czwartek, 6 października 2016

DEMON TEATRU czyli mniejsza o to TEATR ATENEUM

Jak zwykle, tak jest i w tym przypadku, w teatrze podglądamy. My, publiczność. Poznajemy kulisy pracy nad przedstawieniem teatralnym. Spektakl  jest szczególnie interesujący dla tych, którzy interesują się procesem twórczym w teatrze. Chcą wiedzieć, jak powstaje dzieło sceniczne, jak to się robi, jakim kosztem. I nie jest to dla artystów proste zadanie do wykonania. Obserwujemy bowiem komponowanie całości dzieła, dostrajanie się kwintetu aktorskiego gdzie jeden z aktorów gra reżysera. Odsłania się przed nami to, co zazwyczaj jest poza zasięgiem publiczności a poprzedza wypracowanie produktu ostatecznego w teatrze, czyli spektaklu.  I nie wygląda to zbyt atrakcyjnie. Bo widzimy mozół tworzenia, trud szukania porozumienia, próbę kształtowania relacji pomiędzy uczestnikami projektu, wypracowywanie i wdrażanie w życie idei sztuki w indywidualnej interpretacji poszczególnych osób. Interesujące są boksowania pomiędzy reżyserem a aktorami. Rozmowy, mediacje, knowania. Reżyser manipuluje, jątrzy, prowokuje. Stosuje metodę kija i marchewki, zasadę dziel i rządź. Nie stroni od brutalnych środków perswazji. Nie rezygnuje z kontrowersyjnego zachowania i traktowania aktorów. Ale i oni chcą przeforsować swoje racje, osiągnąć własne cele. Wzajemne animozje, spięcia, nieporozumienia wynikają z różnic charakteru, sposobów myślenia o pracy w teatrze, nad sztuką. Zderzają się ze sobą przyzwyczajenia, oczekiwania, ambicje, pomysły, inicjatywy. Otrzymujemy obraz wzajemnej walki, sporów, podchodów, przepychanek. Jest trudno, jest ciekawie. Brutalnie,  niepoprawnie. Ale i wesoło.

Publiczność ma okazję przyjrzeć się wątpliwościom twórczym, zasadom i metodom pracy zarówno aktorów jak i reżysera. Ich podejściu do sztuki, jej interpretacji, stylistyki wystawienia, odczytywanych, rozumianych sensów. Uwidocznione są tu odwieczne problemy, z jakimi się do dziś borykamy w sporach, dyskusjach, podejściu do sztuki teatralnej. Wystawiać kanonicznie, zgodnie z literą tekstu i intencją autora czy przepisywać, skracać, poprawiać aby wydobyć i podkreślać współczesność dzieła. Jego uniwersalne sensy i przesłanie. Co i jak zmieniać, jaki na to mają wpływ reżyser i aktorzy. Jakie są granice wszelkich zmian. Czy są do przyjęcia. Zmieniać dzieło, by zmieniać też publiczność, wpływać na jej sposób myślenia czy jest to tylko sztuka dla sztuki, sposób na zadowolenie wydumanego, wyolbrzymionego ego artysty, który chce za wszelka cenę zostać zauważony. Czy wszystkie chwyty są dozwolone w obrębie interpretacji dla wystawienia sztuki. Co jest ważne, najważniejsze. Z jednej stronie każdy artysta chce uczestniczyć w projekcie teatralnym zgodnie ze swoim przygotowaniem, poglądem na rolę ale z drugiej strony ma ambicję wypaść jak najlepiej i  by przy okazji racja była po jego stronie. Trzeba się podporządkować reżyserowi ale i ugrać dla siebie jak najwięcej, jak najkorzystniej. Również na przyszłość. Kariera ma się rozwijać po myśli każdego teatralnego indywidualisty jakimi są aktorzy. Artyści. Przecież też każdy z nas.

Mamy więc do czynienia ze sprzecznymi często interesami, postawami, wyobrażeniami co do własnego udziału w przedsięwzięciu, którego sukces winien być wspólnym celem. Aktorzy więc grają nie tylko swoje role w spektaklu ale grają też na siebie wchodząc w różne układy, związki, zależności interpersonalne. Jak pogodzić to wszystko, by w tym galimatiasie różnorodnych spójności i sprzeczności wypracować można wspólny front pracy? Maksymalnie zaangażować wszystkich, by dali z siebie wszytko. By pozyskać ich do wspólnego działania. By zafascynować ich ideą, sensem sztuki. Jak to osiągnąć? Do tego potrzeba niesłychanego talentu i predyspozycji/by zafascynować ale i zwalniać/, najlepiej charyzmy, ale i znajomości ludzi, docierania do nich i umiejętności wypracowania zaufania. Szczęścia. Jest tak wiele niewiadomych w procesie tworzenia spektaklu, że trudno jest przewidzieć czy ostatecznie zakończy się sukcesem czy nie. No cóż, jeśli nie w tym teatrze i z tymi aktorami, to być może innym razem gdzie indziej.

Pokazanie złożoności relacji międzyludzkich w tym konkretnym przypadku jest bezcenne. Uwidocznienie ambicji, priorytetów autora sztuki/ w sposób pośredni/ z jej bezpardonową "obróbką" dokonywaną przez artystów teatru w konfrontacji z oczekiwaniami publiczności brawurowe. Bo teatr uczy. Ćwiczy. Bezpiecznie testuje. Odkrywając swoje trzewia, udziela lekcji anatomii. Prowadzi krok po kroku.  A sztuka Schaeffera jest nadal aktualna, jakby żywcem przeniesiona z wielu teatrów. Sama o sobie opowiada, sama siebie przedstawia, analizuje. Sama siebie krytykuje, ale i bawi się sobą. Bezkompromisowa, prawdziwa rozumie, że publiczność też chce się i uczyć, i bawić. A to może być też sprzeczne z osobistym interesem i ambicjami, zarówno reżysera, jak i aktorów.

Nie jest łatwy w odbiorze ten spektakl. Kameralny, minimalistyczny, surowy, oparty na zindywidualizowanej grze aktorskiej. Szczególnie na początku gdy aktorzy nieustannie wchodzą i wychodzą /do i z przestrzeni wypełnionej tylko krzesłami, stojakami do nut/, uprzednio przeglądając scenopisy, sceny są króciutkie, zdawkowe a interludium wypełnia irytująca, ciągle ta sama muzyka  może niesłusznie kojarząca mi się z filmem GODZINY.  Wytrwałość się opłaci. Niekonwencjonalna sztuka pokazująca konwencjonalne, ludzkie, życiowe sytuacje przybliża nam teatr, jego rozumienie poprzez ludzi, którzy w nim pracują, go tworzą. Okazuje się, że są jednymi z nas i również poszukują sensu w sztuce, sensu wysiłku podejmowanego dzień po dniu, zgodnie z własnymi ambicjami, predyspozycjami i możliwościami. Zachowanie godności nie jest zawsze możliwe. Upokorzenie i nagięcie się do innych do zniesienia. A osiągnięcie celu-osobistego czy wspólnego- w zasięgu. Czasem trzeba pozwolić sobie i innym odpuścić. Zdecydować się upaść, przyznać do porażki. Następnym razem może się uda. Nie traćmy nadziei.

Zwłaszcza, że aktorzy Teatru Ateneum grają wspaniale. Ewa Telega reprezentuje kobietę, aktorkę, osobę, której nie jest łatwo pracować wśród mężczyzn. Krzysztof Tyniec gra nowoczesnego reżysera demiurga, który stara się za wszelka cenę przekonać do swojej koncepcji pracy i interpretacji sztuki. Działa z pozycji siły. Nie unika kontrowersyjnych sposobów oddziaływania na ludzi teatru, przecież równie wrażliwych jak on sam. Nie stroni od manipulacji, szantażu,  prośby i groźby. Stara się lecz to nie wystarcza. To za mało. Opór jest zbyt duży. Każdy z aktorów jest indywidualistą, skupionym na własnym interesie, karierze. Nie udaje się zjednoczyć, pozyskać, przekonać tych wsobnych światów osobowych do jego koncepcji. Tak bywa. To sie zdarza. Również w naszej bieażącej rzeczywistości teatralnej. Projekty padają, nie są realizowane. Krystian Lupa nie dokończył swojego tryptyku PERSONA w Teatrze Dramatycznym, wielu aktorów odmawiało współpracy z reżyserem /Szczepkowska z Lupą,  Małecki z Kleczewską/ lub sprawiało, że spektakl został zerwany /Szapołowska w Teatrze Narodowym/.

Na szczęście spektakl DEMON TEATRU udało się wystawić  w Teatrze Ateneum. Czy z sukcesem, mniejsza o to. Oceńcie osobiście. Przekonajcie się sami. Powodzenia.:)

DEMON TEATRU  czyli mniejsza o to  Bogusław Schaeffer 

reżyseria i scenografia – Andrzej Domalik
kostiumy – Dorota Roqueplo
muzyka – Mateusz Dębski
choreografia – Liwia B
r A – Mateusz Łapka
Aktor B –Bartłomiej Nowosielski
Aktor C – Grzegorz Damięcki
Aktorka – Ewa Telega
Reżyser – Krzysztof Tyniec

premiera: 11.06.2016
fot.: Bartek Warzecha

środa, 5 października 2016

WŚCIEKŁOŚĆ JELINEK KLECZEWSKA TEATR POWSZECHNY

Nadszedł taki okres w naszym życiu tu i teraz, kiedy na własnej skórze doświadczamy kryzysu w Europie, widzimy na własne oczy, że historia może się powtórzyć, zło nie jest dobrem zwyciężane, znów nadciąga katastrofa, kiedy człowiek człowiekowi gotuje los okrutny i zły. Barbarzyński. Podszyty strachem, uzasadniany bezsilnością.  Cały wysiłek, by zachować wolność, godność, człowieczeństwo, własny styl życia, wiarę i wartości spełza na niczym. W niemoc się obraca. Wypełzają demony wojny i ani sztuka, ani kultura, ani ideologie, bogowie, wiara, nadzieja, miłość nie są w stanie powstrzymać rosnącej wściekłości instynktu przetrwania. W powadze poprawności instytucjonalnej rośnie frustracja, agresja, miotanie się w bólu, cierpieniu i potęgującym się zagubieniu. Tak, wszyscy błądzimy w jakimś zadziwiającym amoku znieczulenia, poddajemy się pozwalając wyjść z nas zwierzowi prymitywnych postaw i zachowań. I nie widać światełka w tunelu. Rozwiązania problemu zderzenia cywilizacji Wschodu i Zachodu: odmiennych hierarchii wartości, mentalności, religii, stylów życia.

Nieskuteczność oddziaływania sztuki, jej bezsilność w walce o zmianę tego świata na lepsze to jedna z przyczyn stanu rzeczy. Pozostaje jej uporczywie  przedstawiać rzeczywistość jaka jest, dawać świadectwo prawdzie, by nie brnąć w kłamstwo manipulacji, wynaturzenia, przyzwolenia na rosnące w siłę zło. Jelinek a za nią Kleczewska, podobnie jak Bernhard a przez niego Lupa, bezlitośnie obnażają, drążą, powtarzają w nieskończonych ciągach formalnych koafiur tekstu i teatru nasze błędy, zaniechania, wypaczenia. Jak zdarta płyta brzmi w nieskończoność powtarzana dobrze już znana treść i forma. Bez skutku.

Maja Kleczewska z Łukaszem Chotkowskim kompiluje wściekły teatralny, postdramatyczny patchwork z różnych tekstów, sytuacji, z nas, z siebie samych. Powtarza się linkując do swoich poprzednich spektakli zrealizowanych na podstawie prozy Elfriede Jelinek. Wzmacnia, potwierdza to, co sami dobrze wiemy, znamy z doświadczenia zalewani pulpą zidiociałych, ogłupiających, bezradnych jak my i świat wokół mass mediów, które udostępniając informacje manipulują. Znieczulają. Zamiast wzmacniać system wartości zaburzają jasność widzenia i oceny. Dezorientują. Straszą. Epatują.

WŚCIEKŁOŚĆ TV to pierwsza część spektaklu. Dynamiczna, mięsista, krwiożerczo walcząca o oglądalność. Internet, telewizja, inne media pokazują każdą głupotę, idiotyzm, nagłaśniają każdą najokrutniejszą zbrodnię, udostępniają przekaz katów, zbrodniarzy, przestępców nie dbając o zachowanie godności ofiary. Nie ma prawdy ekranu, jest news, obraz wykreowany, zmanipulowany, obrobiony. Wiadomości, wywiady, reklamy, medialny przekaz to towar dla zaspokojenia modnych, nośnych, konsumpcyjnych trendów. Z głodem wojny, konfliktu, sensacji, skandalu, obsceny, którego zaspokojenie podnosi oglądalność, generuje zysk. I ciągle podkręcana kreuje, pobudza nowe zainteresowanie. Widz, najpierw zaciekawiony, potem ogłupiały, w końcu przeprogramowany, żąda coraz więcej , coraz bardziej wyrafinowanego okrucieństwa, cierpienia, śmierci. Galopując w kompulsywnym konsumpcjonizmie na głodzie sensacji odkleja się od rzeczywistości. Staje się wobec niej zdystansowany, bezradny, bezsilny. Nieczuły, bierny, adecyzyjny. W komfortowych warunkach pokoju z bezpieczną, nie kosztującą nic empatią przeżywa armagedon terroryzmu, współczesnych wędrówek i walk ludów, wojen, które bez mediów nie zaistniałyby z taką mocą i siłą oddziaływania. I co podatniejszy wpada w paranoję nacjonalizmu, odwetu, wściekłości. Z zastanawiającą łatwością akceptuje rosnące przerażająco liczby ofiar. Im są większe, tym bardziej abstrakcyjne, odczłowieczone, obce i łatwe do zignorowania. Czego nie ma w mediach, nie istnieje, nie liczy się, nie jest ważne. Hipokryzja poprawności politycznej działa, wynaturza rozsądek, nagina wartości. Siłowe przeprogramowanie człowieka Zachodu zawodzi. Jest nieskuteczne, bo w obliczu bezpośredniego zagrożenia życia budzą się instynkty obronne, unieważniające wszelkie moralne nakazy. I przyzwalają na zło a to się żywi naszą słabością, uległością, pokrętną logiką przetrwania. Testuje się nasza prawdziwa indywidualna i zbiorowa natura. Pokazuje prawdziwe oblicze cywilizacji Zachodu. Ma ono w spektaklu twarz miss piękności, kultu młodości, krzykliwej, fluoroscencyjnej popkultury, napędzającego się konsumpcjonizmu w bezwstydnym podtekście seksualnego rozpasania, wyuzdania, perwersji. Link do Natalii LL, Francisa Bacona, Lady Gagi, opery/arie/, Wajdy/zwisająca odwrócona, tu żywa postać Chrystusa/ w kontekście chaosu, zamieszania, dezorientacji  udowadnia, że konfrontacja niskiego z wysokim nie gwarantuje oczywistych rozstrzygnięć. Nie wyłania słusznego planu działania, godnego zwycięzcy. Chaos ujawnia chaos. Kryzys generuje kryzys. W tym zamieszaniu diabeł wodzi na pokuszenie. A Bóg milczy choć jest obecny na ustach i ofiar i katów. Przemoc rodzi przemoc. Wściekłość wzmaga wściekłość.

Spektakl na wielu poziomach dobiera się do nas. Na wielu planach zestawia, konfrontuje, porównuje zderzające się w swych kryzysach światy Wschodu i Zachodu. Wizualizuje brak kompatybilności. Nawiązuje do dobrze znanych i rozpoznawalnych faktów, osób, zdarzeń, literatury i sztuki, by obnażyć słabości, mielizny i ślepe zaułki naszej egzystencji, zdegenerowanej duchowości, jeśli ją jeszcze  w ogóle mamy. Pokazuje przyczyny zła pozwalając się wypowiedzieć tym, którzy dziś nadają ton interpretacyjny, wyznaczają kierunki działania, wymuszają wybór postaw. Nie opuszcza nas figura Andersa Breivika, który mówi, mówi, mówi, w końcu do nas strzela. Kreuje się na bohatera. Wysłuchujemy wywiadu medialnego archetypu młodego, gniewnego nacjonalisty rapera z Radomia, nieśmiałego przekazu uchodźcy, pielgrzymującego wiecznie chrześcijanina śpiewającego Barkę w otulinie kibolskich/szaliki klubowe, barwy narodowe/ i religijnych symboli/zdjęcie papieża/. Przaśności, biedy otoczenia. Próba rozładowania frustracji przez dziennikarza-rozbijanie mebli kijem bejsbolowym- jest żałosna. Nie potrafimy sobie samym pomóc.

Tak to jest gdy bezradność Zachodu zderza się z bezsilnością Wschodu. A strach zarządza światem. Zakrwawiony, umęczony mężczyzna na obrotówce sceny, trup Europejki i figura ukrzyżowanego Chrystusa, który ma doświadczyć losu uchodźcy, utopieni w mini basenie symbolizującym Morze Śródziemne boleśnie testują wrażliwość widza. Papierowe statki jak papierowe, puste obietnice, deklaracje są płonną nadzieją na szczęście, spokój, normalne życie na ziemi obiecanej przez polityków. Rzeczywistość dynamicznie się zmienia i zaskakuje rosnącą frustracją, rozczarowaniem, cierpieniem. Przemocą. Eskalacją oczekiwań i roszczeń.

Wszystko się dewaluuje. Wiara, nadzieja, miłość. Wielkie piękno. Każde dobro. Chrześcijaństwo się zdegenerowało, nie ma wpływu na świat. Oswoiliśmy się już z tym stanem rzeczy. Akceptujemy wyrugowanie religii z naszego życia. Słabego, bezwolnego papieża, wiarę płytką, naiwną, powierzchowną. Bóg, jak zawsze, wykorzystywany jest instrumentalnie. Pozbawieni wystarczająco przekonujących argumentów obarczany jest odpowiedzialnością, winą. Bez względu na to czy się w niego wierzy czy nie. Bo musi być przyczyna, sprawca tego całego z nami zamieszania, musi być winowajca. Musi być kara. Tak bardzo chcemy sobie wszystko wytłumaczyć, zrozumieć, siebie usprawiedliwić a winnego ukarać.

Czy coś nas ocali, czy ktoś nas uratuje? W tym tyglu chaosu, galimatiasie rzeczywistości złożonej, splątanej, kryzysowej. Piękno, potęga sztuki, jej  utracone znaczenie choć nadal urzekające, przekształca się w syreni śpiew Europy przywołującej zdesperowanych na zatracenie i poniewierkę, niezrozumienie. I ten rosnący w nas lęk, że może przepaść, zostać wymazana, unieważniona sublimacja tego, co w nas, co z nas najlepsze, najpiękniejsze, najwartościowsze zaklęte w wysokiej kulturze i sztuce, spuściźnie historycznej. Że może być roztrwoniony jedyny potencjał źródła naszej siły, determinacji w walce o nasz styl życia, o wartości dotąd nieprzemijające, elementarne. Uczestniczymy w tej batalii toczonej od lat. Groza mechanizmu wyzwalania WŚCIEKŁOŚCI jest rozpoznana ale trudno przebić się z nią do świadomości człowieka, tak by panował nad nią.

Maja Kleczewska ma tę siłę fatalną, by nas poruszyć, nami wstrząsnąć mocą swojej wrażliwości, czucia świata i ludzi nadającą kształt swoim wypowiedziom w artystycznych obrazach, kompozycjach scenicznych kolaży. Ma odwagę powtarzać wciąż i wciąż za innymi, z innymi ciągle to samo, powoływać do życia niełatwe ale bardzo sugestywne sceniczne byty, by spróbować nie dopuścić do obojętności, marazmu, upadku. Zadaje kłam tym krytycznym opiniom, gustom, przyzwyczajeniom tylko do sztuki klasycznej, że forma postdramatyczna winna być wyrugowana, wyklęta. Znów pokazuje jej siłę, potencjał. Ci, którzy twierdzą, że WŚCIEKŁOŚĆ jest na pół gwizdka udowadniają swój własny głód ostrości kontrowersji, podkręcania emocji o czym mówi Kleczewska w swojej sztuce. Ciągle nam mało sensacji, bulwersującej emocji zaburzającej nasze zmysły. Ciągle chcemy więcej, mocniej, bardziej kontrowersyjnie. Potrzebujemy coraz silniejszych bodźców, środków dopingujących. W tej galopadzie pobudzania zniewolonego konsumpcją umysłu, stępionej wrażliwości zapędzamy się już w kozi róg permanentnej paraliżującej niemożności i gnuśnego rozczarowania. W masce pewności siebie i samozadowolenia. W poczuciu rosnącej wyższości.

Sztuka perfekcyjnie, równo zagrana przez świetny, profesjonalny zespół, dopracowana, nie jest w żadnym razie nużąca, wtórna, epatująca przerysowaniem, przeładowana treścią i formą. Nie jest sztuką da sztuki. Wymaga od nas zaangażowania, wiedzy, wrażliwości. Choć jest permanentnym powtórzeniem, kalką, odniesieniem do tego, co jest ogólnie znane i wiadome, pokazywane. Komponuje niejednoznaczne sytuacje, konteksty, prowokuje skojarzenia, emocje. Sublimuje złożone z komplementarnych scen różnorodność wrażeń. Siłowo ekspresyjnie, agresywnie gra Karolina Adamczyk, nonszalancko lekko Michał Czachor, doskonale, z wyczuciem powtarzając też swe role z poprzednich sztuk Jelinek reżyserowanych przez Kleczewską. Imponująca jest złożona, rozbudowana Europa Magdaleny Koleśnik, personifikująca kicz popkultury, wynaturzenie wartości, mody na piękno, młodość, jogę, nieśmiertelność, niezaspokojony apetyt na konsumpcję, święty spokój a wszystko w krzyczącym wulgarnie kontekście erotycznym.   Przejmujący jest Mammadou Goo Ba jako uchodźca, obcy, inny gdy mówi lub milczy. Zagubiony, bezsilny, tragiczny z cierpieniem uciekiniera, doświadczeniem żywych i umarłych anonimowych tysięcy spokojnie jeszcze czeka. Nie jest wściekły. Teksty nie są łatwe, pomysły dramaturgiczne oczywiste, ale świetne aktorstwo i elektryzujący, mocny efekt zestawianych obrazów działa.

Maja Kleczewska i Łukasz Chotkowskim z tekstami Elfriede Jelinek wypracowali z zespołem Teatru Powszechnego spektakl bardzo ważny. Bez względu na to, jak będzie oceniany. Ogniskuje obawy, lęki, strach wynikający bezpośrednio z doświadczanej na bieżąco rzeczywistości. Jest mocnym oskarżeniem cywilizacji Zachodu, jego krytyką. Pokazuje białego, prawicowego terrorystę ale jak narodziła się wściekłość terrorystów atakującego CHARLIE HEBDO, uczestników koncertu w Paryża, atak w Brukseli i w Nicei już nie. Ci są nieobecni. Podobnie nie ma mowy o politykach, którzy konstytuują stan rzeczy, decydują. O nich też spektakl milczy. Jakby w nas szukał ratunku. Do nas tylko się odnosił, bo wierzy, że tylko oddolnie można jeszcze coś zdziałać, zmienić.

Spektakl może wydać się chaotyczny, bo też toniemy w bełkocie informacyjnym w realu, w manipulacji medialnej, politycznej. Mówi namolnie, powtarza wprost, cytuje dokładnie to samo z przeszłości-teksty, spektakle, gesty sceniczne-bo nie chcemy słuchać, nie chcemy widzieć, nie chcemy rozumieć przesłania sztuki, brniemy w te same błędy. Jest obrazoburczy, drastyczny, przeładowany, bo przyzwyczailiśmy się  już  do brutalności i staliśmy się nieczuli, wszelkie granice dopuszczalnych okrucieństw i śmierci udostępnianych w obiegu publicznym już dawno zostały przekroczone. Trudno nas dziś czymkolwiek zainteresować, wstrząsnąć, przejąć.

Spektakl jest o Europie, o Europejczykach. Ale bez wielkich nieobecnych: polityków, którzy bezpośrednio decydują, bez terrorystów dokonujących zamachów w Europie na Europejczykach. O ich wściekłości nadal nic nie wiemy. Spektakl chce nas przekonać, że już czas najwyższy spojrzeć odważnie prawdzie w oczy, mądrze zmierzyć się z wyzwaniami trudnej codzienności, zacząć skutecznie działać. Inaczej przyjdzie przyznać, że cały dotychczasowy wysiłek cywilizacyjny poszedł na marne. A inteligencja, wiedza, kultura i sztuka, wychowanie, system wartości, samoświadomość człowieka współczesnego cywilizacji zachodniej zamieszkuje wieżę Babel. Jest tylko maską kryjącą prymitywny, naturalny instynkt przetrwania, naiwną wiarę we własną tylko boskość, podsycanie pożądania, niemożność seksualnego zaspokojenia. Niegasnący apetyt na wyjątkowość i nieśmiertelność, wzmagający się głód wrażeń, doznań, przeżyć. Podsycający nieśmiertelne pragnienie więcej, inaczej, mocniej. A my, zmanierowani, przeżarci szpanem, na granicy zdegenerowania, intelektualnie i uczuciowo niewydolni niczego nie jesteśmy się w stanie nauczyć. Wpadamy ciągle w te same koleiny i brniemy w kryzysie ku porażce. Ta sztuka jeszcze próbuje to zmienić. Porusza, poniewiera, wstrząsa resztkami wrażliwości zanikającego w nas człowieczeństwa wypieranego za naszym próżnym, pysznym przyzwoleniem z duszy i ciała.

Tymczasem zarówno przed wejściem na spektakl jak i po spektaklu wkraczamy w przestrzeń scenografii ilustrującej barłogi uchodźców, bałagan, biedę, niedostatek oraz ścianę z nazwiskami  23 tysięcy ofiar, czytamy napisane na lustrze pytanie:" jakiego sortu człowieka jesteś?" Nic się nie zmieniło. Nic się nie stało.


WŚCIEKŁOŚĆ    ELFRIEDE JELINEK


reżyseria - Maja Kleczewska
dramaturgia - Łukasz Chotkowski
scenariusz sceniczny - Maja Kleczewska, Łukasz Chotkowski
scenografia - Zbigniew Libera
kostiumy - Konrad Parol
muzyka - Cezary Duchnowski

reżyseria światła - Piotr Pieczyński przy współpracy Zbigniewa Libery i Ewy Łuczak
wideo, found footage - Ewa Łuczak
asystenci reżysera - Zofia Gustowska, Grzegorz Simborowski
asystentka scenografa - Ewa Małas
inspicjentka - Sylwia Merk

obsada: Karolina Adamczyk, Aleksandra Bożek, Anna Dzieduszycka, Magdalena Koleśnik, Kaya Kołodziejczyk, Michał Czachor, Mamadou Goo Ba, Michał Jarmicki, Mateusz Łasowski, Arkadiusz Pyć, Julian Świeżewski, Robert Wasiewicz

wtorek, 4 października 2016

EUROPA. ŚLEDZTWO KOMUNA WARSZAWA


Zapowiedzi medialne informowały, że ten taneczny spektakl, performans , projekt w zamierzeniu prowadzić będzie śledztwo w sprawie kondycji i przyszłości Europy. Wydaje się, że mimo iż premiera miała miejsce ponad dwa lata temu i wiele się musiało w międzyczasie zmienić a to, co wtedy było projekcją przyszłości mogło stać się już przeszłością, to jednak okazało się nadal aktualne. Lęki, grzechy, problemy są jeszcze poważniejsze, jeszcze się pogłębiły.

Cielesny wymiar wypowiedzi, intensywnie obecny w interesującej choreografii nie jest jednoznaczny. Na początku trzy tancerki w ścisłym, nierozerwalnym ze sobą wzajemnym związku, spięciu, konfiguracji opowiadają emocjonalnie o bliskości, wzajemności interpersonalnego oddziaływania. Kobiety zasłaniają sobie samym i wzajemnie oczy, co oznaczać może nieświadomość lub celowe niedopuszczanie do siebie rzeczywistego obrazu świata, który przeraża, funduje wzmocnione stare zagrożenia, generuje nowe.  Następnie widzimy sekwencję mikro ujęć, jak w zatrzymanym kadrze tak, że każda z nich powtarza gest poprzedniczki, co powoduje, że jeden układ choreograficzny widzimy trzy razy.  I tak sceniczna sekwencja wypowiedzi układa się w ciąg przetaczających się wzajemnych opresji. Bezpośrednia bliskość, pomoc, wspieranie jest już niemożliwa. Wyparła ją indywidualna, samodzielna, znacząca  obecność, bliskości już nie ma. Opowieść się rozwija. Każda jest katem i ofiarą, każda doświadcza i wizualizuje to samo. Nie sposób się z tego układu wycofać. Być tylko biernym, bezpiecznym obserwatorem. Trzeci niejako akt taneczny to już indywidualne, odrębne opowieści. Każda z kobiet żyje we własnym kokonie fascynacji/np. długi ślizg po polanej wodą posadzce/. Co to znaczy? Oto jest pytanie!

Konsumpcjonizm europejski to kolejne zagadnienie podjęte przez artystki. Moralny aspekt zachodniego stylu życia, który eksploatuje brutalnie bezdusznie tanią siłę robocza na dalekim wschodzie aby zadowolić, zaspokoić sztucznie podsycany popyt na dobra konsumpcyjne. Rozwarstwienie społeczne krajów Europy też powoduje, że kraje postkomunistyczne, na dorobku  kompulsywnie nabywa ubrania z second handu. Inaczej nie stać by było ludzi na kupno markowych ubrań. Ale niska ich cena powoduje , że tak jak bogaci kupują drogie towary, tak i ubodzy wpadają w korkociąg zakupów i gromadzenia zbędnych w gruncie rzeczy ubrań/ ale w domyśle też innych produktów/. Tancerki rzucają się na worki z ubraniami, podwieszonymi u powały sceny, rozcinają je, rozwiązują, by tak zdobyte ubrania nakładać warstwa na warstwę. W efekcie wyglądały karykaturalnie, brzydko, odpychająco. Ubraniowy kokon ogranicza ruchy, więzi, wynaturza. Wizualizuje absurdy cywilizacyjnych mód, rozbudzanych ponad miarę potrzeb. W trakcie werbalizują swój status quo.Pada nawet zdanie: "Mogę się dla Państwa wyskrobać", co wybrzmiewa pejoratywnie, komentuje bieżącą dyskusję o aborcji, walkę kobiet o samostanowienie, możliwość wyboru.

Taniec w swej formie nigdy nie będzie opresyjną, drastyczną wypowiedzią. Zawsze zawiera w sobie subtelność, szlachetność, precyzję ruchu, gestu, mimiki, dystans do tematu i partnera, który wyklucza bezpośrednią, wyostrzoną brutalną interakcję. Dlatego to, co zobaczyliśmy nosi znamiona zabranego głosu artystów w sprawie. Jest próbą przybliżenia, badania problemów, które artyści uznali za kluczowe, ważne. Dla nich samych, jak i dla nas widzów. Tancerki przekazały swoje obawy, spostrzeżenia w spektaklu, teraz czas na nas, by tę wrażliwość ekspresji twórczej zderzyć ze swoją wrażliwością, doświadczeniem, oglądem, rozumieniem świata.

Moralny aspekt naszego stylu życia, który jest oparty na wyzysku wymaga przemyślenia.  Metki na ubraniach markowych, np.: MADE IN CHINA, PRODUKT OF FRANCE  i bardzo wysoka cena wcale nie wynikająca z jakości produktu ale marki zapewniająca wysokie zyski producentom wyraźnie sygnalizuje, że kupując jesteśmy współwinni procederowi zaniżania kosztów siły roboczej. Stawki płac robotników są głodowe. Szokująco niskie w porównaniu z płacami danej branży w Europie.

Końcowym akcentem było wyznaczanie ubraniami granic poszczególnych państw kontynentu, gdzie ostatnim ogniwem stało się gołe ciało tancerki. A więc problem uprzedmiotowienia człowieka, zderzenia bogactwa z biedą. Problem wyznaczenia moralnych granic naszej egzystencji. Ale to tak naprawdę zależy od nas samych, naszego charakteru, potrzeb,  kręgosłupa moralnego. Sprawdzenia na ile jesteśmy silni, by nie ulegać odruchom stadnym, trendom mód, naciskom swoich słabości. Gdy poprzez gromadzenie dóbr zagłuszamy kompleksy,  rekompensujemy głód uczuć i poczucia bezpieczeństwa. Wypełniamy pustkę duchową, nudę egzystencjalną.

To nie była mocna, szokująca, bulwersująca projekcja grzechów, zbrodni Europy. Raczej rozpoznawcze, prewencyjne śledztwo, które nadal powinno trwać.

EUROPA. ŚLEDZTWO

choreografia: Magda Jędra, Weronika Pelczyńska, Iza Szostak
dramaturgia: Agata Szczęśniak
realizacja świateł: Karolina Gębska
scenografia: Wojciech Pustoła

premiera: 11–13 lipca 2014

FRANKENSTEIN TEATR SYRENA


FRANKENSTEIN w reżyserii Bogusława Lindy w Teatrze Syrena opowiada historię, którą w zasadzie każdy z nas dobrze zna. Głównie z filmu. Wersja teatralna oferuje nam wiele wrażeń. Dobrze wiemy, że spotkanie z żywą materią spektaklu ma wymiar szczególnego doświadczenia: bezpośredniego oddziaływania, zaskoczenia, metafory i skrótu, pobudzania, uruchomiania wyobraźni, drażnienia zmysłów. I tak jest też w tym wypadku. Sztuka jest doskonale przemyślana pod względem wizualnym, dostosowana do przyzwyczajeń, nawyków percepcji współczesnego człowieka, który nadaje szczególne znaczenie temu co widzi. Najpierw dostrzega obraz i jeśli go zainteresuje, brnie w treść, przesłanie, sens. W tym wypadku to narracja plastyczna jest wiodąca. Odnieść można wrażenie, że mamy do czynienia z barwnym, wielkowymiarowym komiksem dla dorosłych. Hipnotyzujące swą urodą obrazy przykuwają szczególną uwagę. Sceny są krótkie, intensywne, zróżnicowane, z lapidarnym tekstem komunikatem o wyrazistym znaczeniu ale niekoniecznie wystarczająco jasnym ciągiem logicznym jego znaczeń, z ilustrującym kontekst, tworzącym nastrój, komentującym narrację światłem, z bardzo mocnym muzycznym brzmieniem pomiędzy kolejnymi scenami. Tak utkana opowieść o cudzie kreacji, człowieczeństwie, miłości wypełniająca pustą przestrzeń sceny, wyłożonej bladymi kafelkami, co pozwala dodatkowo na projekcje ściennych animacji, redukujący rekwizyty do niezbędnego minimum znaku, akcentu jest bardzo atrakcyjna, czytelna. Otrzymujemy wyczyszczone ze zbędnego szczegółu odrębne, wysublimowane estetycznie czyste kadry, które uwodzą wdziękiem, pięknem, epatują brutalnością, drapieżnością,  oszałamiają prowokowanym nastrojem kompozycji barw, dźwięku i światła, charakteryzacji i kostiumu budującego portret psychologiczny postaci. Wyrafinowanie powściągliwa ale bogata forma dominuje. Treść podąża za nią podporządkowana, często niewypowiedziana. Budujemy ją w sobie sami.

Dobrze wiemy, o czym to jest. O pysze człowieka by dorównać stwórcy w akcie tworzenia, akcie dawania życia. O odpowiedzialności naukowca, artysty za swoje dzieło, rodzica za dziecko, człowieka za człowieka. O samotności, gdy nie potrafi , nie chce komunikować się  z otoczeniem, z osobami, które kocha, są mu najbliższe, jak mało o nich wie, jak mało się z nimi liczy skupiony egoistycznie na sobie samym. I najważniejsze chyba jeszcze- to jest o tym potworze, który każdy z nas w sobie samym stwarza, buduje, lepi i nadaje mu żywot własny.  O tej mrocznej, indywidualnej strefie mroku naszego ciała i ducha. Interesujące jest to, że doktor Frankenstein i stworzony przez niego Potwór to jednia dwóch przeciwieństw, dwóch natur, dwóch odrębnych bytów, postaw. Jak ogień i woda, przeciwne żywioły. Ciało i dusza, dobro i zło, rodzic i dziecko, kobieta i mężczyzna, jak człowiek i wynik jego pracy twórczej. To przenikanie się, uzupełnianie światów odrębnych, wydawać by się mogło obcych swojej naturze, a jednak komplementarnych jest tu oczywiste. Doktor i potwór noszą identyczne płaszcze. Potwór jest przeciwieństwem doktora. Fizycznie wizualizuje świat duchowy, osobowościowy doktora w istocie jest dobrym człowiekiem pragnącym miłości, bliskości, uwagi, zainteresowania.  Dzięki ślepcowi uczy się i rozwija, doskonali. Jest pracowity. Jego twórca ma piękną, idealną, młodą, silną powierzchowność i pustkę emocjonalną w sobie, wykazuje brak empatii, zrozumienia, uwagi dla innych. I jeszcze istotne są tu relacje jednostki ze światem, tego świata naturą, która ocenia człowieka po pozorach, zgodnie z pierwszym wrażeniem, przywiązuje wagę do wyglądu i brutalnie odrzuca wszystkich, którzy  budzą strach, są obcy, inni. Reaguje w instynktownym zalęknieniu, zagrożeniu agresją. Bezrefleksyjnie, automatycznie, bezwzględnie. Brutalnie.

Potwór, dzieło doktora Frankensteina, grany przez Eryka Lubosa pozwala i nam, widzom, przejść wszystkie odmiany uczuć do odrażającej, brutalnej, pierwotnej siły INNEGO, dojrzewającego do pełnego, głębokiego człowieczeństwa, od awersji, odrzucenia, wyparcia do zainteresowania jego przemianą wywołanej rozwojem duchowym, intelektualnym, emocjonalnym. Od negatywu do pozytywu. Od zwierzęcej natury istoty pierwotnej, prymitywnej do czułego brzydala, którego lubimy. Oswajamy tym samym INNEGO w sobie samych. Nasze nastawienie ewoluuje, zmienia się. Odwrotny proces dotyczy doktora.  Od podziwu, dumy, poczucia satysfakcji przechodzimy  po głębszym poznaniu jego charakteru, do rozczarowania, potępienia, prawie odrzucenia. Potwora zaczynamy lubić i rozumieć, doktora nie znosić i  traktować jak egocentrycznego, lekkomyślnego naukowca wyalienowanego z życia społecznego, który się nie liczy z uczuciami innych.

Taką niezwykłą metamorfozę uczuć do postaci scenicznej mógł wyzwolić tylko Eryk Lubos. Ma w sobie coś naturalnie dzikiego, nieprzewidywalnego. Połączenie drapieżności z czułością. Siłę i kruchość rodzącą współczucie. Zimny instynkt  zwierzęcy i ciepło serdecznego człowieka. Ambiwalencję, wahanie, boksowanie między duchem i ciałem. Nieporadność, niepewność emocjonalną w kontrze z fizyczną tężyzną. Odpychanie i przyciąganie jednocześnie. Wyzwala lęk i empatię. Budzi niepokój i fascynację.

Doktor Frankenstein kreowany przez Wojciecha Zielińskiego nie elektryzuje. Psychologicznie niespójny, niewiarygodny zaskakuje niekonsekwencją zachowania, sposobem uzasadniania logiki postępowania postaci. To miał być dumny z siebie naukowiec erudyta, egotyczny, narcystyczny młody człowiek.  Domyślamy się, że ma grać mężczyznę niestabilnego emocjonalnie, uczuciowo. Niezdolnego do miłości do ojca, brata, narzeczonej.  Nielojalnego, nieobliczalnego, nieodpowiedzialnego szaleńca. Zawodzi jako członek społeczności, w której życiu nie potrafi funkcjonować. Nie pociąga, nie fascynuje jego osobowość. A priori interesuje. Wiele o jego naturze i usposobieniu dopowiadamy sobie sami. Zastanawiający jest stosunek do tego, co sam stworzył. Interesuje go jego dzieło tylko do momentu osiągnięcia zamierzonego celu/ożywienia Potwora/. Później opuszcza go, porzuca, w ogóle nie interesuje się tym, co z eksperymentu wyniknie, jakie będą tego skutki. Doktor jest niedojrzałym człowiekiem.  Jakby zagubionym, nieobecnym, wycofanym. Egocentrykiem żyjącym w swoim świecie.

Spektakl jest atrakcyjny wizualnie. Plastyczny, dynamiczny, przejrzysty. Prosty. Mocna obecność Eryka Lubosa, Jerzego Radziwiłowicza i Tomasza Sapryka kompensuje braki warsztatowe pozostałych aktorów, błędy logiczne adaptacji, psychologiczne niekonsekwencje postaci scenicznych. Najważniejszy jest obraz zdeterminowanego czułego barbarzyńcy, pięknego wewnętrznie Potwora, który świadomie, z uporem dojrzewając do odpowiedzialności dojrzałego człowieka przejmuje kontrolę nad swym marnotrawnym stwórcą. Obaj razem dopiero są kompletni, nie mogą żyć bez siebie. Okaleczeni, niedoskonali, samotni po stracie ukochanych osób- okaleczony emocjonalnie geniusz i pewny siebie czuły prostak-zdani wyłącznie na siebie, podążając w nieznanym kierunku, w nieznaną przyszłość są do szpiku kości naprawdę prawdziwie ludzcy.  


FRANKENSTEIN

autor: Nick Dear na podstawie powieści Mary Shelley

reżyseria: Bogusław Linda
scenografia: Jagna Janicka
kostiumy: Hanna Szymczak
choreografia i reżyseria ruchu scenicznego: Jarosław Staniek
muzyka: Michał Lorenc
zespół:
Marta Stanisławska-Maślanka (cymbały)
Piotr Maślanka (perkusja)
Robert Siwak (perkusja)
Iwona Rapacz (wiolonczela)
Małgorzata Szarlik (skrzypce)
Michał Woźniak (kontrabas)
Tomasz Ogrodowczyk (głosy zwierząt)
Eryk Lubos (wokaliza)
obsada między innymi: Eryk Lubos, Jerzy Radziwiłowicz, Tomasz Sapryk, Wojciech Zieliński, Katarzyna Zawadzka, Katarzyna Zielonka, Dorota Gorjainow

premiera: 1.03.2016

zdjęcie: materiały Teatru Syrena

poniedziałek, 3 października 2016

WIZYTA STARSZEJ PANI Dürrenmatt TEATR DRAMATYCZNY

To spektakl w dobrym, starym stylu. Klasyczny współcześnie. Wystawiony zgodnie z dramatem, intencją jego autora. Spójny poprzez konsekwentną sublimację, dyscyplinę formalną dla stworzenia ponadczasowego archetypu. Wypreparowania czystego problemu, obrazu, postaci. Stanowi jednię monochromatyczną, wyczyszczoną z cech indywidualnych, które zaburzałyby monolit amoralnego nośnika. W tym sensie jasny, czytelny, wyrazisty pozbawiony jest wieloznacznego wymiaru, komplikacji oceny, głębi z dnem, od którego można by się odbić. Nie ma pęknięć, rys, chropowatości, które drażniłyby, ograniczały możliwość łatwej, prostej, jednoznacznej oceny. Które budowałyby perspektywę trudnego wyboru, opowiedzenia się po stronie ofiary przeciw jej katu w wymiarze indywidualnym i zbiorowym. A tu ofiara staje się katem, oprawcy ofiarami. Sytuacja się symetrycznie odwraca. Wszyscy bez wyjątku są źli. Zdeprawowani. Są hipokrytami.

Mamy więc nie starszą panią, Klarę Zachanasian, która przybywa  z wizytą do miejsca swojej młodości/Gnojewo/ po wspomnienia i sprawiedliwość ale przykuwającego wzrok cyborga, pani życia i śmierci, demona zemsty,  składającego niemoralną propozycję całej społeczności pogrążonej w kryzysie. Ta optyka wnosi nastrój horroru. Psychologicznego trillera. Mrocznego, brutalnego, bezwzględnego gdy zestawimy zimne, czarne, pozbawione cech indywidualnych nieczułe otoczenie, egzystencjalny barłóg z latarniami o konstrukcji szubienic z brakiem emocji wypalonego cierpienia żądającego szyderczo sprawiedliwości. To kokon czarnej biedy, czarnej mentalności, czarnej duszy społeczności, każdego jej członka. Nie ma w tym obrazie nadziei na wybaczenie, zadośćuczynienie, szczęście, miłość bliźniego swego, ratunek. Nie ma w tym przygnębiającym marazmie zaścianka, świata zabitego dechami gdzie diabeł mówi dobranoc, choć jednego sprawiedliwego, współodczuwającego, dobrego człowieka. Dotyk nienasycenia, niedostatku, zakłamania, upadku, zła jest toksyczny, zabójczy. A pieniądz, władza, święty spokój wynikający z braku sumienia to podwaliny kapitalistycznego sukcesu, szczęścia, które jest w istocie tylko złudnym poczuciem bezpieczeństwa i płytkim, bezuczuciowym, bezrefleksyjnym odczuwaniem przyjemności. Bez odpowiedzialności, bez moralności. Bez miłości. Generującym wielka pustkę uczuciową, duchową, moralną.

Tytuł WIZYTA STARSZEJ PANI brzmi dobrodusznie, niewinnie, optymistycznie, niesie nadzieję. Ale jest to sztuka przewrotna. Pokazuje jak traumatyczny ciąg przeżyć pięknej, kochającej, naiwnej, ufnej Klary, przekształca ją w zimne monstrum-okrutne, bezwzględne, nieczułe. Wygnana, zraniona, oszukana, wykluczona w młodości wraca po latach, by domagać się od Gnojan zabicia  za pieniądze mężczyzny, który zabił w niej kobietę, unieszczęśliwił jako matkę, bo doprowadził do śmierci ich dziecka, do cna wyrugował z niej cechy ludzkie. Obnaża prawdziwą naturę człowieka, społeczności-prymitywnej, bezwzględnej, amoralnej, dla której największą wartością jest mamona, konsumpcja, przyjemność-stygmaty dobrobytu, synonimy szczęścia i spełnienia. Przetrwania. Klara jest w istocie jedną z nich. Jakby zawsze była. I pozostanie. Bogactwo niczego nie zmieniło. Dusza jej pozostanie nieczuła, niewzruszona jak to miejsce, które ją na świat wydało, ukształtowało. Mroczna to diagnoza człowieka indywidualnego i zbiorowego. Prawdziwa. Jak i parodia współczesnych mass mediów, doskonale wpisująca się w krytyczny wymiar sztuki.

Halina Łabonarska zbudowała posągową, demoniczną, władczą Klarę, poza czasem, poza miejscem. To perfekcyjnie zaprogramowana, odczłowieczona postać z bezwzględnością realizująca swój cel niczym bóg gromowładny. Mechanicznie, na zimno, cynicznie. Doskonałe wcielenie zła świadome siebie i świata. Martwe człowieczeństwo. To bardzo dobra wiodąca rola, imponująca. Konsekwentna, elektryzująca dzięki pozostałym, wspierającym przekaz rozwiązaniom reżyserskim, dramaturgicznym, równej, zdyscyplinowanej grze całego zespołu z karykaturalno-komediowymi rolami dziennikarzy Krzysztofa Szczepaniaka i Mateusza Webera. Minimalistyczna, wieloznaczna scenografia, symboliczna choreografia/np.: kompozycja jak z Ostatniej wieczerzy Leonarda da Vinci, scena śmierci Alfreda jak zaciskająca się żywa pętla/ , światło jako jedyny element wyróżniający, pozwalający wypełznąć tej magmie ludzkiej niegodziwości i marności z mroku, muzyka niepokoju i nastroju grozy, monochromatyczny obraz całości  podkreślający jednię z wyjątkowym akcentem jasnego kostiumu potem zjawiskowej sukni ślubnej Klary, podkreślającej ją jako przyciągający uwagę, nęcący, upragniony byt doskonały. Gwiazdę celebrity. Archetyp niezależności, władzy, potęgi bogactwa okupionego przyzwoleniem na wyrzeczenie się siebie, wyzbycie się wszystkiego co ludzkie. To również i nasza perspektywa odbijająca się w zwierciadle bieżącej rzeczywistości. Wawrzyniec Kostrzewski postarał się, by była rozpoznawalna. Czy jest przejmująca? Raczej nie, bo idee, których nośnikami są postacie, tu ubezwłasnowolnione swoją naturą, doskonale znamy. Jesteśmy z nimi już dobrze oswojeni.

Interesujące są takie spektakle. Wypolerowane formalnie, spójne tekstowo siłą artystycznej sugestii wypalają matrycę podstępnie gotową do powielania szablonów. Są w sposób oczywisty skończone, z piętnem nośnika prawd ostatecznie udowodnionych, wątpliwości wypartych, niejednoznaczności wykluczonych. Nie podlegają dyskusji, wątpliwościom, wahaniom. Raz na zawsze porządkują rzeczywistość, światopogląd, postawę. Uwodzą perfekcjonizmem jak syreni śpiew. Niepokoją swoją szczelnością. WIZYTA STARSZEJ PANI to syndrom powrotu do źródeł odczłowieczenia, również naszych czasów. Sytuuje człowieka po ciemnej stronie mocy. Bez cienia nadziei.  I bez śladu wątpliwości. Pokazuje miłość, która degraduje. Sprawiedliwość sprowadza do perwersyjnego odwetu, metodycznie przeprowadzonej zimnej zemsty. Wyklucza miłosierdzie, prawo łaski, przedawnienie. Prymitywnie okrutna, bezwzględna i zła.

WIZYTA STARSZEJ PANI  Friedrich Dürrenmatt
reżyseria: Wawrzyniec Kostrzewski
przekład: Irena i Egon Naganowscy
scenografia i kostiumy: Aneta Suskiewicz
muzyka: Piotr Łabonarski
choreografia/ruch sceniczny: Anita Wach
reżyser świateł: Mikołaj Jaroszewicz
kierownik produkcji: Rafał Łukasz Renner
asystentka reżysera, suflerka: Agata Zdziebłowska
asystentka kostiumografa: Aleksandra Harasimowicz
inspicjent: Tomasz Karolak

Obsada:
Halina Łabonarska - Klara
Adam Ferency - Alfred Ill
Mariusz Drężek - Jej małżonkowie VII, VIII, IX
Władysław Kowalski - Boby, Ochmistrz i kamerdyner Klary
Łukasz Wójcik - Toby, drab i ochroniarz Klary
Mariusz Wojciechowski - Koby, ślepiec
Małgorzata Niemirska - Pani Ill, jego żona
Anna Szymańczyk - córka Illa
Janusz R. Nowicki / Henryk Niebudek - Burmistrz
Łukasz Lewandowski - Nauczyciel
Andrzej Blumenfeld - Proboszcz
Zdzisław Wardejn - Policjant
Waldemar Barwiński - Mieszkaniec I
Małgorzata Rożniatowska (gościnnie) - Mieszkaniec II
Robert Majewski - Mieszkaniec III, Lekarz
Anna Gajewska - Mieszkaniec IV
Tomasz Budyta - Sekwestrator, Zakrystian, asystent burmistrza
Krzysztof Szczepaniak - Kierownik pociągu, Dziennikarz I
Mateusz Weber - Konduktor, Dziennikarz II

premiera: 30.09.2016

zdjęcie:https://www.facebook.com/TeatrDramatycznyWarszawa/photos/pcb.1158541927545195/1158540637545324/?type=3&theater