wtorek, 31 maja 2016

MIŁOŚĆ W SAYBROOK TEATR 6.PIĘTRO


MIŁOŚĆ W SAYBROOK to spektakl lekki, łatwy i zabawny. Krotochwila. Namiastka. Żart. W scenografii idyllicznego, ekskluzywnego, hiperrealistycznego kiczu, od którego nie można oderwać oczu, w przestrzeni której chce się być, a jak już się jest, chce się pozostać. Mimo obecności smutnych, melancholijnych, mrocznych obrazów Hoppera, które jak zła wróżba, dyskretnie nawiązują do samotności przeżywanej, doświadczanej w Nowym Jorku. Tu, na obrzeżach małego miasteczka Old Saybrook, nie ma mowy o samotności. Przestrzeń jest klaustrofobiczna, mimo perspektywy na zatokę, pole golfowe. Jakby inicjowała zbliżenie się do siebie bohaterów, zmuszonych sytuacją do wyjścia z kryjówki swych niemoralnych związków. Precyzyjnie zaprojektowane kostiumy, peruki wpisują małżonków/trzy pary+pisarz / w konwencję komiksu, jego skrótu, zdawkowej logiki komunikacyjnej. Pełnej fikcji i umowności kamuflującej drobne prawdy. 


To, co się na scenie wydarza jest w istocie błahe, płytkie, nieskomplikowane. Transparentne. Traktowane z dystansem. Sygnalizuje zaledwie, informuje, nie wchodzi więc w głąb. Nie drąży, nie rozdziera szat a obraca wszelkie komplikacje, problemy w niegroźny żart, przyjemne połajanie, naukę z morałem zakończoną happy endem. Nie ma sprawy, to tylko symulacji improwizacja. Psychodrama. Ćwiczenie. Nie dziwi więc wycyzelowany kostium, lalkowy makijaż, postacie jak z kreskówki lub gry ala sims, atmosfera sitcomu. Skrót sytuacyjny, mentalny, psychologiczny. Tekst używający żartu, dowcipu, ironii. Scenki kabaretowe, ruch sceniczny farsowy. Aktorstwo z prób czytanych. Po prostu przyjęto taką konwencję. Dziecinną, rozrywkową, zwariowaną. Z przymrużeniem oka. Ku pokrzepieniu. Ku nauce.

Wszystko tu dyskretnie, niezauważalnie prawie nawiązuje do Woodego Allena, autora scenariusza, ale tak naprawdę bezpośrednio z nim się nie kojarzy. Jakby reżyser Eugeniusz Korin zdecydował, że znajdzie swój własny sposób przedstawiania tekstu, wolny od maniery znanego, cenionego artysty. To ma być zabawa, żadne tam neurotyczne bulgoty, smęty, melancholie. Natrętne obsesje. Pozostaje kryzys na wesoło, zneutralizowany śmiechem, gagiem, piosenką hitem, na pół gwizdka przeżywany, w końcu przecież z sukcesem pokonany. Jakby wskazywano tylko kierunek, w którym należy pójść, by rozwiązać swoje problemy twórcze, małżeńskie. Nudę długotrwałego związku, zdradę myślą i uczynkiem, pożądanie wszystkich kobiet świata, nawet siostry żony, kłamstwo, przemilczenia. No cóż, życie jest krótkie, uroda przemija szybko, trzeba używać, trzeba korzystać! Jak można, to można! A nieszczerość, obłuda i hipokryzja to pojęcia i obce, i trudne, po co więc do nich nawiązywać? Po co o nich wspominać, wystarczy je zlekceważyć, konsekwentnie zignorować. Przemilczeć. Ostatecznie śmiechem zagłuszyć.

Postacie są lukrowane, prostolinijne, mimo poziomu klasy średniej, bogactwa. Bezproblematyczność to ich główna zasada postępowania. Nie ma co komplikować sobie dobrego, satysfakcjonującego, dostatniego, znormatyzowanego życia. Właściwie wystarczy zdrady wyjaśnić, przebaczyć i żyć jak się żyło dotąd. Obrócić problemy w żart, niegroźny impas w chwilowe zawieszenie, przerwany proces twórczy w poszukiwanie inspiracji. I choć są to papierowe, schematyczne, bezpieczne koleiny to łatwo zadowalają. Nie przeszkadzają mikroporty, fragmenciki szlagwortów, nieustanne obciąganie kusej sukienki przez piękną, zmysłową aktorkę, od której nie można oderwać oczu. Tak ma być i basta! To jest teatralna terapia grupowa. Drogowskaz zmian na lepsze. SPA teatralne. Odskocznia od realnego życia. Miło spędzony czas. Dlatego wystarczy nam, że na scenie pojawia się Joanna Liszowska a atmosfera automatycznie naelektryzowana jest jej seksapilem. Nieważne, co mówi i robi,  jest cudownie. W momencie, gdy zaczyna śpiewać, jesteśmy w siódmym niebie. Jej bohaterce wybaczamy wszystko, nie pamiętamy jej błędów, nie interesuje nas jej infantylność stereotypowej blondynki, wystarczy że jest. Sonia Bohosiewicz to klasa sama w sobie. Wiarygodna, urocza gospodyni, lekceważona, zraniona zdradą żona, wyrozumiała siostra. Cukiereczek sceniczny, słodka naturalność. Nawet wtedy, gdy musi grać jak automat, mechaniczna pacynka.  Wiktora Zborowskiego lubię więc go akceptuję bez zastrzeżeń. Głos, postawa, talent, doświadczenie prowadzą go bezbłędnie przez rolę zdradzonego ale zakochanego w swojej żonie męża, którego pochłania bez reszty sport. Szymon Boborowski, absolutnie poprawny, budzi zrozumiałą sympatię. To przeciętny mężczyzna, któremu wszytko trzeba tłumaczyć. Ale stara się, stara bardzo. Andrzej Poniedzielski w żadnym razie nie ma ambicji grać Woodego Allena. I bardzo dobrze! Marcin Perchuć to standardowy, znudzony żoną mąż, który bezrefleksyjnie dopuszcza się zdrady, nie bacząc na związek małżeński, związek rodzinny i jeszcze w dodatku jak pensjonarka prowadzi pamiętnik. Tylko Barbara Kurdej-Szatan gra na poważnie, dramatycznie. Ale i tak wszystko się wyjaśni i zakończy bezboleśnie, jakby nic się nie stało. 


Bo przecież poruszamy się po znanym wszystkim dobrze gruncie. Bawimy się. Śmiejemy. Jeśli ktoś zobaczy w tym kryminał, jego rzecz. Ja go ze świecą szukałam. Nie znalazłam. Zobaczyłam pełną widownię oczekującą rozrywki, wytchnienia, relaksu. Pragnącą spotkania z aktorami, których bardzo dobrze zna i lubi. I doskonale się w ich obecności czuje. I wie, czego się po nich może spodziewać. Chcąca i zjeść ciastko, i mieć ciastko. Bo należy tu jeszcze wrócić. Po co się czegokolwiek wyrzekać? Nie ma takiej konieczności! Przecież"All we need is love". Trzeba nam tylko od czasu do czasu o tym przypomnieć. Na pewno warto. Zawsze warto. Wystarczy tytuł. Całą resztę dopowiemy sobie sami. Dośpiewamy. 

MIŁOŚĆ W SAYBROOK

Reżyseria - Eugeniusz Korin
Scenografia - Maciej Chojnacki
Kostiumy - Beata Harasimowicz
Kierownictwo muzyczne - Tomasz Szymuś
Tłumaczenie i opracowanie tekstu - Eugeniusz Korin


Obsada:
Hal - Szymon Boborowski
Sandy - Barbara Kurdej-Szatan / Anna Cieślak
Norman - Marcin Perchuć
Sheila - Sonia Bohosiewicz
David - Wiktor Zborowski
Jenny - Joanna Liszowska
Max - Andrzej Poniedzielski

fot.: materiały Teatru 6.piętro

KLĘSKI W DZIEJACH MIASTA SZCZAWIŃSKA TEATR IM. W.BOGUSŁAWSKIEGO W KALISZU



"Gdziekolwiek jesteś w kraju, jesteś w Kaliszmarze."

I "gdziekolwiek jesteś w świecie, jesteś w Kaliszmarze." To doskonale oddaje zamysł artystyczny tego projektu/instalacji. Pokazuje punkty wspólne, które charakteryzują społeczności miejskie, historie metropolii, ich mieszkańców. W różnym czasie, z różnej przestrzeni. Nic dziwnego, że aktorzy personifikują tu Plagę, Epidemię, Wichurę czy Pożar. Pojawia się też Architekt i Marco Polo. Jeden projektuje, drugi podróżuje. A my podążamy śladami ich wizji. Wszystko poza czasem, na pozór w  abstrakcyjnym miejscu.

Spektakl jest o Kaliszu, jak na przykład KORZENIEC o Sosnowcu, BIAŁA SIŁA, CZARNA PAMIĘĆ o Białymstoku, TEREN BADAŃ: JEŻYCJADA o dzielnicy Poznania JEŻYCE ale ma zdecydowanie inną formę, konstrukcję, język. Jest oparty na poetyckim  "Niewidzialnym mieście" Italo Calvino i "Klęskach w dziejach miasta Kalisza" Władysława Kościelniaka. Weronika Szczawińska opowiada o mieście poprzez odniesienia do wędrówki po innych miastach, typowych historiach klęsk, ich przyczyn i skutków. Mamy więc architekta nie z tej ziemi o odjechanej wyobraźni, niczym nie skrępowanej wolności twórczej, który projektuje futurystyczną przestrzeń. Dlatego też pojawia się kosmita, raczej kobieta, choć to postać androgeniczna, sceniczny Marco Polo/perfekcyjna, naturalna, zjawiskowa Natasza Aleksandrowitch/, który wędruje w czasie i przestrzeni. Trzeba mieć w sobie duszę architekta o nieposkromionej wyobraźni i duszę niezmordowanego podróżnika, by organizować i poznawać życie w wielkim mieście.

Teatralny Kaliszmar odkrywa to, co zazwyczaj jest głęboko ukryte. To systemy instalacji rur kanalizacyjnych tworzących czarodziejskie instrumenty muzyczne, futurystyczną harfę, stary jak świat gong, które za dotknięciem ręki aktora, smyczka, pałki wydają dźwięki składające się melodie, koncertowe obrazy miasta. Eksperymentalny tekst  zbudowany przez abstrakcyjny język również wybrzmiewa melodyjnie. To zabawa wyobraźni artystów, chcących zachęcić widzów do niekonwencjonalnego spojrzenia na zjawisko powstawania i funkcjonowania miasta. Mentalność jego mieszkańców.

Jeśli jesteśmy gotowi na eksperyment w teatrze, niekonwencjonalną formę teatralnej wypowiedzi, która posługuje się metaforą, przenośnią, uogólnieniem, nielinearną narracją, potrafi z dystansem abstrakcji rozmawiać o sprawach poważnych/katastrofy, klęski, śmierć, powstawanie i rozpad miasta/, posługuje się materią niełatwą, łączącą muzykę, dźwięk, słowa, gest, ruch sceniczny, symboliczny kostium, to spektakl będzie dla nas dowcipny, lekki, zabawny. Choć nie opowiada o mieście szczęśliwym. Nie opowiada o szczęśliwych ludziach. Bo koegzystencja tak złożonych struktur, które składają się na miasto, jest trudna, nieoczywista, zależy od wielu czynników. Świadomych działań i łutu szczęścia. 

Weronika Szczawińska z Agnieszką Jakimiak stworzyły spektakl performance muzyczny z myślą o Kaliszu ale tak naprawdę o każdym innym mieście, który zaskakuje świeżością formalną pod każdym względem. Nie jest łatwy do oglądania. Wymaga skupienia, wyobraźni, poczucia humoru, otwartości na artystyczne wolty. Ale gdy się już oswoi z tym nowym językiem komunikacji teatralnej, z jego logiką, kodami, tajemnicą, dźwiękiem rozumiemy, że  zarówno Architekt, jak i Marco Polo to nietuzinkowe, niebanalne, kosmiczne postacie, bez których działań nie byłoby naszego miasta w takim kształcie, jaki rozpoznajemy, jaki odkrywamy. Widzowie więc muszą wsłuchać się w wizję twórcy organizującą przestrzeń i wybrać się  w podróż, podążyć za odkrywcą, w wyniku czego dowiadują się, że wszędzie jest tak samo. Ale chyba w domu, ze wszystkimi znanymi plagami, katastrofami, ograniczeniami jednak najlepiej. Tak więc każdy z nas żyje w swoim Kaliszmarze,  i jest szczęśliwy na tyle, na ile jest w stanie zaakceptować koszmar aglomeracji miejskiej, przejść nad trudnościami, traumami, nieszczęściami do porządku dziennego, przymknąć na nieprawidłowości, udręki swe zmęczone oko. Nie tracąc poczucia humoru. I ignorować lub akceptować muzykę swojego miasta. Tętniącego życiem wszystkimi znanymi i zaskakującymi dźwiękami.

Trudno powiedzieć, jak Kaliszanie odbierają spektakl/performance/koncert o swoim mieście, które przecież doskonale znają, słyszą, czują. Podczas warszawskiego spektaklu w Teatrze Powszechnym słychać było warszawski hałas, rumor, dźwięk. To prawda, że najmocniej wpadała w ucho muzyka odbywającego się obok koncertu. Współtworzyła w dyskretny sposób ten jednak niełatwy, przewrotny spektakl. Bardziej lubimy, szybciej akceptujemy, łatwiej rozpoznajemy i przyswajamy to wszystko, co jest już znane,  zorganizowane, uładzone, przemyślane, linearne. Elementy zaburzające przyzwyczajenia, równowagę, zawsze niepokoją, budzą niechęć i rezerwę. Obawę pomyłki w interpretacji, niezrozumienia przekazu. Warto jednak spróbować w ten świat wejść. Poznać go.

My, Warszawiacy, bardzo szybko odnaleźliśmy się w Kaliszmarze. Rozpoznaliśmy w nim swoje miasto. Żywe, śpiewające, grające. Ze wszystkimi jego współczesnymi plagami. Żywy organizm. Jakbyśmy obserwowali pracę -twór- nieśmiertelnego Architekta będąc ciągle podróżującym i odkrywającym nowe światy w starym świecie Marco Polo. Jednocześnie rozpracowywaliśmy efekt wysiłków twórczych Weroniki Szczawińskiej i Agnieszki Jakimiak/zespołu aktorskiego/pozostałych artystów poznając ich wizję symbolicznego, teatralnego miasta. Niekonwencjonalne spojrzenie. Oryginalne, metodyczne, naukowo-teatralne. Wymagające fantazji, naszego wejścia w konwencję tego projektu/instalacji o abstrakcyjnej formie.

Co słychać w Waszym Kaliszmarze? Jak Wam się żyje? Czy podoba się Wam muzyka Waszego miasta? Czy jesteście szczęśliwi?


KLĘSKI W DZIEJACH MIASTA
Reżyseria: Weronika Szczawińska
Tekst i dramaturgia: Agnieszka Jakimiak
Kostiumy i aranżacja przestrzeni: Dagny Szwed
Muzyka: Krzysztof Kaliski
Projektowanie dźwięku: Maciej Szymborski
Instrumenty: Krzysztof Kaliski, Maciej Szymborski
Obsada:
Natasza Aleksandrowitch, Jacek Jackowicz, Ewa Kibler, Kama Kowalewska, Marcin Trzęsowski, Izabela Wierzbicka

Premiera: kwiecień 2015
Fot. Bartek Warzecha

poniedziałek, 30 maja 2016

MATKI PASSINI TEATR ŻYDOWSKI



MATKI w reżyserii Pawła Passiniego Teatru Żydowskiego podejmuje temat intymny, osobisty, czuły. Ale dotyczący nas wszystkich. Bo stawia pytania o heroizm matek, prawdziwą tożsamość. Wiarę i prawdę o człowieku. Pokazuje tragiczny aspekt macierzyństwa , graniczne sytuacje, kiedy matki musiały podejmować bardzo trudne, a tak naprawdę ekstremalne decyzje, by ratować życie swoich dzieci. Bo były one swych matek miłości kontynuacją, przedłużeniem ich życia, nośnikiem genów i pamięci. Ważnym łącznikiem między tym co było i będzie. Paweł Passini z Patrycją Dołowy, autorką tekstu, w Teatrze Żydowskim przedstawili publiczności spektakl niezwykły, szczególny, emocjonalny. Ważny. I trudny, i bogaty. Wzruszający.

Artyści wyczarowali szczególną przestrzeń emocjonalnych przeżyć, doświadczeń. Przedstawili wiele aspektów macierzyństwa. Przywołują matki, ich motywacje, postawy. Uczucia. Pokazali siłę nierozerwalnego związku między osobami sobie najbliższymi. Połączyli na scenie autentyczne relacje DZIECI HOLOKAUSTU wypowiadane wprost do widzów przez Elżbietę Ficowską, Joannę Sobolewską-Pyz oraz Romualda Jakuba Weksler-Waszkinela z odczytywanymi z kartek dramatycznymi tekstami przez aktorki teatru/Matki-dzieci w domkach z odtworzonymi, zebranymi relacjami/, co ma duże znaczenie formalne, bo podkreśla to odrębność i charakter przytaczanych wspomnień. Z antresoli klamrą wynoszącą na wyższy, bardziej ogólny, mistyczny poziom zjawisko trudnego macierzyństwa komentują Ryszard Kluge i Jerzy Walczak. Cudownie komentują. Z dystansem przypowieści, bajkowości przekazu. Przytaczają biblijne historie Mojżesza i Izaaka w kontekście ratowania życia dzieci przez matki i sferę przeżyć z tym związaną, podkreślają głęboki sens i wartość życia samego w sobie. Traumatyczny dramatyzm podejmowanych decyzji przez matki. Dramat dziecka i matki żydowskiej w finale wyśpiewuje w języku jidisz Gołda Tencer w pieśni "Żydowskie dziecko”.

Te różne poziomy relacji: z punktu widzenia samych matek, biologicznych i adopcyjnych, dzieci, które przeżyły i same docierały do prawdy o swych losach, swoich rodzicach, biblijne i baśniowe przekazy wpisane są w performance sceniczny. Słowo mówione, wyświetlane, śpiewane. Oto wkraczamy w rewir dzieciństwa-widzimy trzy malutkie symboliczne domki, huśtawki, figurkę Matki Boskiej w skrzynce, ławkę w centrum, cegły-klocki a z nich fundamenty, fragmenty murów- wirtualny plac zabaw dziecięcych, przywracany pamięci, ze skrawków wspomnień, obrazów, zabawek, przedmiotów-wpisany w zaklęty krąg historii, którego strzegą duchy troskliwych, kochających matek, które zawsze czuwają przy swoich dzieciach. Nie opuszczą ich nigdy. Nadzwyczajne zwyczajnością, wsobne jedna podobna do drugiej. Ogołacane ze wszystkiego, unieważniane nie ustępują, choć i śmierć zagląda im w oczy, fatum szepcze do ucha. Jakby rodziły się i umierały. I rodziły i umierały ponownie. W międzyczasie zastygały z grozy i trwogi. Czynią jednak, co muszą. Ta wizualna psychologiczna przestrzeń dzieci opuszczanych przez biologiczne matki i przygarnianych, wychowywanych z oddaniem przez adopcyjne matki- związana jest nićmi autentycznej, głębokiej miłości, które dźwigają koszyczki, symbole przetrwania, nadziei, siły matczynych uczuć, przenoszącymi dzieci z rewiru wojny i zagłady w krainę normalności dzieciństwa i dorastania.

W efekcie poznajemy głęboką mądrość matek, które przeczuwając własną śmierć w czasach okrutnej, złej, zabójczej wojny, mimo świadomości bardzo wysokiego ryzyka przeżycia ich dzieci, z bólem serca ratowały je, bo winny żyć i rozwijać się w świecie, bez względu na to jaki jest. Pełne obaw, bólu, lęku ale i pewne też słuszności swych decyzji, z miłości oddawały swoje dzieci licząc na miłość, odwagę, mądrość nowych, przybranych, adopcyjnych matek. Ile ufności, siły, wiary musiały mieć w sobie. Ile miłości.

Ale i dzieci wykazywały niesłychany hart ducha, nieustępliwość w dążeniu do poznania prawdy. Uporczywie szukały informacji, bliskich, znajomych, swojej prawdziwej tożsamości. To czucie, instynkt prowadził ich w tych zmaganiach. Przypadek, szczęście pomagało dotrzeć do źródeł, przekazów, ludzi. Teraz są bardziej świadomi siebie poprzez wiedzę o tym, kim były ich matki, co dla nich zrobiły. Nie mają poczucia winy ale wiedzą, że należy o tym mówić. Przekazywać następnym pokoleniom zdobyte doświadczenie, historię swego życia. Bo ma moc budującą.

Każdy z nas ma własne doświadczenia i przemyślenia związane z relacjami ze swoją matką, matkami lub ich brakiem. Tak naprawdę dowiadujemy się, co matka może czuć, kiedy już nią sami jesteśmy. Nie da się tej wiedzy o budzącym się i rozwijającym instynkcie macierzyństwa przekazać, nauczyć. Można ostatecznie się o jego aspekcie uczuciowym, głębi skomplikowania pozasłownego charakteru tylko wiele dowiedzieć. Choćby z tego spektaklu, który korzystając z różnych przekazów, również z możliwości form sztuki teatralnej, pokazuje ekstremalnie trudne decyzje matek, rodziców, dzieci. Losy niewinnych. Ci, którzy przetrwali, nadal odkrywają siebie. Nie ustają w swych trudnych, często bolesnych wysiłkach. Spektakl pokazuje zakres, spektrum problemów. Drogę szukania, znalezienia własnej tożsamości. Dochodzenia do określania, kim jestem, ja, dziecko ocalone od śmierci, zagłady. Odpowiedzi na pytanie niejedno, co z tą wiedzą o sobie, swojej przeszłości, związku z matką, matkami należy zrobić. Jaki to wszystko ma sens. Jaki cel. Jakie znaczenie. A ma wymiar fundamentalny. I mimo naznaczonego okrutnymi, tragicznymi wydarzeniami losu, buduje i przekazuje światu nadzieję. Przywraca wiarę w ludzi. W ich usiłowaniach ratowania dzieci, bez względu na cenę, ryzyko, siebie samych. To mocne, autentyczne, altruistyczne, przesłanie naturalnego, płynącego z głębi serca dobra. Heroicznie walczącego o życie, które jest wartością samą w sobie. To działanie miłości, która liczy, że wyzwoli miłość w drugim człowieku. Międzyludzkie, matczyne porozumienie bez słów poprzez czucie. Instynkt. Wiarę. Człowieczeństwo w ludziach. Mimo wszystko. Mimo zagłady. Warto się o tym przekonać osobiście. Wzruszający spektakl/performance/spotkanie czeka. Wspaniale rozwijający się Teatr Żydowski czeka. Skorzystajcie z tej okazji. Warto. Powodzenia:)


MATKI spektakl/performance/spotkanie wg pomysłu Gołdy Tencer
reżyseria: Paweł Passini
tekst i dramaturgia: Patrycja Dołowy
przestrzeń sceniczna: Zuzanna Srebrna
multimedia: Maria Porzyc
muzyka: Daniel Moński, Paweł Passini
światło: Damian Bakalarz

z udziałem adeptek Studia Aktorskiego netTTheatre (Dominika Kimaty, Aleksandra Karpiuk, Anna Opolska, Noemi Berenstein, Olga Bury, Anna Puzio, Maja Furmaga, Paulina Wójtowicz), członków Stowarzyszenia „Dzieci Holocaustu”: Elżbietą Ficowską i Joanną Sobolewską-Pyz oraz gościem specjalnym Romualdem Jakubem Wekslerem-Waszkinelem.

premiera: 26.05.2016

sobota, 28 maja 2016

SZKARŁATNY PŁATEK I BIAŁY TEATR STUDIO


"Spomiędzy kartek sypią się z szelestem leciutkie płatki zasuszonych kwiatów, szkarłatne i białe" *

SZKARŁATNY PŁATEK I BIAŁY to piękny tytuł, piękny spektakl. Intrygujący, nowoczesny, działający na wyobraźnię. Wysublimowany, precyzyjnie skomponowany, działający poprzez ascetyczny, wyrafinowanie prosty ale mocny plastycznie obraz. Powściągliwość i dyscyplina konstrukcji przekazu pieczołowicie, uważnie, syntetycznie łącząca tekst, idee, charakterystyki postaci z ich wizualnym znakiem tworzy spektakl uwodzący zmysły, drażniący intelektualnie i prowokujący estetycznie.

Bo to co widzimy kłóci się z naszym wyobrażeniem. Zderza się ze zbudowanym w nas stereotypowym, realnym obrazem XIX wiecznego Londynu. Jakby twórcy poprzez działania formalne zmuszali nas do rewizji stanowisk, do przewartościowania tego, co było z tym, co nadeszło. Wizualnie, scenograficznie, kostiumowo jesteśmy poza czasem, w umownych, raczej w dzisiejszych realiach niż zaprzeszłych. I to ma głęboki sens, bo przekonujemy się, jak wiele wspólnego łączy wiek XIX z XXI. Jak trudno przychodzi zmiana statusu kobiety, transformacja relacji międzyludzkich, w tym szczególnie damsko-męskich, walka z patriarchatem, z dyktatem konsumpcjonizmu rosnącego w siłę i przejmującego kontrolę nad ludźmi, nad światem. Jak bardzo natura ludzka jest stała a silna wolna wola uporczywie, bez końca wykonuje syzyfową pracę. Bo wolność pozostaje nadal wartością marzeniem.

Oglądając sztukę doświadczyć można uczucia, że bycie prawdziwym sobą w zgodzie z potencjałem, zdolnościami, marzeniami, jakie się posiada, jest niemożliwe. To jest  jeden z ważnych tematów tej sztuki. Zawsze bohaterowie grają nie swoją rolę i, co gorsza, źle się w niej czują, pragną czegoś innego, więcej, inaczej, z kim innym. Ani w sferze osobistej, ani w zawodowej, ani w emocjonalnej, idei, wartości, polityki, sztuki. Nawet mimo prób walki, naginają się do konieczności, ograniczeń, narzucanych konwenansów czyli do tego, co raczej ubezwłasnowolnia niż zmusza do podejmowania ryzyka w celu dokonania rewolucyjnych zmian, działania pod prąd. W wyniku tego życie ludzi, których obserwujemy, jest wykoślawione, zakłamane, samotne i niespełnione. Obłuda, hipokryzja, podwójne życie boli, przynosi cierpienie, rozczarowuje. Pozbawia nadziei.Wystawia gorzki rachunek.

Im dłużej myślę o tym przedstawieniu, tym bardziej mi się podoba. Bo ono we mnie zostało, nadal pracuje. Oczywiście jest to zasługa artystów, którzy wysublimowali z ponad 800 stronicowej książki jasny, przejrzysty konstrukt archetypów problemów, których nośnikami, reprezentantami, archetypami są bohaterowie z krwi i kości, o mocnym, wyrazistym ładunku psychologicznej wiarygodności. One nie są zredukowane ale intensywnie zaakcentowane. W znaku, symbolu, komunikacie o maksymalnej emocjonalnej sile wyrazu. Których poznając, rozpoznaję we współczesności i zaczynam lubić. Którym współczuję. Dużego kunsztu artystycznej ekspresji wymaga umiejętność rozbudzenia tak empatycznego zaangażowania widza. Po obejrzeniu pozostaje smutek, nostalgia. Tęsknota za przejmującym obrazem kolejnego niepowodzenia ludzi w zmaganiu z oporem życia, losem, systemem głębokich społecznych podziałów i różnic.

Mimo niedoskonałości dramaturgicznych drugiej części przedstawienia, która jest zbyt długa, zbyt pośpiesznie kończone są wszystkie wątki, siła emocjonalna scenicznej ekspozycji, choć nadszarpnięta i osłabiona, działa. Gdyby można ją jeszcze bardziej skutecznie skondensować! Skrócić. Dramaturgicznie ujednolicić z pierwszą częścią, tak by była stylistycznie jej konsekwentną kontynuacją.

Pozostaje mocny obraz abstrakcyjnej przestrzeni, wyczyszczony ze zbędnych ozdobników, szczegółów, w których człowiek mógłby się skutecznie ukryć. A tak, na szczęście, pozostaje najważniejszym znaczącym akcentem ze swym talentem, dyspozycją- stłamszoną, wypartą, niemożliwą do zaistnienia, spełnienia, sprawdzenia. Żyjący w skrajnych sprzecznościach, gnębiony poczuciem niezrozumienia, niespełnienia, samotności. Jak na dowód istnienia opresji ról, norm, pozycji społecznych. Konieczności podporządkowania większości, zdrowemu rozsądkowi.Dyktatowi patriarchatu, który łamie mężczyzn, ale przede wszystkim kobiety. William Rackham/Wojciech Żołądkiewicz/, który z niską samooceną, bez poczucia własnej wartości podporządkowuje się woli ojca i dziedziczy firmę kosmetyczną, mimo że zawsze pragnął być artystą. W sferze osobistej też pogrąża się prowadząc podwójne życie- z idealizowaną żoną Agnes/cudownie delikatna i niewinna Anna Pruszyńska/, której nie rozumie i z wykupioną od Pani Castaway/Aleksandra Justa/ utrzymywaną przez niego prostytutką Sugar/zmysłowa, uwodzicielska Anna Smołowik/. Nie potrafi kochać prawdziwie, mocno. Sfrustrowany gra rolę męża i kochanka zgodnie z wymaganiem epoki. Pruderia i hipokryzja doskonała! Jego brat, Henry Rackham/uroczy, doskonały Łukasz Lewandowski/ walczy sam ze sobą, uwięziony w swej naturze pożądania seksualnego i równie silnego powołania duchowego. Kobiety są ubezwłasnowolniane od urodzenia. Eteryczna, wyalienowana Agnes najpierw przez ojca, przez system wychowawczy, potem przez męża, co ją utrzymuje w śmiertelnie chorym stanie niewiedzy i podporządkowania. Córka, żona, matka, kochanka nieświadoma swych ról. Silna, świadoma siebie, wrażliwa, utalentowana Sugar, która chce zostać pisarką przez matkę, która robi z niej prostytutkę, potem sprzedana Rackhamowi może tylko być guwernantką, nikim innym, niczym więcej. Na pewno nie sobą prawdziwą, bo nie ma do siebie prawa własności. Uprzedmiotowiona, zawsze finansowo zależna. Emmeline Fox/Monika Obara/ ambiwalentna natura ją ogranicza i wyklucza. Kocha platonicznie, mocno wierzy w Boga i jest emancypantką, działaczką społeczną. To kombinacja niespełnienia. Niemożności. Tylko Caroline/świetna Katarzyna Herman/patrzy na swoje życie, przyszłość bez złudzeń. Bez walki z własnym pragnieniem. Z ludźmi. Podobnie rezolutna służąca Clara/Agata Góral/.

Mroczny, potężny, zimny Londyn. Obojętny, nieczuły. Ale zapierający dech w działaniu swej oczywistej prostoty skostniałej, zachowawczej relacji wymuszanych na ludziach. Podesty jak ulice bez początku, bez końca są jak przestrzenie wysepek więżących w niemożności wyzwolenia z ograniczeń postaci. Woda /Tamiza/ zwielokrotnia obraz, multiplikuje, wzmacnia atmosferę klinczu. Każdy musi się z nią zetknąć, w niej zanurzyć. I niekoniecznie jest to akt oczyszczenia. Woda jak upływający czas-oczywista, wchłaniająca każdą furię, śmieć, podłość, desperację, niemoc. Woda, bez której nie sposób żyć. Pita z wiktoriańskich filiżanek. O smaku rozczarowania. Cyrkuluje w tej przestrzeni wzburzona tylko działaniem człowieka. Przestrzeń ograniczona doskonale wypolerowanymi płaszczyznami nie pozwalającymi wydostać się czy wspiąć wyżej poza swój los, fatum, przeznaczenie. Nie ma szansy wyjść z tej uśmiercającej czyste marzenia pułapki, jakie funduje to czy inne miasto, ten czy inny system, ten czy inny człowiek człowiekowi.

Wizualnie, formalnie jesteśmy w naszej współczesnej rzeczywistości. Wiele się zmieniło. Na ile, każdy musi odpowiedzieć sobie sam. To, że mamy więcej wolności i odpowiedzialności nie zamyka wcale Puszki Pandory, którą otwiera przed nami sztuka teatru. Pozbawia złudzeń, oswaja, demaskuje? Co zrobić ze szkarłatnym płatkiem i białym? Nałożyć sobie na oczy czy zdjąć z oczu? Niech każdy zdecyduje sam.


*Michel Faber, "Szkarłatny płatek i biały", przeł. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2006, s. 771

SZKARŁATNY PŁATEK I BIAŁY  Michel Faber

PRZEKŁAD: Maciej Świerkocki
ADAPTACJA I REŻYSERIA: Kuba Kowalski
ADAPTACJA I DRAMATURGIA: Julia Holewińska
SCENOGRAFIA: Katarzyna Stochalska
MUZYKA: Radek Duda
RUCH SCENICZNY: Katarzyna Chmielewska
REŻYSERIA ŚWIATŁA: Damian Pawella
PRZYGOTOWANIE WOKALNE
Aldona Krasucka

Obsada:
Agata Góral
Katarzyna Herman (gościnnie) / Monika Krzywkowska
Justyna Janowska (III rok PWST w Krakowie)
Aleksandra Justa (aktorka Teatru Narodowego)
Monika Obara
Anna Paruszyńska (gościnnie)
Anna Smołowik (gościnnie)
Miron Jagniewski (gościnnie)
Łukasz Lewandowski
Mirosław Zbrojewicz
Wojciech Żołądkowicz
Piotr Żurawski (gościnnie)
Radek Duda / muzyka na żywo
Tomasz Stawiecki / muzyka na żywo

DATA PREMIERY 14/05/2016

środa, 25 maja 2016

OBRZYDLIWCY WALLACE KALITA SCENA PRZODOWNIK



Scena Przodownik jest kameralna, sprzyja intymnym spektaklom. Widzowie mają szansę być bardzo blisko bohaterów, opowiadanych historii, przedstawianych zjawisk, problemów, sytuacji. W sposób naturalny wnikają w ich środek niepostrzeżenie, bezboleśnie, płynnie. Nie wiedzieć kiedy są w jądrze ciemności OBRZYDLIWCÓW. Twarzą w twarz, na wyciągnięcie ręki, emocja z emocją.

Scenografia się w zasadzie nie zmienia. Ona ewoluuje wraz z opowiadanymi historiami. Dostosowuje się. Wprowadza w nastrój kontekstu. Pulsuje, zgodnie z narracją, indywidualizującym ją światłem. Jego barwa ma odcień wyzwalanych w nas emocji, które zmienne są, niepokojąco wciągają w strefę podświadomych i celowych działań. To, co widzimy-background mentalny bohaterów-obskurne, brudne, zdezelowane wnętrze toalety z porozbijanymi, popękanymi od uderzeń pięści, głowy, kto wie czego jeszcze, dużymi lustrami nad uszkodzonymi umywalkami, pisuary z korpusami kobiecych ciał, obok stolik z alkoholem, szklankami, paluszkami, kanapa, krzesła, mikrofony-  jest krajobrazem wewnętrznym bohaterów. Kloaką, weekendową przestrzenią terapeutyczną, knajpą, nocnym klubem dla mężczyzn. Miejscem intymnych zwierzeń, refleksji, uzewnętrzniania monologu wewnętrznego, wylewającego się z bohaterów strumienia świadomości.

Kostiumy są starannie dopasowanym kamuflażem, będącym perfekcyjnie przemyślanym dopełnieniem charakterystyki postaci, jak i pozornie poufały, analityczny ton prowadzonej narracji. Wyraźnie zaznaczają indywidualizm mężczyzn, ich strategie działania, wiedzę o sobie i zdobyte doświadczenie. Bohaterowie są w różnym wieku, każdy inny: okaleczony, z dewiacją, obsesją, skazą, skrzywieniem sprawiający wrażenie przyjaznego, chętnego do pomocy, współpracy człowieka. Poznajemy ich poprzez to, co o sobie i swoim życiu mówią. W istocie jakakolwiek zmiana w ich życiu jest niemożliwa. To świadome siebie bestie w ludzkiej skórze w barwach ochronnych normalności przyciągających, wabiących, hipnotyzujących ofiarę, by ją złapać w pułapkę i zaspokoić pożądanie. Dla kompensacji. Rozładowania napięcia. Upustu emocji. Opowiadając o genezie stanu swej psychiki wzbudzają współczucie, zrozumienie. Niepozorni nie epatują a beznamiętnie relacjonują łamanie przez życie, ludzi, los ich kręgosłupa normalności. Nie użalają się nad sobą, nie szukają usprawiedliwienia. Nie chcą na siłę do czegokolwiek przekonywać. Drążą, przenicowują swoje życiorysy, by nie zrozumieć, bo rozumieją, nie usprawiedliwić, bo tego nie potrzebują, nie pragną nic zmienić, bo czują, że jest to niemożliwe ale chcą wyrzucić z siebie  istotę swej inności, nieprzystosowania, bólu egzystencjalnego, który jest siłą niszczącą dla nich samych i ich ofiar. Jakby wiedzieli, że na to czekamy, tego potrzebujemy, to lubimy. Bo jesteśmy albo katami albo ofiarami. Albo po prostu inni.

Powstaje obraz upadku męskości człowieka współczesnego w skutku i przyczynie nieradzenia sobie z własnym życiem zabarwiony lekkim, niewymuszonym ironicznym humorem, nienachalną groteską, podstępnym dystansem. Nonszalancją. Nie wzbudzający grozy, wstrząsu, lęku, bo w jakiś tajemniczy sposób nienormalnie normalny.  Już oswojony. Jakbyśmy wszyscy przynależeli do tego samego świata. Na zewnątrz łagodni, przyjaźni, niewinni, poprawnie normalni, od środka zepsuci, potencjalnie źli, śmiertelnie niebezpieczni. Przestraszeni. A ten sceniczny ekshibicjonizm jest tylko sięganiem do źródeł, korzeni, istoty zła. Nikt tu nie potrzebuje, nie szuka ratunku, pomocy, zrozumienia. Jest jak jest. Przenikają się jednak te światy scenicznych dywagacji z widzów doświadczeniem, wiedzą. Bo prawdziwym bohaterem zbiorowym jest tu egoizm, egocentryzm, niedojrzałość emocjonalna, zagubienie w rozbitych, dysfunkcyjnych rodzinach, skutkujące ratującą samą siebie samotnością, wyalienowaną osobowością, niezdolną do nawiązywania trwałej i zdrowej więzi, normalnej relacji, łatwym, bezrefleksyjnym uzależnieniem od używek, od mediów, które wychowują, wypaczają ogląd świata, kształtują na swój konsumpcyjny obraz i podobieństwo, wyzwalający tylko pożądanie, chęć posiadania, krótkotrwałego, kompulsywnego zaspokojenia, po którym rośnie tylko pustka, niesmak, poczucie winy przekuwane w demonstracyjny, rozbuchany cynizm. A wszystko w rozbudzeniu i z podtekstem silnie seksualnym. Zaspokojenie doprowadza instrumentalnie do uwolnienia napięcia będącego skutkiem silnego uzależnienia od przyczyny, która ukształtowała dewiację. Doprowadza to do uprzedmiotowienia człowieka, zarówno kata, jak i jego ofiary. Mężczyzny i kobiety. Obie płcie wyzwalając się z tradycyjnego modelu relacji wpadają w pułapki pozoru wolności. I błądzą. I cierpią. I są nieszczęśliwe.

Ogląda się ten spektakl z wypiekami na twarzy w przybranej pozie hipokryzji pewnego siebie podglądacza. Z poczuciem wyższości, że go to nie dotyczy, nie może dotyczyć. Tylko, że ten margines scenicznego wynaturzenia, psychologizujących obsesji, spektrum traum, wywlekanych przemyśleń, intymnych doświadczeń zawłaszcza w realu coraz większe terytorium. Jest cool i trendy. Jest modny. A przecież podstępnie podskórnie infekuje. Banalizuje zło. Znieczula na nie. Unormalnia je. Upowszednia. Wciąga usprawiedliwiającym ogólnym na nie przyzwoleniem. Akceptacją. Obojętnością. Bagatelizowaniem. Rośnie w siłę, jak stapiające się w męską jednię przeplatające się opowiadane przez bohaterów indywidualne narracje w drugiej części spektaklu. Z przystrojonym kiczem manekinem kobiety w szafie. Straszącymi maskami duszy jedna podobna do drugiej zanurzonymi w absolutnych ciemnościach. Horror trwa. Cierpienie pozornie niewinnej ofiary możemy sobie tylko wyobrazić. Bo jest naiwna, infantylna, nie podejrzewa niebezpieczeństwa czyhającego na nią w zwyczajnie wyglądającym oprawcy. Kat jest anonimowy, zimny, metodyczny, ukształtowany dyspozycją genetyczną, socjopatyczną, osobniczą przez zło zaszczepione spuścizną przeszłych pokoleń, procesem wychowawczym, przez system, który dopuszcza do dewaluacji wartości, nieobowiązywania norm moralnych.

O sukcesie przedstawienia decyduje równe, zróżnicowane, mocno zindywidualizowane aktorstwo i kompozycja narracji scenicznej. Każdy z aktorów znalazł i zastosował środki wyrazu, które są kompatybilne z jego własnymi możliwościami ekspresji. Od postaci wykreowanej przez Mariusza Drężka/super forma/ nie można oderwać oczu. Tą kreacją doszlifował swoje emploi. Tu hipnotyzuje piękna osoba transgenderyczna. Wzruszająca, przejmująca, życiowo doświadczona. Waldemar Barwiński gra nieśmiałego, wycofanego młodzieńca. Na oko niepozornego, skromnego chłopca, w istocie aż strach pomyśleć! Henryk Niebudek personifikuje dojrzałość damskiego boksera, będącego przykładem dziedziczenia przemocy rodzinnej, na pozór dobrotliwego, niegroźnego przeciętniaka. Piotr Siwkiewicz jest mrocznym perwersyjnym sadystą, psychopatą. A Sebastian Stankiewicz wchodzi w rolę narratora, moderatora, jednoosobowego chórku antycznego dramatu, który podsumowuje, komentuje, porządkuje ten współczesny cyrk obrzydliwców.

Marek Kalita  z sukcesem reżyseruje zaadoptowany przez siebie tekst, co czyni nie po raz pierwszy. Doskonały, mocny, mroczny materiał tekstowy "Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi" Davida Fostera Wallace'a  przetransponował na wciągającą, nie przeładowaną dramatyczną materię sceniczną. Nie kopiuje, nie naśladuje Warlikowskiego ale rozwija swój własny język narracji teatralnej zapoczątkowany KALIMORFĄ wystawioną w Teatrze Wytwórnia /w OBRZYDLIWCACH pojawia się na lustrze olbrzymi motyl w drugiej części spektaklu jakby włączał symbolicznie  bohatera tamtego spektaklu w poczet obrzydliwców/. Wrócił więc do tematu poszukiwań i przedstawień źródeł zła, które wynaturza i niszczy człowieka. Bierze górę nad jego naturalnym dobrem, bezsilną wobec zachodzących zmian kulturą wysoką, nic nie wartymi, bo nieskutecznymi wartościami wyższymi. Łatwości z jaką się ono akomoduje w psychice i pożera jej delikatną emocjonalną tkankę, by się przystosować i przetrwać we wrogim, toksycznym środowisku rodzinnym, społecznym. Gdy kobiety zmieniają swój status; są bardziej świadome, lepiej wykształcone, niezależne. Zadaje pytanie, na ile my bierni podglądacze, widzowie, już jesteśmy zepsutymi przez media, swoją własną słabą naturę, paskudny, odrażający, zły świat obrzydliwcami. Odpowiedzi musimy udzielić sami sobie. Jak bohaterowie sztuki. Tylko jak oni nie traćmy poczucia humoru, dystansu, ironii.

Między obrazem otwarcia, na którym widzimy zauważającego u siebie symptomy dojrzewania trzynastolatka a jego skokiem na głęboką wodę na końcu spektaklu/klamra wideo/ udało nam się poznać kilku obrzydliwców, cały pakiet niebezpieczeństw, lęków i obaw wchodzenia w dorosłe życie. Warto było. Mimo, że portret socjologiczny współczesnego mężczyzny, jaki tym spektaklem przedstawił nam Marek Kalita, jest mocno niepokojący. Mamy o czym myśleć, mamy o czym rozmawiać. Bo, co nas nie zabije, może nas mocno udziwnić. Obrzydliwie udziwnić, nie wzniośle wzmocnić. Powodzenia:)


fot.:Katarzyna Chmura


OBRZYDLIWCY  David Foster Wallace
reżyseria: Marek Kalita
przekład: Rubi Birden
adaptacja: Marek Kalita
scenografia: Marcin Chlanda
kostiumy: Karolina Mazur
ruch sceniczny: Piotr Kamiński
opracowanie muzyczne: Piotr Polak

obsada: Waldemar Barwiński, Mariusz Drężek, Henryk Niebudek, Piotr Siwkiewicz i Sebastian Stankiewicz

premiera 21.05.2016 SCENA PRZODOWNIK