej strategii twórczej. Zgorzkniała, rozżalona, w obłędzie odrzucała wszystko, co było materialne, zawodne, ulotne. Straciła urodę, godność, dobre imię i przekonana była, że to nie jej lecz świata wina. Gardząc nim, swym odejściem go ukarała. Miała zaledwie 34 lata i ważyła 30 kilogramów.

Spektakl redukuje świat do przestrzeni zimnej, pustej, nieprzyjaznej (scenografia i wideo Łukasz Surowiec). Biel wszędzie zalegającego śniegu, ekrany z obrazami płomieni - energetycznych, ale nie dających przecież ciepła, malutki, rozpadający się, zagracony barak sklecony z pustych okien, ogromny ekran, na którym wyświetlana jest lista potrzeb (zakupów) i rezygnacji (skreślone pozycje) wizualizuje materialny świat, w którym żyją bohaterowie- figury artystów a może też ludzie tacy sami jak my dzisiaj. Michał Czachor, występujący w spektaklu gościnnie, gra Stanisława Przybyszewskiego,  który jest świadomy swojej kondycji artystycznej. Zna swoją wartość, korzysta ze sławy. Realnie ocenia rzeczywistość, twardo stoi na ziemi. Aktor ma niełatwe zadanie - jego bohater jest cyniczny i praktyczny, brutalny i czuły. Obecny i nieobecny. A jednak zawsze ujmujący i uroczy. Joanna Żurawska gra Przybyszewską na skraju załamania nerwowego, usilnie udowadniającą swoją krzywdę i stosunek do niej. Jest pobudzona, nerwowa, egzaltowana. Ciągle przekonuje samą siebie o słuszności swojego postępowania. Cierpiąca i czerpiąca z tego siłę. Jednocześnie świadoma znikomości swoich wysiłków. Aktorka gra całą sobą, szczerze, ekspresyjnie, czym wyzwala współczucie dla młodej kobiety i żal za tym, co mogła jeszcze napisać. Budzi zażenowanie, że ulegając systemowi, który nie potrafi ocalić tego, co najcenniejsze, wiedzie nas, ludzi, ku zagładzie. Jak Przybyszewska samą siebie.   

Sztuka ma konstrukcję uproszczoną, bo redukującą wydarzenia, rugującą szczegóły, które mogły mieć wpływ na prawdziwy los i charakterystykę głównej bohaterki. Spektakl kondensuje relacje świat - jednostka, związek przyczyna - skutek, zależność życie - twórczość. Tworzy przybliżone, możliwie wiarygodne charakterystyki osób, ich związki, by uzasadnić tezę o bezsilności artysty, który swoją twórczością pragnie skomunikować się z ludźmi, by coś ważnego, jego zdaniem, im przekazać. Świat jest obojętny (system, instytucje, polityka) i walczy o zachowanie swojego status quo. Nie jest zainteresowany rewolucyjnymi zmianami, do których mogłaby doprowadzić działalność artysty. Wstyd to za mało, by można było cokolwiek zmienić. By dało się coś wskórać. Za mało.

CZUJĘ WSTYD, ŻYJĄC W TAKIM ŚWIECIE

reżyseria: Wiktor Rubin
tekst, współpraca reżyserska i dramaturgia: Jolanta Janiczak
scenografia i wideo: Łukasz Surowiec
kostiumy: Rafał Domagała
muzyka: Krzysztof Kaliski
reżyseria światła: Monika Stolarska

obsada: Kamila Banasiak, Joanna Żurawska, Michał Czachor (gościnnie), Maciej Hązła, Michał Karczewski

fot. D. Stube/ mat. organizatora


sobota, 24 maja 2025

45.WST: BĘDZIE TRZEBA, TO PÓJDĘ NA WOJNĘ TEATR DRAMATYCZNY, SCENA PRZODOWNIK

 

BĘDZIE TRZEBA, TO PÓJDĘ NA WOJNĘ to kameralny, skromny monodram o wojnie i kobietach na wojnie. W Ukrainie. O wojnie, która nie jest ani lokalna, ani wzniosła, ani możliwa do uzasadnienia, bo zła nie można wytłumaczyć, pojąć, obronić. Wydaje się, że nigdy się nie skończy. Nie słabnie  agresywne, militarne natarcie Rosji. Trwa gra na wyniszczenie Ukrainy, na zmęczenie, złamanie ducha i woli Ukraińców. A świat zamyka oczy i kalkuluje. I czeka. 

Ciemna przestrzeń sceny "uzbrojona" jest jedynie w instrumenty muzyczne w jej centrum, prowizoryczny namiot gdzieś z boku, niezbędne przedmioty (latarka, plecak) i symboliczne lotnisko dla mini drona. Jedynie olbrzymi ekran poszerza pole widzenia. Wyświetlany film prezentuje fragmenty codziennego życia młodej dziewczyny w obozie przejściowym, jej przygotowania do walki w ekstremalnie surowych warunkach (scenografia, kostiumy, światło, wideo Karoliny Pawelczyk). Brakuje wszystkiego - jedzenia, picia, możliwości kąpieli, snu, a przede wszystkim bratniej duszy. W dodatku wojna wyzwala w ludziach wszystko, co najgorsze. Sprawdza wydolność fizyczną, testuje odporność psychiczną. Relacje między żołnierzami są trudne, zachowania prostackie, traktowanie szorstkie. Zwłaszcza kobiety źle to znoszą. Hartowane na polu walki w rygorze bezwzględnego patriarchatu, który je gnębi, upokarza, bada ich odporność na grubiaństwo, samotność, wykluczenie. Ubezwłasnowolnione przez procedury, nakazy, zakazy muszą walczyć i przetrwać, co jest piekielnie trudne, bo amunicji i sprzętu ciągle brakuje. Ale determinacja i hart ducha je nie opuszcza. Spektakl pokazuje jak bardzo silna jest wola walki, jak bardzo świadoma jest decyzja o udziale w niej młodej, wykształconej, znającej świat dziewczyny, publicystki, autorki reportaży i książek, aktywistki. Mogłaby przecież spokojnie żyć w Polsce razem z siostrą, która jest przerażona jej udziałem w walkach.

Agata Różycka w roli kruchej, delikatnej, subtelnej Lastivki (Jaskółka) jest przeciwieństwem brutalności, okrucieństwa, cierpień wojennych, których doświadcza, które musi znosić i pokonać. Jest naturalna i niepozorna, niczym się nie wyróżnia. Nie budzi skrajnych uczuć. Jej narracja, której źródłem są listy i materiały dokumentalne, jest osobistym wyznaniem. Wydaje się oczywiste, że taka jest naprawdę. Nie ma w jej zachowaniu udawania, w postawie fałszu, w relacji ani patosu, ani uniesienia. Bez emocji opowiada o tym, co naprawdę czuje, co faktycznie przeżywa. Nie ukrywa, że to, co robi i to, czego doświadcza jest dla niej nowe, obce, trudne. Boi się o przyjaciółkę, gdy ta nie odbiera telefonu, a która podobnie jak ona jest na wojnie. Niepokój, niepewność jutra, fizyczne i psychiczne zmęczenie nigdy jej nie opuszcza. A jednak potrafi przetrwać najgorsze dla niej chwile, zachować przekonanie o słuszności podjętej decyzji. Jak twierdzi, daje radę. 

Lastivka wchodzi na scenę w bogatej, strojnej sukni z trenem jakby w otulinie świata, który podkreśla jej naturalną niewinność i piękno kobiecości. Na wojnie, w lesie ta cywilizacyjna zbroja stanie się namiotem dającym prowizoryczne schronienie. Przez jakiś czas dziewczyna pozostanie w samej bieliźnie samotna, bezbronna i słaba. Wkraczając w rewir walki bezpowrotnie straci wszystko, co było jej dotychczasowym życiem i co doprowadziło ją do podjęcia decyzji o udziale w wojnie jakby rodziła się na nowo. Mentalność człowieka, cele i sens działania w czasie pokoju są sprzeczne z tymi, które zaskakują i wymuszają w nim zmianę swą koniecznością w czasie wojny. Tak było z Lastivką, patriotką a może naiwną czy szaloną dziewczyną, która tak naprawdę nie zdawała sobie sprawy na co się porywa. A jednak zdumiewa jej odwaga, determinacja, ambicja, by zmierzyć się nie tylko z Rosjanami, wrogo do niej nastawionym otoczeniem, ale i ze samą sobą. 

Cieszę się, że Magda Szpecht, która napisała scenariusz razem z Szymonem Adamczakiem, również autorem dramaturgii i światła, wyreżyserowała tak wyciszony, refleksyjny, intymny spektakl. Historia dziewczyny, która z własnej, nieprzymuszonej woli wkroczyła do piekła wojny jest ciekawa. Nie epatuje przemocą, nie wstrząsa - cała przenicowana obawą, strachem, zabijającym myślenie i czucie zmęczeniem. Jest na swój sposób wzruszająca. Jak sentyment Lastivki do miejsc, które kocha, chyba bardzo kocha, bo gotowa jest zaryzykować wszystko, co jej pozostało, a jest najcenniejsze -  niespełnione życie. Ale prawda o motywacjach dziewczyny jest chyba bardziej złożona. Warto do niej dotrzeć. Skutki decyzji pozostają nieznane. Dobrze byłoby je poznać. Powodzenia :)


BĘDZIE TRZEBA, TO PÓJDĘ NA WOJNĘ


reżyseria, scenariusz: Magda Szpecht
dramaturgia, scenariusz, światło: Szymon Adamczak
scenografia, kostiumy, światło, wideo: Karolina Pawelczyk
materiał dokumentalny: współpracowniczka na froncie
współpraca wideo: Michał Rogulski
muzyka, udźwiękowienie: Krzysztof Kaliski
produkcja: Michał Rogulski ÆFEKT
kierowniczka produkcji: Lena Tworkowska
inspicjent: Julian Potrzebny


obsada: Agata Różycka

Fot. Karolina Jóźwiak

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2025: KOFMAN. PODWÓJNE WIĄZANIE NOWY TEATR

 

Sarah/Susanne, główna bohaterka spektaklu KOFMAN.PODWÓJNE WIĄZANIE  utknęła. Z nie swojej winy znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Całe jej życie było walką, którą ostatecznie przegrała. 

Kofman, francuska filozofka, do końca życia była więźniem okrutnej wojny, ofiarą silnych osobowości dwóch matek i patriarchatu. Czuła się mocno związana z biologiczną matką - biedną, niewykształconą, ortodoksyjną Żydówką i równie silnie z przybraną - bogatą, wykształconą katoliczką, Francuzką. Każda reprezentowała inną religię, kulturę, status. Każda miała inną mentalność i strategię na uzależnienie od siebie dziecka, oczywiście dla jego dobra. Nie wyzwoliła się nigdy z traum związanych z wojną- z poczucia śmiertelnego zagrożenia, z panicznego lęku przed opuszczeniem, nie wyciszyła cierpienia z powodu aresztowania ojca i jego śmierci w Auschwitz oraz zerwania kontaktu ze swoją żydowską rodziną. Dręczyło ją poczucie winy, wstydu, a jako kobieta miała zamkniętą drogę kształcenia  i utrudniony rozwój w powojennej rzeczywistości. Pozostawała w klinczu strachu, który przerodził się z czasem w lęk - paraliżujący, ograniczający jej potencjał i rozwój, co ją ostatecznie ukształtowało, uszczelniło i zamknęło drogę do życia na własnych warunkach. Nie wiedziała, kim tak naprawdę jest, bo nie potrafiła stopić spuścizny przeszłości w monolit pewności i wiary w siebie, tak, by samej uporządkować przeszłość, zaplanować przyszłość. Nic nie było w stanie jej pomóc, bo nawet długoletnia terapia nie dawała poprawy jej stanu zdrowia. Poznając jej historię, można dowiedzieć się, jak świat zewnętrzny wniknął w nią i ją zniewolił. Jak destrukcyjnie na nią działał. Ukształtował byt ubezwłasnowolniony przez cierpienie, niepewność i zagrożenie. Walka o przetrwanie i próba życia tak, jak sama chciała wieść dręczyła ją psychicznie i wycieńczała fizycznie. Presja otoczenia i konieczność ulegania mu wypaliły w niej piętno wymuszonego, niechcianego posłuszeństwa. To zapewne ją i fascynowało, i mierziło, ale pozostawała wobec tej sprzeczności do końca bezradna.

Katarzyna Kalwat wyreżyserowała spektakl z właściwym sobie pietyzmem i wyczuciem. Bardzo przejrzysty. Skomponowała opozycję opresji świata i rozbudzonych potrzeb jednostki, której  ciało zawsze gwałtownie reagowało na przeżycia generujące stres. Komunikowało to, czego nie potrafiła lub nie chciała wyjawić. Powstał spektakl wybitny artystycznie i pasjonujący psychologicznie. Oparty na sublimacji, na wykluczającym kompromis współistnieniu walczących ze sobą opozycji, przeciwieństw, kontrastów. Gwarantuje to historia Kofman oparta na faktach  pochodzących z jej autobiografii w opracowaniu scenicznym tekstu Janusza Morgańskiego i Moniki Muskały, realistyczna scenografia Zbigniewa Libery z wizualnym pęknięciem w środku sceny symbolizującym wewnętrzne rozdarcie głównej bohaterki, światło i zdjęcia do filmu Marcina Koszałki, kostiumy Katarzyny Kalwat i Saskii Hellmann. Aktorzy grają swe role fenomenalnie. Doskonała jest Maja Ostaszewska jako Kofman oraz jako narratorka komentująca i uzupełniająca informacje o postaci i jej losach. Wspaniała jest Maria Maj, żydowska mama Sarah, troskliwa, przejęta, ciepła i jednocześnie wymagająca, szorstka, a nawet okrutna. Nieprawdopodobnie silnie hipnotyzuje Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, francuska mama Suzanne, elegancka, wykształcona, skupiona, wprowadzająca dziewczynę w nowy, wspaniały świat, oferujący wolność, rozwój i samorealizację. Podniecająco cudowny i bezwzględnie weryfikujący każdego, kto zechce grać według jego skomplikowanych zasad. Zdumiewa fenomen aktorski, Jacek Poniedziałek - wcielający się z sukcesem w kilka postaci. Intryguje Alicja Strojek. Kamila Wąsik-Janiak wykonuje muzykę Wojtka Blecharza, co czyni spektakl nie tylko nasyconym barwami intensywnych kontrastów, ale i dźwięków wydobywających dodatkowe pokłady wrażliwości. Każda postać jest tu ważna, złożona, pieczołowicie uwiarygodniona, każda kreacja bogata, ekscytująca, pochłaniająca uwagę widzów bez reszty. 

Przypadek Kofman pokazuje, że czasem nie da się spoić w jednię skrajnie różnych religii, mentalności, idei, bo zawsze będą ze sobą w człowieku przeciw niemu walczyły. Podwójne wiązanie generuje katastrofę. W tym wypadku dwa wykluczające się światy wtargnęły w jaźń dziecka i pacyfikowały ją, dzieliły, niszczyły przez całe życie. Wychowanie w rodzinie ortodoksyjnych Żydów wiązało ją organicznie z nakazem przynależności, obowiązkiem religijnym i społecznym, ale jej własne potrzeby, predyspozycje i pragnienia zmuszały ją do respektowania reguł cywilizacji zachodniej, chrześcijańskiej, bo gwarantowały rozwój, dawały nadzieję spełnienia i szczęścia. To kim była i do czego zmuszała ją walka o przetrwanie stało w opozycji do tego, kim chciała być naprawdę. Doświadczenie wojny, śmierci ojca, permanentnego zagrożenia, nieustającej walki o przetrwanie i bezskutecznego poszukiwania drogi do samorealizacji pogłębiały tylko wewnętrzne rozdarcie. Skutkowało to brakiem spójnej tożsamości, brakiem pewności siebie, cierpieniem nie do zniesienia, egzystencją nie do udźwignięcia. Mimo usilnych starań, mimo wszechstronnej pomocy. Po napisaniu bardzo krótkiej  biografii Kofman popełniła samobójstwo. 



KOFMAN. PODWÓJNE WIĄZANIE
reżyseria: Katarzyna Kalwat  
sceniczne opracowanie tekstu: Janusz Morgański, Monika Muskała
scenografia: Zbigniew Libera
muzyka: Wojtek Blecharz
reżyseria światła, zdjęcia do filmu: Marcin Koszałka
kostiumy: Katarzyna Kalwat, Saskia Hellmann
konsultacja choreograficzna: Igor Shugaleev
opracowanie architektoniczne koncepcji scenografii i jej realizacja wizualna: Saskia Hellmann
instrumentalistka: Kamila Wąsik-Janiak

obsada:  Maria Maj, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Maja Ostaszewska, Jacek Poniedziałek oraz Alicja Strojek



wtorek, 20 maja 2025

FESTIWAL LAMENTACJE 2025: DZIADY LIBERTY THEATER W TBILISI

 

DZIADY, spektakl zrealizowany w LIBERTY THEATER w Tbilisi, którego autorem scenicznym i reżyserem jest Andro Enukidze, zaskakuje naturalnym, wyciszonym, intymnym brzmieniem. Jego inscenizacyjna wymowa pozbawiona wzniosłości, patosu, nadmiernych emocji czy udziwnień  stylizacyjnych i interpretacyjnych charakteryzuje się skromnością i prostotą. Dzięki temu jest szczera i przekonująca. Jakże świeża! Jakże inna!

Akcja, chociaż przenosi się z miejsca na miejsce (np. cele, Salon u Nowosilcowa), toczy się zawsze w przygnębiającym więzieniu. Kraty, zgrzebne ściany, proste sprzęty i niewyszukane kostiumy nadają całości surowy charakter (scenografia Teo Kukhianidzego, kostiumy Very Kipiani). Komunikują, że przedstawiają świat zwyczajnych ludzi opowiadających o tym, co się zdarzyło, co ich dotyka i boli, co czują i czego pragną. Z ich przywarami i słabością, z ich pragnieniami i ambicją. Wielka Improwizacja jest bardzo osobistą rozmową Konrada z samym sobą. Z tą cząstką boskości drzemiącą w każdym człowieku, która poprzez proces myślowy i czucia jest świadoma swojej sprawczości i wymaga od siebie samego czegoś lepszego, większego, głębszego. To nie z Bogiem Konrad toczy tu bój o rząd dusz. On wymaga i żąda od siebie. To coś nowego i bardzo przekonującego, bo to każdy człowiek winien brać się do roboty, jeśli chce coś zmienić. Nie może uciec od odpowiedzialności, gdy wszystko zależy tylko od niego. Nie ma wymówek. Bóg nie da, Bóg nie sprawi. Bóg nie załatwi tego, co sam człowiek ma tu na ziemi dla dobra swojego i ogólnego zdziałać. Konrad tu nie filozofuje, nie ulatuje ponad poziomy, nie traci kontaktu z rzeczywistością, ale dokonuje analizy sytuacji, spogląda w głąb siebie i stara się zmobilizować do działania. 

Aktorzy sprawiają się w swych rolach doskonale. Archil Baratashvili (Nowosilcow), Kakha Mikiashvili (ksiądz Piotr) czy Givi Balanchivadze (Konrad), ale też Giga Kakubava (Żegota, Diabeł, lokaj Nowosilcowa) prezentują wyciszonych, skupionych, wyrazistych bohaterów grając powściągliwie, bez bombastycznych efektów aktorskich. Skutkuje to prawdą o narodzie stłamszonym, bezsilnym, samotnym, ale niepozbawionym honoru, walczącym resztką sił o zachowanie godności, o wyzwolenie spod jarzma upokorzenia, przemocy, niewoli.

Taką inscenizację łatwo można by uznać za trywialną, płytką, pozbawioną napędu. Przeciętną i nudną. Pretensjonalną. Ale ona opowiada o życiu i ludziach takich, jacy są. Ja ją nazwę nie romantyczną, ale pragmatyczną. Myślę, że to była dla Polaków niezła lekcja pokory. Ale jest i duma, i radość, że Gruzini mają serca gorące i otwarte na sprawy polskie, z którymi się utożsamiają, uznają za swoje. Że są nam bliscy. Skomponowali DZIADY według klucza, który jest wspólny i zrozumiały zarówno dla Polaków, jak i Gruzinów. Tak, Mickiewicz trafia nie tylko pod polskie, ale i gruzińskie strzechy. 

DZIADY ADAM MICKIEWICZ


Autor wersji scenicznej i reżyseria: Andro Enukidze
Scenografia: Teo Kukhianidze
Kostiumy: Vera Kipiani
Muzyka: Zaza Marjanishvili
Choreografia: Davit Metreveli
Wideo: Marina Salukvadze

OBSADA:
Givi Balanchivadze, Nodar Meladze, Buka Glonti, Giga Kakubava, Otar Ashkareli, Gogi Turkiashvili, Giorgi Piranishvili, Archil Baratashvili, Kakha Mikiashvili, Kakhi Gazdeliani, Nika Kakheli, Lizi Kotrikadze, Giorgi Tsertsvadze, Tekla Sulakvelidze, Mikheil Arjevanidze, Giorgi Jikia, Mamuka Mumladze, Nina Kalatozi, Guga Katsarava, Salome Chulukhadze, Mariam Nadiradze, Khatuna Berdzenishvili, Sofi Khizanishvili, Temur Dvali, Giorgi Gotsadze, Tato Kublashvili, Gregori Laikov (Białoruś), Oleg Amurov (Ukraina)
W nagraniach wideo: Studenci z Państwowego Uniwersytetu Teatru i Filmu im. Szoty Rustavelego w Tbilisi: Nana Javakhishvili, Temur Dvali, Giorgi Gotsadze, Tato Kublashvili

sobota, 17 maja 2025

FESTIWAL NOWE EPIFANIE 2025: NIE SMUĆCIE SIĘ. JA ZAWSZE BĘDĘ Z WAMI TEATR IM. STEFANA JARACZA W OLSZTYNIE

 

Teatralny tandem: Jolanta Janiczak, autorka tekstu i dramaturgii, i Wiktor Rubin, reżyser spektaklu NIE SMUĆCIE SIĘ. JA ZAWSZE BĘDĘ Z WAMI Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie, podjął temat związany z wiarą w Boga. Wykorzystał tu prawdziwą historię objawień maryjnych, które miały miejsce we wsi Gietrzwałd na Warmii, między 27 czerwca a 16 września 1877 roku. Dwunastoletnia Barbara Samulowska i trzynastoletnia Justyna Szafryńska na prośbę postaci, która mówiła do nich w gwarze warmińskiej, wstąpiły do zakonu Szarytek. Sztuka konfrontuje dwie ścieżki doświadczania wiary i podporządkowane im wybory życiowe. Stawia pytanie, co właściwie prowadzi do świętości: pobyt i praca w zakonie, jak wybrała zgodnie ze swoim głębokim przekonaniem i ze swoją naturą Barbara, czy życie wśród zwykłych ludzi, na jakie zdecydowała się dojrzała (trzydziestotrzyletnia) Justyna, po tym jak potajemnie uciekła z zakonu. We Francji wyszła za mąż,  pracowała jako krawcowa. Jej życie owiane jest tajemnicą, bo słabo jest udokumentowane, nie wiadomo więc, co tak naprawdę się wydarzyło. Jej historia sceniczna jest w dużej mierze oparta na spekulacjach. 

Spektakl pieczołowicie kreśli hipotetyczne portrety psychologiczne obu kobiet. Docieka, jaki wpływ na kształtowanie ich charakterów i przebieg życia miało doświadczenie objawienia, reguła zakonu. Czy wiara pomogła w życiu, stanowiła wyzwanie czy może przeszkadzała? Jolanta Janiczak dokładnie rekonstruuje motywacje, odczucia, myśli i czyny Barbary i Justyny, wpływ pobytu w zakonie na ich relacje z ludźmi, na ich całe życie. 

Aktorzy doskonale wywiązują się z niełatwych zadań. Milena Bauer przedstawia widzom Justynę niezależną, buntującą się, ale i wątpiąca, drążącą, która w końcu porzuca zakon. Jej bohaterka ma odwagę, determinację, silny charakter, mimo sceptycyzmu wielką wiarę. Udało jej się w tajemnicy opuścić zakon i stawić czoło egzystencji poza nim, choć jak sama twierdzi zakon jej nie porzuca, nadal głęboko w niej tkwi i nią zarządza. A jednak Justyna w jakiś sposób łączy te dwa odmienne światy, potrafi zastosować zasady panujące w zakonie w świeckim rytuale dnia codziennego. Sięga do jądra wiary, kieruje się ufną, oddaną miłością. I chyba w ten sposób odnosi zwycięstwo. Ale nie osiąga świętości. Inaczej jest z Barbarą, którą gra Aleksandra Kolan. Miła, potulna zakonnica, która nie wyobraża sobie życia poza zakonem, całkowicie się mu podporządkowuje. Jest cicha, posłuszna, oddana. Szczęśliwa, bo spełniona, bo na swoim miejscu. Umartwia się sypiając na łożu nabitym gwoździami. Jej życie jest całkowicie uporządkowane, przewidywalne, spokojne. Poświęcone Bogu i służbie ludziom. Pracowała jako misjonarka w Gwatemali, gdzie zmarła. Obecnie trwa jej proces beatyfikacyjny.

Mnie osobiście najbardziej interesuje nie wątek emancypacyjny sztuki, nie opresyjna reguła zakonu, która łamie indywidualizm lecz opcja wyboru dróg życiowych, gdy punktem wyjścia jest bezwarunkowa wiara, czysta niewinność, instynktowna ufność, bezdyskusyjne posłuszeństwo. Zakonnice wyznawały te same wartości, miały podobne zasady życiowe, podlegały surowej regule zakonu, a jednak każda z dziewcząt żyła zgodnie ze swoją naturą: Barbara była łagodna i podporządkowana a Justyna niespokojna i wadząca się z ludźmi i z Bogiem. Barbara całkowicie ufna jak dobre dziecko boże a Justyna jak syn marnotrawny, który musi zmierzyć się ze światem, ale który zawsze wraca do Ojca. Właściwie obie szły ścieżkami, które mogły je doprowadzić do świętości. Barbara miała tylko trochę więcej szczęścia. Justyna wybrała szlak trudniejszy, mniej bezpieczny, na pozór niezrozumiały, a nawet szalony. Ciągle dostrzegała nieprawidłowości, sprzeczności w kwestii wiary, postępowania Kościoła katolickiego, zakonu, nie była ślepo posłuszna, uległa, cicha. Mierzyła się z wątpliwościami i problemami. Z zasadami, z którymi nie mogła się zgodzić, gdy były nielogiczne, niewłaściwe czy krzywdzące. Była inteligentna, kreatywna, niepokorna. Walczyła o prawdę, o zmiany, o postrzeganie świata, o rozumienie i traktowanie ludzi zawsze w kontekście wiary i z głęboką pokorą. 

Nawiązując do tematu FESTIWALU NOWYCH EPIFANII "A CÓŻ IM ZWRÓCISZ ZA TO, CO ONI TOBIE DALI ?" można powiedzieć, że obie dziewczynki doświadczyły objawienia, a gdy dorosły i dojrzały, oddały we właściwy sobie tylko sposób, co otrzymały - wiarę, która pozwoliła im pomagać ludziom, służyć Bogu, czynić świat lepszym, znośniejszym. Dziś niewielu ludzi wie o tym, niewielu słyszało o Barbarze Samulowskiej i Justynie Szafryńskiej. A dowodzi tego końcowy performance, i zabawny, i smutny - sfilmowany w Watykanie. Życie wszystko weryfikuje. Upływający czas wszystko zaciera. Dobrze, że sztuka o tym nie milczy. Drąży. Szuka prawdy, zadaje pytania. Mądrze i czule opowiada. Sugeruje, że każdy podporządkowany jest jakimś regułom, rytuałom, obowiązkom i może się im bez sprzeciwu podporządkować albo podjąć trud, by się z ich ograniczeń uwolnić. Zawsze ma szansę spełnić się podążając własną drogą. Jak dużych wysiłków wymaga walka, by móc pozostać sobą, pokazuje ten spektakl. To jego najcenniejszy walor.

Czy my również z podobną determinacją mocujemy się z życiem, ludźmi, sami ze sobą, by walczyć o to, w co wierzymy? Czy miejsca, w których żyjemy podobne są do tych scenicznych cel - klatek (scenografia i wideo Łukasz Surowiec)? Pozornie więżą, bo tak naprawdę nie izolują, nie ograniczają. Podobnie jak reguła zakonu, jak zasady i normy społeczne w każdym miejscu i czasie. Problemy generuje sam człowiek. Jest dla siebie największą przeszkodą, największym ograniczeniem. To w nim samym toczą się najważniejsze bitwy, czasem walka trwa przez całe życie.


NIE SMUĆCIE SIĘ. JA ZAWSZE BĘDĘ Z WAMI

Tekst i dramaturgia: Jolanta Janiczak
Reżyseria: Wiktor Rubin
Scenografia i wideo: Łukasz Surowiec
Kostiumy: Marta Szypulska
Muzyka: Krzysztof Kaliski
Ruch sceniczny: Magda Jędra
Reżyseria światła: Monika Stolarska
Asystentka kostiumografki: Natalia Dziarczykowska
Inspicjentka/suflerka: Grażyna Czarkowska

Występują:
Milena Gauer, Aleksandra Kolan, Marta Markowicz, Barbara Prokopowicz, Radosław Hebal, Maciej Pesta

Chór Matek Boskich: Jagoda Białek (Studium Aktorskie), Aleksandra Najda (Studium Aktorskie), Monika Stępień, Aleksandra Wajzer, Olha Zakorchemna

Fot. Monika Stolarska (1), Marta Ankiersztejn (2)